Stefan Dziki (poemat)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Sándor Petőfi
Tytuł Stefan Dziki (poemat)
Pochodzenie Wybór poezyj
Data wydania 1880
Wydawnictwo Wydawnictwo Dzieł Tanich A. Wiślickiego
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Władysław Sabowski
Tytuł orygin. Szilaj Pista
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
STEFAN DZIKI.
POEMAT.

I.


Już od dawna zaszło słońce złote,
Lud rybaczy skończył swą robotę,
I po pracy dziennej legł na łoże,
Stefan Dziki tylko spać nie może.

„Ej, Stefanie! powiedz co cię
Tak wybija ze snu po robocie?..."
Gdyby kto mu zadał to pytanie,
„Miłość! miłość!" — odrzekłby on na nie.

Księżyc z po za ciemnych chmur wybiega,
Stefan odpiął łódkę swą od brzega,
Wiosłem zmącił rzecznych fal pogodę
I popłynął na szeroką wodę.

Jako ogród na Dunaju fali
Kwitnie wyspa tam pośrodku, wdali,
A tej wyspy najpiękniejsze kwiecie,
To rybaka starca cudne dziecię.

W chacie z trzciny, szubą swą przykryty,
Stary rybak śpi już jak zabity,
Ale córka jego w nocy cieniu
Na Stefana czeka na przedsieniu.

Nurty rzeki przepłynąwszy śmiało,
Zastał Stefan swoją różę białą.

Całus... drugi... Lecz sza o tem! cicho!...
Poco zazdrość budzić?... Niech śpi licho!

Ust dziewczęcych uścisk ma moc wina,
Człek w nim prędko siebie zapomina,
Stefanowi też zawrzała głowa
I dziwaczne zaczął prawić słowa.

„Lidi, duszo! mojaś ty pieszczota,
Kwiat, gołąbka, rybka moja złota,
Blask dyamentu, gwiazda promieniąca!...
Całuj na śmierć, aż do wschodu słońca.

„Czarna rzęsa twa, niebieskie oko...
Tyś jak niebo to, co tam wysoko
Kędy błękit wśród chmur widać w górze...
Twe wejrzenie... gwiazdka na lazurze...

„Gdyby splótł kto razem wszystko kwiecie,
Jakie rośnie gdzie na całym świecie,
W jeden wieniec, byłoby go mało,
Żeby objąć moją miłość całą.

„Nie ma ona granic ani końca ..
Czyliż twoja równie jest gorąca?
Oh! bo gdybym dostrzegł, że upada,
Biada tobie, dziewczę! i mnie biada!

„Tutaj, patrzaj, olbrzym śpi w mem łonie,
Tym olbrzymem zemsta co w niem płonie,
Gdy niewierność, zdrada go ocuci
Mnie i ciebie zgubi w krwawej chuci".

Tak przemawiał rybak. Lidi słucha,
Z ócz jej w serce płynie mu otucha,
Bo spojrzeniem przemawiają one:
„Me uczucia również nieskończone".

Długo jeszcze trwała mowa taka,
Aż wtem słowik się odezwał z krzaka,
Choć to może nie był śpiew słowiczy,
Tylko bicie serc pełnych słodyczy.

Świt nadchodzi, rozstać się już pora,
Więc wyrzekli słodkie „do wieczora".
Rybak wraca na brzeg do swej łodzi,
Do ojcowskiej chaty dziewczę wchodzi.

Cicha była cała okolica,
Księżyc ukrył pod widnokrag lica,
Gwiazd na niebie mniej dostrzega oko,
Mleczna droga świeci wciąż wysoko.

Śpi rybacza karczma w tej godzinie,
Wietrzyk nawet nie szeleści w trzcinie,
Tylko fala, która łódkę niosła
Szumi, bryzga od uderzeń wiosła.

II.


Targ nazajutrz w blizkiej był mieścinie;
Rybak ryby wiózł i rzekł dziewczynie:
„Może pójdziesz do miasteczka ze mną?“
„Dobrze ojcze, gdy to wam przyjemno".

Poszli tedy, ubiór wziąwszy nowy...
A jak na złość był to dzień piątkowy!...
Lidi w mieście pierwszy raz być miała,
Więc się czegoś piątku obawiała.

Myśleć jednak o tem zbrakło czasu;
W mieście pełnem gwaru i hałasu,
Gdzie się strojni kręcili pankowie
I dziewczęta piękne co się zowie.

Jeden śliczny panicz rzecze do niej;
„Piękny kwiatku, w jakiej rośniesz błoni?"
„Jako pigwa wzrosłam na wysepce
Wśród Dunaju", — dziewcze na to szepce.

„Jam to zaraz poznał po twej mowie,
Bom sam ztamtąd", — panicz jej odpowie, —
„Masz już chłopca?... powiedz, moje dziecię!...
Chcesz, pokocham cię jak nikt na świecie".

„Czy mam skarb mój? — Lidi na to rzecze, —
Kto chce prawdy, łatwo jej dociecze.
Pocóżbym się z tego spowiadała?
Są cyganki na to, jest kabała".

Odszedł panicz, odprawiony z niczem,
Ale Lidi spojrzeć za paniczem
Korci jakaś chętka niepojęta,
Więc ukradkiem zwraca nań oczęta.

III.


W kilka niedziel potem swym zwyczajem
Siadła sobie Lidi nad Dunajem,
Sieć wiązała i goniła wzrokiem
To zą falą, to znów za obłokiem.

Aż nareszcie słońce się zniżyło
I jaskrawiej złote bzy złociło,
Zakrwawiło niebo na zachodzie
I szkarłatny odcień dało wodzie.

Lidi wiąże sieć oko po oku,
Wtem coś w krzaku zaszeleści z boku.
Cóż to?... kto to?... Jakiś strzelec młody
Z poza krzaku wyszedł nad brzeg wody.

„Co tu robisz?" — pyta. — „Czyście ślepi?
Sieci wiążę... przyjrzyjcież się lepiej".
Nie zraziła chłopca ta odprawa,
Jeszcze bliżej przy dziewczynie stawa.

„Czy poznajesz mnie?... czyś zapomniała,
Żeś już kiedyś ze mną rozmawiała,
Żem cię spotkał w mieście, luby kwiecie?
Czy pamiętasz o tem, powiedz dziecię?“

Lidi rzekła: „Być to może, żeście
Mnie widzieli w dzień targowy w mieście,
To piękności waszej widać wina,
Że kto ujrzy wnet was zapomina".

Tak na każde nowe strzelca słowo
Ma odprawę Lidi wnet gotową,
Lecz choć słowa jej tak ostre były,
On się o to gniewać nie miał siły.

Nagle zamilkł strzelec przestraszony,
Noc zaległa wszystkie świata strony.
„Miłe dziewczę, — rzekł zmieszany do niej, —
Wiesz, zgubiłem drogę w tej ustroni.

„Teraz straszna czeka mnie przeprawa,
Więc się zlituj, piękna... bądź łaskawa,
Stan się gwiazdą mą do końca lasu,
Lub do domu, gdy masz dosyć czasu".

Pomyślała Lidi nad żądaniem,
Panicz z takiem prosił ją błaganiem,
Tak gorąco, z twarzą taką smutną...
Czyliż miała wciąż dlań być okrutną?...

„Nie wypada znów go dręczyć tyle", —
Rzekła sobie, podumawszy chwilę.
Strzelec czekał z miną tak żałośną...
Więc spojrzała nań i rzekła głośno:

„Chodźcie panie, ja wam wskażę drogę,
Iść do krańca lasu z wami mogę,
Lecz nie dalej, — dość i tego będzie,
Bo do plotek ludzie skłonni wszędzie".

Poszli... Kiedy Lidi powróciła,
Już ją Stefan czekał czasu siła.

Spytał jej się: „Gdzież to byłaś, rybko?"
Nie wiedziała co mu odrzec szybko.

IV.


Lidi, zwykle miła, słodka, żywa,
Tak zmieszana była, niecierpliwa,
Że tą zmianą Stefan zadziwiony
Uczuł w sercu podejrzenia szpony.

Podejrzenie dziwnem jest dziewczęciem:
Ledwie na świat przyjdzie niemowlęciem,
Już chce karmi w rąbek upowite,
A w potwora wzrasta wnet gdy syte.

Stefan nie dał swych domysłów znaku,
Lecz nazajutrz wieczór skrył się w krzaku,
Nieopodal od rybaczej chaty
I, nie wiedząc czemu, zaczął czaty.

Krótko czekał. Panicz wnet się zjawił,
Uśmiechnięty słodkie słówka prawił.
Lidi słucha, rada choć zmieszana...
Wściekłość, rozpacz szarpią pierś Stefana.

Gdybyż dziewczę tylko słów słuchało!...
Lecz wnet panicz rączkę Lidi małą
Ujął, ścisnął wiodąc ją w ustronie,
Stefan piekło całe uczuł w łonie.

Skoczył z miejsca, pobiegł, wrzasnął: „Strzelcze
Zbójco! łotrze! nędzny psie! wisielcze!

Czekaj, wnet cię spotka kara boża!..."
I w szalonym gniewie dobył noża.

I wymierzył paniczowi w łono,
Ten się strzelbą bronił podniesioną,
Aż Stefana tak uderzył w ciemię,
Że się biedny zachwiał, padł na ziemię.

Gdy do siebie przyszedł, otrzeźwiony
Próżno rzucał okiem w wszystkie strony,
Strzelca, Lidi wcale już nie było,
Więc pomyślał: „Chyba mi się śniło".

Ból poświadczył, że nie marzył we śnie,
Więc stał długo smutny, łkał boleśnie,
A po twarzy ciekła mu strugami
Krew gorąca pomieszana z łzami.

V.


Strzelec odtąd z wszelką już swobodą
Mógł odwiedzać codzień Lidi młodą,
Bez obawy zemsty i napadu...
Stefan Dziki przepadł gdzieś bez śladu.

Pragnął straszny ból co serce gniecie
Gdzieś przeboleć na szerokim świecie,
I dla duszy krwawo rozżalonej
Znaleźć ulgę w ziemi oddalonej.

Spojrzeć za się nie miał sił i czasu,
Szedł aż stanął wpośród Bakoń-lasu.

Tam w gęstwinie jego nieprzejrzanej
Pod wyniosłym dębem siadł znękany.

Chociaż ciało jego spoczywało,
Nic ukoić ducha nie zdołało,
Ciało było jeziorem duch rybką
Na dnie cichych fal płynącą szybko.

„Będę zbójcą, strachem okolicy,
Aż doczekam kiedyś szubienicy,
Oh! bo lepiej zginąć z ręki kata,
Niż żyć kiedy los struł młode lata".

I puściwszy swej rozpaczy wodze,
Stefan Dziki siadł przy leśnej drodze.
Czekał ludzi. Miał odwagę wielką,
Nie trza było krzepić jej butelką.

Wkrótce lasem jechał pan bogaty,
Powóz cztery ciągnęły bachmaty,
Suknie pana od przepychu świecą,
A na koźle hajduk wraz z woźnicą.

„Stójcie! — Wrzasnął Stefan Dziki śmiele, —
Ani kroku dalej, bo w łeb strzelę!"
Na pogróżkę taką strachem zdjęci
Pan i słudzy stają jak zaklęci.

Stefan przyszedł do nich z miną butną,
Trząsł kieszenie aż zostało płótno,
Zabrał wszystko, długo się nie bawił,
Na szklanicę wina nie zostawił.

„Teraz jedźcie! mam już dość połowu!"
Więc ruszyli, — on ich wstrzymał znowu.
Gdy woźnica stanął przestraszony,
Rzekł: „Na zbójcę-m widać nie stworzony...

„Swe pieniądze weźcie nazad, panie".
Oddał złoto. Pan spogląda na nie,
I zdziwiony nawet go nie tyka,
Myśląc że to żarty rozbójnika.

Lecz to nie był żaden żart Stefana,
Rzucił łupy, odszedł precz od pana,
Poszedł dalej, poświstując w drodze,
Choć go straszna boleść gniotła srodze.

VI.


Dokąd śpieszył tak?... Nie pytał drogi,
Szedł wciąż prosto, gdzie go niosły nogi,
Nie dbał czyli z kraju czy do kraju,
I tak przyszedł aż nad brzeg Dunaju.

Los chciał, że to było w miejscu takiem
Gdzie miał chatę kiedyś, był rybakiem,
Zkąd na wyspę się przeprawiał do niej,
A więc westchnął i twarz ukrył w dłoni.

„Lidi! Lidi! czemuś mnie zdradziła!...
Może ty już dziś, gołąbko miła,
Opłakałaś swoją ciężką winę
I męczarnie te od których ginę?...

„Gdybym wiedział, że żałujesz, dziecię,
Oh! wszystkiego zapomniałbym w świecie,
Tylko przyrzecz być na przyszłość wierną,
Bo ma miłość, Lidi, jest niezmierną".

Tak pomyślał i do łódki wbiega,
Bierze wiosło, odbić chce od brzega,
I popłynąć tam, do swej jedynej,
By jej przynieść przebaczenia winy.

Lecz nim wiosłem dotknął się do fali,
Ten głos za nim dał się słyszeć z dali:
„Przyjacielu! zabierz nas do łodzi,
Nagrodzimy za to, jak się godzi".

Stefan mało nie wpadł w prąd Dunaju.
Kogóż ujrzał na wybrzeża skraju?...
Ujrzał Lidi, strzelca przy jej boku
I oboje poznał mimo zmroku.

Opamiętał się jednakże. Młodzi
Wsiedli szybko do niewielkiej łodzi,
Nie poznali go aż w czołnie byli,
Łatwo pojąć jak się przestraszyli.

Stefan odbił szybko łódź na wodę,
Pobladł strzelec, zbladło dziewczę młode,
Pomieszani, trwożni, nie wiedzieli
Jak postąpić, co przemówić mieli.

Stefan milczał, robiąc wiosłem krzepko,
Już miał czółnem zetknąć się z wysepką,

Nagle stanął krótką chwilę... potem
Znów wiosłować zaczął, lecz z powrotem.

„Cóż to?... wracasz?... — krzyknął strzelec blady.
Stefan odrzekł: „Wracam, nie ma rady...
Popłyniemy do Dunaju środka;
Tam kto winny tego kara spotka".

Ledwie wyrzekł już na środku byli,
Więc w prąd rzucił wiosło i po chwili
Straszny, dziki, groźny stał przed niemi,
Oni drżeli przerażeni, niemi.

„Uprzykrzyło mi się nędzne życie,
A przez kogo?.. o! wy dobrze wiecie!...
Chcę je skończyć... śmierci się nie boję...
Chodźcie ze mną w inny świat oboje".

Rzekł i czółno objął w silne dłonie,
Wszystko troje wpadli w rzeki tonie...
Lidi w nurtach jego się trzymała,
Jakby życie z nim zakończyć chciała.

Ale Stefan ujrzał wkrótce w dali,
Że wypłynął strzelec na grzbiet fali,
Domknął, chwycił go w ramiona swoje
I pod wodą znikli wszystko troje.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Sándor Petőfi i tłumacza: Władysław Sabowski.