Szanchaj/Tom I/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Szanchaj‎ | Tom I
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor F. Antoni Ossendowski
Tytuł Szanchaj
Data wydania 1937
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia P. Mitręgi
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VI.
DAWNE ŻYCIE ODZYWA SIĘ BRUTALNIE...

Wagin, ujrzawszy wchodzącego gościa, skrzywił usta drapieżnie, ale wnet poczuł, jak zerwało się w nim serce i z zawrotną szybkością padać poczęło, pozostawiając w piersi pustkę, strach i rozpaczliwą zawziętość.
Poznał gościa. Ba — znał go oddawna, może, już od roku albo i dłużej.
Ten łysy człowiek o czarnych, biegających oczach, wyzierających chciwie z pod nabrzmiałych i zaczerwienionych powiek, o wydatnych, zawsze wilgotnych wargach i odstających uszach nietoperza, pętał się za nim wszędzie — od Petersburga do Archangielska i przez całą Syberję aż do Władywostoku. W oczach jego — załzawionych i niespokojnych — Wagin widział śmierć. Człowiek ten w ciągu ostatnich kilku miesięcy zmienił go w ścigane i coraz bardziej osaczane zwierzę, zmuszane do ciągłej ucieczki, męczącego ukrywania się i czuwania w dzień i w nocy. On-to doprowadził go do rozpaczy i ostatecznego znużenia, aż Wagin zmuszony był przejść do ataku i na własną już rękę rozpoczął polowanie na tego człowieka o setce imion i nazwisk. Postanowił go zgładzić, aby nie być straconym. Ta walka trwała prawie rok, walka równie przebiegłych przeciwników z przewagą inteligencji na korzyść Wagina, gdyż, ścigany i tropiony przez swego wroga, jednocześnie kierował nim i, zwolna, coprawda, lecz nieprzerwanie posuwał się ku obranemu przez siebie miejscu ucieczki lub ostatecznej rozprawy. Ogarnąwszy gościa spojrzeniem, w jednej chwili uświadomił sobie głębokie zmiany w stosunku swoim do tego człowieka o uszach nietoperza i źrenicach tchórzliwego drapieżcy. Przed trzema tygodniami jeszcze nienawidził szpiega, od kilku miesięcy depcącego mu po piętach. Nienawidził go nietylko dlatego, że ten przy pierwszej nadarzającej się sposobności miał go oddać w ręce władz bolszewickich, co równoznaczne było z rozstrzelaniem, powieszeniem albo nawet z bardziej wyrafinowaną karą śmierci. Wagin nienawidził swego prześladowcy za to, że zmuszał go do postępków wstrętnych dla siebie i poniżających go we własnych oczach, za to, że z biegiem czasu, pod wpływem ustawicznego strachu przed śmiercią, zanikać w nim poczęły cechy człowieka inteligentnego o ustalonych zasadach moralnych. Bolało go, że nie mógł bronić się otwarcie, jak mężczyzna. Musiał ciągle kryć się, uciekać, tułać się po różnych wsiach i zapadłych kątach, zdala od większych zbiorowisk ludzkich, gdzie ścigający go szpieg mógł na jego ślad naprowadzić policję i żołnierzy. Krył się więc po opuszczonych, straszliwie zapluskwionych, ohydnych szałasach łowców syberyjskich, w gąszczu leśnym przy ukrytem starannie ognisku, w rozbitych krypach, wyrzuconych na pustynne łachy, wśród sekciarzy, uchodzących gdzieś w przestrzeń i bez żadnego wyraźnego kierunku i celu, aby tylko być jaknajdalej od bezbożników — „sług Antychrysta“, nocował wśród trupów ludzi, powystrzelanych przez bolszewickie oddziały karne, tułał się po nieznanych nikomu osiedlach, gdzie w każdej chacie panoszyła się śmierć, a ludzie, jak muchy, umierali na tyfus plamisty i cholerę. Gdy zaś dojrzał w nim protest i cały, bez reszty, zamknął się w nienawiści, wtedy dopiero poznał Wagin naturę ludzką i zrozumiał, jakie dziwne kryją się w niej możliwości, odruchy i potęgi pierwotne, kiedyś tam w zaraniu życia ludzkości wykorzystywane dla obrony i napadu. Te właśnie nieznane mu przedtem cechy zwierzęcia ludzkiego wywoływały w duszy Wagina dreszcz wstrętu. Przekształcona w ciągu tysiącleci postępu dusza jego te pierwotne sposoby i chwyty walki o byt kwalifikowała jako dzikie okrucieństwo, nikczemność i tchórzostwo, a jednak trwoga o życie zmuszała go do wyzyskania wszystkich możliwości, nie oglądając się na nic i z niczem się nie licząc.
W szalonym, błyskawicznym pędzie myśli rodzące się nagle wspomnienie ożywiło wszystko w nieuchwytnym ułamku sekundy, szczególnie — jeden z ostatnich epizodów walki z tym łysym szpiegiem o wydętych, śliskich wargach. Wagin, nie wiedzieć który już raz wytropiony przez niego, wymknął się z potrzasku, i, jak mu się zdawało, ostatecznie i bezpowrotnie. Było to w małej osadzie kozackiej nad rzeką Amurem. Władza bolszewików dopiero odniedawna tam sięgała, ostrożnie próbując utrwalić się w tak niepewnem środowisku, jak bogate, konserwatywne, monarchicznie nastrojone, rządzone własnem prawem obyczajowem społeczeństwo kozackie. Wagin przybył do stanicy, mając fałszywe dokumenty na imię jakiegoś technika. Tego samego dnia Amurem przepływał statek parowy, należący do kopalni złota, kierowanej przez inżyniera — Anglika. Wagin podpłynął czółnem do parowca i, rozmówiwszy się z właścicielem, został przyjęty na pokład. Oddaliwszy się o jakie sto kilometrów od osady, pewnej nocy, gdy statek stał przy brzegu, oczekując świtu, Wagin wślizgnął się do kajuty kapitana, grającego w karty z Anglikiem w messie, wykradł z jego biurka paczkę banknotów, spory worek złotego piasku, przewożonego z kopalni, i — co było celem jego wyprawy — karabin z torbą, pełną naboi. Rozumował, że bez pieniędzy i bez broni nie da sobie rady, więc z całym spokojem porwał innym potrzebne mu środki do walki, odrzucając wszelką myśl o etyce, wdzięczności, a nawet możliwości nowej zbrodni, gdyż gotów był zabić każdego, kto ważyłby się zatrzymać go. Potajemnie porzuciwszy tej samej nocy parowiec Anglika, odszedł daleko od rzeki i koło południa natrafił na małą chatkę smolarza. Mieszkali w niej mąż z żoną i pies, zły, kudłaty, nieufny kundel. Jego to szczekanie zwabiło Wagina ku samotnej chacie. Zamieszkał z leśnymi ludźmi, pomagając im w karczowaniu pni i układaniu mielerzy. Smolarze polubili go. Pewnego razu zbudziło Wagina ujadanie psa, lecz kudłacz, poszczekawszy, zamilkł. Nazajutrz smolarz spostrzegł na błotnistej ścieżce wyraźne ślady dwu ludzi, którzy długo, zapewne, stali w tem miejscu, skąd smolarnia widoczna była, jak na dłoni.
— Któżby to mógł być? — pytała zaniepokojona nagle kobieta. — Dlaczego nie przyszli tu i zawrócili? Przecież od nas do najbliższej osady będzie z pół dnia drogi?!...
Wtedy to Wagin zmyślił coś takiego, co najsilniej podziałać mogło na proste umysły gospodarzy. Opowiedział im, że jest mnichem, który bronił domu Bożego w klasztorze Wałaamskim przed bezbożnymi bolszewikami, Żydami, Łotyszami i Chińczykami, którzy teraz panują w Rosji i ścigają go. Po krótkiej naradzie z Waginem, smolarz i jego żona zaczęli działać. Skrzyknęli sąsiednich smolarzy, łowców tunguskich, kryjących się w puszczy zbiegów więziennych i urządzili zasadzkę. Dziesięciu żołnierzy, przyprowadzonych przez szpiega, zginęło, padło też kilku ludzi leśnych, a uciekającego wroga swego, biegnącego brzegiem potoku, postrzelił sam Wagin i z radością spostrzegł, jak, wpadając w nurt, plusnęło ciało zabitego i popłynęło.
Po zgładzeniu swego prześladowcy mógł już spokojniej ruszyć dalej ku wschodowi. W tydzień później od przypadkowego znajomego dowiedział się, że oddział czerwonych jeźdźców powystrzelał wszystkich smolarzy i spotkanych w puszczy ludzi i podpalił las. Za to właśnie, że, broniąc swego życia, świadomie narażał na śmierć ludzi uczciwego i dobrego serca, za to pogardzał sobą i coraz płomienniej nienawidził człowieka o biegających, chwytnych oczach, skradającym się krokiem wchodzącego teraz do jego pokoiku.
Wagin szybkim ruchem stanął za nim i spostrzegł pytające spojrzenie zdumionej pani Somowej. W głębi ciemnej sieni na chwilę zamajaczyły też przed nim oczy Ludmiły. Uśmiechnął się do nich z przymusem i powiedział:
— To mój stary znajomy... Pogubiliśmy się z nim w drodze...
Gość łypnął tylko oczami i wydął wargi.
Wagin zamknął drzwi, milcząc, pokazał szpiegowi rewolwer, poczem położył palec na ustach i spytał sztucznie podniesionym głosem:
— Jak się pan miewa, Abramie Izaakowiczu? Niech pan siada! Opowiemy sobie nasze przygody. Miał pan ich zapewne poddostatkiem, bo ja — i owszem, aż mi zbrzydły! Wogóle, mówiąc szczerze, los nie szczędzi nam ostrych i interesujących przeżyć. Co do mnie, to marzę, żeby się trochę ponudzić i zakosztować wreszcie jednostajności i monotonji życia! Cha-cha-cha!
Gość wprawnem okiem w tej chwili, zapewne raczej z zawodowego przyzwyczajenia, jakiemś lepkiem spojrzeniem macał każdy rys twarzy siedzącego przed nim Wagina, jego ubranie i wszystkie przedmioty w pokoiku.
— Hm... hm... — chrząknął wkońcu w kułak. — Zgubiłeś mnie wobec...
Wagin zmrużył oczy i, pogroziwszy mu palcem, szepnął:
— Mów o czemś innem... obojętnem...
Powiedziawszy to, szybko wyjął notatnik i napisał na czystej stronie:
— Tu rozmawiać nie możemy... chyba rozumiesz? Pomówimy w innem miejscu...
Dał mu to do przeczytania, lecz po chwili dopisał:
— Przychodźcie o ósmej do jadłodajni w „Gospodzie 4-ch stron świata“. Przy tej samej ulicy — za jaomyniem siódmy dom.
Gość skinął głową i, zapalając papierosa, spytał ze wstrętnym uśmiechem na mokrych wargach:
— Gdzież to pan wylądował potem, jak widzieliśmy się po raz ostatni?... Szukałem pana na obydwu statkach japońskich... ale...
— Nie znalazł mnie pan? — zaśmiał się Wagin. — Nie miałem wówczas zaufania do japońskich szyprów! Wolałem coś pewnego... Wsiadłem na żaglówkę koreańską... Była to przemytnicza łupina — przywiozła okowitę, a do swego kadłuba naładowała rogi jelenie, kły morsowe i skórki fok z Komodorów aż po burty... Ledwie znalazło się na niej miejsce dla jedynego pasażera, którym właśnie ja byłem...
Wagin ze zdziwieniem teraz słuchał brzmienia własnego głosu. Nikt nie odnalazłby w nim fałszywej nuty lub sztucznych odcieni. Drgała w nim naturalna wesołość, wzbudzona wspomnieniem o szczęśliwie zakończonej ponurej epopei. Spoglądał na gościa prawie bez odrazy i zwykłej obawy. Poszperał w swem sercu i zdumiał się. Nie znalazł w niem już dawnej zawziętości, ani jeszcze tak niedawno wszystko przed nim zasłaniającej nienawiści, ani lęku przed tym potworem — strasznym w swym uporze i talencie tropicielskim. Teraz był poza jego zasięgiem. Siły ich zrównały się. Nie obawiał się pojedynku, gdyby go szukał towarzysz Abram. Mógł to być tylko pojedynek, gdyż szpieg mógł teraz polegać jedynie na własnej przebiegłości i sile.
Gość tymczasem uderzył się dłonią w czoło i mruknął:
— Do djabła! A przecież chciałem już płynąć ze strażnikami ku tej krypie, ale właśnie przyszła do mnie jakaś dziewucha i szepnęła, że w szynku siedzi jakiś nieznajomy i wciąż przez okno wygląda...
— Cha-cha! — zaśmiał się cicho Wagin. — Był to podstęp wojenny! To ja do was posłałem tę dziewczynę!
— A ja... — tym samym tonem zaczął szpieg, ale urwał nagle i w leżącym na stole notatniku napisał niezgrabnemi, koszlawemi literami, robiąc straszliwe błędy ortograficzne:
...przekonawszy się, że mnie oszukała, strzeliłem jej w głowę!
Wagin zacisnął zęby i spuścił oczy. Po chwili, wziąwszy ołówek, rzucił na papier jedno tylko słowo:
— Nikczemnik! — i nerwowym ruchem podkreślił je dwukrotnie.
Gość podniósł na niego okrągłe, drapieżne oczy i spytał, chichocąc bezdźwięcznie:
— To niby ja? A dlaczegóż to nie szanowny pan?
Wagin zacisnął szczęki z taką siłą, że mu aż zęby zgrzytnęły.
— W najgorszym razie — obaj... — rzucił, nie patrząc na gościa.
— Więc na tej to krypie dopłynął pan do Szanchaju?
— Nie — do jednego z portów koreańskich, gdzie przesiadłem się na jakieś japońskie „Maru“ i oto jestem tu... — odpowiedział Wagin, czując, że jego chwilowa i dziwna wesołość i jakgdyby obojętność dla człowieka, który przypomniał mu ohydną przeszłość, prysnęły bez śladu.
— On musi zginąć!... — podszepnęła mu myśl chyża i sycząca, wyślizgując się niby wąż z nieznanych zakamarków mózgu.
— Może napije się pan herbaty? — spytał Wagin, aby przerwać nagle zapadłe zbyt długie milczenie.
Szpieg spojrzał na niego ni to z przestrachem, ni to z szyderstwem i przecząco potrząsnął głową.
— Pozostawmy to na wieczór — odpowiedział charczącym głosem.
— Czy sam przyjdziesz, czy z przyjaciółmi? — mrużąc oczy, zadał pytanie Wagin.
— Sam... sam... tu tymczasem nie mam jeszcze przyjaciół — szepnął gość i wstał.
Wagin odprowadził go na ganek i powtórzył z naciskiem:
— A więc o ósmej?...
— Tak! — kiwnął głową szpieg. — Musimy się rozmówić, ratować się wzajemnie...
Nie skończył, bo na ganek wyszła pani Somowa i pytającym, badawczym wzrokiem patrzyła na obydwu.
— Do widzenia, Abramie Izaakowiczu! — zawołał Wagin, wybuchając suchym, nieszczerym śmiechem.
Powrócił do swego pokoju i zaczął chodzić tam i z powrotem. Teraz dopiero poczuł się nad wyraz wzburzonym i musiał się uspokoić i zebrać myśli. Złe widmo minionych miesięcy, które wydawały mu się długim korowodem lat, zjawiło się przed nim na nowo. Co miało mu przynieść? Jakie zamiary czają się w ohydnej i strasznej głowie towarzysza Abrama? Przecież przybył tu tylko dla niego i coś już zapewne obmyślił... Czekać nie wolno! Należy działać, nie zwlekając, skończyć raz na zawsze z tą zmorą... Ach!
Wagin wydał bolesny syk i ukrył twarz w dłoniach. Poczuł, że są zimne i drżą. Z dna jego duszy zrywała się rozpacz.
— I tu... i tu... — ni to ścigając się, szeleściły trwożnie myśli, — ma być wszystko tak, jak działo się tam — we Francji, Szwajcarji, a potem — w Rosji?!... Znowu ucieczka, ukrywanie się, szpiegowanie i tropienie, zasadzki i nagłe napady... czy starczy ci sił, człowieku znękany? Czyż nie lepiej — skończyć odrazu, jednym zamachem przeciąć tak nielitościwie napiętą nić życia swego lub... tego Abrama?... Wybieraj! Nie zwlekaj!
Znowu syknął i usiadł przy stole, na którym bielała karta notatnika, a na niej podkreślone dwa razy słowo — „Nikczemnik“.
— Kto? On czy ty? — podszepnęła mu natrętna myśl. — Więc chcesz zacząć na nowo?
Wagin poruszył się gwałtownie. Skrzypnęło lekkie krzesełko bambusowe. Ktoś podszedł do drzwi i cichy głos Ludmiły dobiegł uszu Wagina:
— Mama prosi pana bardzo do siebie na herbatę!... Jest u nas doktór Plen...
Sergjusz otworzył drzwi i prawie rozkazującym ruchem ręki zmusił Ludmiłę wejść do pokoju. Patrząc na nią surowym wzrokiem, powiedział ponuro:
— Jestem zdenerwowany i nie będę zbyt przyjemnym gościem... Wie pani — myślałem długo o naszej pierwszej dziwnej bądź co bądź rozmowie... i przyznaję słuszność... istotnie — można i powinno się mnie bać... No, a teraz chodźmy, skoro panie sobie tego życzą!
Przepuściwszy ją przed sobą, zamknął drzwi i szedł za nią, patrząc roztargnionym, nieobecnym wzrokiem na jej wiotką, miękką, jakgdyby pozbawioną kości postać i olbrzymi węzeł kasztanowatych warkoczy, nisko opuszczonych na smagły kark.
Ludmiła zatrzymała się nagle i, obejrzawszy się na Wagina, szepnęła dobitnie:
— Niech pan wystrzega się tego człowieka, który wyszedł od pana przed chwilą!
Sergjusz podniósł na nią oczy, a w nich natychmiast błysnęła groźba. Pochylił głowę i powiedział z naciskiem:
— Aby się obronić przed nim, należy...
Nie dokończył, bo Ludmiła wydała jakiś bezdźwięczny krzyk i wyciągnęła ręce przed siebie, jak wtedy — na ganku, przed domem.
— Zrozumiała pani? Jeszcze raz... nie wiedzieć po raz który?...
Ludmiła, potrząsając głową, drżała na całem ciele, przyciskając ręce do piersi, jak przerażone dziecko.
— Chodźmy wreszcie, bo w ten sposób nigdy nie dojdziemy! — szepnął opryskliwie i szyderczo Sergjusz i wnet dodał:
— Niech się pani nie boi! Ten Abram Izaakowicz nigdy już tu więcej nie zajrzy...
Wybuchnął suchym śmiechem i pchnął drzwi, mówiąc:
— Jesteśmy, wedle rozkazu!
Słowom jego odpowiedział radosny okrzyk Romana. Chłopak, siedząc w łóżku, oparty o wysoko ułożone poduszki, wyciągał ku niemu obie ręce.
— Niech się pan uśmiechnie do mnie! Tak, jak dziś!... — syczał żałośnie i namiętnie zarazem.
Wagin wielkim wysiłkiem woli zdławił w sobie wzburzenie i nagle porywczym ruchem podniósł głowę. Niktby go w tej chwili nie poznał. Młoda twarz powlokła mu się rumieńcem. Skrzepły jej i zimny wyraz zniknął bez śladu w wesołym, beztroskim, zdawało się, uśmiechu. Błyskały białe, mocne zęby, roziskrzyły się tysiącem ogników i błysków baczne zawsze, czujne oczy o niezliczonych źrenicach. Mgiełka, okrywająca je, rozwiała się bez reszty i odsłoniła niebieskie oczy, szczere i łagodne.
Rozłożywszy szeroko prężne ramiona, skłonił się nisko i zawołał żartobliwie:
— Przyniosłem ci tyle uśmiechów, ile zechcesz! Mam u siebie w pokoju dwie walizki, w jednej z nich pełno jest uśmiechów i dlatego jest najlżejsza!
Chłopak porwał małą, mocną dłoń Wagina i, przycisnął się do niej płonącym policzkiem, poruszając czerwonemi, suchemi wargami. Coś szeptał, lecz dźwięk nie wydobywał się z przeżartych płuc i gardła. Wagin pochylił się nad chorym i przycisnął jego głowę do piersi. Ledwie to uczynił, gdy jakaś zimna struga pobiegła mu po grzbiecie. Przypomniał sobie w tak nieodpowiedniej chwili towarzysza Abrama i oczekujące go spotkanie w zajeździe Miczurina. Był w tem wszystkiem tak wielki rozdźwięk, że sprawił mu wyraźnie wyczuwany ból fizyczny. Znowu, jak zawsze zacisnęły mu się wargi, a trzy głębokie zmarszczki pofałdowały pogodne przed chwilą czoło.
— Przekleństwo! — mignęła myśl. — Dopóki nie skończysz z tamtym, nie zaczniesz nowego życia...
Wagin przymknął powieki, lecz po chwili podniósł je i natychmiast spostrzegł skierowane ku sobie ciemne, głębokie oczy Ludmiły, która patrzyła na niego, nie słuchając prawie tego, co mówił do niej doktór Plen. Otrząsnąwszy się z ogarniających go myśli, Wagin zaśmiał się i powiedział do chłopaka:
— Jeśli potrzebne ci są uśmiechy, będę ci je przynosił codziennie w woreczku?!
Roman począł się śmiać, ale wkrótce napadł go atak kaszlu. Lekarz szybkim krokiem podszedł do chorego i, położywszy mu rękę na czole, zmusił go położyć się nawznak i, gładząc chłopaka po piersi, wstrzymał suchy, szczekający kaszel.
— Dobrze... dobrze... — mruczał Plen. — Teraz napijesz się mleka z ziółkami, łykniesz pigułkę i — będziesz spał... Będziesz spał! — powtórzył twardym, rozkazującym głosem. — O, widzę, jak ci się już kleją powieki... Świetnie! Powiadasz, że nie smakują ci ziółka? E-e, bracie! Dla nas — mężczyzn niema niesmacznych lekarstw i... rzeczy... My przecież — wojownicy... łowcy... pasterze... Jemy i pijemy co się da, aby mieć zdrowe mięśnie i wolę do zwycięstwa... Słyszałeś o tem kiedyś? Nie śpij jeszcze, bo masz zjeść żółtko z cukrem... To już — dobre, prawda? Teraz z ostatnią łyżeczką — pigułka! Tak, doskonale! Teraz Romeczek śpi... śpi... śpi!...
Głowa chłopaka obsunęła się zlekka na poduszki, oczy się zamknęły. Usnął.
— To — dziwne, wprost nie do uwierzenia! — szepnęła zdumiona i jakgdyby uradowana pani Somowa. — Romek tak długo już cierpi na bezsenność, która go męczy i wycieńcza.
Plen kiwał głową, przysłuchując się oddechowi chorego chłopca.
— Teraz będzie spał długo i spokojnie, prawie bez kaszlu, aż... — powiedział cichym, poważnym głosem.
Wagin posłyszał coś w jego brzmieniu, bo podniósł oczy na doktora i spytał:
— To dobrze zrobi temu biedakowi, nieprawdaż?
Nie odpowiadając wprost na pytanie, von Plen mruknął:
— Sen koi bóle duszy, serca i ciała... niezawodnie i najlepiej...
Waginowi wydało się, że zrozumiał ukryte znaczenie tych słów, więc zaczął dość bezładnie opowiadać o znanych mu wypadkach leczenia gruźlicy przez znachorów syberyjskich. Mówił długo, starając się odwrócić uwagę stroskanych kobiet od niepokojącej myśli, którą musiała poddać im przypowieściowa niemal odpowiedź doktora.
— Ma pan rację, znachorzy mogą wiele dobrego zdziałać — przytaknął Plen. — Ich sposoby oparte są na suggestji różnego rodzaju. Istnieje cała jej skala o wielkiej rozciągłości... Naprzykład, sławetny „czarny duch“ Rosji — Grzegorz Rasputin, ten szaman syberyjski...
— Ach! — wyrwało się Ludmile, która z przerażeniem jęła się wpatrywać w twarz Wagina.
Von Plen posłyszał jej cichy, jak westchnienie, okrzyk i ze zdumieniem spojrzał na nią. Sergjusz najmniejszym nawet skurczem mięśni nie zdradził swego wrażenia, gdy padło nazwisko Rasputina. Spokojnie patrzał na doktora i słuchał uważnie.
— Powiedziałem — szaman, — ciągnął Plen, siadając przy stole i pijąc duży łyk ostygłej już herbaty, — to znaczy, taki znachor, który poza wiedzą natury ludzkiej, umie wykorzystać stan otaczającej nas przyrody, działającej na psychikę i system nerwowy człowieka... Słyszałem z wiarogodnego źródła, że Rasputin nigdy nie zgadzał się ratować carewicza w dni dżdżyste lub mgliste...
— Ma pan zupełnie ścisłe informacje, — spokojnym tonem potwierdził Wagin i dodał: — Dziękuję pani, proszę o jeden tylko kawałek cukru... Tak! Najlepsze dla jego praktyki były dni pogodne, słoneczne lub czasem — znów przeciwnie — gdy przed burzą w powietrzu gromadziła się elektryczność. W innym czasie posiłkował się hipnozą indukcyjną, posyłając chorym swój portret, koszulę lub obrazek święty, wiszący na piersi... Znam te rzeczy, wyolbrzymione do rozmiarów „cudów“... Ale i to można zrozumieć, jeżeli się zważy, w jakiem niezwykle wysokiem, niedostępnem dla zwykłego śmiertelnika otoczeniu działał smutnej pamięci Rasputin...
Ludmiła nie mogła wyjść z podziwu. Tak spokojnie i obojętnie nie mógł mówić człowiek, zamierzający zgładzić nadwornego znachora i jego protektorkę — cesarzową.
— Chyba to, co opowiadał Klimow, jest tylko plotką? — pytała siebie.
Postanowiła zrobić jedną próbę. Spuszczając oczy i do nikogo poszczególnie nie zwracając się, spytała:
— Wydaje mi się jednak rzeczą nieprawdopodobną, jak mogła cesarzowa...
— Mój Boże! — przerwał jej Wagin. — Ciągle się słyszy to pytanie! A przecież jest to takie łatwe do zrozumienia! Kochająca matka, drżąca o swego syna, który może każdej chwili umrzeć, jak tonąca — deski ratunku, czepiała się tego znachora, jednem słowem lub spojrzeniem przerywającego krwotoki cesarzewicza, czego nie mogli uczynić najsławniejsi lekarze... To takie zrozumiałe i tragiczne zarazem! Proszę spytać swojej mamy, czy nie uwielbiałaby pierwszego lepszego znachora, który umiałby przerywać ataki kaszlu u Romka?
— Ależ — naturalnie! — zawołała pani Somowa. — Stopybym mu całowała!
Von Plen zaśmiał się cicho i zamachał rękami.
— O, to już straszne! — powiedział. — Niechże pani przynajmniej mnie nie uważa za znachora-cudotwórcę. Ja w tym wypadku pomagam tylko naturze, jakby to wyrazić się ściśle?... Łagodzę brutalność natury...
Umilkł i poruszył się niespokojnie na krześle. Ani pani Somowa, ani też Ludmiła nie dostrzegły dziwnego tonu ostatnich słów Plena i tego, że oczy mu zgasły nagle, twarz pożółkła i zwiotczała, a palce ręki, trzymającej filiżankę, zadrżały. Spostrzegł to jednak wciąż baczny na wszystko Wagin i pytającym wzrokiem ślizgnął się po całej postaci doktora. Jednocześnie uczuł na sobie badawcze spojrzenie Ludmiły i zrozumiał, poco rozpoczęła rozmowę o cesarzowej.
— Widocznie w rosyjskich kołach mówią już o mnie! — domyślił się z goryczą.
Pani Somowa wyszła tymczasem do kuchni.
— Dziwne jest życie ludzkie! — uśmiechnął się Wagin. — Któż z nas mógłby dawniej pomyśleć, że kiedyś, ot tak będziemy sobie siedzieli w chińskim domku przy ulicy Fu-Tien-Koo, pili herbatę i gwarzyli o rzeczach strasznych, ponurych, ale, na szczęście, dawno już minionych?
Von Plen potrząsnął głową i dodał z naciskiem:
— Kto też mógłby przewidzieć, jakie w nas zajdą zmiany?... Tak głębokie i nieprawdopodobne, że staliśmy się zupełnie innymi ludźmi, jakgdyby po raz drugi przychodzącymi na świat... lub też... że tak powiem, wyjawionymi do dna!... Bez tych doświadczeń przeszlibyśmy od kolebki do trumny, nie podejrzewając nawet, co za możliwości, moce, talenty, cnoty i zbrodnie tkwią gdzieś w tajnikach naszych dusz, serc, mózgu i krwi...
Pani Somowa powróciła, wnosząc półmisek z szynką i zielonym groszkiem. Panie zakrzątnęły się koło stołu. Zjawiła się biała serweta i nakrycia. Z zażenowanym wyrazem twarzy uprzejmie częstowały gości, mówiąc do nich:
— Przepraszamy za tak skromne przyjęcie, ale, doprawdy, ze szczerego serca...
— Nie pamiętam już, kiedy miałem tak wspaniały podwieczorek! — upewniał von Plen, krając kawałek tłustej szynki. — Nie przypuszczałem nawet, że w Szanchaju można mieć tak wyborne rzeczy!
— Szynkę kupiłam na Nanking-Road u Tillera — mówiła z uśmiechem zarumieniona Ludmiła. — Ta firma eksportuje podobno swoje wyroby nawet do Anglji...
Wagin milczał. Krajał mięso na drobne kawałki i jadł powolnie. Nie miał apetytu. Odbierała mu go teraz najwstrętniejsza myśl o tem, co ma zajść w „Gospodzie 4-ch stron świata“ i czy wogóle musi tam coś zajść? Na to pytanie nie mógł sobie jeszcze dać stanowczej odpowiedzi. Myślał o towarzyszu Abramie, przypominał sobie niektóre słowa jego i daremnie szukał w duszy dojrzałego ostatecznie postanowienia.
— Ma pan jakieś kłopoty, widzę? — spytała go nagle pani Somowa, spostrzegłszy skupiony wyraz w jego oczach.
— Któż ich nie ma? — wzruszył ramionami i zaśmiał się z goryczą. — Chcę zacząć nowe życie po moich przejściach i ani rusz — nie mogę. Odbija mi się życie tamtejsze — niby po nieświeżej rybie.
Powiedział to szyderczym tonem i znowu spostrzegł utkwiony w sobie wzrok Ludmiły.
— To dzisiejszy gość popsuł panu humor zapewne? — zauważyła pani Somowa. — Muszę się przyznać, że nie podobał mi się wcale. Jakiś wstrętny i do tego niezawodnie Żyd...
Wagin wybuchnął głośnym śmiechem.
— Po części, po części! — zawołał ubawiony nagle. — A co do jego rasy, to cóż państwo chcecie? Ma na imię Abram, jest synem Izaaka, nazwisko zaś jego brzmi Chackeles! Nie może on być, nawet gdyby pragnął, patrjarchą Wszechrosji!
— Istotnie — znajomość mocno kompromitująca! — uśmiechnął się Plen.
— Któż z nas w tych czasach nie był zmuszony do podobnych kompromitujących stosunków i znajomości? — odparł Sergjusz. — Do kompromitujących znajomości i jeszcze bardziej kompromitującej przeszłości... A la guerre comme à la guerre!
Wszyscy zamilkli. Przypominali sobie zapewne niedawne dzieje i własne przeżycia.
Wagin wstał. Zrobiwszy kilka kroków po pokoju, usiadł znowu i, porozumiewawczo patrząc na Ludmiłę, powiedział:
— Opowiem państwu pewne zdarzenie, ilustrujące to, o czem mówiłem przed chwilą!. Gdybym nie widział tego niemal we wszystkich szczegółach własnemi oczami, — przysięgam — nie uwierzyłbym nigdy, że to jest możliwe! Proszę sobie wyobrazić młodzieńca z dobrej rodziny, niezupełnie czystej krwi rosyjskiej, gdyż matka jego była Angielką. Człowiek wykształcony, zupełnie zrównoważony, z pewnych — powiedzmy — zasadniczych, ideowych powodów zmuszony był nagle opuścić Rosję i całkowicie zerwać z rodziną. Na obczyźnie, pozbawiony wszelkiej pomocy i ścigany zawzięcie przez policję polityczną, przeszedł wszystkie możliwe cięgi... Głód, nędzę, chorobę... jednak przetrwał wszystko to, zaszył się w małem miasteczku francuskiem nad brzegiem morza i — ten, któremu przedtem przepowiadano najświetniejszą karjerę, czuł się zupełnie szczęśliwy, pracując w fabryce konserw rybnych. Miał zarobek, a w domu — ciszę i spokój, przed sobą — kojący go bezmiar oceanu. Dobrze mu było! Zdawało mu się, że po jakiems sztucznem, przymusowem życiu, rozpoczyna nowe, prawdziwe, w którem może i musi wywalczyć sobie stanowisko własnemi silami. I nagle...
Urwał, aby napić się herbaty. Wszyscy słuchali, wpatrzeni w jego spokojną, jakgdyby rozmarzoną w tej chwili twarz. Zmienił pozę i ciągnął dalej przyciszonym głosem:
— Minęła zima i wiosna... Z cuchnących tranem i wodorostami morskiemi hal, przeniesiono mego znajomego do biura. Awans i — nowe, jeszcze lepsze warunki życia? Ale oto w lecie do miasteczka nadmorskiego przybyło z Paryża kilka rodzin naszych rodaków, a wraz z niemi młoda wychowawczyni — Rosjanka. Aby nie znudzić państwa nie będę jej opisywał, wspomnę tylko, że była to bardzo przystojna, rozumna dziewczyna i miała najidealniejsze poglądy na ludzi, życie i na cały świat. Państwo już domyślają się zapewne — co dalej nastąpiło? No — oczywiście! Przypadkowe spotkanie, pierwsza krótka, ale decydująca o dalszym biegu wypadków rozmowa — niespodziewanie szczera i serdeczna, nieprzeparty pociąg wzajemny, głębokie, jak się to mówi, mocne uczucie... i narzeczeństwo...
Wagin zaczął śmiać się cicho i złośliwie.
— Banalna, nieprawdaż, jak dotychczas historja kinematograficzna, która mogłaby mieć typowy dla filmów amerykańskich tego gatunku „the very happy end“, gdyby nie siła wyższa? Cha-cha-cha! Jakżeż mogła przeciwstawić się jej niemądra, młoda, naiwna miłość mego przyjaciela, gdy pod ciosami tej siły druzgocącej padły wszak takie potęgi, jak imperjum carów, kościół i armja?!
Wagin wstał i zaczął chodzić po pokoju, co chwila spoglądając na zegar. Dochodziła godzina szósta. W pokoiku ginęły już w zmroku poduszki chorego chłopaka, majaczyły niewyraźne zarysy sofy, małej szafki i kilku obrazków chińskich, tuszem malowanych na jedwabiu. W kącie, koło pieca, w zgęszczonych cieniach występowały blade plamy twarzy ludzi i wpadający z podwórza promyk latarni rozpryskiwał się na mosiężnej pokrywie samowaru.
— Nudzę państwa swojem opowiadaniem? — zapytał Sergjusz.
— Ależ przeciwnie! — zaprotestowała pani Somowa i zapaliła lampę naftową. Chory poruszył się i westchnął. Ciężkie to było, syczące westchnienie. Chłopak nie obudził się jednak.
Wagin usiadł i, marszcząc czoło, coraz bardziej niespokojny i podrażniony, jakoś dziwnie szybko zakończył rozpoczęte opowiadanie:
— Wybuchający bolszewizm rzucił bawiącą we Francji rodzinę na bruk. Narzeczona mego przyjaciela pozostała bez pracy. Napróżno biedak namawiał ją, aby się pobrać, nie czekając na poprawę jego sytuacji materjalnej, bo wszak jako-tako dadzą sobie radę. Idealna panienka pewnego dnia znikła... Inny, na miejscu mego przyjaciela, postawiłby w tem miejscu kropkę i przebolałby ten zawód. Nie taki to jednak okazał się człowiek! W postępku panny dopatrzył się czegoś przerażającego, czego nie mógł narazie uświadomić sobie. Tchórzostwo? Zdrada? Obawa przed skromnem życiem ciężko pracujących ludzi? Postanowił jednak wyjaśnić to, wyraźnie zrozumieć wszystko, gdyż nie był w stanie tak odrazu, w jednej chwili porzucić swego ideału, który nieopatrznie i naiwnie on — człowiek obracający się niedawno w najświetniejszem towarzystwie i obserwujący setki kobiet, umieścił w tej tak mądrej, poważnej i skromnej nauczycielce. Rzucił więc wszystko i wyruszył na poszukiwania. Znalazł ją wreszcie w Paryżu... w biurze propagandy bolszewickiej w roli... kochanki wpływowego komisarza — młodego, aroganckiego żydziaka, pełnemi garściami rzucającego „proletarjackie“ złoto na przekupywanie i judzenie w kołach robotniczych organizacyj francuskich, no — i na szerokie, wystawne życie... Mój znajomy długo miał pod obserwacją mieszkanie żydłaka, bo ciągle jeszcze wątpił, jeszcze chwytał się strzępów nadziei, ale gdy już wszelkie złudzenia prysły, odnalazł w sobie zupełnie nowego człowieka, a ten, inaczej już myśląc i odczuwając, innych też użył sposobów załatwienia sprawy...
Wagin wstał i, prostując barki, spiesząc się jeszcze bardziej, zakończył swoją opowieść:
— Wszedł do mieszkania bolszewika i strzelił celnie do zbyt praktycznie patrzącej na życie panny i przerażonego żydziaka. Świadkiem tego morderstwa był jeden tylko człowiek, który na odgłos strzałów wypadł z sąsiedniego pokoju, ale ukrył się natychmiast... Ścigał on potem mego przyjaciela, aż ten dał nura, wstąpiwszy na ochotnika do pułku cudzoziemskiego, i zniknął. Bitwy, jak słyszałem potem, otrzeźwiły go znakomicie i zaleczyły blizny jego głupiego serca... Późno już, a tymczasem mam jeszcze coś do załatwienia na mieście...
Poczuł dreszcze i skurcz mięśni w szczękach, gdy mówił:
— Muszę już pożegnać panie i pana, doktorze, i — uciekać! Dziękuję za uprzejme i zaszczytne dla mnie zaproszenie dzisiejsze!
— To i ja ruszę razem z panem — powiedział von Plen i zaczął prostować swoje długie, kościste ciało.
Wyszli razem. Idąc już ulicą, Wagin zapytał lekarza:
— Czy pan dobrze zna odcinek Fu-Tien-Koo za jaomyniem? Chodzi mi o to, aby dostać się do „Gospody 4-ch stron świata“ nie od strony ulicy, ale z jakiegokolwiek bądź innego miejsca — choćby z powietrza lub spod ziemi!
Von Plen wcale się nie zdziwił, bo odpowiedział najspokojniej w świecie:
— Ależ to moja domena! Znam tam każdą dziurę i norę. Wprowadzę pana od pogorzeliska składów wojskowych. Musimy jednak skręcić w ten ciemny zaułek. Nie obawia się pan zapuścić do takiego kretowiska, bo niezawsze to bywa bezpieczne?...
Wagin zamiast odpowiedzi skrzywił usta pogardliwie. Weszli w wąski, pełen załamań i nagłych skrętów zaułek, biegnący pomiędzy glinianemi murami. Panował tu zmrok, a kroki idących ludzi budziły echa. Na skrzyżowaniu z inną uliczką, tonącą w błocie, stał mały domek. Na werandce przed nim paliły się dwie duże czerwone latarnie papierowe; odbicie ich majaczyło na powierzchni dużej kałuży.
Wagin, dotknąwszy ramienia Plena, oczami wskazał na dom, skąd dobiegały ochrypłe zawodzenia skrzypiec i również ochrypły śpiew kobiety.
— Dom pod czerwoną latarnią wszędzie, bodaj, ma to samo znaczenie — mruknął doktór.
— Ach — tak! — kiwnął głową Sergjusz i nagle drgnął, ze wstrętem cofając się o krok.
Czyjaś zimna, lepka ręka dotknęła jego dłoni, a potem wczepiła mu się w rękaw płaszcza. Wytężył wzrok i przyjrzał się ciemnej, drobnej postaci, człapiącej obok niego po gęstem błocie. Mała Chinka — stara czy młoda — tego nie można było rozpoznać pod grubą warstwą bielidła i różu — w jakimś fantastycznym czepku ze srebrnych kwiatów i dzwoneczków dreptała przy nim, uśmiechając się i mizdrząc zawodowo. Coś mówiła do niego, o coś, niezawodnie, pytała. Wagin nie mógł zrozumieć ani słowa z jej ptasiego, piszczącego szczebiotu, ale wkońcu do świadomości jego poczęły docierać pojedyncze wyrazy angielskie. To go zastanowiło, więc zatrzymał się i spytał:
— Czego chcesz ode mnie?
Chińska „kurtyzana“, szczebiocząc i łasząc się, mówiła już wyraźniej:
— Dżentelmen, biały dżentelmen — bogaty i hojny — przyjdzie do „gniazdka śpiewających ptasząt miłości“... Mam tam pewną rosyjską miss... prawdziwą księżniczkę... ona dżentelmenowi...
Padło kilka ohydnych, wyuzdanych wyrażeń, ale Wagin strząsnął ze swego ramienia czepną dłoń kobiety, poczuwszy do niej nagle nieprzezwyciężony wstręt i ni to nienawiść. Długo szedł w milczeniu obok Plena, który sapał ciężko i porywczo.
— Zmęczył się doktór? — zagadnął go Sergjusz.
— Nie! — zaprzeczył lekarz. — Przyszedł czas, abym wypalił fajkę opjum — ów „dym siedmiu marzeń i siedmiu snów“. Dawno nie paliłem, więc czuję się słaby i zgnębiony.
— Słyszałeś, doktorze? Rosyjska dziewczyna z dobrej rodziny w tym barłogu? To — straszniejsze od wszystkiego, co można sobie wyobrazić!
Von Plen machnął ręką obojętnie i słabym głosem odpowiedział:
— Gdzie ich tylko teraz niema?! Mężczyźni wszystkich barw i ras próbowali miłosnych uciech z pańskieni rodaczkami. Pełno ich w lupanarach szanchajskich na Creek‘u i w Kantonie na „galerach miłości“. Na międzynarodowej giełdzie kobiecego ciała „białe niewolnice“ — Rosjanki stały się najtańszym towarem; w zakazanych dzielnicach w Fezie, Trypolisie, Marakeszu, Mzabie, Timbuktu, po wszystkich spelunkach portowych całego świata posłyszeć można smętne romanse cygańskie, śpiewane przez rodaczki pana — najdostępniejsze, najbardziej bezprawne i bezbronne prostytutki. Pewien marynarz holenderski, który za każdym rejsem zagląda do palarni opjum, gdzie urzęduję i cicho dogorywam, opowiadał mi, że gdzieś w Adenie, zdaje mi się, czy też Surinamie jakiś bogaty przemytnik, schlawszy się rumem, koniecznie chciał kogoś uśmiercić... Przyprowadzono mu wtedy Rosjankę z pobliskiego domu publicznego no i...
— Co się dalej stało? — spytał niecierpliwie Wagin, widząc, że Plen nie ma zamiaru czy sił dokończyć swego opowiadania.
— No — i dźgnął ją nożem marynarskim pod serce... — syknął Plen. — Udało się jej, na szczęście, dostać śmiertelny cios, bo w przeciwnym razie djabeł jeden wie, coby się z nią potem działo!
Zapanowało milczenie. Pod nogami soczyście cmokało lepkie błoto. W mroku od czasu do czasu przesuwali się i ocierali o nich jacyś przechodnie. Nagle Wagin zastąpił drogę doktorowi i spytał:
— Czy Roman umrze?
Plen, śpiesząc się i głośno sapiąc, odparł:
— Chłopak umiera... Zrobiłem tak, że będzie ciągle spał... skona bez agonji, we śnie... To było jedyne, co w tym stanie choroby mogłem dla niego uczynić...
Już nic nie mówiąc do siebie, szli krętym zaułkiem, aż wkońcu wyszli na pusty placyk. Sterczały na nim okopcone kominy i resztki ścian jakichś spalonych budynków.
— No, już jesteśmy u celu — mruknął Plen. — W tamtym murze znajdzie pan wyłom i dostanie się na dziedziniec „Gospody“. Dobranoc! Muszę się śpieszyć, bo słabnę coraz bardziej. Stanowczo za długą miałem przerwę. Muszę palić co dwie godziny, inaczej serce zaczyna mi się buntować, ale... ale... jedną chwilkę... jeszcze małe pytanie... niedyskretne; zresztą może mi pan nie odpowiadać... Dla kogo to i w jakim celu mówił pan u Somowych o sobie... i o tem zamordowaniu jakiejś tam panny, co z taką łatwością zamieniła naiwnego i zakochanego w niej inteligentnego młodzieńca na żydowina — komunistę i komisarza?... Czy wiedziała ona dlaczego ów błyskotliwy niegdyś młodzieniec klepał biedę w małej mieścinie francuskiej? Był pan dziś wspaniały z tym swoim spokojem olimpijskim i epickim tonem obrony Rasputina i cesarzowej! Podziwiałem pana szczerze... Sergjusz Wagin, broniący cesarzowej — to coś niewiarogodnego! Niech mi pan wierzy i zapamięta moje słowa. Daleko pan jeszcze zajdzie...
Wagin słuchał go w roztargnieniu i nic nie mówił.
Uścisnęli sobie dłonie i rozstali się. Wysoka sylwetka von Plena w okamgnieniu znikła w mroku. Dobiegało tylko człapanie błota pod jego stopami. Sergjusz ruszył ku „Gospodzie“.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.