Stasiek

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł Stasiek
Podtytuł Obrazek miejski
Pochodzenie Na dnie życia
Data wydania 1887
Wydawnictwo J. Czaiński
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


STASIEK.
OBRAZEK MIEJSKI.


Na chrzcie nadano mu imię Stanisława, więc rówieśnicy wołali na niego Stasiek; ale matka i ojczym nazywali go «skaraniem boskiem», bo sobie z nim rady dać nie umieli. Najwłaściwiej jednak można go było nazwać konikiem polnym, chociaż bowiem urodził się na warszawskim bruku, a pola widział tyle, ile go spostrzedz można około rogatek, miał z wesołem skoczkiem zbóż dojrzałych pewne podobieństwo. Jak on lubił wygrzewać się na wiosennem słońcu, siedząc naprzód pochylony, z obwisłemi rękoma, ze skurczonemi nogami, które chudością i sprężystością swoją przypominały polnego konika.
Profil jego suchy, o wydatnych konturach, z cofniętem czołem i brodą, zdawał się także należeć do królestwa istot skrzydlatych, a już wyraźnie należały do niego oczy wielkie, okrągłe, osadzone na wierzchu, oczy brylantowe, podobne do ptasich, w których przedmioty odbijały się jak w wypukłem zwierciadle.
Uczeń Galla lub Lawatera byłby miał piękną sposobność studyować na nim charakterystyczny okaz zupełnej nieopatrzności i braku przewidywania, bo już najwięcej przypominał on konika polnego tradycyjnem usposobieniem, jakie mu bajka przypisuje. Niepodobna było znaleść na świecie istoty tak niedbałej o jutro, a żyjącej jedynie chwilą obecną, istoty, któraby tak niezdolną była poddać się jakiemu bądź przymusowi i przełamać się w czemkolwiek.
Kiedy słońce zaświeciło jasno, chłopiec nie był w stanie wysiedzieć pod dachem. Gdyby go zamknięto, wybiłby szyby i wyskoczył oknem, chociażby miał kark skręcić, padając na bruk uliczny; a gdyby w oknach były kraty, rozbijałby sobie o nie głowę bez ustanku, jak to czynią niekiedy więzione ptaki.
Usposobienie jego zależało od koloru nieba, od stanu powietrza, i nie było na nie żadnej rady. Kiedy chmury zaciągały niebo, siadał skurczony, osołowiały, wlepiając przed siebie wielkie oczy, w których migały otaczające przedmioty.
Skupić jego uwagę było rzeczą niepodobną; nie można go przecież było nazwać niepojętnym, przeciwnie, nauczył się nie wiedzieć gdzie i jak mnóstwa rzeczy; to co usłyszał i zrozumiał spamiętał, ale nauka, a przynajmniej nauka szkolna była wprost dla niego niedostępna.
Prawda, że nie miał nigdy do czynienia z żadnym pedagogiem, ani z nikim, coby się nim zajął na seryo; uczęszczał tylko do szkółki elementarnej, do której musiano go gwałtem prowadzić i z której, przyznać to trzeba, wymykał się cichaczem, jak tylko mógł najprędzej. Kiedy zaś wymknąć się nie mógł, kręcił się na ławce, jak fryga, lub też zajmował się gorliwie płataniem rozmaitych psot współtowarzyszom, lub nauczycielowi — jak się zdarzyło. Nie dziw więc, że zawód szkolny ukończył daleko wcześniej, niż należało, powracając po kilku miesiącach z rzadką miną i czerwonemi uszami do domu.
— Skaranie boskie z tym chłopcem — zawołała matka, kiedy się dowiedziała o ostatecznej katastrofie wydalenia syna ze szkoły.
— Skaranie boskie — powtórzył za matką ojczym.
Ojca bowiem swego Stasiek nie pamiętał wcale, nie pamiętali go też i ludzie. Był już sporym chłopcem, kiedy matka wyszła za mąż za krawca, który, jak mówili ludzie, ułakomił się na jej posag.
Tylko niech ten wyraz: krawiec w połączeniu z wyrazem: posag, nie przywodzi wam na myśl, czytelnicy, świetnego sklepu z lustrzanemi szybami, z pięknym manekinem, przystrojonym wedle ostatniej mody i wyglądającym na młodego panicza wśród stosów angielskich i francuskich materyałów.
Posag matki Staśka wynosił zaledwie kilkaset rubli; z takim posagiem o pięknym sklepie myśleć nie można, a krawiec, który się nań ułakomił, był sobie krawcem ubogich ludzi, daleko częściej łatał i przerabiał, niż krajał ze sztuki. Warsztat jego mieścił się w małej izdebce, położonej w głębi dziedzińca na Bednarskiej ulicy, o czem oznajmiał publiczności maleńki napis, ginący zupełnie pomiędzy wspanialszymi szyldami, rozwieszonymi w około drzwi ulicznych.
W tym warsztacie mieściła się zarazem kuchnia i sypialnia całej rodziny, złożonej oprócz Staśka, z majstra, majstrowej i małego Franka, krzyczącego ustawicznie. Nie dziw więc, iż niefortunny powrót chłopca ze szkoły, gdzie go umieściły bezpłatnie jakieś protekcye, był dla biednego małżeństwa prawdziwą klęską. Tej klęski nie usunęły jednak narzekania, ani »skaranie boskie,« powtarzane na różne tony.
Trzeba było coś przedsięwziąć z dzieckiem, które siedziało skurczone w zwykłej swej postawie, błyskając tylko wielkiemi oczyma ku oknu i rozmyślając, jakim sposobem wydostać się na świat z izby, gdzie odbywała się narada nad jego dalszym losem.
Narada nie była ani długą, ani ożywioną, ale wypadła dla Staśka fatalnie: ojczym posadził go do swego warsztatu. Czyniąc to, postąpił zapewne roztropnie i uczciwie, chciał zaprawić pasierba do pracy, nauczyć rzemiosła, jakie sam posiadał, niemniej biedny konik polny uczuł się strasznie nieszczęśliwy. Jeśli co, to igła i nożyce były mu wstrętne, a rzemiosło, wymagające nieruchomego siedzenia na miejscu i uwagi w dodatku, stanowiło dla niego istną męczarnię.
To też terminatorstwo jego długim nie było; po trzech dniach szturchańców i łajań wybiegł z domu i nie pokazał się więcej.
— Skaranie boskie z tym chłopcem — zawyrokował teraz ojczym.
— Skaranie boskie — ciszej powtórzyła matka.
Pomimo wyraźnych zbrodni, żal jej było pierworodnego dziecka. Chciała biedz, szukać go po mieście, ale bała się tego uczynić, bo naprzód mąż obiecywał srodze obić Staśka, a potem mogła i ona sama co oberwać, gdyby postąpiła w brew jego woli. Powiedział bowiem, że licha szukać nie potrzeba, bo się samo znajdzie, jak mu głód dokuczy.
Dokuczył on rzeczywiście biednemu dziecku, ale go do powrotu nie zmusił, bo jak chłopiec pomyślał, że trzeba mu będzie chleb zdobywać igłą krawiecką, to już wolał umrzeć od razu. Nie umarł przecież, a nawet dał sobie radę. Na bruku warszawskim istnieją rzemiosła nie zbyt wprawdzie korzystne, ale które pozwalają żyć różnym wykolejonym istotom, zwłaszcza jeśli te posiadają spryt i ruchliwość. Takim rzemiosłem jest rozprzedaż Kuryerów. Wkrótce Stasiek w czapce, z błyszczącym napisem kręcił się po placach i skwerach, zachwalając swój towar.
Zajęcie to było jakby dla niego stworzone: mógł rozwijać przez parę godzin gorączkową czynność, potem siedzieć na słońcu, ile chciał, a nikt mu za to nic nie mówił. Był swobodny jak ptak, ale też znosić musiał złe strony ptasiego bytu, tułać się z gałęzi na gałęź, codzień zdobywać sobie własnym przemysłem pożywienie, i cierpieć głód, jeśli zdobyć nie zdołał.
Sprzedaż Kuryerów nie przynosi wielkich korzyści. Przedsiębiorcy powierzają chłopcom pewną ilość egzemplarzy, a ci na każdym mają tylko dwa grosze zysku. Sprzedających jest bardzo dużo, kupujących mało. Każdy zwykle prenumeruje sobie jakieś pismo, Kuryery kupują tylko wypadkowo przyjezdni ze wsi, lub ciekawi senzacyjnej nowinki, więc spieszyć się trzeba, aby ich pochwycić. Kto pierwszy zajmie swoje stanowisko, skoczy na stopień tramwaju, poda pismo, zachwali, ten ma największą nadzieję dobrego targu.
Stasiek zrozumiał to szybko i szybko też posiadł wszystkie tajemnice rzemiosła, tem bardziej, iż rzemiosło mu zasmakowało.
Trzeba go było widzieć, jak zwinnie umiał wskakiwać do wagonu, na każde skinienie przejezdnych, jak czepiał się poręczy, przełaził koło ławek, zaglądając w oczy każdemu, jak odgadywał z ubioru, z ogorzenia twarzy, z wąsów nawet chętnych lub niechętnych kundmanów.
Kręcił się zwykle w okolicy Teatralnego placu, bo choć tam najwięcej sprzedających, ale też tam ześrodkowywa się ruch miejski, tramwaje nieustannie przebiegają w różnych kierunkach i zatrzymują się dłużej niż na innych stacyach.
Zwinny jak kot, rzucał się prawie pod koła wagonów, krzycząc z właściwem skandowaniem i akcentem głośniej od innych:
Kuryer warszawski! Kuryer codzienny! Kuryer świąteczny!
Nie dał się nikomu wyprzedzić, zawsze wcześniej od innych ukazywała się na platformie jego drobna postać, a wielkie okrągłe oczy wyglądające z pod spadających na nie włosów, szukały zmyślnym wzrokiem tych, coby chętni byli do kupna.
Przytem pomimo krótkiego pobytu w szkole, pomimo nieuwagi, figlów i częstych z niej ucieczek, nauczył się czytać wcale nie źle i tej umiejętności używał teraz korzystnie.
Zaledwie dostał Kuryer, przebiegł jego wszystkie szpalty i rubryki, stosując z niepospolitą zręcznością ich zawartość do usposobień ludzkich. Przy wprawie stał się znakomitym fizyognomistą, nie domyślając się tego naturalnie. Kiedy spojrzał na poważnego jegomościa, zachwalał mu nabożeństwa, kiedy miał do czynienia z młodym, wyciągał głośną awanturę i dlatego to wołał na przemiany:
Kuryer z odpustem, Kuryer z samobójstwem, Kuryer z wypadkiem.
Kiedy zaś dzięki nadzwyczajnym okolicznościom, pisma brukowe dawały jaką illustracyę lub karykaturę, wówczas krzyczał:
Kuryer z dowcipem, z portretem, ze sławnym zbójem, z powodzią, z pożarem.
A zawsze umiał trafić do smaku osoby, której chciał towar swój sprzedać, często nawet zamiast dziesiątki dostawał dwanaście groszy, zdarzały się i dwudziestówki.
Chłopiec jednak, wierny swemu usposobieniu, zarobione pieniądze wydawał co do grosza nie bacząc na to, że jutro może być dniem posuchy. Podobne przewidywanie nigdy mu na myśl nie przyszło.
— Ten Stasiek to zawsze dwa razy więcej zarobi, niż my — skarżyli się inni chłopcy.
— Owa! wielka mi sztuka, abo ty umiesz czytać, powtarzasz tylko po mnie, co ja krzyczę — odpowiedział dumnie spoglądając z góry na towarzyszów, którzy jego zarobków nie mieli.
— Ten Stasiek, tylko spojrzy, to upatrzy sobie zaraz takiego, co mu da dychacza, a jak się po nim zawinę — to nic i nic.
Tak mówił najstarszy z całej bandy.
Staśkowi nigdy odpowiedzi nie brakło.
— Ty bo zawsze zerkasz po pannach — djabła ci co z tego przyjdzie. Czy to panna Kuryera kupi, czy co? Gadają, że kobiety ciekawe, albo to prawda? Żebym nie wiem jak zachwalał, to ci tylko słuchają, a pieniędzy żałują.
Z tego zapewne powodu Stasiek kobiet nie lubił, nie miał od nich żadnego zarobku, a potem... potem miał może żal do matki, co go zostawiła na łasce losu.
To też, kiedy sprzedawał Kolce lub Kuryera świątecznego, przepatrywał je pilnie, a skoro tylko znalazł jaki koncept na kobiety, powtarzał go głośno. Przekonał się bowiem, że takie zwykle najwięcej miały pokupu, więc, zachwalając pismo humorystyczne, dodawał:
Kolce z nauką, jak to pięknie panie mężów oszukują.
Albo:
Kuryer świąteczny bardzo ciekawy. Co się dzieje na letnich mieszkaniach.
Koncepty na mężczyzn, stanowiące odwrotną stronę małżeńskich stosunków, pomijał zwykle pogardliwem milczeniem.
Do rodziców nie próbował się zbliżyć i oni go też nie szukali. Kumoszki wprawdzie mówiły jego matce:
— Pani Antoniowa, wasz Stasiek sprzedaje gazety, biega po tramwajach.
Ona chciała zapytać gdzie go widziano, jak wygląda, jak mu się powodzi? Ale mąż jej mruknął niechętnie:
— A niech tam sobie robi co chce, my o tym urwisie już wiedzieć nie chcemy.
I matka umilkła. Nie miała ona takiej swobody jak zwykle żony rzemieślników, kiedy mężowie chodzą na robotę. Krawiec nie ruszał się z domu, szyjąc ciągle, nie mogła więc wyjść niepostrzeżona, chłopca zawołać, zgotować mu co, nakarmić, lub wetknąć w rękę. A przytem bała się mężowi sprzeciwić.
Stasiek ze swojej strony był hardy. Raz w niedzielę widział, jak matka z ojczymem szła pod rękę na spacer. Zrobiło mu się dziwnie na sercu, chciał biedz do nich i już nawet postąpił krok naprzód.
Ale matka go nie zobaczyła, miała właśnie głowę odwróconą, spostrzegł go tylko ojczym, a ten zamiast zachęty pogroził mu pięścią, spoglądając surowo. Może miał słuszność, chciał, żeby pasierb wyszedł na człowieka.
Chłopiec stanął jak wryty, łzy cisnęły mu się do oczów, przecież nie dał im spłynąć, wykręcił się na pięcie, poleciał parę kroków, pokazał język ojczymowi z wybuchem dziecinnej złości, i uciekł, bo pomimo to czuł, że go coś dławiło.
Póki trwało lato, Staśkowi było, jak to mówią, półbiedy. Przy swojej zręczności targował czasem dziennie i trzydzieści sztuk pism rozmaitych.
W lecie zresztą nie potrzebował troszczyć się o nocleg, nadawały się bowiem na ten użytek skwery, ławki w alejach, piwnice budujących się domów i t. p. bezpłatne hotele biedaków. Pożywić się także było łatwiej — bułki, tanie owoce, ogórek kwaszony wreszcie, starczyły. Ale kiedy przyszły słoty jesienne, kiedy potem śnieg przysypał ziemię, życie stało się coraz cięższe a zarobki zmniejszyły się znacznie.
W lecie jaki taki kupował Kuryera, siadając do tramwaju, w zimie każdy się kurczył, chronił od zimna i myślał tylko o tem, żeby prędzej dojechać. Jeśli zaś był ciekawy, wolał na czytanie wstąpić do cukierni i wypić czarnej kawy lub herbaty gorącej za tę dziesiątkę, którą Kuryer kosztował.
Sprzedający też znikali jeden po drugim. Rzemiosło przyjemne i korzystne w lecie, stawało się teraz przykrem. Każdy wracał do rodziny lub szukał sobie innego zarobku. Stasiek byłby także pewno schronił się do matki, ale jak przypomniał sobie ojczyma i ostatnie spotkanie, to już wolał cierpieć głód i zimno. Tylko czasem siadał skurczony i zmarznięty w jakim kącie z oczyma szklisto wlepionemi przed siebie a wówczas w wyobraźni jego przesuwała się ciepła izba, ciepła strawa, a może i pieszczota matczyna.
Zresztą czasem i w jesieni i w zimie słońce zajaśnieje a jeden taki promień dodawał odwagi chłopcu. Potrzeba, która jest matką wynalazków, dopomagała mu do utrzymania, z Kuryerami połączył drobny przemysł, sprzedawał zapałki, bo zauważył, że te zawsze bywają potrzebne. Dawano mu zapałki, tak jak Kuryery; na sprzedaż z groszem lub dwoma zarobku na paczce — stosownie do ich ceny.
Biedny konik polny wychudł, wymizerniał i podobnym był zupełnie do swego imiennika z bajki, kiedy przychodzi zbiedzony do gospodarnej mrówki. Płócienne ubranie podarło się i było zupełnie na tę porę nie wystarczające. Ktoś z miłosierdzia dał mu stare buty i stary mundurek szkolny, od którego odpruto guziki. Jedno i drugie było na niego za wielkie a kiedy je włożył, wyglądał na małego żebraka.
Nie myślał jednak zastanawiać się nad niedoborami swej toalety, bo już to w ogóle jakiekolwiek zastanawianie się było wprost sprzeczne z jego naturą. Tylko w mundurku i w butach zbyt wielkich było mu niewygodnie; zawadzały one w swobodnem uwijaniu się po tramwajach. Inni chłopcy śmieli się z niego.
— Ej Stasiek — wołano — strzeż się, upadniesz!
On wzruszał ramionami. Im więcej chwalono jego zręczność, tem bardziej czuł się w obowiązku ją pokazywać. Budziła się w nim jakaś duma nieznana, gdy czynił rzecz trudną, przed którą cofali się jego współtowarzysze. Więc niedość, że wskakiwał do tramwajów, będących w biegu, ale przelatywał z jednego na drugi i rzucał się prawie pod koła. Niebezpieczeństwo, z którego sobie jasnej sprawy nie zdawał, nęciło go, podniecało do coraz śmielszych skoków, tem bardziej, że przejezdni wynagradzali je, kupując Kuryery i płacąc za nie hojnie. Sam sobie wymyślał trudności i lubił je pokonywać.
Raz, gdy skoczył równemi nogami na biegnący wagon, ofuknął go konduktor:
— Chcesz widać ręce i nogi połamać!
Chłopak, roznamiętniony niebezpieczną grą, roześmiał się, pokazując białe zęby.
— Abo co? — mruknął, patrząc na konduktora swemi ptasiemi oczyma, pełnemi bezmyślnego blasku — czy to nie moje?
Konduktor chciał go skarcić, ale on wywinął mu się w ręku jak piskorz i rzucił się do wagonu, biegnącego w przeciwną stronę, ze zręcznością akrobaty. Konduktor machnął ręką a chłopak miał ochotę pokazać mu język, jak to uczynił ojczymowi, brakło mu jednak na to czasu, bo ktoś zażądał jakiegoś pisma. Miał dnia tego szczęście, nietylko sypały mu się dziesiątki, ale jeszcze jakiś siwy pan w bogatym futrze, zainteresowany jego zręcznością, dał mu całego rubla, ażeby sobie kupił buty na zimę.
Stasiek tak się tym darem zdziwił, że zanim zdążył podziękować, siwy pan wysiadł z tramwaju i zniknął w przyległych ulicach.
Chłopak wyglądał bardzo oryginalnie i powierzchowność jego usprawiedliwiała odebraną jałmużnę. Zbyt szeroki mundurek obcisnął rzemiennym paskiem, ażeby mu było cieplej i wygodniej, mundurek jednak roztwierał się u szyi i widać było podartą koszulę, oraz nagie wychudłe piersi dziecka. Włosy, gęsto obrastające mu głowę, piętrzyły się nad nią kędzierzawe, niekarne, włosów tych było wszędzie pełno, grube kosmyki spadały mu na kark, na uszy, na czoło i na policzki prawie. Stanowiły one główną charakterystykę jego twarzy, z po za nich to wyglądały oczy okrągłe, błyszczące, nos ptasi o delikatnych zagięciach i wreszcie bladoróżowe usta z obwisłymi kątami, które smutnym, sierocym wyrazem sprzeczały się z jasnem spojrzeniem.
Na rubla spoglądał on przez chwilę więcej zdumiony, niż radosny. Nie miał nigdy tyle pieniędzy w ręku i zaraz przyszło mu na myśl co z niemi miał zrobić. Suma to była duża względnie do tego, co zarabiał, ale względnie do potrzeb stanowiła zaledwie kroplę w morzu. Stary pan kazał za nią kupić buty.
Stasiek jednak wiedział dobrze, iż buty były dużo droższe. Do schowania zaś pieniędzy był on zupełnie niezdolny. Co prawda, nie miał ich nawet gdzie chować, możliwość zostania kapitalistą nie wchodziła wcale do prawdopodobieństw jego położenia, nie dziw więc, że zastała go nieprzygotowanym. Dotąd obywał się wesoło bez wszystkiego, czego nie posiadał, gdyby przecież zastanawiał się chwilę nad sposobem użycia pieniędzy, byłby ocenił całą swoją nędzę. Nie zastanawiał się jednak.
— Co mi tam — mruknął.
Podrzucił w górę papierek, podskoczył na jednej nodze i schwytał go dłonią w powietrzu.
— Ot — szepnęła przechodząc jakaś kobieta — zgubisz pieniądze. Dałbyś lepiej matce do schowania.
Słowa te uderzyły Staśka. A gdyby poszedł do matki ze swoim rublem? Czuł, że ta suma w jego ręku zrobiłaby pewne wrażenie na ojczymie, był dumny z jej posiadania. Zresztą przywykł iść za pierwszym popędem, który u niego był niepowstrzymany i bez namysłu biedz zaczął ku Bednarskiej ulicy.
Było to w porze dni najkrótszych. Na ulicy panował dzień, ale w mieszkaniach pracowitych ludzi zapalały się już światła. Świeciło się też w mieszkaniu krawca. Stasiek zatrzymał się chwilę na dziedzińcu, było mu jakoś dziwno, serce w piersi biło mu jakby młotem, a kolana uginały się pod ciężarem ciała. Chciał zajrzeć przez okno, zobaczyć, gdzie siedziała matka, ale niskie okno strzeżone było przez muślinowe firanki a przytem ciepło, panujące wewnątrz, okryło je warstwą wilgotnej pary. Przez nią dojrzeć można było światło lampy i niewyraźne zarysy pochylonej przy niej postaci. Pod oknem bowiem znajdował się warsztat ojczyma, pamiętny dobrze Staśkowi.
Pomimo to, coś go tam ciągnęło; więc nie namyślając się, od okna skoczył do drzwi, otworzył je i stanął jak wryty. Matki w izbie nie było, a natomiast odezwał się gruby, niechętny głos ojczyma, który siedział odwrócony plecami i nie podnosząc głowy od roboty, zapytał.
— Kto tam!
Stasiek nie odpowiedział, stał we drzwiach zmieszany. Pragnął się cofnąć i pragnął zapytać o matkę.
— No któż tam u wszystkich dyabłów — zaklął ojczym.
Skierował wzrok ku drzwiom, a widok pasierba nie rozjaśnił zmarszczek, fałdujących mu czoło.
— To ty — wyrzekł powoli, ano przyszła koza do woza. Wiedziałem ci ja, że przyjdzie.
Nie ruszał się z miejsca, wprawiając z wielkim trudem łatę do jakiegoś odświętnego tużurka. Jego grube obwisłe wargi uśmiechały się złośliwie.
— No cóż, poznałeś biedę, weźmiesz się teraz do igły, inaczej chleba nie będzie, jak mi Bóg miły — nie będzie.
Stasiek wlepił w ojczyma swoje ptasie oczy. Coś zaczynało się w nim burzyć.
Ojczym właśnie skończył pracowicie wprawioną łatę, wstał, położył tużurek na łóżku, a że chłopak stał ciągle we drzwiach, zbliżył się do niego powoli i wyciągnął rękę w sposób dobrze znany Staśkowi, kiedy go brał za ucho. Odwykł on już był od tej operacyi i cofnął się instynktownie, choć może ojczym tylko chciał drzwi zamknąć.
— No cóż — wyrzekł łagodniej, pewien, że pasierb powracał przejęty uczuciem skruchy i gotów wspaniałomyślnie przyjąć go do łaski, zważając zapewne z jednej strony, że pokuta była dość długą, a z drugiej, że mu się przyda bezpłatny pomocnik. No cóż, weźmiesz się teraz do igły?
— Niedoczekanie twoje! — wrzasnął Stasiek, chwytając za klamkę.
Ojczym osłupiał zrazu, potem blade jego policzki zaczerwieniły się gwałtownie.
— A to idź sobie na złamanie karku — zawołał tak głośno, że aż przebudził się mały Franek w kołysce i zmieszał płacz swój z krzykiem ojca i brata.
Scena rodzinna brała obrót niespodziewany. Prosty akt uczuciowy Staśka wzięto za akt skruchy, do której się nie poczuwał, i byłaby się ona rozegrała może smutniej jeszcze, bo ojczym chciał czynnie swego gniewu dowodzić, a Stasiek umknąć nie zdołał, spotkawszy niespodzianą trudność w otwarciu drzwi — gdy ukazała się w nich jego matka.
— A toż co! — zawołała przestraszona.
Ojczym ochłonął trochę, tem bardziej, że Stasiek korzystając z tej niespodzianej interwencyi, schował się tymczasowo za matczyną spódnicę.
— To ten nicpoń, ten próżniak! — narzekał krawiec, sapiąc jeszcze gniewnie.
Matka nie pytała o nową zbrodnię Staśka; nie rozumiejąc, co zrobił, powtórzyła za mężem zwykłe słowa.
— Skaranie boskie.
Gdyby jednak w tej chwili była spojrzała na syna, zobaczyłaby w jego oczach taki smutek, iż zapewne usta wymówiłyby łagodniejsze słowo. Ona jednak na niego nie spojrzała, bo rozkrzyczany Franek wyciągał do niej rączki.
Stasiek też nie czekał dłużej. Próba zgody rodzinnej wypadła niefortunnie. Nie zatrzymując się pod oknem, przebiegł dziedziniec i znalazł się na ulicy.
Szare chmury, rozwieszone na niebie, sypały teraz śniegiem gęstym i grubym; powietrze pełne było białych płatów, które kręciły się w niem nakształt białego puchu, tylko puch ten był lodowaty, przywierał do ciała i mienił się w wielkie krople wody. Chłopak w swojem nędznem ubiorze, drżący od stóp do głowy, myślał o tej ciepłej izbie, z której go wygnano i o matce także, co nie powiedziała mu jednego dobrego słowa. Serce mu się ściskało, płynęło coś po twarzy i nie wiedział sam, czy to były łzy, czy śnieg topniejący.
Trwało to jednak krótko.
— Co mi tam — szepnął przez zaciśnięte zęby.
Przypomniał sobie, że miał rubla, który pozostał dotąd w jego pięści ściśniętej. Podniósł głowę i rozśmiał się, pokazując białe zęby.
— Z tem przecie nie zmarznę — powiedział do siebie.
Przechodził właśnie koło szynku, w którym słychać było katarynkę i gwar ludzkich głosów. W szynku Stasiek bywał już nieraz, bo gdzież miał się rozgrzać, kiedy mu zimno dokuczyło. Wsuwał się tam jednak zwykle nie śmiało, jak to czynią biedacy, bo nie zawsze mógł zapłacić za kieliszek wódki; dziś za to wszedł z podniesioną głową, miał za co używać i jeszcze mógł drugich częstować.
Kiedy szynk zamknięto, był w dobrem koleżeństwie ze stróżem, który spał w sieni na tapczanie i przygarnął go pod swój kożuch. Nad ranem przecież trzeba było wynosić się z sieni. Stasiek czuł jakąś dziwną ociężałość i zawrót głowy. Zimowe słońce wschodziło czerwono, mróz ściął śnieg topniejący w nocy i zamienił ulice w zdradliwe tafle lodu, na których ślizgali się przechodnie. Stasiek próbował sunąć się po rynsztoku, niby na sadzawce, ale nogi mu drżały i o mało nie upadł; nie zważał na to, pobiegł po zwykłe zapasy Kuryerów i stanął na swojem stanowisku przy stacyi tramwajowej.
Ruch miejski rozpoczynał się leniwo, wysypywano ulice piaskiem, trocinami, pomimo to ludzie padali często. Konduktorzy ostrożnie chodzili po stopniach wagonów, konie ostro nie podkute ślizgały się, wagony wychodziły z kolei. Stasiek, nie zważając na to, gotował się sprzedawać swój towar i czepił się wagonu.
— Ostrożnie mały! — przestrzegał konduktor.
— Ostrożnie — powtórzył urągliwie chłopak — owa! bo to mi pierwszyzna!
— Ślisko! Spadniesz — pilnuj się!
— Pilnuj się pan sam!
W głowie mu się kręciło, szumiało w uszach, wzrok był mglisty i niepewny, ceglaste rumieńce wystąpiły mu na twarz mimo przejmującego mrozu, czuł jakąś mdłość i razem podnietę; im niepewniejsze były ruchy tem więcej brała go chętka do dziwnych skoków, do wybryków gorączkowych.
— Hej! — zawołał do współtowarzyszów, widząc zbliżający się wagon od Bielańskiej ulicy — kto pierwszy do niego doleci i wskoczy.
Ale żaden z chłopców nie miał ochoty na ryzykowną próbę.
— Daj pokój Stasiek — szepnął jeden — dziś nie można, ślizgota taka, że niech ją....
— Aha! boisz się — zawołał konik polny, któremu oczy zabłysły.
Spojrzał po obecnych, jakby zapytywał, czy ten zarzut nie poskutkuje; widocznie jednak współtowarzysze nie mieli rozwiniętej ambicyi, albo też mieścili ją w czem innem, bo żaden nie ruszył się z miejsca, a tymczasem wagon wynurzył się z po za węgla ulicy, skręcił na plac i szedł prosto ku nim, kołysząc się z lekka na obślizgłych szynach.
— Raz, dwa, trzy — zawołał Stasiek, zrywając się do biegu — kto za mną!
Jeden z chłopców, zwinniejszy od innych, podbiegł i zwalił się o parę kroków jak długi. Stasiek był szczęśliwszy, dopadł wagonu, uchwycił się go, nie zdołał jednak skoczyć na stopień, noga obsunęła mu się tak nieszczęśliwie, iż dostała mu się pod koło i drugą pociągnęła za sobą. Dał się słyszeć krzyk nieludzki. Wagon wstrząsnął się lekko, coś pod nim zachrupało i biegł dalej, zostawiając za sobą ciało chłopca z odciętemi kolanami i krwią znacząc bieg swój na białem posłaniu śniegu.
Dopiero wówczas jękowi Staśka zawtórował krzyk ogólny wszystkich obecnych. Pobiegli do niego, leżał bez czucia ze starym mundurkiem, otwartym na piersiach, z twarzą siną, zwróconą ku niebu a włosy w nieładzie okrążały jego głowę i zaledwie dostrzedz było można z pod nich oczy zamknięte. Krew płynęła wielką, rumianą strugą ze zdruzgotanych członków.
Pochwycono go z ziemi, zawołano dorożkę, układając w niej martwe już prawie ciało; na chwilę tylko otworzył wielkie swe ptasie oczy teraz bez blasku, jakby się w nich snuły jakieś obrazy widzialne tylko dla niego.
— Mamo! — szepnął zaledwo słyszalnym głosem.
Zatoczył wzrokiem w około, jakby jej szukał przy sobie, raz jeszcze wargi poruszyły się słowem: mamo. Skończyć go jednak nie zdołał, drobne członki wyprężyły się konwulsyjnem drgnieniem, źrenice zaszły bielmem.
Kiedy dojechano z nim do szpitala — nie żył.
Wieść ta doszła niebawem do jego matki, złe wieści dochodzą zwykle z niepojętą szybkością. Usłyszawszy ją, chciała ze zwyczaju zapewne zawołać: Skaranie boskie! Ale urwała nagle, spojrzała z pod oka na męża i rozszlochała się tak gwałtownie, że nie zważała nawet, jak mały Franek wyciągnął do niej tłuste rączki.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.