Stuka!

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Iwan Turgieniew
Tytuł Stuka!
Pochodzenie Z „Zapisek myśliwego”
Wydawca Bibljoteka Dzieł Wyborowych
Data wydania 1898
Druk Drukarnia Artystyczna Saturnina Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Klemens Junosza
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
IV.
Stuka!

— Melduję panu — rzekł Jermołaj, wchodząc do mnie, do izby — a właśnie tylko co zjadłem obiad i położyłem się, aby odpocząć nieco po dość pomyślnem, ale męczącem polowaniu na cietrzewie — melduję panu oto, że śrut nam wyszedł.
Zerwałem się z łóżka.
— Śrut wyszedł? A to jakim sposobem... przecież wzięliśmy z sobą z domu chyba ze trzydzieści funtów, cały worek!
— Tak, proszę pana, woreczek był spory, wystarczyłoby na dwa tygodnie. Kto może wiedzieć?! Może worek się przetarł, może co, dość, że śrutu nie ma... zostało zaledwie na dziesięć nabojów.
— Cóż teraz będziemy robili? Właśnie najlepsze miejsca tu są...
— A niech mnie pan pośle do Tuły. Niedaleko ztąd, raptem czterdzieści pięć wiorst wszystkiego. Duchem pojadę i przywiozę cały pud, jeżeli pan rozkaże.
— Kiedyż pojedziesz?
— Choćby zaraz. Na co odkładać? Tylko trzeba będzie konie wynająć.
— Jakto wynająć? Przecież mamy swoje.
— Swemi nie można. Środkowy, ten co w hołoblach chodzi, zakulał.
— Kiedy znowuż?
— Przed chwilą. Stangret zaprowadził go do podkucia, no, i widać kowal gałgan, zakuł go. Teraz nie może stąpić na nogę. Przednia noga... Trzyma ją podniesioną, jak pies.
— Czy go rozkuli przynajmniej?
— Nie, nie rozkuli, a trzeba to zrobić koniecznie. Widocznie wbił mu gwóźdź w żywe mięso.
Kazałem zawołać stangreta. Pokazało się, że Jermolaj nie skłamał, koń rzeczywiście chodzić nie mógł. Poleciłem, żeby go natychmiast rozkuli i postawili na wilgotnej glinie.
— No cóż? Każe pan nająć konie do Tuły? — zapytał znów Jermołaj.
— A czyż w tym zakazanym kącie można koni dostać? — zapytałem zirytowany.
Wioska, w której znajdowaliśmy się, leżała w ustroniu, mieszkańcy jej byli, jak się zdawało, biedacy — i z trudnością mogliśmy znaleźć izbę trochę obszerniejszą.
— Można — odrzekł Jermołaj z właściwym sobie spokojem. — Wioska jest taka, jak pan powiedział, ale mieszkał w niej niegdyś jeden chłop rozumny, bogaty! Dziewięć koni miał. Sam ów gospodarz umarł, a teraz najstarszy syn wszystkiem rządzi. Chłop z głupich najgłupszy, jednak nie zdążył jeszcze roztrząść ojcowskiego mienia. Dostaniemy koni od niego. Jeżeli pan każe, przyprowadzę go zaraz. Bracia jego, jak słychać, sprytne chłopcy... ale, bądź-co-bądź, on głowa.
— Dlaczegóż to tak?...
— Starszy, więc młodsi muszą go słuchać. Tu Jermołaj ostro i w sposób nie dający się w druku powtórzyć, odezwał się o młodszych braciach w ogóle... Ja go przyprowadzę do pana, to prostak. Z takim przecież potrafimy dojść do ładu.
Gdy Jermołaj poszedł sprowadzić prostaka, przyszło mi na myśl: czy nie lepiej będzie pojechać samemu do Tuły. Naprzód, nauczony doświadczeniem, nie bardzo mogłem ufać Jermołajowi; już raz posyłałem go po sprawunki, obiecał wykonać wszystkie me polecenia w ciągu jednego dnia, tymczasem przepadł na cały tydzień, pieniądze przepił, i powrócił pieszo, chociaż pojechał bryczką; powtóre miałem w Tule znajomego handlarza, od którego mógłbym kupić konia na miejsce tego, który zakulał.
— Pojadę sam — rzekłem w myśli — prześpię się w drodze, tembardziej, że tarantas wygodny.


— Przyprowadziłem! — zawołał po kwadransie Jermołaj, wpadając do izby. Za nim wszedł chłop wysoki, w białej koszuli, niebieskich spodniach i w łapciach, jasny blondyn, z przymrużonemi oczami, z rudawą bródką, klinowatą, długim, jakby spuchniętym nosem i otwartemi ustami. Rzeczywiście miał minę „prostaka“.
— Oto, proszę pana — rzekł Jermołaj — on konie ma i zgadza się.
— To jest... znaczy... ja — rzekł chłop głosem ochrypłym, wstrząsając rzadkiemi włosami i mnąc czapkę w ręku. — Ja znaczy...
— Jak się nazywasz? — spytałem.
Chłop zastanowił się.
— Jak się nazywam?
— Tak. Jak ci na imię?
— A imię moje: Filofej.
— Otóż, widzisz Filofeju, słyszałem, że masz konie. Przyprowadź-że tu trójkę, zaprzęgnij do mego tarantasa, jest on dość lekki, i zawieź mnie do Tuły. Teraz noc księżycowa, widna i chłodna. Jakaż droga?
— Droga? a droga... tak sobie. Jedno tylko jest miejsce nieładne, ale to nic.
— Cóż to za miejsce?
— A to przez rzeczkę przejeżdża się w bród.
— Czy to pan sam chce jechać do Tuły? — zapytał Jermołaj.
— Sam.
— No, no — mruknął mój wiemy sługa — no, no — powtórzył, splunął i wyszedł.
Widocznie już wycieczka do Tuły nie wydawała mu się ponętną.
— Czy drogę znasz dobrze? — spytałem Filofeja.
— Jakżebym drogi nie znał! Tylko, znaczy, jak pan chce, nie mogę. Jakże tak nagle...
Pokazało się, że Jermołaj, wynajmując chłopa, oświadczył, że mu zapłacę i tyle... Chłop jednak, chociaż według zdania Jermołaja głupi, nie chciał poprzestać na tem ogólnikowem oświadczeniu. Zażądał odemnie pięćdziesięciu rubli asygnacyjnych, cenę ogromną... Ja obiecywałem mu dziesięć — cenę nizką. Zaczęliśmy się targować; chłop z początku trzymał się mocno, później ustępował potrosze.
Jermołaj, który wszedł w tej chwili do izby, zaczął mnie zapewniać, że ten „głupiec“ niema pojęcia o rachowaniu pieniędzy i przy sposobności przypomniał mi, że dwadzieścia lat temu, zajazd postawiony przez moją matkę w punkcie, gdzie przecinały się dwie drogi — upadł całkiem, a to dlatego, że zarządzający starowina nie znał wartości pieniędzy i oceniał je tylko na ilość sztuk.
— Ach ty Filofeju! Filofeju! zawołał Jermołaj i wychodząc trzasnął drzwiami ze złości.
Zgodziliśmy się nareszcie na dwadzieścia rubli. Zaraz poszedł po konie i przyprowadził ich pięć — do wyboru. Konie były niezgorsze, choć grzywy i ogony miały poplątane, a brzuchy duże, nabite jak bębny. Z Filofejem przyszli dwaj jego bracia, wcale do niego niepodobni.
Wyciągnęli oni tarantas z pod szopy i z półtorej godziny marudzili przy nim i przy koniach, to rozpuszczali postronki, to przyciągali je tęgo. Obaj bracia chcieli koniecznie zaprządz w hołoble dropiatego, dlatego, że on może spuszczać z góry, lecz Filofej zdecydował: „kudłatego“, kudłatego więc zaprzęgnięto w hołoble.
Napełnili tarantas sianem, podsunęli pod siedzenie chomąto z kulawego konia, na wypadek gdybym nowego kupił w Tule. Filofej, który wpadł do domu i ubrał się w długą, białą kapotę po ojcu i w wysmarowane buty — uroczyście wgramolił się na kozioł.
Wsiadłem, spojrzawszy wpierw na zegarek, pokazywał kwadrans po dziesiątej.
Filofej szarpnął lejcami, krzyknął cieniutkim głosem: — Ej, wy, maleńkie! bracia jego przyskoczyli z obu stron, podcinając przyprzężne konie pod brzuchy — i tarantas potoczył się, zawrócił z wrót na ulicę... Kudłaty chciał skręcić do domu, na podwórze, lecz Filofej wyperswadował mu to kilkoma uderzeniami batem — i oto wyjechaliśmy ze wsi i znaleźli się na dość równej drodze, ciągnącej się między zwartemi krzakami leszczyny.
Noc była piękna, cicha, doskonała do podróży. Wiatr figlował w krzakach, poruszał gałązki, to znów cichł, na niebie tu i owdzie widać było nieruchome, srebrzyste chmurki, księżyc wznosił się wysoko i oświetlał całą okolicę.
Rozciągnąłem się na sianie i już miałem usnąć, gdy przyszło mi na myśl „niedobre miejsce“.
— A co, Filofeju, spytałem, daleko do brodu?
— Do brodu? Będzie z ośm wiorst.
— Ośm wiorst, pomyślałem. Nie zajedziemy prędzej jak za godzinę. Usnąć więc można.
— Ty, Filofeju, znasz dobrze drogę? — zapytałem go znowu.
— Jakże drogi nie znać? Przecież nie pierwszy raz się jedzie.
Jeszcze coś mówił, lecz ja już nie słyszałem tego, usnąłem.


Obudził mnie właściwie nie zamiar obudzenia się za godzinę, jak to się zdarza, ale jakieś dziwne, chociaż słabe chlapanie i bulgotanie pod samem mojem uchem. Podniosłem głowę...
Co się dzieje? Leżę w tarantasie jak przedtem, a dookoła tarantasa i nie więcej jak pół arszyna od jego brzegów gładka powierzchnia wody, oświetlona przez księżyc, drga i błyszczy maleńkiemi srebrnemi zmarszczkami. Patrzę przed siebie: na koźle, pochyliwszy głowę, zgarbiwszy plecy, siedzi jak manekin, Filofej, a jeszcze dalej, ponad błyszczącą wodą, krzywa linia duhy, dalej końskie głowy i grzbiety i wszystko tak nieruchome, tak ciche, jak gdyby w zaczarowanem królestwie, we śnie legendowym. Rzuciłem okiem po za siebie, ależ znajdujemy się na środku rzeki, brzeg jest o trzydzieści kroków od nas!
— Filofej! zawołałem.
— Czego?
— Jakto czego? Zmiłujże się człowieku, gdzież my jesteśmy?
— W rzece.
— Ja widzę, że w rzece. Ale my tu się zaraz utopimy. To ty tak wbród przejeżdżasz? Co! Ale ty śpisz, Filofeju, odpowiadajżeż!
— Troszeczkem się omylił, odpowiedział mój woźnica. Licho nadało, wziąłem się trochę w bok i teraz trzeba czekać.
— Jakto? poco czekać? Na co my tu będziemy czekali?
— A niech-no kudłaty wymiarkuje; w którą stronę on się zwróci, tam trzeba jechać.
Podniosłem się na siedzeniu, łeb kudłatego nie poruszał się nad wodą, tylko przy świetle księżyca zauważyć było można, że jedno jego ucho pochyla się cokolwieczek to naprzód, to w tył.
— Ależ on także śpi ten twój kudłaty!
— Nie — odpowiedział Filofej — on teraz obwąchuje wodę.
I znowuż wszystko umilkło, tylko woda trochę szumiała, jak przedtem; ja również zdrętwiałem.
Światło księżyca, noc, rzeka, a my w niej.
— Co tak syczy? — spytałem Filofeja.
— Syczy? kaczęta w trzcinie, a może węże...
Nagle kudłaty łbem poruszył: zaczął strzydz uszami, chrapnął.
— No, no, no! — zawołał na całe gardło Filofej, podniósł się i zaczął machać batem.
Tarantas ruszył się z miejsca, pod prąd, i posuwał się naprzód.
Z początku zdawało mi się, że pogrążamy się coraz bardziej, idziemy w głąb, lecz po chwili zauważyłem, że tarantas jakby wyrasta z wody: oto już się ukazały koła i końskie ogony, z pod kopyt bryzgają dyamenty — nie — nie dyamenty, raczej snopy szafirów; konie wyciągnęły nas na brzeg piaszczysty i poszły w drogę, pod górę.
— Co — pomyślałem sobie — powie teraz Filofej, miałem słuszność, albo coś w tym rodzaju, ale on nic nie powiedział. Dlatego też i ja nie uważałem za właściwe wymawiać mu jego nieostrożności i rozciągnąwszy się na sianie, usiłowałem zasnąć.


Ale zasnąć nie mogłem. Nie dlatego, żebym nie był zmęczony po polowaniu i nie dlatego, że obawa jakiej doświadczałem, spędziła sen z mych powiek, ale przejeżdżaliśmy przez bardzo piękne miejsce: były to przestronne, szerokie, żyzne łąki, z mnóstwem niewielkich jeziorek, strumyków, sadzawek, zarosłych po brzegach wierzbiną i łoziną: prawdziwie ruskie, przez lud ruski ulubione miejsca, podobne do tych, do których bohaterowie naszych legend dawnych jeździli polować na białe łabędzie i szare kaczki.
Jak żółta wstęga, ciągnęła się nasza droga, konie biegły lekko, a ja nie mogłem zmrużyć oczu, zachwycałem się! Nawet i Filofej doznawał jakiegoś wrażenia.
— Te oto łąki — mówił do mnie — nazywają się Święto-Jerskie, a za niemi, Wielkoksiążęce będą — takich łąk w całej Rosyi nie ma: oto niezadługo będą sianokosy, co tu siana nazbierają! A w jeziorkach ryb mnóstwo: takie leszcze! Jednem słowem, żyć nie umierać.
Nagle wyciągnął rękę.
— O panie! niech-no pan patrzy, nad jeziorem, czy to czapla stoi? Czyż ona i po nocach ryby łowi? Nie, to nie czapla, to sęk, tom się dopiero oszukał, a to księżyc tak zwodzi.
I takeśmy jechali, jechali... Lecz oto już i kończą się piękne łąki: pokazały się gaje, pola uprawne; gdzieniegdzie, stroną, błysnęła wioska dwoma, trzema światełkami. Do głównej drogi pozostawało pięć wiorst wszystkiego.
Zasnąłem... I znów nie obudziłem się sam... Tym razem sen mój przerwał głos Filofeja.
— Panie, panie!
Podniosłem się: tarantas stał na równem miejscu, na środku wielkiej drogi. Obróciwszy się twarzą do mnie, szeroko otworzywszy oczy (aż mnie to zdziwiło, bom nie przypuszczał, żeby miał takie wielkie), szeptał do mnie w sposób znaczący i tajemniczy:
— Stuka, panie, stuka.
— Co ty mówisz?
— Mówię, że stuka, niech-no pan się nachyli i posłucha, słyszy pan?
Wysunąłem głowę z tarantasu, zatrzymałem oddech i rzeczywiście dał mi się słyszeć gdzieś daleko, daleko, słaby, przerywany stuk, jakby turkot toczących się kół.
— Słyszy pan? — powtórzył Filofej.
— No tak — odpowiedziałem — jedzie jakiś ekwipaż.
— A! pan słyszy... O! — dzwonki — i świstanie także. Czy pan słyszy? Niech pan zdejmie czapkę, to będzie wyraźniej.
Czapki nie zdjąłem, lecz wytężyłem słuch.
— No tak, być może, ale cóż z tego?
Filofej zwrócił się twarzą do koni.
— Wóz jedzie lekki — rzekł, ściągając lejce — koła kute, to panie niedobrzy ludzie jadą: tu pod Tułą dokazują.
— Co za głupstwo! Dlaczego myślisz, że to już koniecznie mają być niedobrzy ludzie?
— Mówię prawdę, z dzwonkami i pustym wozem, któżby to był?
— A co, do Tuły jeszcze daleko?
— Jeszcze będzie piętnaście wiorst i ani jednej wsi przy drodze.
— No, to jedźże prędzej.
Filofej machnął batem i tarantas potoczył się dalej.


Chociaż nie dawałem wiary Filofejowi, lecz zasnąć już nie mogłem.
A cóż, jeżeli w samej rzeczy? Doznałem jakiegoś nieprzyjemnego uczucia. Usiadłem w tarantasie, — do tej pory leżałem — i zacząłem się rozglądać. Gdy spałem, delikatna mgła nadciągnęła, nie na ziemię, unosiła się ona nad ziemią; księżyc przez nią wydawał się jakby biała plama, patrzył jak przez dym; — dokoła była miejscowość płaska: pola, ciągle pola, gdzieniegdzie krzaczki, wąwozy i znów pola: pusto, martwo, nawet przepiórka nie odezwała się nigdzie.
Jechaliśmy z pół godziny. Filofej machał ciągle batem i cmokał ustami, ale ani on, ani ja, nie mówiliśmy nic.
Wjechaliśmy na wzgórek. Filofej zatrzymał konie i rzekł:
— Stuka, panie, coraz głośniej stuka.
Ja znów wysunąłem się z tarantasu, a do mego ucha, teraz już zupełnie wyraźnie, chociaż zdaleka, dochodził stuk kół, świstanie, brzęk dzwonków, a nawet tętent kopyt końskich. Zdawało mi się nawet, że słyszę śpiewy i śmiechy: nie było wątpliwości, że nieznajomi podróżni przybliżyli się do nas o wiorstę, a może nawet i o dwie.
Spojrzeliśmy jeden na drugiego. Filofej zsunął czapkę na czoło i zaczął popędzać konie. Puściły się one galopem, lecz długo tak biedź nie mogły, wpadły znów w kłus. — Filofej smagał je ciągle: trzeba było uciekać.
Nie mogłem sobie zdać sprawy, dlaczego na ten raz ja, który z początku nie podzielałem przypuszczeń Filofeja, nagle nabrałem przekonania, że za nami jadą rzeczywiście ludzie niedobrzy... Wszak nie usłyszałem nic nowego, te same dzwonki, tenże turkot pustego wozu, to samo świstanie, a jednak już nie wątpiłem: Filofej nie mógł się mylić.
I oto znów przeszło dwadzieścia minut. Wciągu ostatnich z tych dwudziestu minut, oprócz turkotu i stuku własnego ekwipażu, słyszeliśmy wyraźnie stuk i turkot tamtego.
— Stań, Filofeju — rzekłem — wszystko jedno, jeden koniec.
Filofej wstrzymał konie, rade zapewne ze sposobności, że mogą odetchnąć. Tuż za naszemi plecami dzwonki brzęczą przeraźliwie, wóz grzmi, ludzie śpiewają i krzyczą, konie parskają i biją ziemię kopytami.
Dogonili!
— Bieda — rzekł półgłosem Filofej i nieśmiało, jakby niezdecydowany, zaczął popędzać konie — lecz w tej samej chwili coś się za nami zerwało, brzęknęło, jęknęło i wielka, szeroka telega, zaprzężona w trójkę podpalanych koni — nagle — jak wicher, ominęła nas, wyprzedziła i zaraz potoczyła się powoli, zagradzając zupełnie drogę.
Przyznam się, że mnie strach ogarnął. Zacząłem się wpatrywać z wysiłkiem, przy niepewnem świetle księżyca, zasłoniętego przez mgłę. Na wozie przed nami wpół siedziało, wpół leżało, sześciu ludzi, w koszulach, w kapotach rozpiętych; dwaj nie mieli czapek na głowach. Ręce ich podnosiły się, padały, ciała trzęsły się: widoczna rzecz, pijani. Jedni wrzeszczeli, jeden świstał przeraźliwie i czysto, drugi klął, na przodku siedział jakiś olbrzym w kożuchu i powoził. Jechali stępa, jakby nie zwracając na nas uwagi.
Co było robić? Wlekliśmy się za nimi też stępa, chcąc nie chcąc.
Przynajmniej czwartą część wiorsty jechaliśmy w ten sposób; oczekiwanie męczące... Ratować, bronić się, jakim sposobem!
Ich sześciu, a ja nie mam nawet laski. Zawrócić, to dogonią natychmiast. Przypomniał mi się wiersz Żukowskiego (gdzie mówi o zabójstwie feldmarszałka Kamieńskiego):

„Ów straszny topór rozbójnika...“

a nie, to ścisną gardło brudnym postronkiem i do rowu! Możesz tam sobie rwać się, szarpać, jak zając w sidłach.
Źle!
A ci zaś ciągle jadą stępa i nie zwracają na nas uwagi.
— Filofej — szepnąłem — spróbójno, weź na prawo, omiń ich.
Filofej wziął się na prawo, oni także na prawo, przejechać nie sposób! Filofej spróbował na lewo, oni także na lewo, nie dadzą się ominąć...
Rozśmieli się nawet; widocznie nie chcą przepuścić.
— Napewno zbójcy — szepnął mi Filofej przez ramię.
— A na cóż oni czekają? — zapytałem go także szeptem.
— A oto tam przed nami, nad strumieniem jest mostek: oni nas tam... Oni zawsze tak, koło mostów. Nasza sprawa panie czysta — dodał z westchnieniem — wątpię, czy puszczą nas żywych. Im, bo o to głównie chodzi, żeby ślady zatrzeć. Jednego mi żal, panie: trójka moja przepadła i nie dostanie się braciom.
Byłbym się zdziwił, że Filofej w podobnej chwili może jeszcze myśleć o swoich koniach, lecz przyznam się, że ja sam nie o nim myślałem. Czy rzeczywiście zabiją? — myślałem w duchu. — Za cóż? Przecież oddam im wszystko, co mam przy sobie.
Zbliżaliśmy się do mostku, widać go było coraz wyraźniej.
Nagle dały się słyszeć głośne krzyki, trójka przed nami zerwała się, popędziła cwałem i dobiegłszy do mostku, stanęła jak wryta.
Serce mi się ścisnęło.
— O bracie Filofeju — rzekłem — jedziemy na pewną śmierć. Przebacz mi, ponieważ ja ciebie zgubiłem.
— Jakaż twoja wina, panie? Losu swego nikt nie uniknie. No, kudłaty, koniku mój wierny, rusz bracie naprzód, usłuż ostatni raz: wszystko jedno, Boże błogosław!
I puścił swoją trójkę kłusem.
Zaczęliśmy przybliżać się do mostku i do tej nieruchomej, groźnej telegi: na niej wszystko nagle umilkło... Tak cicho zachowuje się szczupak, jastrząb, i każde zwierzę drapieżne, gdy przybliża się do niego ofiara.
I oto zrównaliśmy się z wozem.
Nagle olbrzym w kożuchu zeskoczył z niego i prosto do nas.
Filofej nie rzekł ani słowa, tylko ściągnął lejce; tarantas stanął.
Olbrzym położył obie ręce na drzwiczkach i zaczął mówić spokojnym, równym głosem, wyrażając się, jak robotnik fabryczny:
— Panie szanowny, powracamy z uczciwej zabawy, z godnego wesela; naszego pana młodego myśmy ożenili, jak należy ułożyli, chłopcyśmy wszyscy młodzi, głowy zapalone, wypiło się dość, a poprawić nie ma za co. Więc, czy nie będzie taka pańska łaska, czy nie raczy nam pan ofiarować odrobinę pieniążków, tak, żeby choć po miarce na jednego. Wypilibyśmy za pańskie zdrowie, wspomnieli pańską hojność, a jeżeli nie będzie pańskiej łaski, to, prosimy nie gniewać się na nas.
Co to jest, pomyślałem sobie, takie znęcanie się, żarty?
Olbrzym stał ciągle z pochyloną głową. W tejże chwili księżyc wychylił się z po za mgły i oświetlił jego twarz:
Uśmiechała się ona i ustami i oczami. Nie widać było na niej groźby.
— Z przyjemnością — rzekłem pośpiesznie. — Proszę, bardzo proszę — i dobywszy portmonetkę z kieszeni, wyjąłem dwa ruble srebrne, oto, jeżeli będzie dość...
— Bardzo dziękujemy — rzekł olbrzym i grube jego palce porwały w jednej chwili, nie całą portmonetkę, tylko te dwa ruble — bardzo dziękujemy.
Wstrząsnął włosami i pobiegł do wozu:
— Chłopcy — krzyknął — pan przejeżdżający ofiarował nam dwa ruble!
Zaczęli się śmiać na cały głos. Olbrzym wgramolił się na przód wozu.
— Zostańcie szczęśliwi!
Tyleśmy ich widzieli; konie szarpnęły, wóz zagrzmiał po drodze, jeszcze raz mignął nam się na czarnym pasie, oddzielającym ziemię od nieba, i zniknął. I oto już ani turkotu, ani krzyku, ani dzwonków nie słychać.
Nastała martwa cisza.


Nie zaraz przyszliśmy do siebie, ja i Filofej.
— Ach! ty dyable taki — rzekł on nakoniec — zdjął czapkę i zaczął się żegnać. Dziwny człowiek — dodał — i zwrócił się do mnie uradowany. Ej! maleńkie, ruszajcie się, będziecie całe, wszyscy będziemy cali. Wszakżeż to on powoził, on przejechać nie dawał.
Ja milczałem, lecz było mi jakoś dobrze na duszy. Będziemy cali, powtarzałem w myśli; rozciągnąłem się na sianie. Taniośmy się wykupili!
Wyrzucałem sobie nawet, że wspominałem wiersz Żukowskiego. Nagle przyszła mi myśl do głowy.
— Filofej.
— Co?
— Czyś ty żonaty?
— Żonaty.
— A dzieci masz?
— Mam i dzieci.
— Dlaczegożeś ty o nich nie wspominał? Żałowałeś koni, a żony i dzieci nie?
— A czegóż ich żałować? Przecież oni nie dostaliby się w ręce złoczyńcom. Ja ich cały czas trzymałem w rozumie i teraz ich trzymam...
Filofej zamilkł; może być, że dla tych dzieci Bóg się nad nami zmiłował.
— A jeżeli to nie byli rozbójnicy?
— Kto to wie? W cudzą duszę wejść trudno. Cudza dusza, wiadoma rzecz, ciemność. A z Bogiem zawsze lepiej. Ja swoją rodzinę zawsze... — No, no, maleńkie, z Bogiem!
Już rozwidniało się, gdyśmy dojeżdżali do Tuły. Leżałem w półśnie.
— Panie — rzekł Filofej. — Niechno pan patrzy. Oni tam stoją koło karczmy, to ich wóz.
Podniosłem głowę; rzeczywiście oni, wóz ich i konie.
Na progu szynkowni ukazał się nagle znajomy olbrzym w kożuchu.
— Panie — zawołał machając czapką — pańskie pieniądze przepijamy. A co? — dodał zwracając się do Filofeja. Co, stangrecie? Ja myślę, że byłeś trochę w strachu!
— Nadzwyczaj wesoły człowiek — zauważył Filofej — gdyśmy już odjechali ze dwadzieścia sążni od karczmy.
Przybyliśmy nareszcie do Tuły. Kupiłem śrutu, herbaty, wina i konia od handlarza, a w południe wyjechaliśmy z powrotem.
Przejeżdżając przez to miejsce, gdzie pierwszy raz usłyszeliśmy stuk wozu, Filofej, który podpiwszy sobie w Tule, stał się bardzo rozmowny, tak, że mi nawet bajki opowiadał — przejeżdżając przez to miejsce, Filofej nagle się roześmiał.
— A pamięta pan, jak tu mówiłem: stuka, stuka?
Wyraz ten wydał mu się ogromnie zabawnym.
Tegoż wieczoru powróciliśmy do wsi. Opowiedziałem o swej przygodzie Jermołajowi. — Będąc trzeźwym, nie wyraził żadnego współczucia, tylko mruknął; z pochwałą, czy z wymówką, tego, jak przypuszczam, sam nie wiedział. Lecz w dwa dni potem zawiadomił mnie z przyjemnością, że tej samej nocy, kiedyśmy z Filofejem jechali do Tuły, na tej samej drodze ograbiono i zabito jakiegoś kupca. Z początku nie chciałem wierzyć tej wieści, lecz później trzeba było uwierzyć, prawdziwość jej bowiem potwierdził urzędnik policyjny, który przyjeżdżał na śledztwo.
Czy nie z tego właśnie „wesela“ wracali nasi zuchowie, czy nie tego „pana młodego“ oni, według żartobliwego wyrażenia olbrzyma, „ułożyli“?
We wsi Filofeja bawiłem jeszcze pięć dni. Ile razy go spotkałem, zawszem pytał:
— A co? stuka?
— Wesoły człowiek — odpowiadał za każdym razem Filofej i śmiał się.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Iwan Turgieniew i tłumacza: Klemens Szaniawski.