Żywe relikwie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Iwan Turgieniew
Tytuł Żywe relikwie
Pochodzenie Z „Zapisek myśliwego”
Wydawca Bibljoteka Dzieł Wyborowych
Data wydania 1898
Druk Drukarnia Artystyczna Saturnina Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Klemens Junosza
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
III.
Żywe relikwie.

Francuskie przysłowie mówi: suchy rybak i mokry myśliwy mają smutne miny. Nie bylem nigdy amatorem rybołówstwa i nie mogę sądzić o tem, co doświadcza rybak podczas pięknej pogody i o ile podczas deszczu, przyjemność obfitej zdobyczy przeważa w jego oczach nieprzyjemność zmoknięcia, ale dla myśliwego deszcz, to prawdziwe nieszczęście; takie właśnie dotknęło mnie i Jermołaja podczas wycieczki na cietrzewie, do powiatu Bielewskiego.
Od samego świtu deszcz nie ustawał.
Czegośmy też nie wyrabiali, żeby się przed nim uchronić! I płaszczyki gumowe naciągaliśmy niemal na głowy i stawaliśmy pod drzewami, żeby mniej kapało. Nieprzemakalne płaszcze, nie mówiąc już o tem, że przeszkadzały strzelać, przepuszczały wodę w sposób bezwstydny; pod drzewami zaś, rzeczywiście w pierwszych chwilach, jakby nie kapało, lecz potem nagle woda, nagromadzona na liściach, utrzymać się nie mogła; każda gałązka oblewała nas jak rynna, chłodny strumień dostawał się pod halsztuk i ściekał po plecach.
— A, to już ostatnia rzecz — mówił Jermołaj — nie, tak nie można... nie można dziś polować, psom „czucie“ zalewa, broń zamaka.
— Cóż robić? — zapytałem.
— A cóż, pojedziem do Aleksiejówki; może pan nie wie — rzekł — jest taki mały futorek, należy do pańskiej matki, ztąd ośm wiorst, tam przenocujemy, a jutro...
— Powrócimy tutaj?
— Nie, nie tutaj, za Aleksiejówką znam ja miejsca doskonałe na cietrzewie.
Nie dopytywałem mojego wiernego towarzysza, dlaczego nie zaprowadził mnie odrazu do tych miejsc lepszych i tegoż samego dnia dostaliśmy się do futoru mej matki, którego istnienia, wyznam szczerze, nie domyślałem się nawet. Znalazł się tam domek, bardzo stary, ale niezamieszkały i czysty, w nim przepędziłem noc spokojnie.
Następnego dnia obudziłem się bardzo rano, słońce tylko co weszło, na niebie nie było ani jednej chmurki, wszystko dokoła błyszczało silnym podwójnym blaskiem: blaskiem porannych promieni i wczorajszej ulewy. Kiedy zaprzęgano do bryczki, wszedłem do niewielkiego ogródka, niegdyś owocowego, teraz zdziczałego zupełnie, który ze wszech stron otaczał domek zwartą, gęstą zielenią. Ach! jakże mi było dobrze na wolnem powietrzu, pod jasnem niebem, gdzie się trzepotały skowronki, sypiąc drobne perełki dźwięcznych nut. Na swych skrzydełkach unosiły one zapewne krople rosy i dlatego ich piosnki wydawały się jakby zroszone. Zdjąłem czapkę z głowy i oddychałem radośnie, pełną piersią. Na pochyłości niewielkiego wąwozu, przy samym płocie, widać było pasiekę; wiodła do niej wąziutka ścieżka, wijąca się jak wąż, pomiędzy zwartemi ścianami burzanów i pokrzywy, nad któremi wyskakiwały wysokie łodygi konopi, nie wiadomo, jaką drogą tu przyniesione. Idąc po ścieżce, doszedłem do pasieki; obok niej wznosiła się stodółka chruściana, tak zwany stebnik, gdzie stawiają ule na zimę. Zajrzałem przez wpół-otwarte drzwi: ciemno, cicho, sucho, pachnie miętą i melisą. W kącie tapczan, a na nim przykryta kołdrą, jakaś mała figurka.
Chciałem odejść.
— Panie, panie, Piotrze Piotrowiczu, dał się słyszeć głos słaby, jak szelest trzciny.
Zatrzymałem się.
— Piotrze Piotrowiczu, zechciejcie się zbliżyć, panie, powtórzył ten sam głos z kąta, z tapczanu.
Zbliżyłem się i osłupiałem ze zdziwienia, przedemną leżała żywa istota ludzka, ale co to było?
Głowa zupełnie wyschła, jednobarwna, brązowa, jak starożytny obraz; nos wązki, jak ostrze noża, warg prawie nie widać, tylko zęby bieleją i oczy, a z pod chustki spadają na czoło pasma żółtych włosów.
Przy podbródku, na kołdrze, ruszają się powoli, przebierając palcami, jak pałeczkami, dwie maleńkie ręce, również bronzowego koloru. Przypatrzyłem się bliżej: twarz była nietylko nie brzydka, ale nawet piękna, tylko straszna, niezwykła i tem straszniejsza wydała mi się jeszcze, że na niej, na metalicznych jej szczękach usiłuje zarysować się uśmiech i na żaden sposób nie może.
— Pan mnie nie poznaje, panie? Bo i jakżeż poznać? Ja jestem Lukerya, ta sama, com u matki pana, we wsi, korowody urządzała, pierwszy głos miała w chórze.
— Lukerya? zawołałem, czyż to ty istotnie, czy to być może?
— Tak panie, to ja.
Nie wiedziałem co powiedzieć; patrzyłem na tę twarz niemą, nieruchomą, ze zwróconemi na mnie jasnemi i jakby martwemi oczami.
Czy to być może? Ta mumia to ma być Lukerya, pierwsza piękność w całej naszej wiosce, wysoka, pełna, biała, rumiana, śmieszka, tanecznica, śpiewaczka; ta sama, do której zalecała się cała młodzież wiejska, do której wzdychałem i ja, szesnastoletni dzieciak!
— Zmiłuj się, rzekłem, co się z tobą zrobiło?
— A taka bieda na mnie spadła, ale nie pogardź pan mojem nieszczęściem, usiądź tutaj na kadce, bliżej, żebyś mnie mógł usłyszeć; taki teraz mam głos... Jakże szczęśliwa jestem, że pana widzę. Jak pan tu do nas trafił?
Mówiła głosem cichym i słabym, lecz bez przerwy.
— Jermołaj, myśliwy, przyprowadził mnie tutaj, ale opowiedz mi...
— O mojej biedzie, o mojem nieszczęściu opowiedzieć, owszem, panie. Spotkało już ono mnie dawno, sześć albo siedem lat temu. Mnie wtenczas tylko co zaręczono z Wasilem Polakowym, pamięta pan, taki był postawny, kędzierzawy, za kredensowego u matki pańskiej służył. Pana już wtenczas we wsi nie było, pojechałeś się uczyć do Moskwy. Bardzośmy się kochali z Wasilem, z głowy mi nie wychodził. Było to na wiosnę. Jednego razu w nocy... już i niedaleko do świtu, a ja jakoś spać nie mogę... słowik śpiewa w ogrodzie do zadziwienia słodko! Nie wytrzymałam, wstałam i wyszłam na ganek posłuchać... Śpiewa, śpiewa... i nagle przywidziało mi się, że mnie ktoś woła, tak jakby jego głosem, Wasila; spojrzałam na bok, i tak jakoś, widać, z rozespania, źle stąpiłam; upadłam z kilku schodków na ziemię i, zdaje się, nie rozbiłam się zbyt mocno, skoro mogłam wstać i wrócić do siebie do pokoju. Tylko zdawało mi się, że coś we mnie, we środku, we wnętrznościach oberwało się. Pozwól pan trochę powietrza złapać... minutkę...
Zamilkła, a ja ze zdziwieniem patrzyłem na nią.
To mnie szczególnie uderzyło, że opowiadanie jej było prawie wesołe, bez jęków i westchnień, bez starania się, by wzbudzić współczucie.
— Otóż od tego wypadku — ciągnęła dalej — zaczęłam ja schnąć, chudnąć, czernieć; coraz trudniej było mi chodzić, a później straciłam zupełnie władzę w nogach, że ani chodzić, ani siedzieć, tylkobym ciągle leżała. Nie miałam chęci do jedzenia, ani do picia, ciągle gorzej i gorzej. Mama pańska, w dobroci swej, pokazywała mnie lekarzom, posyłała do szpitala, jednak polepszenia ani trochę nie było i ani jeden lekarz nie mógł powiedzieć, jaka to jest właściwie choroba. Co oni ze mną wyrabiali! Rozpalonem do białości żelazem przypiekali plecy, wsadzali w wodę z lodem — i na nic. Zupełnie skostniałam pod koniec. Otóż i zdecydowali doktorzy, że leczyć mnie dłużej nie ma co, a w pańskim domu dla kalek nie ma miejsca, więc odesłali mnie tutaj, bo i krewnych tu mam. I oto, jak pan widzi, żyję. Znów zamilkła i usiłowała uśmiechnąć się.
— Jednak twoje położenie jest okropne — zawołałem — i nie wiedząc, co dodać, zapytałem: A cóż Wasili? Było to bardzo głupie pytanie.
— Cóż? potęsknił, potęsknił i ożenił się z inną, z dziewczyną z Glinnego. Bardzo on mnie kocha, ale cóż, człowiek młody, nie może przecież zostać kawalerem. I jakąż jabym mogła być towarzyszką dla niego? Znalazł sobie żonę ładną, dobrą, mają dzieci... Jest tu w obowiązku w sąsiedztwie i, Bogu dzięki, jest mu bardzo dobrze.
— A ty tu ciągle leżysz? — zapytałem.
— A tak, panie, leżę już siódmy rok. Latem leżę tutaj, w tej stodółce, a jak nastaje zimno, przenoszą mnie do izby przy łaźni.
— A któż cię pielęgnuje, kto dogląda?
— Dobrzy ludzie są, nie opuszczają mnie. Zresztą wielkiego pielęgnowania ja nie potrzebuję; jeść, to prawie nic nie jadam, a wodę przynoszą w tym garnuszku, codzień świeżą, źródlaną wodę. Garnuszek sama sobie przyciągnę, bo jeszcze w jednej ręce mam trochę władzy. Jest tu i dziewczynka, sierotka, czasem zajrzy, niech jej Pan Bóg da zdrowie, tylko co wyszła ztąd, nie spotkał jej pan? Bardzo ładna, bieluchna, ona mi kwiaty przynosi, a ja bardzo lubię kwiaty. Ogrodowych tu nie ma, ale i polne piękne, pachną milej niż ogrodowe, choćby, naprzykład, konwalie...
— I nie smutno ci, nie przykro, biedaczko?
— A cóż mam robić? Kłamać nie chcę; z początku mi było bardzo przykro, potem przyzwyczaiłam się do cierpienia. Innym bywa jeszcze gorzej na świecie.
— A to jakim sposobem?
— Niektórzy nie mają schronienia, nie mają wzroku, lub słuchu, a ja widzę doskonale, i słyszę wszystko, wszystko: jak kret w ziemi kopie, to słyszę. I zapach każdy poczuję, choćby najsłabszy; czy tatarka na polu zakwitnie, czy lipa w ogrodzie, mnie o tem mówić nie trzeba; ja czuję, aby tylko wietrzyk z tamtej strony pociągnął. Nie, panie, dlaczegóż Boga obrażać, wielu ludziom gorzej bywa! Choćby, naprzykład, człowiek zdrów bardzo łatwo może zgrzeszyć, a odemnie już i grzech odstąpił. Niedawno ojciec Aleksy, nasz proboszcz, komunikował mnie i powiada: „Ciebie nie ma potrzeby spowiadać, co ty w twojem położeniu możesz zgrzeszyć?“ — A ja rzekłam: Myślą zgrzeszyć można. On roześmiał się: — To grzech niewielki...
— I rzeczywiście, ja myślą grzeszę niewiele, dlatego, żem się nauczyła nie myśleć i nie wspominać, czas prędzej przechodzi.
Zdziwiłem się.
— Jakżeż ty możesz przeszkodzić, żeby myśli nie przychodziły do głowy? Chyba ciągle śpisz?
— O nie, panie, spać nie zawsze ja mogę. Chociaż nie doznaję wielkich bólów, ale mnie ćmi wewnątrz i po kościach i nie daje spać, jak należy. Nie — ja tak oto... leżę i nie myślę, czuję, że żyję, że oddycham, patrzę, słucham.
Pszczoły w pasiece brzęczą, gołąb na dachu siądzie i grucha, kokosz z kurczętami przyjdzie szukać okruszyn; czasem wpadnie tu wróbel, albo motyl, to wszystko bardzo miłe. W pozaprzeszłym roku nawet jaskółki, tam w kącie, zrobiły sobie gniazdo: jakie to było zajmujące. Jedna przypadnie do gniazda, nakarmi pisklęta i już jej niema. W tej chwili druga przylatuje na zmianę... czasem nie wleci do środka, tylko koło otwartych drzwi się mignie, a pisklęta zaraz piszczą, dzioby otwierają. Spodziewałam się tych jaskółek na drugi rok, ale podobno jakiś myśliwy zastrzelił je z fuzyi. Ach! jacyście wy niedobrzy, panowie myśliwi!
— Ja do jaskółek nie strzelam — rzekłem.
— A jednego razu — zaczęła znów chora — jakie to było śmieszne! Zając wpadł tutaj! Wprost do tej chruścianki. — Psy za nim goniły, czy co, i wpadł tu wprost drzwiami. Usiadł bliziutko i siedział dość długo, a ciągle nosem kręcił i wąsami ruszał, jak prawdziwy oficer. I na mnie patrzył. Rozumiał widać, żem ja dla niego nie straszna. Nareszcie wstał, kic, kic, przyskoczył do drzwi, przysiadł, obejrzał się na progu — i uciekł. Taki śmieszny!
Spojrzała na mnie, jakby chcąc zapytać: czy to nie zabawne? Roześmiałem się, chcąc jej zrobić przyjemność.
— W zimie — mówiła dalej — jest mi gorzej, dlatego, że ciemno; świecę palić, szkoda, zresztą na cóż? Chociaż ja piśmienna jestem i zawsze czytać lubiłam; ale co czytać? książek niema tutaj, a choćby i były, w rękach bym nie mogła utrzymać. Raz ojciec Aleksy przyniósł mi kalendarz dla rozrywki, lecz zobaczywszy, że nie mogę mieć z niego pożytku, zabrał napowrót. Jednak chociaż ciemno i nic nie widzę, mogę słyszeć: świerszcz ćwierka, lub mysz skrobie ząbkami. Otóż wtedy to dobrze nie myśleć.
— Modlitwy odmawiam — ciągnęła znów po krótkiej przerwie — tylko, że niewiele ich umiem. Na co mam się naprzykrzać Panu Bogu? O co mogę go prosić? On najlepiej wie, co mi trzeba. Zesłał na mnie krzyż ciężki, to dowód, że mnie miłuje. Tak nam to kazano rozumieć. Odmówię Ojcze nasz, Zdrowaś Marya, modlitwę za cierpiących i znów leżę spokojnie, nie myśląc. No — i nic.
Przeszło ze dwie minuty. Nie przerywałem milczenia, nie poruszyłem się na beczułce, służącej mi za siedzenie. Twarda, kamienna nieruchomość leżącej przedemną żywej nieszczęsnej istoty udzieliła się i mnie. Byłem jak odrętwiały.
— Słuchaj, Lukeryo — rzekłem nareszcie — chciałbym ci dopomódz. Jeżeli chcesz, postaram się, aby cię zawieziono do szpitala, do dobrego szpitala, w mieście, kto wie, może cię tam wyleczą... W każdym razie nie będziesz sama...
— O nie, nie, panie — szepnęła głosem pełnym obawy — nie odsyłajcie mnie do szpitala, nie ruszajcie ztąd! Tam będę miała tylko męczarnie... Po co mnie leczyć?! Jednego razu przyjeżdżał tu jakiś doktor, chciał mnie oglądać. Proszę go: — Nie rusz mnie pan, na miłość Boga. Ale gdzieżtam! Zaczął mnie przewracać, ręce i nogi zginał, wyciągał i powiada: — Ja to dla uczoności robię... na to jestem urzędnik, uczony. I ty nie możesz mi się sprzeciwiać, dlatego, że mnie, za moją pracę, dany jest order na szyję, że ja się dla was, głupców, poświęcam. Potarmosił mnie, potarmosił, powiedział, jak się moja choroba nazywa — mądrze jakoś — i odjechał. A mnie przez tydzień później wszystkie kosteczki bolały... Pan mówi, że jestem zawsze sama, sama jedna. Nie panie, nie zawsze. Przychodzą do mnie. Ja spokojna, nie przeszkadzam nikomu. Czasem przyjdą dziewczyny ze wsi, pogwarzą; czasem wstąpi jaka pątnica i zacznie opowiadać o Jerozolimie, o Kijowie i różnych świętych miastach. Zresztą mnie nie straszno być samej, wolę nawet. Nie ruszcie mnie, panie, nie woźcie do szpitala.
— Jak chcesz, moja kochana, ja tylko twoje dobro miałem na myśli.
— Wiem, panie, że moje dobro, lecz kto pomódz może innemu, kto zajrzy mu w duszę; najlepiej niech każdy sam sobie pomaga. Oto nie uwierzy pan, ja tu leżę nieraz sama i czasem zdaje mi się, że na całym świecie niema nikogo, prócz mnie, tylko ja sama jedna żyjąca. Wpadam nieraz w rozmyślania, częstokroć zadziwiające.
— O czemże ty rozmyślasz?
— Tego panie nie można opowiedzieć i trudno wytłómaczyć. Zresztą zapominam później. Przyjdzie to jak chmurka, przesunie się, zrobi się chłodno, dobrze, a co to było, trudno zrozumieć; i myślę wówczas, że gdyby koło mnie byli ludzie, to nie czułabym nic podobnego i nie widziałabym nic, oprócz swego nieszczęścia.
Westchnęła z trudnością; pierś była jej tak samo nieposłuszna, jak i inne członki.
— Gdy patrzę na pana — zaczęła znowu — widzę, że pan mnie bardzo żałuje. A niema czego zbyt żałować, oto naprzykład powiem panu, że ja czasem i teraz... wszak pamięta pan, jaka byłam niegdyś wesoła... ja i teraz jeszcze piosnki śpiewam.
— Śpiewasz, ty!
— Tak, śpiewam, różne stare piosnki. Wiele ich umiałam i nie zapomniałam. Tylko tanecznych pieśni nie śpiewam; w obecnem mojem położeniu nie godzi się.
— Jakżeż ty tak śpiewasz — w duchu?
— I w duchu i głosem. Głośno nie mogę, a jednak śpiewam. Mówiłam panu, że tu przychodzi do mnie dziewczynka. Sierotka, bardzo pojętna. Oto ja ją nauczyłam; cztery piosnki już umie, nie wierzy pan... ja zaraz...
Zebrała siły. Myśl, że ta nawpół umarła istota zamierza śpiewać, wzbudziła we mnie pomimowolny przestrach, lecz zanim mogłem wymówić jeden wyraz, w uszach moich zadrgał przeciągły, ledwie dający się dosłyszeć, ale czysty i pewny dźwięk, za nim nastąpił drugi — trzeci. Śpiewała, nie zmieniwszy wyrazu swojej skamieniałej twarzy, ani oczu. Dziwnie dźwięczał ten biedny, wysilony, kołyszący się, niby obłoczek dymu, głosik. Zdawało się, że całą duszę chce w nim wylać. Już nie doznawałem przerażenia, ale jakiś żal niewypowiedziany ścisnął mi serce.
— O! nie mogę — rzekła nagle — siły już nie mam! tak się ucieszyłam, zobaczywszy pana.
Zamknęła oczy.
Położyłem rękę na jej drobnych, chłodnych palcach. Jej ciemne powieki, okolone jasnemi rzęsami, jak u starożytnych posągów, znowuż opadły... Po chwili błysnęły w półzmroku: zmoczyła je łza.
Nie ruszałem się z miejsca.
— Jakaż ja jestem — rzekła nagle chora z niespodziewaną siłą — i otworzywszy oczy szeroko, usiłowała wyrzucić z nich łzę; czyż nie wstyd, dawno już nie zdarzyło mi się nic podobnego, od tego samego dnia, kiedy Wasil przyszedł mnie odwiedzić. Dopóki siedział ze mną i rozmawiał, to nic, ale jak odszedł, zapłakałam w samotności — zkąd się łzy brały?... przecież dla kobiety łez nie kupić. Panie — dodała — może pan ma chustkę, niech pan nie wzgardzi i obetrze mi oczy.
Pośpieszyłem spełnić jej życzenie i zostawiłem jej chustkę; z początku nie chciała: „po co mi taki podarunek?“ — chustka była zwykła, ale biała i czysta — potem wzięła ją w swoje słabe palce i trzymała przy sobie. Oswoiwszy się z ciemnością, w której znajdowaliśmy się, mogłem wyraźnie widzieć rysy jej twarzy, mogłem nawet zauważyć delikatny rumieniec, przebijający się przez bronzową jej cerę, mogłem odnajdywać w tej twarzy (tak mi się przynajmniej zdawało) ślady jej dawnej piękności.
— Zapytywał mnie pan — rzekła znów — czy mogę sypiać: rzeczywiście sypiam rzadko, ale za każdym razem mam sny, częstokroć bardzo piękne, w tych snach nie widzę się nigdy chorą, lecz zawsze zdrową i młodą. Raz mi się przyśnił sen cudowny, jeżeli pan chce, to opowiem, proszę posłuchać: Śnię, że stoję na polu, a dokoła mnie żyto, takie wysokie, dojrzałe, jak złote. I kręci się koło mnie piesek kasztanowaty, zły, bardzo zły i chce mnie ukąsić. I zdaje mi się, że w rękach mam sierp, ale nie zwyczajny, tylko taki, jak księżyc, kiedy bywa do sierpa podobny. I oto tym księżycem mam zżąć wszystko żyto dookoła. Ale upał bardzo mnie zmęczył i księżyc olśnił; lenistwo napadło, a dokoła rosły bławatki, takie piękne i duże. I wszystkie do mnie zwracały się główkami, a ja myślę sobie, narwę tych bławatków; Wasil obiecał przyjść, więc uwiję sobie wianek, a żyto zerżnę później. Zaczynam rwać bławatki, a te mi topnieją między palcami i rób co chcesz. Nie mogę uwić wianka, a tymczasem słyszę, że ktoś idzie ku mnie i woła po imieniu. O! myślę sobie: źle, nie zdążyłam, ale to nic, zamiast bławatków, włożę sobie na głowę ten księżyc... Włożyłam księżyc i naraz tak zajaśniałam, że oświeciłam całe pole.
Patrzę, po samych wierzchołkach kłosów idzie do mnie szybko, nie Wasil, ale Chrystus; poczem poznałam, że to Chrystus, nie wiem, nie malują go takim, a jednak to on był. Bez brody, wysoki, młody, cały odziany biało; tylko miał pas złoty na sobie, rękę do mnie wyciągnął: „Nie bój się — rzecze, idź za mną, będziesz w królestwie niebieskiem u mnie korowody prowadziła i pieśni śpiewała rajskie“. Do jego ręki przypadłam, a ów piesek zaraz mnie za nogi. Wznieśliśmy się w górę... on naprzód; jego skrzydła rozwinęły się na całe niebo, długie, jak u czajki, a ja za nim, i piesek musiał się odemnie odczepić.
Zrozumiałam, że ten piesek to moja choroba i że w królestwie niebieskiem już mnie prześladować nie będzie.
Umilkła na chwilę.
— I jeszcze miałam jeden sen — zaczęła na nowo — a może to było widzenie, nie wiem; zdawało mi się, że leżę tu, w tej samej budzie chruścianej i przychodzą do mnie moi nieżyjący rodzice: ojciec i matka; kłaniają mi się nizko i nie mówią nic. I pytam ich: dlaczegóż wy, ojcze, matko, kłaniacie się mi? „A dlatego, odpowiadają, że ty na tym świecie bardzo się męczysz, to nietylko swojej duszy ulgę przynosisz, ale i z nas wielki ciężar zdejmujesz — i nam na tamtym świecie daleko lżej teraz: swoje grzechy już odpokutowałaś, teraz za nasze cierpisz“ — i rzekłszy to, rodzice znów mi się ukłonili nizko i zniknęli. Długo potem rozmyślałam nad tem, coby to być mogło, nawet ojcu duchownemu o tem opowiadałam, ale on przypuszczał, że to nie było widzenie, widzenia bowiem miewają tylko osoby duchownej rangi.
— A oto jeszcze miałam jeden sen: zdawało mi się, że siedzę na wielkim gościńcu, w ręku mam laskę ostruganą, a na plecach tłomoczek, chusteczka na głowie, zupełnie jak pątnica, i mam iść gdzieś daleko, daleko, na pielgrzymkę i przechodzą koło mnie różni pielgrzymi, idą powoli, jakby niechętnie, wszyscy w jedną stronę. I widzę, kręci się wśród nich jedna kobieta, o całą głowę wyższa od innych i twarz ma jakąś szczególną, smutną, surową, a ubranie dziwne, nie nasze, nie ruskie. Wszyscy odwracają się od niej, a ona idzie wprost ku mnie. Zatrzymała się i patrzy, a oczy ma jak sokół: żółte, wielkie i nadzwyczaj jasne. I zapytałam jej, kto jesteś? a ona odrzekła: „Jestem twoja śmierć“. Nie zlękłam się, lecz przeciwnie, byłam bardzo rada, przeżegnałam się — i rzekła do mnie ta kobieta, moja śmierć: — „Żal mi cię bardzo, Lukeryo, ale cię zabrać z sobą nie mogę. Żegnam cię“. Boże! jakże mi się zrobiło smutno. Weź mnie, wołam, weź, na wszystko cię proszę, a ona obróciła się do mnie i zaczęła coś mówić; rozumiałam, że naznacza mi moją godzinę, ale tak jakoś niezrozumiale, niejasno, po świętym Piotrze. Obudziłam się. Takie to miewam sny dziwne.
Zamyśliła się.
— To tylko, panie, nieszczęście, że czasem cały tydzień przejdzie, a ja zasnąć nie mogę. W roku zeszłym przejeżdżała tędy jedna pani, zobaczyła mnie i dała mi flaszeczkę z lekarstwem na bezsenność, po dziesięć kropli kazała brać. Bardzo mi pomagało, spałam po tem lekarstwie, ale już dawno wyszło. Czy nie wie pan, co to za lekarstwo i gdzie go można dostać?
Przejeżdżająca pani widocznie dała jej opium. Obiecałem dostarczyć jej flaszkę takiego lekarstwa i głośno użalałem nad jej cierpieniem.
— Panie — rzekła — cóż to znów za cierpienie? Oto naprzykład cierpienie Szymona Słupnika było większe: on przez trzydzieści lat stał na słupie. A inny mąż Boży kazał się w ziemię zakopać po same piersi i mrówki jadły oblicze jego... A to znów opowiadał mi jeden człowiek oczytany, że był pewien kraj i ten kraj zawojowali Agaryanie i wszystkich mieszkańców męczyli i zabijali, a ci mieszkańcy na żaden sposób oswobodzić się nie mogli. I zjawiła się między tymi mieszkańcami dziewica święta, wzięła miecz wielki, włożyła na się zbroję dwupudową, uderzyła na Agaryan i wygnała ich precz, za morze. A wypędziwszy ich, rzekła do nich: „Teraz wy mnie spalcie; albowiem taki był mój ślub, że śmiercią ognistą za swój naród padnę. I Agaryanie wzięli ją i spalili a naród oswobodził się na zawsze. O! to cierpienie, to zasługa! a ja cóż?
Zadziwiłem się w duchu, dokąd i w jakim kształcie zaszła legenda o Joannie d’Arc. I po chwili milczenia spytałem Lukeryę, ile ma lat?
— Dwadzieścia osiem, może dziewięć, ale trzydziestu nie mam — lecz poco tam lata liczyć. Ja panu jeszcze coś powiem.
Kaszlnęła jakoś głucho, jęknęła.
— Ty za wiele mówisz — zauważyłem — może ci to zaszkodzić.
— Prawda — szepnęła — ale co tam, teraz jak pan odjedzie, namilczę się do syta; przynajmniej wypowiedziałam, co mam na sercu.
Zacząłem się z nią żegnać. Powtórzyłem obietnicę, że przyślę jej lekarstwo i prosiłem, aby pomyślała dobrze i powiedziała szczerze, czy jej czego nie trzeba.
— Niczego mi nie trzeba, ze wszystkiegom kontenta, chwała Bogu... niech Bóg da wszystkim zdrowie. A pan, paniczu, może pan swoją mamę uprosi; włościanie tutejsi bardzo biedni, żeby im trochę czynsz obniżyła... gruntu mają bardzo niewiele, bieda; modliliby się za państwo — a mnie niczego nie potrzeba, z wszystkiegom kontenta.
Dałem słowo, że spełnię jej prośbę i chciałem wyjść. Zawołała mnie jeszcze.
— Pamięta pan — rzekła i jakiś dziwny wyraz zajaśniał w jej oczach i przemknął po ustach — pamięta pan, jaki miałam warkocz, do samych kolan, nie decydowałam się długo, takie włosy! lecz jakżeż je było czesać w mojem położeniu? a więc je obcięłam. No, niech pan już idzie, ja więcej mówić nie mogę.
Tegoż dnia, zanim pojechałem na polowanie, rozmawiałem o Lukeryi z miejscowym dziesiętnikiem. Dowiedziałem się od niego, że we wsi nazywają ją „żywemi relikwiami“, że zresztą nikt nie doznaje od niej niepokoju; nikt nie słyszy narzekań, ani skarg; sama niczego nie żąda, przeciwnie, za wszystko dziękuje. Trzeba przyznać, że jest cicha, bardzo cichutka. „Zabita przez Boga“, — zakonkludował dziesiętnik, zapewne za grzechy, lecz my w to nie wchodzimy. Żeby ją zaś potępiać... Nie, my jej nie potępiamy.


W kilka tygodni później dowiedziałem się, że Lukerya umarła, śmierć przyszła jednak po św. Piotrze. Opowiadano, że w dzień swego zgonu słyszała ciągle głos dzwonów, chociaż od Aleksiejówki do cerkwi liczy się pięć wiorst z górą i dzień był powszedni. Lukerya mówiła, że dźwięki szły nie od cerkwi, lecz z góry.
Prawdopodobnie nie śmiała powiedzieć, że... z nieba.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Iwan Turgieniew i tłumacza: Klemens Szaniawski.