Szanchaj/Tom I/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Szanchaj‎ | Tom I
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor F. Antoni Ossendowski
Tytuł Szanchaj
Data wydania 1937
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia P. Mitręgi
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ V.
UCHYLONY RĄBEK ZASŁONY.

Tak właśnie pewnej niedzieli wyraził się zawsze opanowany i wytworny mecenas Lubicz, gdy w saloniku generałowej Ostapowej zgromadził się cały komplet bywalców. Kilku starszych panów, a wśród nich mrukliwy senator Ableuchow zasiadło do zielonych stolików. Młodzież, posunąwszy stół ku ścianie, urządziła dancing, przy dźwiękach płyt gramofonowych, reszta gości podzieliła się na większe i mniejsze grupy i gwarzyła na przeróżne tematy. Szczególne jednak zainteresowanie budziły opowiadania i domysły, dotyczące kilku niedawno przybyłych z Syberji osób. Istotnie mogły one wzbudzić zaciekawienie, gdyż nowi emigranci przybywali już bardzo rzadko. Granice Syberji zostały oddawna szczelnie zamknięte, więc ci, którzy przekraczali kordon, należeli do najzuchwalszych śmiałków i musieli nieraz przebywać daleką i niebezpieczną drogę. Pozazdrościćby jej mogli najzuchwalsi nawet podróżnicy. Niektórzy bowiem musieli sforsować Pamir i Tian-Szań, a potem na wielbłądach lub konno wlec się poprzez całą Azję Środkową, zahaczając, a nieraz i przecinając martwą pustynię Gobi, zanim mogli dotrzeć do Chin właściwych i oprzeć się wreszcie o Szanchaj — ów wymarzony raj, ten wylot ku... nieistniejącej już ojczyźnie.
W kółku, otaczającem panią domu, szeroko i elokwentnie o tem wszystkiem rozprawiał mecenas, z niezrównaną elegancją bawiąc się binoklami na szerokiej, czarnej tasiemce.
— Muszę państwa ostrzec, — mówił Lubicz tajemniczym, przyciszonym nagle głosem, co właśnie zmusiło wszystkich do tem większej uwagi, — muszę ostrzec przed zbytnią szczerością i niedyskrecją wobec nowych przybyszów z ostatnich czasów! Pewien mój znajomy oficer z wywiadu generała Siemionowa pokazywał mi w kawiarni na Creek‘u dwuch osobników, od dwu tygodni myszkujących po Szanchaju. Są to agenci-komuniści, posyłani zagranicę w szczególnie ważnych sprawach. Mój znajomy nie wątpi, że ścigają kogoś z nowoprzybyłych. Należy zachować wielką ostrożność, aby komuś nie wyrządzić krzywdy!
Zapanowało milczenie. Każdy z obecnych usiłował przypomnieć sobie, czy nie spotkał gdzieś przypadkowo podejrzanych osobników, zdemaskowanych przez Lubicza.
— Czy nie należy czasem do tej dwójki ten wysoki, milczący blondyn, co to parę razy pokazał się w kawiarni Greena a nawet raz podchodził do senatora? — zapytała jakaś młoda dama, zapalając papierosa. — Ten to rzeczywiście miał złowrogi i tajemniczy wygląd!
— Ależ — nie! — zawołała z ukraińskim akcentem siedząca naprzeciwko panienka — czarnooka i smagła. — Nie! Ten, co rozmawiał wtedy z senatorem Ableuchowem, przestał już być zagadką. Wiem to od Ludmiły Somowej, gdyż pokazała mi go na ulicy i powiedziała, że właśnie zamieszkał u nich w pokoiku, wiecie, państwo, w tym — na prawo od sieni, — nazywa się Wagin, Sergjusz Wagin...
Nikt nie zwrócił uwagi na rozmowę pań, ale stojący koło okna rotmistrz Klimow pochylił nad niemi bladą, wychudzoną twarz i spytał z nagłem ożywieniem:
— Jak pani powiedziała, panno Nino? Wagin? Sergjusz?
— Tak nazywała go Ludmiła — potwierdziła zdziwiona nieco smagła panienka.
Klimów zatarł ręce i zaśmiał się cicho.
— No... no — zaczął chrapliwym, urywanym głosem. — Ten to jest gorszy od każdego agenta bolszewickiego!... Pomyśleć tylko, że tu w Szanchaju, gdzie zebrało się tylu oficerów i innych uczciwych Rosjan, może przebywać bezkarnie taki Wagin!...
— Cóż to za człowiek? — rozległy się pytania, a powstrzymać się od niego nie mógł nawet Lubicz.
Klimów zachichotał po swojemu, niby ptak, wydający drapieżny skwir i, kaszląc, począł wymachiwać rękami. Uspokoiwszy się nieco, zaczął mówić, wpatrując się z pogardą i złośliwością w spokojną twarz adwokata, którego od pierwszego spotkania organicznie nic znosił:
— Że ci państwo mogą nie wiedzieć o Sergjuszu Waginie — to nic dziwnego, bo nazwisko jego, dzięki przedsięwziętym zawczasu środkom zapobiegawczym, nie obiło się o uszy szerokiego ogółu, ale żeby pan, mecenasie, pan, który, jak twierdzi, miał tak bardzo rozległe stosunki w Petersburgu, mógł nie słyszeć o Waginie, to mi się wprost w głowie nie mieści i budzi podejrzenia, że albo pan stracił pamięć, albo... całe to gadanie o stolicy i pańskich znajomościach w najwyższych sferach jest pospolitą bujdą i blagą.
Wszyscy wiedzieli oddawna o niechęci, którą żywił chory żandarm do adwokata, i przyzwyczaili się już do ciągłych jego docinków, ale, mimo to, tym razem powiedzenie Klimowa przekraczało wszelką miarę i zakrawało już na obelgę.
Zrozumiała to też natychmiast pani Ostapowa i surowym, niedopuszczającym żadnego sprzeciwu głosem zaczęła swój sakramentalny frazes, druzgocący, jak wszystkim się wydawało, niestosownie i niekulturalnie zachowującego się gościa:
— Pewnego razu, kiedy z nieboszczykiem mężem byliśmy na przyjęciu u ich cesarskich mości w Carskiem Siole...
Klimów chrząknął niecierpliwie i, nie zwracając już uwagi na adwokata, zatrzymał na generałowej ostry, szyderczy wzrok wypłowiałych oczu w czerwonych obwódkach przypuchniętych powiek.
Zwracając się do niej, powiedział ze śmiechem:
— Właśnie... właśnie!... Carskie Sioło... Wagin ma bezpośredni z niem związek!
— O czem pan mówi, rotmistrzu? — spytała mimowoli zaciekawiona pani Ostapowa, ale w tej samej chwili wstała z kanapy i skierowała się ku drzwiom, aby przywitać wchodzącą panią Somową i jej córkę.
— Trafiacie panie na ciekawą rozmowę — powiedziała śpiewnym głosem. — Czem mogę służyć? Kawą czy herbatą? Marto, powiedz, aby podano paniom herbaty!... Proszę przysiąść się do nas!
Panie witały się ze znajomymi i wreszcie, znalazłszy wolne miejsca, usiadły.
Rotmistrz, patrząc na panią Somową wzrokiem inkwizytora, spytał:
— Słyszałem, że u pani zamieszkał Sergjusz Wagin?
— Tak jest! — odparła spokojnie. — Bardzo dobrze wychowany człowiek i idealny sublokator! Wychodzi z domu rano i powraca późno wieczorem. Jeszcze ani razu niczego nie żądał, nawet — imbryka z gorącą wodą do herbaty...
Klimów znowu wybuchnął śmiechem.
— Skoro nic nie wiecie państwo lub macie tak fatalnie krótką pamięć, przypomnę wam coś-niecoś o Waginie! — powiedział świszczącym głosem. — Nazwisko to powinni pamiętać wszyscy, a już szczególnie ci, którzy, jak twierdzą, mieli szczęście bywać na przyjęciach cesarskich — he-he-he!
Goście aż się skulili z przerażenia. Zuchwały rotmistrz cisnął kamyczek do ogródka samej pani Ostapowej. Wszyscy wiedzieli, że robi to umyślnie i śmiali się w duchu, że przecież generałowa zrozumie wreszcie akcenty wątpliwości co do tego, o czem z takim natchnionym patosem opowiadała, wzdychając do dawnej świetności swego życia. Wyczuwała się burza, wisząca w powietrzu. Pani Ostapowa zmarszczyła lekko brwi i mocniej zacisnęła wargi. Lubicz pośpiesznie włożył binokle i wyprostował się. Miał minę i postawę rycerza, występującego w obronie swej damy.
— Żandarmowi lejc dziś pod ogon trafił! — mruknął ktoś z gości do sąsiada, ale ten tylko westchnął i nic nie odpowiedział.
Generałowa, osoba sprytna, zrozumiała, że nie czas teraz na jakieś repliki i obrazę, więc z całym spokojem i łagodnością powiedziała:
— Czekamy zatem, czekamy na przypomnienie nam o tym Waginie... Może to osobliwie zainteresować panią Somową...
Klimów usiadł i, zaciskając cienkie, prawie przezroczyste palce, rozpoczął swe opowiadanie:
— Pamiętacie państwo rok 1915-ty? Rosnący wpływ cesarzowej, wtrącanie się chama i oszusta Rasputina do polityki? Straszne, hańbiące były to czasy! Rosję popychano ku zdradzie sojuszników i ku zawarciu pokoju z Niemcami... Pamiętacie, państwo? No — chwała Bogu, bo myślałem, że i to już wywietrzało wam z głowy! Otóż w tym czasie niektórzy wielcy książęta i metropolita moskiewski Makary prosili cesarza, aby oddalił od siebie małżonkę — Niemkę... Car nie usłuchał. Książęta musieli pojechać na wygnanie, a metropolicie zakneblowano czemś usta... Wkrótce potem, syn senatora Wagina — Sergjusz, korzystając ze znajomości wśród dworaków, uplanował zamach na cesarzową w Carskiem Siole. Wykryto to przypadkowo, ale Wagin zniknął, chociaż przed ucieczką zdążył jeszcze wykonać zamach na Rasputina i w niezrozumiały wprost sposób ukazał się we Francji, gdzie posłani za nim ludzie zgubili wkrótce ślad. No! My wiemy, jak się to robi! He-he-he! Dopiero w rok później jeden z agentów policji politycznej spotkał go przypadkowo w Evians i... nie powrócił już stamtąd... Podobno zwłoki jego po kilku tygodniach wyłowiono z jeziora Lemańskiego i... nie rozpoznano.
— Ach! — rozległ się przerażony okrzyk Ludmiły Somowej. — Mamo... słyszysz?
Zainteresowanie słuchaczy było jednak tak wielkie, że nikt nie zwrócił uwagi na ten okrzyk, ani na pobladłą straszliwie twarz panienki.
— Wagin zniknął bez śladu... — ciągnął żandarm. — Nie wykryto żadnych stosunków jego z partjami rewolucyjnemi... Nikt o nim nic nie słyszał i nagle teraz Wagin przybył do Szanchaju! Jaką drogą? Dobrze ubrany, spokojny i zapewne materjalnie zabezpieczony...
— Powiedział mi, że ma pieniędzy na jeden zaledwie miesiąc — cichym głosem wtrąciła pani Somowa.
— Łgał! — stanowczym głosem zawołał rotmistrz. — Niewątpliwie jest agentem bolszewickim i wszyscy niebawem przekonamy się o tem!
— Dlaczego pan z taką pewnością to twierdzi? — spytała rotmistrza generałowa, chcąc uspokoić strwożoną panią Somową.
Klimów wzruszył ramionami niecierpliwie i prawie krzyknął:
— Dlatego, że był on prekursorem czerwonych katów! Rosja może istnieć, jęcząc pod batem absolutnego cara-despoty, albo miotać się i konać w drgawkach anarchji. Wagin zadał cios urokowi carskiej rodziny i ośmielił innych zdrajców targnąć się na władzę despotyczną, którą wykończył Lenin...
— Cesarz i następca tronu żyją! — zaprotestowały jakieś starsze, zwiędłe panie. — Na własne oczy widziałyśmy orędzie, podpisane przez nich...
Klimow rechotał, trzęsąc się cały:
— Zwykle mrzonki emigrantów bez ojczyzny... Szantaż polityczny! Z cesarskiej rodziny kości już nie pozostało... Ja to wiem najlepiej, bom przesłuchiwał uczestników morderstwa... O wy — łatwowierni, naiwni i nędzni!
Kaszel jął go dusić i wstrząsać całem ciałem. Zasłaniając sobie usta chustką, Klimow szybko opuścił pokój.
— Odszedł wreszcie! — westchnęła Ostapowa. — Bardzo przykry człowiek... Ciągle kracze...
— Już niedużo mu pozostało! — powiedział Lubicz. — Ledwie dusza w nim kołacze, dlatego nie chciałem odpowiadać na jego niestosowne docinki i insynuacje... Zresztą — jestem wyższy ponad to... Ale bądź co bądź uchylił on rąbek tajemnicy co do tego Wagina.
Nawiązała się wspólna rozmowa niezmiernie ożywiona. Opowiadanie Klimowa podnieciło wszystkich. Mówiono wyłącznie o Waginie, zapominając zupełnie o innych przybyszach, o których wspominał adwokat.
— To dziwne, zupełnie dziwne, jak ty potrafiłaś, Ludo, przejrzeć Wagina? — szepnęła pani Somowa, pochylając głowę ku córce. — Jak teraz mamy postąpić?
Ludmiła siedziała blada, z przymkniętemi oczami. Podniosła je wreszcie na matkę i powiedziała cicho, ledwie poruszając wargami:
— Nie, nie! Czułam coś innego, coś zupełnie innego... On zabił kobietę... To okropne! Żyć pod jednym dachem z mordercą — to męka!...
— Ludo, uspokój się!... Pamiętaj o naszej sytuacji...
Dziewczyna, zaciskając ręce, odpowiedziała natychmiast z tłumionym wybuchem podrażnienia:
— Przecież — milczę, chociaż cierpię straszliwie! W naszem mieszkaniu obawiam się dotykać klamek, drzwi i przedmiotów, by nie czuć śladów rąk Wagina!
Umilkła, bo podszedł do nich senator Ableuchow.
— Jak się panie miewają? — zapytał, witając znajome.
Pani Somowa, odprowadziwszy starca nabok, opowiedziała mu o tem, co przed chwilą posłyszała o swoim lokatorze.
Senator drgnął i z przerażeniem patrzał na wylękłe i znębione panie.
— Sergjusz Wagin zamieszkał u pani?... — bełkotał. — Sergjusz Wagin...
— Wiemy już, że jest niedoszłym mordercą cesarzowej i Rasputina, który tak skutecznie, wprost cudownie leczył następcę tronu... — szepnęła pani Somowa. — Co robić? Niech pan poradzi!... Wymówić mu mieszkanie? Czyż znajdziemy nowego lokatora? Przecież ten wynajmowany przez nas pokoik jest jedynem źródłem dochodu poza skromnym zarobkiem Ludy... Muszę leczyć synka... gaśnie mi z dniem każdym...
Miała łzy w oczach i wargi jej drżały. Ableuchow zsunął okulary na czoło i, ująwszy panią Somową pod ramię, pochylił się do jej ucha i szeptać począł:
— Znam Sergjusza... przyjaźniłem się z jego ojcem — moim kolegą z senatu. Znam całą tę sprawę... Sergjusz poświęcił się dla Rosji... Gdyby zamach jego udał się — nie mielibyśmy bolszewizmu, bo w zwalczeniu jego w zarodku samem dopomogliby nam aljanci... A tak... wyszliśmy z wojny napiętnowani zdradą!... Po zamachu Sergjusz znikł i rodzice jego nic o nim nie wiedzieli... Senator miał tysiączne przykrości po ucieczce syna... Podczas bolszewizmu starzy umarli w więzieniu... Jak panie wiedzą — głód, tyfus plamisty... Tak, tak! Ale, żeby Sergjusz był agentem bolszewickim — temu nie uwierzę nigdy!
Westchnął ciężko i, uścisnąwszy dłoń obu paniom, odszedł zgarbiony i smutny. Wspomnienia strasznych czasów przytłoczyły go do ziemi. Czuł się wzburzony do głębi i oddychał ciężko, porywczo. Pani Somowa powtórzyła córce rozmowę swoją z Ableuchowem i, patrząc na Ludmiłę z niepokojem, spytała:
— Rozumiesz, że to inaczej się przedstawia, niż oskarżenie, rzucone przez tego obrzydliwego Klimowa?
Dziewczyna długo milczała, zaciskając wargi, aby nie wypowiedzieć miotających się w niej myśli. Rozumiała przecież, że matka chwytała się słów senatora, jak tonący — deski. Pani Somowa pragnęła za wszelką cenę zatrzymać u siebie lokatora. Robiłaby to zapewne nawet w tym wypadku, gdyby lokator ten był notorycznym zbrodniarzem, aby tylko płacił i nie powodował zatargów z policją szanchajską. Walczyła, jak mogła i umiała, o życie umierającego na gruźlicę synka. Wiedziała już bowiem, że nie może znikąd oczekiwać pomocy. Musiała borykać się, odrzucając od siebie zasady i przesądy rodzinne, społeczne, towarzyskie i religijne. Ludmiła wiedziała o tem wszystkiem, milczała więc, nie podnosząc oczu na matkę.
— No, widzisz, kochanie moje, no, widzisz, że nie jest tak źle — szeptała pani Somowa. — Taki czcigodny i poważny człowiek, jak Ableuchow, znalazł przecież usprawiedliwienie dla Wagina!
Dziewczyna mocniej zacisnęła palce i skulona poczęła małemi łykami pić herbatę. Matka uspokoiła się i z wdzięcznością spojrzała na ciemną, pochyloną nad stołem głowę córki. Ucieszyła się, gdy do Ludmiły zbliżyła się Marta Ostapowa.
— Jak ci się powodzi, Ludo? — spytała piękna panienka obojętnym głosem, jednocześnie szukając wzrokiem młodego docenta.
Panna Somowa obejrzała się na nią i odparła:
— Nic się nie zmieniło! Pracuję w biurze ogłoszeń „Henry Weffers and Co“. Robię wycinki ze wszystkich gazet angielskich i amerykańskich. Znam już napamięć firmy eksportowe całego świata, rejsy statków, taryfy celne i przewozowe...
— I wszystko to za pięć dolarów tygodniowo? — uśmiechnęła się Marta.
— Za cztery, — poprawiła ją Ludmiła. — Cztery dolary tygodniowo za ośm godzin pracy biurowej. Ależ jestem bardzo zadowolona! Zarobek dzienny i stosunek szefów i kolegów do mnie — dobry.
— Jeszczeby miało być inaczej? — oburzyła się Marta. — Gdzieżby za te grosze znaleźli ci żydowscy Yankesi taką inteligentną i sumienną pracownicę? Oni to wiedzą! Znam ja te rekiny... Sami łajdaczą się po Carltonach lub na Creek‘u a ty ślęczysz nad stosami gazet i robisz swoje wycinki! Wyzyskiwacze!!!
— Szesnaście dolarów miesięcznie — to opłacone komorne! — szepnęła dziewczyna. — Mamy więc zabezpieczony dach nad głową. To, co się zarobi dodatkowo — idzie na wyżywienie, ubranie i... lekarstwa dla brata... Robię wieczorami korektę w piśmie rosyjskiem i przekłady z włoskiego dla dodatku niedzielnego... Mama wynajmuje... pokój...
— Ach, — prawda! Zapomniałam cię spytać — czy interesujący jest ten wasz Wagin? — ożywiła się nagle panienka. — Bardzo romantyczny typ, coś z tajemnic dworu madryckiego, lub z pałacu dożów! Opowiedz, moja droga, bo to bardzo ciekawe!
Ludmiła znowu pochyliła głowę i cichym, niechętnym głosem odpowiedziała:
— Widziałam go tylko raz jeden!
— Jeden raz? To — niemożliwe!
— Tak! Wychodzę z domu wcześnie, a gdy wracam wieczorem, jego jeszcze niema. Przychodzi późno... W porze obiadowej jesteśmy w domu sami, bo Wagin cały dzień spędza na mieście...
— Cóż on robi?
— Nie wiem... Nikt o niego nie pyta... Nikt go nie odwiedza... Mamusia twierdzi, że zdobyła sobie idealnego lokatora i jest z tego stanu rzeczy zadowolona...
— Romantyczny młodzieniec, pędzący zagadkowy tryb życia, — to wprost niebywałe! — zawołała Marta. — Muszę go poznać koniecznie. Powiem swemu docentowi, aby go do nas zaciągnął.
Ludmiła milczała, z niepokojem słuchając paplaniny przyjaciółki.
W tym samym czasie do domku na posesji Juncho-sana wchodził ten, o którym mówiono we wszystkich pokojach pensjonatu i restauracji „Wołga“. Wagin, otworzywszy swoim kluczem drzwi do sieni, zatrzymał się nagle. W pokoiku pani Somowej z poza cienkiej ściany doszły go jęki, suchy, rozdzierający kaszel i urywane łkanie. Domyślił się, że płacze i jęczy chory chłopak. Pochyliwszy się, szukał już kluczem dziurki w swoich drzwiach, gdy za ścianą rozległo się ciężkie rzężenie, ostry pełen przerażenia krzyk i — cisza, budząca nagły niepokój i zgnębienie.
Wagin wyprostował się i nasłuchiwał przez chwilę. Nieraz już słyszał te odgłosy i nagłą ciszę, co przytłaczała i trwożyła. Za ścianą panowało milczenie, przerywane tylko znanem mu już od kilku dni zgrzytliwem tykaniem zegara. Podszedłszy na palcach, przyłożył ucho do drzwi. Nie pochwycił żadnego dźwięku, tylko zegar z jakąś złowrogą, tępą obojętnością odliczał sekundy.
— Nikogo niema przy chorym, czy co? — mignęła Waginowi myśl, więc ostrożnie zapukał do drzwi.
Nikt mu nie odpowiedział. Nacisnął klamkę i przez szparę zajrzał do wnętrza. Na tapczanie, z którego spadła poduszka, zwisało bezwładne ciało młodego, może piętnastoletniego chłopca. Twarzy jego nie mógł widzieć, bo chory miał zwieszoną głowę, a długie kasztanowate, jak u Ludmiły, włosy opadły mu na czoło i policzki. Na prześcieradle rozpływała się duża krwawa plama; czerwone krople ściekały z niego i padały na podłogę, okrytą zieloną bambusową matą. Wagin uniósł chłopca, położył nawznak i zaczął cucić go, nacierając wodą czoło, skronie i blade, kościste ręce o żółtawych, węzłowatych palcach. Obejrzawszy się, spostrzegł na stole buteleczkę z lekarstwem i łyżkę. Napełnił ją i do otwartych ust ostrożnie wlewał płyn. Chory po chwili otworzył głęboko zapadnięte, ciemne i przerażone oczy. Syczącym, ledwie pochwytywanym przez Wagina szeptem spytał:
— Zemdlałem? Gdzie mama? Kto pan jest?
Wagin uśmiechnął się do chłopaka i pogroził mu palcem.
— Nie wolno dużo mówić! — powiedział. — Mieszkam tu, w pokoju, obok... Posłyszałem, że zacząłeś kaszlać, i chciałem pomóc, bo widzę, że wszyscy wyszli...
Chory odpowiedział mu słabym uśmiechem i szepnął:
— Siedziała przy mnie Bi-nań, alem odesłał ją, bo mi się spać zachciało... Przypomniałem sobie teraz, że to — dziś niedziela! Mamusia z Ludą poszły do cerkwi, a potem miały wstąpić do Ostapowych... Czułem się dziś znacznie lepiej... aż tu nagle przyszedł ten... krwotok...
Przerażenie wykrzywiło mu nagle mizerną twarz.
— Panie... panie... ja umrę? Prawda?
Wagin odczuł śmiertelny strach tego dziecka i żal tak mu ścisnął serce, że aż się sam sobie zdziwił a potem ucieszył się nawet. Zdziwił się, bo przecież tyle już widział nieszczęść i mąk, że zdążył przyzwyczaić się do najpotworniejszej nędzy ludzkiej i z filozoficznym spokojem spoglądać na łzy, rozpacz i śmierć. Uświadomił już sobie oddawna, że żyje w okresie wielkiego kataklizmu, żądającego i pochłaniającego miljony ofiar. Stwardniało mu więc serce i zobojętniało na wszystko, co nie miało bezpośredniej i najbliższej styczności z nim samym i z jego walką o własne życie. Ucieszył się więc szczerze, poczuwszy ściskający mu serce żal na widok rozpaczy umierającego chłopca. Znaczyłoby to, że dusza jego powraca do dawnego stanu, że sam przestaje powoli być tylko ściganem i zagrożonem ze wszystkich stron zwierzęciem ludzkiem, bo ożywa już w nim współczucie dla kogoś innego, a nawet pragnienie niesienia pociechy i pomocy. Było to coś zupełnie nowego od wielu, wielu lat — i to właśnie jakgdyby niewątpliwy znak uzdrowienia, ucieszyło Wagina i podnieciło. Uśmiechnął się wesoło i zawołał:
— Taki sobie zuch a o śmierci coś ględzi! Aż wstyd słuchać! Myślałem, że komuś mądremu składam wizytę, a tu znajduję głuptasa, który jakieś brednie plecie od rzeczy!... No, co się to stało?
Chłopak, który od kilku miesięcy widział tylko smutne, strwożone oczy matki i siostry, wpatrywał się teraz chciwie, z jakąś budzącą się w nim nagle nadzieją w wesołą twarz nieznajomego i po chwili znowu już syczał:
— Mama mówi, że choruję na przewlekły bronchit, ale... ja wiem... ja wiem... że to — gruźlica i... śmierć!... Dziś dostałem krwotoku... to już czwarty w tym miesiącu...
— Jeżeli ktoś sam siebie za życia grzebie, no — to cóż innego ma do roboty, jak tylko umrzeć? — przerywając choremu, zaśmiał się beztrosko Wagin. — Bronchit, czy gruźlica — to wszystko jedno, można wyjść zwycięsko i z tego i z drugiego, ale trzeba borykać się z chorobą a nie poddawać się jej... Coś tam zaradzimy...
Urwał, bo chłopak chrząknął kilka razy i wypluł do chustki ciemny skrzep krwi.
— Poczekaj-no chwilkę, przyjacielu! — powiedział Wagin i wybiegł z pokoju.
Wyszedłszy na Fu-Tien-Koo, szybkim krokiem zdążał w stronę „Gospody 4-ch stron świata“.
Odszukawszy w jakiejś dziurze zaspanego Miczurina, wstrząsnął nim kilka razy i obudził.
— Wstawaj, panie lejtenancie! — mówił do zdumionego draba. — Mam pilny interes do pana. Z rozmowy naszej wywnioskowałem, że pan tu dobrze zna wszystkich i wszystko.
— Istotnie, — zamruczał Miczurin, — znam każdego, jak łysą kobyłę. I niebardzo mam wygórowaną opinję o naszych współrodakach, nie wyłączając „sfery wojskowej“. Wywalili mnie ci z łaski Bożej i samozwańców — generałowie i pułkownicy ze swej bandy za to, że uważam za zbrodnię podtrzymywanie wojny domowej i wysługiwanie się naturalnym wrogom Rosji — Japończykom... Bo to widzicie, czcigodny rodaku...
— Czekaj pan! Później mi pan o tem opowie, a teraz potrzebuję mieć natychmiast lekarza — dobrego i — taniego, bo na drogiego eskulapa nie mam forsy! — przerwał mruczenie lejtenanta Wagin i szarpnął go za ramię.
Miczurin spuścił wreszcie nogi ze skrzyni i przeciągnął się potężnie. W pijackich, mętnych oczach świtała mu jakaś myśl, z trudem przedzierająca się przez opary okowity. Wreszcie spojrzał na Wagina i zamruczał:
— Że też ma pan czelność dla takiego drobiazgu budzić spracowanego człowieka! Jeżeli ktoś z pańskich przyjaciół zamierza wykopyrtnąć się, to radzę zwrócić się do miejskiego szpitala chińskiego. Do dziesięciu nie zdąży zliczyć, jak już stanie na sąd Boży, opuściwszy ten padół łez, westchnień i zgrzytania zębów...
Uderzył się brudną dłonią w czoło i, mrużąc oczy, spytał:
— A może to panu wypadło niepożądanego bliźniego wysłać w nadziemską krainę... bez rozgłosu i wzmianek w rubryce „Zmarli“? Tedy...
— Mów pan!
— Tedy mam ja tu przyjaciela... doskonałego lekarza... Mogę powiedzieć — sławę... raczej — dawną sławę! Pływał ze mną na krążowniku „Szmaragd“... Znakomity lekarz... Zarzucił tu kotwicę w Szanchaju na zawsze i...
— Rozpił się, jak pan, lejtenancie... — domyślił się Wagin.
— O, za pozwoleniem! — oburzył się Miczurin. — Mój przyjaciel, doktór Oskar von Plen bynajmniej nie jest pijakiem... Jakto zwykle Niemiec... Zna pan nasze rosyjskie przysłowie — co Moskalowi na zdrowie, to Niemcu — śmierć... Cienkie mają i delikatne flaki! Von Plen innym sposobem uprzyjemnia sobie żywot...
— Dobrze już, dobrze! — przerwał mu Wagin. — Czy daleko stąd mieszka ten pański przyjaciel?
— Może ze sto albo sto pięćdziesiąt kroków, zaraz za jaomyniem — objaśnił Miczurin.
— Chodźmy do niego! Obyśmy go tylko zastali w domu! — westchnął Sergjusz.
— Zastaniemy, niema o to obawy! — zaryczał, wybuchając śmiechem, drab i począł wciągać na szerokie bary połataną i przykrótką kurmę chińską.
Wkrótce po tej rozmowie wchodzili już do długiego, ciemnego budynku. Pod niskim pułapem, gdzie widniały na zakopconych belkach misterne rzeźby chińskie, snuły się smugi gorzkiego dymu. W mroku z trudem można było dojrzeć szeroką pryczę i leżących na niej ludzi. Stary Chińczyk, siedzący przy drzwiach, zimnym i pogardliwym wzrokiem ślizgnął się po twarzach wchodzących gości i nawet nie poruszył się. Wagin z Miczurinem szli po grubej macie, zagłuszającej odgłosy ich kroków, aż się zatrzymali przy samym końcu pryczy, gdzie pochylony nad małą lampką olejną jakiś niezmiernie wysoki i chudy człowiek o nieprzytomnych oczach i wypiekach na twarzy pykał grubą bambusową fajkę. Stali przy nim i długo mu się przyglądali. Leżący na pryczy człowiek kilka razy spojrzał na nich, lecz, zdawało się, że nie widzi ich. Gorejące oczy o rozszerzonych źrenicach widziały zapewne coś innego, gdyż na twarzy zjawiał mu się co chwila szczęśliwy, pełen zachwytu uśmiech, a dziwnie czerwone i świeże, jak u dziewczyny, małe, pięknie wykrojone usta szeptały coś bezdźwięcznie.
— Oskarze Wilhelmowiczu! Doktorze! — zwrócił się do niego Miczurin.
Von Plen nie odpowiedział. Łysiejąca głowa ciężko upadła na brudną poduszkę. Wagin zobaczył teraz dokładnie chudą twarz, okoloną jasną, zlekka rudawą brodą, piękne, łagodne usta, długie wąsy i niezdrowe, ciemne rumieńce na zapadłych policzkach.
— Chory, czy co? — szepnął Sergjusz.
Miczurin wzruszył ramionami i, śmiejąc się cicho, odpowiedział:
— Zdrowie ma, jak żelazo!... To działanie opjum... No, ale musimy go wyciągnąć z tej nirwany! Doktorze von Plen! Hej, doktorze!
Widząc, że ten się nie rusza, lejtenant ze stojącego na pryczy kubka chlusnął mu wodą w twarz. Lekarz zamruczał coś i otworzył oczy.
— To ja — Miczurin! Wstawaj prędko! Mamy do ciebie interes. Pilna sprawa!
Von Plen znowu przymknął oczy, a wtedy lejtenant pochylił się nad nim i powiedział mu do ucha:
— Chorzy czekają!...
Te słowa podziałały jak strumień lodowatej wody lub jak prąd elektryczny. Lekarz poruszył się i uczynił wysiłek, aby usiąść. Ciało jednak bezwładne było jeszcze i ciążyło, jak bryła ołowiu. Wszakże obudzona już świadomość poczęła działać. Von Plen z trudem przewrócił się na plecy. Wyprężył się cały, skurcz przemknął mu po twarzy, paznogcie zgiętych palców wpiły mu się w dłonie. Rumieńce znikły nagle, zdawało się, że cała krew odbiegła od głowy, a rzęsisty pot okrył piękne, wysokie czoło. Drgnęły sinawe powieki i uniosły się powoli. Trwało to kilka sekund zaledwie. Niby pchnięty jakąś niewidzialną siłą, von Plen zerwał się z pryczy, zgasił lampkę i, obciągając na sobie dziwacznie wyglądający na jego kościstej figurze watowany strój chiński, nieco ochrypłym głosem spytał z niepokojem:
— Zapewne Wan-Mo-Lin dostał znowu ataku sercowego, co?
— Nie, nie! — mówił Miczurin. — Słuchaj uważnie. Przyprowadziłem do ciebie pewnego rodaka. Ma do ciebie interes, a powiada, że pilny.
— Co znów za interes? — spytał lekarz, z niezadowoleniem przyglądając się Waginowi.
Sergjusz, wymieniwszy swoje nazwisko, poprosił go o pomoc dla chorego na gruźlicę chłopaka. Von Plen potrząsnął głową i nachmurzył czoło.
— Nie praktykuję nigdzie poza tą palarnią, — mruknął.
Wagin jednak począł go prosić twardym, nieustępliwym głosem. Lekarz nagle przyjrzał mu się bacznie i zgodził się, dowiedziawszy się, że nie potrzebuje wychodzić poza obręb chińskiej dzielnicy.
Gdy weszli do pokoiku chorego chłopca, von Plen podniósł głowę i wciągnął powietrze w płuca.
— Źle... — szepnął do Wagina, — czuję tu śmierć. A teraz proszę mnie zostawić z pacjentem... Nie lubię bowiem przedstawień publicznych.
Podczas, gdy von Plen badał Romana, powróciła do domu pani Somowa z córką. Ujrzawszy Wagina, stojącego w sieni, zdziwiły się i nieufnie spoglądały na niego. Ludmiła, opuściwszy głowę, zamierzała przejść do pokoju, lecz Sergjusz zatrzymał ją i zaczął opowiadać, co tu zaszło przed półgodziną. Ledwie skończył swoją relację, do sieni wyjrzała blada, chuda twarz von Plena.
— Ach... mesdames! — zawołał zażenowany. — Proszę mi wybaczyć mój strój, ale ten pan, przepraszam... zapomniałem nazwiska... tak, tak, — pan Wagin wyciągnął mnie — z łóżka w tej... chińskiej pyjamie...
Wysunął się wreszcie z pokoju i stanął przed paniami — niezwykle wysoki i chudy. Oczy mu pałały, skurcz raz po raz krzywił usta, drgały niebieskawe powieki. Garbiąc się, mówił przyciszonym głosem:
— Stan jest bardzo ciężki... gruźlica zajęła oba płuca... jednak... nie widzę bezpośredniej groźby katastrofy. Przeglądałem recepty... banalne środki patentowane... To nie uratuje chorego... Poleciłbym środki proste, a skuteczne, używane przez lekarzy chińskich, którzy na przestrzeni siedmiu tysiącleci historji Chin potrzykroć już zwalczali plagę gruźlicy... Wyczuwam lęk przed śmiercią i rozpacz tego chłopaka, więc... jeżeli państwo możecie mieć do mnie zaufanie... przychodziłbym do chorego codziennie... Mam nadzieję, że dobrze mu to zrobi, a wtedy... trzeba będzie pomyśleć o wysłaniu go na kurację...
— Nie mamy na to pieniędzy! — westchnęła z rozpaczą pani Somowa.
— Ach — prawda! — jakgdyby dopiero teraz uświadomiwszy to sobie, odpowiedział von Plen. — Takie czasy... podłe! Myślę jednak, że będzie można coś wykombinować, bo w Szanchaju nie wskazane jest przebywanie z tą chorobą... Gdyby można było wysłać chłopaka do stepów czacharskich...
— Panie doktorze! — zawołała przerażona pani Somowa. — Syn mój nie może o własnych silach wstać z łóżka, jakżebym go samego gdzieś wysłać miała?
Von Plen uśmiechnął się łagodnie i powiedział głośno:
— To tylko chwilowo Roman nie może sam wstawać z łóżka, ale za jakie dwa tygodnie będzie już chodził na spacer do parku na Bundzie — jestem tego pewny! Za godzinę przyślę pani lekarstwo i instrukcje, jak i kiedy należy je dawać choremu.
Zajrzawszy do pokoju, uśmiechnął się do chłopaka i, kiwnąwszy w jego stronę ręką, zawołał wesoło:
— Bądź dobrej myśli! Jutro zobaczymy się, a bacz, aby pan Wagin nie ściągał mnie więcej z łóżka... w pyjamie, bo się pogniewamy!
Pośpiesznie i niezgrabnie skłoniwszy się paniom i pochylając się nisko, jakoś bokiem, nieśmiało przecisnął się przez drzwi. Wagin dogonił go na podwórzu i włożył mu do ręki pięć chińskich dolarów.
Von Plen spojrzał na banknot i zwrócił go.
— Poco mi pieniądze? — mruknął. — W palarni opjum mam ubranie, wikt i mieszkanie, a niedługo już dojdę do kresu mojej ziemskiej pływanki... Cieszę się, że mogę być jeszcze potrzebny komuś innemu, nietylko żółtym poczwarom bezdusznym, trującym się dymem opjum i tym... skazańcom... Nie! Niech mi pan nie robi tej przykrości... Jeżeli ma pan jakieś zbywające pieniądze, to proszę je oddać Miczurinowi. Ten dziwak ma jeszcze jakie-takie iluzje, porywy i tęsknoty, co zmuszają go do walki o życie, ale ja... ja już wyzbyłem się tego balastu... Śmieszne, doprawdy śmieszne! Walka o byt? Co za tchórzostwo i brak poczucia estetyki?!
Kiwnąwszy głową i stawiając olbrzymie kroki, oddalił się szybko. Wagin powrócił i wszedł wreszcie do swego pokoju. Zdjąwszy ubranie, położył się na łóżku. Nie lubił niedzieli, bo wytrącała go z równowagi i przerywała mu poszukiwanie pracy. W powszedni dzień obchodził biura, dyrekcje, redakcje, wielkie firmy, proponując wszędzie swoją pracę. Miał coś do sprzedania, gdyż w mowie i w piśmie władał sześciu językami, jako absolwent cesarskiej szkoły prawa, orjentował się we wszelkich kodeksach, posiadał łatwość pióra i umiejętność gładkiego wysławiania się, mógł też pochwalić się różnemi pomysłami, niezwykłą zaradnością, energją i rzutkością, którym zawdzięczał, iż ręką obronną wyszedł z wiru rewolucji i... Coś przypomniał sobie w tej chwili i skrzywił usta w uśmiechu, w który włożył tyleż cierpienia, ile nienawiści i jakgdyby wstrętu.
Wagin posłyszał czyjeś kroki na ganku. Pomyślał, że to jakiś Chińczyk stąpa w miękkiem obuwiu. Za ścianą rozległy się głosy — jeden — cichy i melodyjny — pani Somowej, drugi — jazgotliwy, charczący, jaki wydać mogła jedynie gardziel chińska.
— Tak — pomyślał — to przyniesiono lekarstwa od doktora von Plena. Jakiż to dziwny, zupełnie już zdruzgotany typ. Walkę o byt nazywa tchórzostwem i czemś bardzo nieestetycznem?
Przypominając sobie rozmowę z lekarzem, usnął. Wkrótce obudził go cichy stuk do drzwi.
— Kto tam? — spytał, zrywając się z łóżka.
— Ktoś z pańskich znajomych chciałby się widzieć z panem — rozległ się wyraźnie niespokojny głos pani Somowej.
Wagin szybko ogarnął wzrokiem cały pokój i nagle, schyliwszy się, otworzył walizkę. Błysnęła niklowa lufa rewolweru, wciśniętego pośpiesznie do kieszeni marynarki. Czynności te wykonywał automatycznie, podświadomie, czy też z nabytego przyzwyczajenia. Dopiero obciągnąwszy na sobie ubranie i przygładziwszy włosy, zdumiał się, że zwykłe pukanie do drzwi wywołało w nim ten właśnie odruch.
— Proszę wejść! — powiedział spokojnym głosem, z ręką w kieszeni stając przy ścianie, na prawo od drzwi.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.