Tajemnica płonącego samolotu/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Tajemnica płonącego samolotu
Wydawca Instytut Wydawniczy »Bibljoteka Polska«
Wydanie drugie
Data wydania 1935
Drukarz Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ I.
Epilog zamiast wstępu.

Statek „Infant“ płynął z ładunkiem „mięsa armatniego“. Biały człowiek, zagarnąwszy ziemię czarnych ludzi i rządząc nimi z pomocą pałek tęgich policjantów i karabinów wojsk kolonjalnych, zażądał od wszystkich swoich kolorowych poddanych ofiary życia dla „wspólnej ojczyzny“. W tym celu dwa tysiące murzynów ubrano w mundury wojskowe, nauczono ich poruszać się sprawnie na gromką komendę, dano im do rąk broń i wbito do głowy i gardzieli tony hymnu narodowego.
„Infant“ wiózł właśnie wojska kolonjalne na daleki, nieznany front. Tam czarni żołnierze mieli zwyciężać, albo inaczej — zabijać lub być zabitymi. Potrafiono jednak obudzić w twardych, kędzierzawych głowach mglistą myśl o sławnem zwycięstwie i żądzę bezkarnego morderstwa.
O śmierci zatem nikt na „Infancie“ nie myślał, więc czarni obrońcy świetnej cywilizacji europejskiej bez przerwy ryczeli hymn narodowy, błyskali zębami i białkami oczu.
Chorowali też potrosze, gdyż Atlantyk w lutym burzył się i pienił. Murzyni przywykli wszakże dość prędko do tych „igraszek wielkiej, słonej wody“, jedli więc, śpiewali i śmieli się ochrypłemi, dzikiemi głosami.
Wkońcu nudzić się zaczęli i pomrukiwać, że to djablo daleko do miejsca, gdzie można swobodnie rozpruwać brzuchy i podcinać gardziele „białym“.
Oficer, dowodzący transportem, zmuszony był rozpocząć wcześniej, niż obliczał, wydawanie porcji alkoholu, — cuchnącego, mętnego alkoholu z sorga[1].
Pewnego mglistego popołudnia, gdy raz po raz zaczynał siec gęsty deszcz i chwilami przechodził w ulewę, przyszli bohaterowie stłoczyli się pod pokładem. Ciasno tam było, ciemno, gorąco i duszno.
W niejednej głowie poczęła świtać gorzka, niepokojąca myśl, a raczej tęsknota za bambusową chatką, czterema żonami, kupą dzieciaków, dżunglą i polem manjoki. Szczególnie — za polem, bo był to właśnie czas orki i siewu.
— Czy kobiety same dadzą sobie radę? — judziła myśl trwożna. — Na Tengę![2] Wytrzebić nowe pędy palm i krzaków, wypalić stare pnie drzew, zorać, zasiać i obronić przed ptactwem i stadami małp! Czy potrafią?
Już nie cieszyła ich nadzieja zwycięstwa „umiłowanej ojczyzny“, wysyłającej do kolonji swoich policjantów, urzędników i wojsko dla bezwzględnego utrzymania ładu, już mniej jakoś pociągała rozkosz bezkarnego mordu...
Zgnębienie szybko szerzyło się w stłoczonej, bezczynnej ciżbie ludzkiej. Chwiejne, słabe dusze zapadały w ciężki, ponury bezwład.
I nagle...
Wszystko, co żyło, wartkim, skłębionym potokiem pomknęło na pokład. Biegli nawet palacze i mechanicy, wypadając z niedostępnych głębi rozedrganego kadłuba okrętu.
Dwa tysiące ludzi wyległo na oba pokłady i w milczeniu wbiło oczy w daleki brzeg.
Widowisko było istotnie wspaniałe, groźne i niezwykłe.
Z poza ściany dżungli nadbrzeżnej wznosiły się czarne słupy i obłoki dymu; tam i sam miotały się krwawe płachty płomieni, a łuna pląsała, to rozpalając się, to przygasając na nisko zwisających chmurach.
Od strony dalekiego pożaru, niby gorąca żagiew, ciśnięta potężną dłonią olbrzyma, mknęło ku okrętowi płonące widmo. Pozostawiając poza sobą długą smugę dymu, śmignęło nad masztami, wionęło żarem ognia, smagnęło porywczym, skwarnym powiewem, wstrząsnęło sykiem i urywanym warkotem. Zakreślając ognisty łuk i roniąc objęte płomieniami odłamki, groźna zjawa znikała w parnej mgle, aż runęła do morza, z hukiem wyrzuciwszy słup wody i pary.
— Samolot... samolot! — krzyczeli oficerowie z mostku.
— Ster na prawą burtę! — rozległa się komenda.
„Infant“ długo krążył po oceanie, lecz próżno szukano resztek płonącego płatowca. Fale niosły na grzbietach pienne czuby i grzywy, ale nie wynurzał się z nich najdrobniejszy nawet odłamek drewna...
Statek wziął dawny kierunek, na północ, ku „polom sławy“ i śmierci.
Murzyni nie rozchodzili się i słuchali opowiadania sierżanta.
Starali się wniknąć w znaczenie dziwnych, nigdy niesłyszanych słów:
— Aeroplan... awiator... pilot... bitwa powietrzna... katastrofa...
Nie rozumieli jednak. To, co przed chwilą przemknęło nad nimi, ziejąc ogniem i przerażając straszliwym łomotem, pozostało dla nich zagadką.
Nikt zresztą na całym statku nie mógł zgłębić ponurego znaczenia zjawiska. A był to epilog tragedji — tragedji jednego z setek tysięcy nieznanych, poniżonych braci, napojonych rozpaczą i nienawiścią.
Tam, nad pustynnym Atlantykiem zagasło wraz z płomieniem nieznane życie, zatrute niewiarą w prawdę i miłość, ogarnięte ogniem męki ponad siły.


Przypisy

  1. Rodzaj traw zbożowych.
  2. Bogini ziemi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.