Tajemnica płonącego samolotu/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Tajemnica płonącego samolotu
Wydawca Instytut Wydawniczy »Bibljoteka Polska«
Wydanie drugie
Data wydania 1935
Drukarz Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ II.

Przed szkołą kolonjalną panował niezwykły ruch. Czarne chłopaki i dziewczęta otoczyły kilku białych kolegów i słuchały z zapartym oddechem.
— Do szkoły przybędzie sam gubernator!... — zawołał piegowaty, blady wyrostek o powichrzonych włosach i złych bezbarwnych oczach. — Słyszałem od ojca, że gubernator oddaje swoją córkę do naszej szkoły.
— Czy będzie się uczyła razem z nami, Pedro? — spytał mały, wiotki mulat, o pięknej bronzowej twarzy.
— A cóż ty sobie myślisz, „Cętkowany“, że dla zabawy tylko? — odparł Pedro i roześmiał się brutalnie. — Będziesz musiał odstąpić jej pierwsze miejsce w klasie, inaczej...
— Inaczej — co?... — spytał znowu mulat, a w płomiennych oczach jego, zasnutych mgiełką zadumy, zjawił się nagle wyraz uporu i gniewu.
— Ba! — zaśmiał się stojący obok mulata opasły, zawadjacki chłopak. — Inaczej — wyrzucą cię na zbity łeb! Pamiętaj o tem, Enriko, i wbij to sobie do łepetyny!
To mówiąc, uderzył dłonią w czoło kolegi.
Ten zacisnął pięści i mruknął:
— Nigdy... przenigdy!
Odszedł od gromadki dzieci i obejrzał się.
Wszystko wydało mu się nagle jakieś obce.
Lekki drewniany budynek szkoły o połyskującym dachu blaszanym, wysokie, rozłożyste drzewa mangowe i żółty, rozpalony piasek, po którym snuły się ciemne, fioletowe cienie słupów gimnastycznych, biało-niebieskie słońce, zawieszone na bladem niebie tuż — nad ziemią, wszystko pozostawało napozór, jak dawniej, jak codzień, lecz coś się jakgdyby w tem wszystkiem zmieniło... Chłopak z trudem uświadomił sobie, że zmiana zaszła w nim samym. Zgasła w nim odrazu radość, pierzchnął spokój. Coś nowego i groźnego skradało się z nieznanej dali. Musiał się mieć na baczności i przygotować do obrony.
Spostrzegł przełożonego — „Białego Brata“, ojca Roberta. Podbiegł do niego i, całując mnicha w rękaw habitu, szepnął:
— Czy nie mogę już być pierwszym uczniem w klasie?
— Nie rozumiem — odparł prefekt. — O czem ty mówisz, mały Enriko?
— Córka gubernatora ma wstąpić do naszej szkoły, więc teraz ona podobno musi być pierwszą — objaśnił mulat, ponuro patrząc przed siebie.
„Biały Brat“ zaśmiał się cicho.
— Któż ci to powiedział?
— Koledzy...
Zakonnik położył dłoń na głowie chłopaka i rzekł:
— Uspokój się, Enriko! Pozostaniesz pierwszym, jeżeli zasłużysz na to!
Mały mulat zaśmiał się triumfująco.
— A zatem pozostanę pierwszym i nikomu swego miejsca nie ustąpię! — zawołał.
— Nie bądź pyszny i zarozumiały, bo to obraża Boga! — upomniał go prefekt.
— Nie jestem pyszny! — zaprzeczył chłopak. — Przysiągłem przed Chrystusem, że będę zawsze pierwszym, i wszystko zrobię, aby przysięgi dotrzymać! Gdy inni chłopcy grają w piłkę lub w tennisa, ja się uczę, czytam i... myślę.
— Dlaczegóż to zamierzasz być pierwszym? — spytał „Biały Brat“, zaglądając mu w oczy.
— Dlatego, żeby nikt nigdy nie ważył się nazwać mnie „Cętkowanym“! — syknął mały mulat, zaciskając wargi i pięści.
Mnich nachmurzył czoło i, pochylając się nad wychowankiem, szepnął:
— Czy wiesz, chłopcze, dlaczego źli ludzie dali ci to przezwisko?
Mulat w milczeniu skinął głową.
Prefekt westchnął i, przytuliwszy do siebie chłopca, rzekł poważnym głosem:
— Nie obawiaj się niczego, pracuj, ucz się, a dojdziesz do celu. Idź teraz do klasy, Enriko, bo słyszę, że brat Ambroży dzwoni już!
Zakonni bracia w odświętnych habitach i jeszcze wilgotnych po wyczyszczeniu kredą białych hełmach obchodzili wszystkie klasy, doprowadzali do porządku potargane włosy i ubrania chłopców i dziewczynek, dając im wskazówki, jak należy witać gubernatora i rozmawiać z nim.
Murzyniątka, szczerząc białe zęby i wytrzeszczając łobuzerskie, pełne ciekawości oczęta, co chwila wskakiwały i zaglądały w okno. Ich biali koledzy mieli nieco niepewne, zmieszane miny.
Po chwili na obszernym dziedzińcu szkolnym ryknął samochód i, miękko zgrzytnąwszy kołami na piasku, stanął przed domem.
W korytarzu rozległy się głosy „Białych Braci“, witających gubernatora, kroki kilku ludzi i na progu drugiej klasy zjawił się wysoki, barczysty generał w mundurze, ze wstążkami orderowemi na piersi.
— Dzieńdobry, dzieci! — rzekł gubernator, przechodząc przed ławkami.
— Witamy waszą ekscelencję, panie gubernatorze! — chórem odpowiedziała dziatwa.
Tuż za gubernatorem weszła wysoka, zgrabna dziewczynka lat dwunastu. Smagłą twarzyczkę jej otaczały obfite sploty kruczych loków. Szafirowe oczy patrzyły śmiało i figlarnie.
Podano dwa krzesła, na których usiedli gubernator z córeczką, za nimi stanęli „Biali Bracia“ i przybyły wraz z generałem adjutant.
Prefekt podniósł rękę i klasa odśpiewała hymn narodowy.
Wszyscy wysłuchali go, stojąc.
— Siadajcie! — rzekł gubernator. — Proszę księdza prefekta rozpocząć lekcję!
Na katedrze stanął brat Ambroży, profesor geografji.
— Enriko Kastellar, opowiedz nam o Wielkiej Brytanji! — rzekł zakonnik.
Mały mulat wstał i wyprostował się. Spokojnym, pewnym głosem rzucał zdanie po zdaniu:
— Imperjum Brytyjskie składa się ze zjednoczonego królestwa, dominjów — Kanady, Australji, Nowej Zelandji... Indyj... Kolonji Nigerji... Południowej i Wschodniej Afryki... Główne miasta... porty... rzeki... Mówił długo, coraz bardziej się zapalając i błyskając pięknemi oczami; gorący rumieniec okrył mu oliwkową, ściągłą twarz. Bez wahania odpowiedział na kilka dodatkowych pytań gubernatora, a gdy potem usiadł na miejsce, wpatrzył się w uśmiechniętą twarzyczkę dziewczynki, myśląc:
— Czy też ona wie to wszystko, równie dobrze, jak ja?
Potem odpowiadali inni uczniowie. Głos im drżał i załamywał się co chwila, słowa się plątały. Odpowiedzi były zagmatwane, niepewne. Wreszcie generał powstał i rzekł donośnym głosem:
— Oddaję do szkoły waszej moją córkę Lizę! Spodziewam się, że będziecie dla niej dobrymi kolegami! Bądźcie zdrowe, dzieci!
Gubernator, pożegnawszy prefekta i profesorów, odszedł w towarzystwie adjutanta. Dziewczynka pozostała w klasie.
Dzieci odprowadzały dostojnego gościa wiwatami, a gdy wsiadł do samochodu, odśpiewały raz jeszcze hymn narodowy.
Profesor wskazał Lizie wolne miejsce na ławce szkolnej.
Usiadła i zaczęła się rozglądać. Na prawo od niej siedziała mała, chuda murzynka Betty, o dużej, kędzierzawej głowie i wywiniętych wargach. Utkwiła oczy w kajet i nie śmiała spojrzeć na nową sąsiadkę. Z drugiej strony służalczo uśmiechał się do Lizy piegowaty Pedro Jago. Znała go, widując na poczcie, gdzie urzędował ojciec chłopaka.
Obejrzawszy się poza siebie, spostrzegła, że mały mulat siedzi tuż za nią, poważny i zamyślony.
Zajrzała przelotnie w jego oczy, pełne płomieni i zadumy zarazem, a nieznaczny uśmiech przemknął po jej smagłej twarzyczce. Po chwili uspokoiła się i słuchała wykładu brata Ambrożego, który opowiadał właśnie o ostatniej podróży Kolumba.
W przerwie Liza zwróciła się do mulata:
— Nazywasz się Enriko Kastellar? — spytała.
— Tak — odparł.
— Czy to znakomity generał Kastellar jest twoim ojcem?
Ciemny rumieniec okrył twarz chłopca.
— Nazywam się Kastellar, lecz nie znam swego ojca... — szepnął.
Pedro, posłyszawszy odpowiedź kolegi, zaśmiał się szyderczo i zawołał:
— „Cętkowany“ nie zna swego ojca! Cętkowane bękarty nigdy nie znają swoich ojców! Cha-cha-cha...
Piegowaty chłopak urwał nagle swój śmiech, gdyż mulat skoczył ku niemu i, uderzywszy go w twarz, schwycił za gardło.
Starszy i silniejszy Jago odtrącił napastnika i ciosem pięści pomiędzy oczy obalił go na podłogę. Enriko nie dał jednak za wygraną i znowu się rzucił na Pedra. W tej samej chwili wszedł do klasy prefekt.
Ze zdumieniem spojrzał na walczących i krzyknął zgorszony:
— Enriko Kastellar, Pedro Jago, na miejsca!
Chłopcy przerwali bójkę i stali zmieszani, obciągając na sobie bluzy.
— O co poszło? — spytał prefekt.
Chłopcy milczeli, patrząc w ziemię i ciężko oddychając.
— Co tu zaszło, Betty? — zwrócił się zakonnik do małej, wystraszonej murzynki.
W oczach dziewczynki błysnęły łzy. Usta jej drgnęły.
— Lizo, opowiedz mi, co się tu dzieje? — zadał pytanie prefekt, podchodząc do smagłej dziewczynki o szafirowych, rozognionych oczach.
— Nie zrozumiałam, proszę ojca-prefekta, — odparła wzruszonym głosem. — Zdaje mi się, że Pedro Jago obraził Enriko, nazwawszy go „cętkowanym... bękartem“!... Nie wiem, co znaczą te słowa, lecz Enriko natychmiast rzucił się na Pedro.
— Ach, tak?... — mruknął mnich. — Pedro Jago, ja nie mogę wytłumaczyć dzieciom znaczenia obraźliwego słowa, którego użyłeś. Jednak ty, widocznie, rozumiesz je, a więc powiem ci, że nie hańbi ono wcale Enriko, zato jakąż czarną plamą kładzie się na sumienie białych ludzi, rządzących tym krajem! Za swój niedobry czyn otrzymasz zasłużoną karę!
Enriko podniósł głowę i odezwał się twardym głosem:
— Bardzo proszę ojca-prefekta nie karać Jago! On powtarza to, co tak często mówią dorośli. Obraził mnie, lecz to — moja sprawa...
— Cóż to? — spytał mnich. — Chcesz się zemścić na nim, odpłacić złem za zło?
— Nie wiem... — mruknął mulat. — Jeszcze nie wiem...
— Siadajcie! — urwał nagle prefekt i podszedł do katedry.
Po lekcji religji dzieci miały przerwę obiadową.
Liza podeszła do ponuro milczącego mulata i, wyciągając do niego rękę, powiedziała:
— Odprowadź mnie do pałacu. Mam ci coś do powiedzenia!
Chłopiec skinął głową. Wyszli razem za bramę szkoły.
— Enriko! — zaczęła dziewczynka. — Wczoraj był u nas ojciec-prefekt i opowiadał nam, że jesteś najlepszym i najzdolniejszym chłopcem w szkole. Dziś przekonałam się o tem sama, bo jesteś odważny, wszystko umiesz i mówisz pięknie...
— Pracuję dużo i ciągle... — mruknął, wzruszając ramionami.
— Tak, zapewne... — odpowiedziała. — Jednak, dziś się pobiłeś z tym brzydkim nicponiem, a on zwyciężył. Pedro mocniejszy jest od ciebie...
— Mocniejszy... — zgodził się chłopak, ponuro patrząc przed siebie. — Gdyby nie był mocniejszym, nie śmiałby nazywać mnie... bękartem!
— Co to znaczy — „bękart“? — zapytała z zaciekawieniem.
— Jest to dziecko murzynki i białego — odparł cicho.
— To każdy mulat jest bękartem? — zadała nowe pytanie.
— Nie! — potrząsnął głową chłopak. — Tylko wtedy...
Umilkł nagle i, spojrzawszy na Lizę, rzucił krótko i stanowczo:
— Sama się dowiesz o tem kiedyś...
Dziewczynka spochmurniała i zmarszczyła brwi.
— Rozumiem, że to coś bardzo złego... — szepnęła, rumieniąc się nagle, lecz po chwili dźwięcznym i gorącym głosem dodała: — Musisz się stać silniejszym od Pedro Jago, aby on nie śmiał nigdy zadzierać z tobą!... Rozumiesz?
— Rozumiem — odpowiedział nieco zdziwiony. — Ale jak to zrobić?
— Musisz się gimnastykować, uprawiać sporty! — zawołała, dotykając dłonią ramienia mulata. — O, widzisz? Masz słabe muskuły, a to źle! Mężczyzna powinien być nietylko mądry, lecz i silny! Czytałam o tem w pięknej powiastce „The life’s way“ miss Elly Rolls. Dam ci ją do przeczytania! No, jestem już w domu. Dowidzenia, Enriko!
— Dowidzenia! — odpowiedział chłopak, nieśmiało potrząsając ręką dziewczynki.
Szybkim krokiem powracał do szkoły.
Takie to było pierwsze spotkanie córki wszechmożnego gubernatora kolonji, generała Miguela Floridablanca z wychowankiem szkoły, kierowanej przez „Białych Braci“ — małym Enriko Kastellar. Wywarło ono wielki wpływ na całe życie mulata.
Odtąd widziano go często na boisku piłki nożnej i na korcie tennisowym, a pewnego razu ojciec-prefekt przyłapał swego bronzowego pupila na czemś zgoła nieoczekiwanem.
Idąc do portu, gdzie wyglądano rychłego przybycia okrętu z pocztą i pasażerami, zakonnik ujrzał Enriko, siedzącego na trzcinowem krześle przed szynkiem. Trzymał w ręku książkę i był pogrążony w czytaniu.
— Co tu robisz, mały? — spytał zdumiony mnich. — Nie zamówiłeś sobie chyba szklanki xeresu lub soda-whisky?
Chłopiec zerwał się na równe nogi i stał zmieszany. Po chwili wybełkotał:
— Przychodzę tu codzień na... trening...
— Cóż to znów nowego?
— Przynoszę dobre książki i czytam na głos marynarzom, a oni... oni...
— Mów już wszystko! — ośmielił go prefekt.
— Oni uczą mnie... boksu.
— Poco ci boks?
— Chcę być silniejszym od innych, aby nikt nie śmiał obrazić mnie — szepnął mały mulat, a w głosie jego zadrżały łzy.
Zakonnik milczał. Po spokojnej, poważnej twarzy jego błąkały się jakieś myśli. Wreszcie poklepał chłopca i rzekł z uśmiechem:
— Może masz słuszność, mój mały! Lepiej być uzbrojonym i spokojnym, niż napewno pobitym i mściwym... Ucz się tej pięściowej nauki, obyś tylko potem nie rozbijał nosów na prawo i na lewo...
— O, nie! — odparł chłopak, potrząsając energicznie głową. — Mój znajomy murzyn, palacz Joe Fibs, jest najsilniejszym bokserem, a nigdy się nie bije!
— Dlaczegóż to twój Fibs jest takiem jagnięciem? — zaśmiał się prefekt.
— Bo wszyscy wiedzą, że obali każdego w pierwszej rundzie! — zawołał Enriko.
Mnich uśmiechnął się nieznacznie i, machnąwszy ręką, odszedł.
— A nie spóźnij się na nieszpory, pięściarzu... — krzyknął zdaleka.
W szkole, w parę miesięcy po zjawieniu się Lizy zaszedł ważny wypadek.
Podczas przerwy dzieci bawiły się na dziedzińcu. Chłopcy uganiali się, kopiąc dużą piłkę, inni grali w tennisa. Dziewczynki poszły do ogrodu. Usiadły w cieniu palm kokosowych, tuż przy parkanie, i słuchały Lizy. Opowiadała im o dużych, ludnych miastach — Madrycie, Lizbonie, Londynie i Paryżu, o życiu, tętniącem w nich, o nieskończonych szeregach samochodów, o kinach, teatrach, pięknych parkach, zatłoczonych gromadami dzieci, o ogrodach zoologicznych, gdzie można oglądać ptaki i zwierzęta, zebrane z całego świata.
Nagle rozległ się dziki krzyk. Ogromny murzyn w pasiastej koszulce marynarskiej przeskoczył przez płot i rzucił się na siedzące dziewczynki, rycząc coś pijanym głosem i śmiejąc się nieprzytomnie.
Krzyk przerażonych dziewczynek zwabił chłopców i dwóch zakonników.
Na widok mężczyzn pijany majtek podniósł z ziemi duży kamień i mruczał groźnie.
— Porozwalam łby, do stu tysięcy połamanych kotwic!
Zaklął ohydnie, błyskając oczyma i podnosząc kamień nad głową.
„Biali Bracia“ nie wiedzieli, co mają robić z awanturnikiem.
Murzyn, spostrzegłszy zamieszanie, schwycił Lizę za ramię i szarpnął ku sobie.
Z gromadki wystraszonych chłopców z przeraźliwym krzykiem wybiegł Enriko Kastellar i w mgnieniu oka runął na majtka.
Pijak nie zdążył nawet puścić dziewczynki i cisnąć kamienia, gdy już potoczył się na ziemię, ugodzony pięścią w brzuch i szczękę.
Zakonnicy rzucili się natychmiast na leżącego awanturnika i obezwładnili go.
Nad powalonym murzynem stał z zaciśniętemi pięściami Enriko, gotowy do nowego ataku. Nogi wparł mocno w ziemię, pochylił się i naprężył wszystkie mięśnie.
Nadbiegł policjant, założył majtkowi kajdanki i, poganiając pałką, poprowadził do komisarza.
Wszyscy otoczyli małego mulata i z podziwem patrzyli na niego.
Enriko wyprostował się i podniósł głowę.
— Widzieliście? — spytał. — Znam się na boksie lepiej od wszystkich chłopców w szkole. Nie radzę nikomu obrazić mnie!
Powiedział to spokojnym głosem, w którym brzmiała jednak wyraźna pogróżka.
— Dziękuję ci, Enriko! — zawołała Liza. — Stanąłeś dzielnie w mojej obronie, a temu pijakowi dałeś dobrą nauczkę!
Wyciągnęła do chłopca rączkę, którą chłopak uścisnął z uśmiechem dumnym i radosnym.
Od tego wypadku Enriko Kastellar spędzał każdą niedzielę w pałacu gubernatora. Szedł tam z bijącem sercem, powracał — ze łzami w oczach. Nie spał potem przez całą noc i wyglądał świtu. Gdy pierwsze promienie słońca przebijały podwójne maty, zawieszone na oknach sypialni szkolnej, szeptał radośnie:
— Nowy dzień!... Znowu ujrzę Lizę... Będę patrzał na nią, słuchał jej głosu...
Chłopak tak zręcznie manewrował, że udało mu się niepostrzeżenie ustąpić czarnowłosej dziewczynce pierwszego miejsca w klasie, nauczył się podpowiadać jej, gdy zaskoczona nieoczekiwanem i trudnem pytaniem profesora nie umiała wybrnąć z kłopotliwej sytuacji, śledził każdy jej krok, z rozpaczą żegnał odchodzącą i przyciskał rękę do kołaczącego serca, kiedy wchodziła do klasy.
Bez namysłu dałby się porąbać dla niej na kawałki, skoczyłby w ogień na pierwsze jej żądanie, bo stała się dla niego wszystkiem w życiu — mocą, radością i celem.
Nie wiedział jeszcze, że jest to miłość — ta najpiękniejsza, najpotężniejsza i najbardziej groźna — pierwsza i ostatnia.
Tak trwało przez dwa lata, aż do ukończenia szkoły.
Enriko miał już 16 lat, wyrósł, wybujał i zmężniał. Jego wiotka, zwinna postać zdradzała siłę. Uduchowiona i piękna twarz, rozświetlona ognistemi, rozmarzonemi oczami, tchnęła stanowczością i męstwem. Zachowywał się zawsze spokojnie, z wrodzonem poczuciem honoru, zyskując ogólny szacunek i przyjaźń.
Pewnej niedzieli, grając z Lizą w tennisa, posłyszał głos służącego:
— Tan gubernator woła Enriko do gabinetu!
Dziewczynka uśmiechnęła się tajemniczo.
— Biegnij! — szepnęła, kładąc rakietę na ławce. — Ojciec chce pomówić z tobą.
— Idę! — odparł i poszedł sprężystym krokiem, podniósłszy głowę wysoko i dumnie.
Liza usiadła, splotła ręce na kolanach i patrzyła wślad za nim.
Gdy zniknął w ciemnym holu, westchnęła cicho. Zagadkowy uśmiech rozchylił świeże, purpurowe usta dziewczynki. Roziskrzone, szafirowe oczy przygasły nagle. Znowu westchnęła...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.