Z wędrówek po mieście

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł Z wędrówek po mieście
Pochodzenie Na dnie życia
Data wydania 1887
Wydawnictwo J. Czaiński
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


Z WĘDRÓWEK PO MIEŚCIE.


W smutny ponury wieczór grudniowy zauważyłam go po raz pierwszy. Nie był to żaden bohater powieściowy i nic też nie miał z bohaterami wspólnego. Ani ubiór, ani położenie, ani wiek — nie dawały mu na to potrzebnych kwalifikacyj.
Nosił na sobie gruby, długi szaraczkowy surdut z barankowym kołnierzem, z metalowymi guzikami, które błyskały w pomroce od zapalonych latarni, i czapkę z daszkiem, przysłaniającym mu oczy; na niej świeciły także jakieś blaszane znaki i numery, był bowiem prostym konduktorem w tramwaju.
Co do wieku liczył może czterdzieści lat, może pięćdziesiąt i więcej jeszcze. Kiedy stał pochylony, przeziębły, znużony, chwiejąc się na nogach, wyglądał na starca, a jednak kiedy głos jakiś przyjazny zawołał na niego nagle: «Pan Hieronim» — konduktor obrócił się tak szybko, rzucił tak jasne spojrzenie na osoby będące w wagonie, szukając tej, co go chrzestnem imieniem nazwała, jakby ubyło mu nagle lat kilkanaście.
Wówczas też i ja zwróciłam na niego uwagę, bo któż tam patrzy na konduktora! Jest to maszyna do odbierania zapłaty, posiadająca gimnastyczne zdolności — nic więcej. W przedziale, w którym siedziałam, było tylko prócz mnie, dwóch panów. Po sumiastych wąsach i niedźwiedzich szubach łatwo było poznać obywateli wiejskich. Jeden to z nich zaczepił konduktora, a po chwili, nie odbierając odpowiedzi, dodał z akcentem przekonania.
— Jak Boga kocham, pan Hieronim! Ledwo cię poznałem sąsiedzie!
— Ja... ja poznałem pana Antoniego od razu — odparł zagadniony niepewnym głosem, witając go wzajem.
A na twarzy jego znać było zdziwienie, zakłopotanie i radość z żalem zmieszaną. Przypomnienie odbiło mu się na tej twarzy rumieńcem.
— Czemuż nie odezwałeś się do mnie? — pytał pan Antoni. Któż u djabła mógł pomyśleć, że spotka w tramwaju dawnego sąsiada.
Konduktor bąknął coś półgłosem, szlachcic zaś, nie czekając wyraźniejszej odpowiedzi, obrzucał go pytaniami.
— Dawnoż w Warszawie? Od czasu jak sąsiad sprzedałeś Kowalówkę, wpadłeś jak kamień w wodę; słyszałem tylko, że wziąłeś dzierżawę w innej okolicy, a potem nic i nic.
— Z dzierżawy tak jak z Kowalówki wypędzili — odparł krótko. Wyniosłem się do Warszawy, i ot szczęście, że choć taki kawałek chleba znalazłem.
— A żona? dzieci?
— Żona... umarła.
Wyrzekł to pośpiesznie, zdławionym głosem, zdawało się, że pragnie uniknąć dalszych wspomnień i pytań.
Była chwila ciszy, wywołana tem uroczystem zawsze słowem śmierci; konduktor zawrócił się i chciał wyjść z przedziału, jakby go tutaj coś dusiło.
— Nie uciekajcie sąsiedzie — zawołał przejezdny, przytrzymując go za połę; ot mam jeszcze jechać kawał drogi, siadaj, pogawędzimy.
Wskazywał mu miejsce przy sobie.
— Nie wolno mi usiąść — odparł pan Hieronim.
— No, rozumiem, kiedy miejsca brakuje, ależ tutaj jest go dość.
— Choćby cały wagon był pusty.
— Żarty!...
Wstrząsnął głową z wyrazem, świadczącym aż nadto, że mu w niej żarty nie powstały.
— Takie prawo — wyrzekł po chwili.
— A to mi prawo! — mruknął obywatel! Jakto i ty tak stoisz w tym wagonie przez całe pół dnia.
— Przez cały dzień — poprawił konduktor.
— Dzień cały i wytrzymasz?
Nie odebrał odpowiedzi.
— To przynajmniej — nalegał pan Antoni — przyjdź do mnie sąsiedzie po skończonej pracy, mieszkam tu zaraz w Saskim hotelu.
— Mój dzień zaczyna się o 7-mej rano a kończy koło północy.
— To w niedzielę, dziś piątek, będę jeszcze w niedzielę w Warszawie, przyjdźże.
— Dla nas przecież nie ma niedzieli.
— A niechże ich! — zaklął energicznie szlachcic. Toćże koń roboczy, wół od pługa odpoczywają w niedzielę, choć nie pracują siedemnastu godzin dziennie.
— Cóż robić — odparł konduktor — kiedy ludzie więcej mają czasu i więcej jeżdżą w święto, niż w dzień powszedni.
— I wieleż wam za to płacą?
— Trzydzieści rubli miesięcznie.
— I nic więcej?
— Ano nic, jak zwykle w Warszawie.
— Ani mieszkania, ani stołu?
— Nic zgoła.
— Ależ z tego nie sposób wyżyć z dziećmi. Panie Hieronimie, rzuć to do djabła. Cóż czy nie znajdziesz innego chleba?
— Oh! zawołał — próbowałem.
W tem słowie było tyle goryczy, jakby w niem zadźwięczało echo nieskończonej liczby niepokojów, zawodów, upokorzeń.
— Panie Antoni — dodał po chwili ze spokojem rezygnacyi — cóż robić: wykształcenia fachowego nie mam, o chleb trudno, a na moje miejsce czyha mnóstwo kandydatów.
— No to usiądź przynajmniej sąsiad na chwilę, nikt tego nie dostrzeże a tak to doprawdy przykro rozmawiać.
A gdy konduktor uczynić tego nie chciał, zawołał z gniewem.
— Te wasze prawa są wprost nie ludzkie! Gdzież człowiek może przez tyle godzin kręcić się po wagonie bez chwili odpoczynku! Usiądź, przecież nikt nie doniesie.
I obejrzał się po wagonie.
Konduktor obejrzał się także, ale uczynił to z niepokojem; lękał się widocznie, by ktoś słów tych nie usłyszał. Oprócz dwóch szlachciców i mnie w wagonie nikogo nie było; zapewne fizyognomia moja nie wydała mu się podejrzaną, bo rozjaśniło się jego oblicze.
Nie usłuchał jednak rady sąsiada, oparł się ramieniem o ścianę i wyrzekł.
— Jestem przyzwyczajony do stania, a zresztą tak zobowiązałem się.
I dodał z odcieniem dumy, która mogła się wydawać dawnemu sąsiadowi bardzo śmieszną, i nie licowała z położeniem.
— Cóż chcesz, panie Antoni, pragnę żeby mnie szanowano, więc sam muszę szanować przepis; bo gdyby mnie spotkała wymówka, nieprzyjemność, czuję, że tegobym nie zniósł.
Gdy to mówił, czoło jego, pomarszczone troską, podniosło się z wyrazem, którego nie domyśliłby się w nim nikt, gdy zgarbiony ciężarem losu i pracy spełniał swoje obowiązki.
Dojeżdżaliśmy właśnie do stacyi, na której miał wysiąść pan Antoni.
— Więc nie zobaczymy się więcej? — spytał, żegnając konduktora.
Nie miał on czasu odpowiedzieć, ktoś wsiadał, trzeba było pamiętać o biletach. Wagon potoczył się dalej. Kiedy jednak padło na twarz jego bladawe światło błękitnej latarni, dostrzegłam, że wzrok miał szklisty, że spoglądał jak człowiek, co goni uciekające widma dni szczęśliwych. Zapewne przed oczyma jego wyobraźni, snuły się minione słoneczne chwile przeszłości, wioska rodzinna, dom własny, ognisko, przy którem siedziała kobieta ukochana, kobieta, którą zapewne zabiły zgryzoty, troski, nędza. I wyobrażałam ją sobie białą, wiotką, delikatną, nie przywykłą do pracy ciężkiej, do trudów życia, nie umiejącą ich znosić.
Odtąd konduktora tego widywałam często. Obowiązki powoływały mnie w część miasta oddaloną, ku której dążyły wagony z błękitnymi znakami a ile razy spotykałam go w tramwaju, przypominało mi się spotkanie, jakiego byłam świadkiem, i owa błyskawica dumy, co zajaśniała w jego oczach, gdy mówił, że chcąc by go szanowano, obowiązków swoich ściśle przestrzegać musi. I przestrzegał ich, trzeba to przyznać: był zawsze bacznym, uprzejmym, niezmordowanym, a kiedy jego szeroka namulona ręka podawała mi bilet, i widziałam na niej błyszczące dwie złote obrączki, z których jedna zaledwie mieściła się na maleńkim palcu, zdawało mi się, że słyszę głos, jakim zapytany o żonę, wymawiał to słowo: «Umarła.»
Zapewne w innych warunkach, podobnie małoznaczące zdarzenie, uleciałoby mi z pamięci ileż to ludzi traci majątek, położenie społeczne, drogie sercu osoby, ileż stoi wyżej od gnębiących okoliczności! Ale w tramwaju skazana na kilkuminutową bezczynność, spotykałam się z tym człowiekiem oko w oko, i ta twarz surowa, znękana, i ta drobna pamiątkowa obrączka przypominały mi uparcie jego dolę.
Konduktor stał się dla mnie sympatycznym, lubiłam siadać do wagonu, w którym on gospodarzył, interesowały mnie drobne wypadki kursu, a ile razy kontroler przeglądał bilety, jednocząc się z panem Hieronimem, patrzyłam na niego ja także, z dumą nieposzlakowanego sumienia jak to czynił on i myślałam: «Nas na malwersacyi nie złapie.»
Dnia jednego siadłam do wagonu, gdy już ruszał z teatralnego placu. Miejsca wewnątrz nie było, musiałam stanąć na platformie, a była to wcale rzecz nie wygodna w tej chwili, bo wiatr zachodni niósł z wściekłością płaty mokrego śniegu, które sypały ciężkie, ołowiane chmury.
Gdyśmy ruszyli, dobiegło do stacyi kilkonastoletnie dziewczę. Ubrane było mimo zimna w leciutki paltocik, zrudziały od długiego noszenia; ze zbyt krótkich rękawów wychodziły czerwone ręce, tulące się daremnie w wytartą, maleńką mufkę. Stary kapelusik przykryty był czarną włóczkową chustką, która otaczała chudą, smagłą, siną od zimna twarzyczkę, z dwojgiem czarnych, zapadłych oczów. Oczy te biegały niespokojnie, po kilku krzyżujących się wagonach, aż wreszcie zatrzymały się na panu Hieronimie.
On dostrzegł ją także, ręka jego podniosła się do dzwonka, jakby miał zatrzymać woźnicę. Był to znak machinalny, nie dozwoliła mu go dokonać refleksya, i wagon jechał dalej przez plac, którym dziewczę biegło na przełaj, bez tchu prawie.
Około rzymskiego hotelu, ruch wagonu się zwalnia przy zakręcie, ona o tem wiedziała, i szła chodnikiem tuż koło szyn, podnosząc w górę twarz, na której pomimo zimna, wystąpiły kropelki potu.
— Ojcze, ojcze — wołała.
Nie potrzebowała wołać, pan Hieronim pochylił się ku niej.
— Cóż? — zapytał tylko.
Ale w głosie jego drgała niepewność i trwoga śmiertelna. Wiedział dobrze, iż nie szukała go daremnie.
— Stasiowi gorzej, ma taką gorączkę, iż nie poznaje nikogo, na buzi i rączkach wystąpiła mu wysepka, pewno znów szkarlatyna.
Zrazu nie odpowiedział nic, stał niemy, ogłuszony wieścią, która mu się straszną wydała, bo zbronzowane jego czoło pobladło, a ręce załamały się tak silnie, że aż stawy zatrzeszczały.
— Tak jak nieboszczyk Józio — szepnął tylko tak cicho, że ja jedna, co stałam przy nim, dosłyszeć go mogłam.
A tymczasem wagon się toczył i dziewczę biegło przy nim z wymownemi oczyma wlepionemi w twarz ojca.
On też oprzytomniał szybko i wyrzekł urywanie.
— Franiu, idź po doktora, nie trać chwili, o tej godzinie zastaniesz go pewnie w domu. Poproś, on nie odmówi.
Rzucił jej adres lekarza, którego znał zapewne kiedyś, za dni dobrych, na którego rachował, ale ten lekarz mieszkał daleko, właśnie na linii, którą tramwaj przebiegał.
— Czemuż jej pan nie weźmiesz? — zawołałam, mieszając się do ich rozmowy.
Spojrzał na mnie jak człowiek ze snu zbudzony.
— Nie wolno! — odparł.
— Jakto nie wolno wziąść dziecka lub żony? Muszą być tu przecież, jakieś bilety wolnej jazdy, jak na kolejach.
— Nie ma, gdybym wziął kogo z rodziny, mógłbym stracić miejsce, a płacić nie jestem w stanie.
— To ja zapłacę — wyrzekłam niebacznie.
Wyprostował zgarbioną postać, jakby go ta propozycya obraziła.
— Ja nie żebrak — zawołał, chciał zawołać, bo słowo niedokończone skonało mu na ustach, było ono owocem dawnych przyzwyczajeń, wyrazem słusznej dumy człowieka, który nic od nikogo nie potrzebuje, bo ma swego chleba dosyć, ale przerwała je myśl inna, poczucie obecnego położenia i dodał drżącym głosem.
— Dziękuję pani.
Chciał zawołać na córkę, ale już było zapóźno, tramwaj tymczasem wyprzedził dziecko, tylko widać było z daleka jak wiatr targał połami jej paltota i rozwiewał końce czarnej chustki.
W kilka dni, kiedym znowu spotkała pana Hieronima spytałam o chore dziecko, miało się ono bardzo źle, i myśl ojca widocznie była przy niem: zrozumiałam to widząc, że patrzy na przejezdnych błędnym wzrokiem, nie rozeznając ich dobrze, myli się dając bilety lub sygnały.
Konduktorom przecież mylić się nie wolno, a on o tem zapomniał.
Ruszaliśmy właśnie z jednego z przystanków, kiedy z platformy, gdzie stało kilka osób, odezwał się głos podniesiony.
— Stój! stój! Cóż to nie widzisz, że dama chce wysiąść.
Podniosłam oczy, szukając do kogo zwrócone były te słowa, którym akcent gniewu i groźby, dodawał jeszcze obelżywego znaczenia, i kto je wymawiał a wówczas dopiero zobaczyłam młodego człowieka z roziskrzoną twarzą. Nie zdołał on wyprowadzić z wagonu swojej towarzyszki, konduktor nieuważny zadzwonił zbyt prędko, więc wskoczył na powrót na platformę, i gniew swój wywierał na niego.
— Cóż to nie widzisz pan, co się dzieje? — wołał zapalając się coraz więcej i podnosząc głowę ruchem właściwym ludziom, przekonanym o swojej wyższości.
Twarz jego mało inteligentna, miała wyraz zuchwałości, sterczały na niej wydęte wargi, na które wysypywał się zaledwie rudawy zarost. Widocznie rozgniewał go nie fakt małoznaczący, tylko lekceważenie jego osoby. Ubrany w kosztowne futerko, z hebanową laseczką w ręku, stał naprzeciw konduktora, przygniatając go swoim majestatem.
Spojrzałam na pana Hieronima; był blady, wargi miał przycięte, jakby chciał gwałtem zatrzymać słowa, które się na nie cisnęły.
Był winien, czuł to sam, więc starając się zapanować nad sobą wyrzekł.
— Daruj pan, nie uważałem.
Zmuszał się wyraźnie do przeprosin, wobec impertynenckiego obejścia młodego człowieka, kosztowały go one wiele, to też w głosie jego było drżenie tak silne, iż zaledwie zrozumieć go było można.
Zamiast rozbroić jednak, wyrazy te podnieciły gniew przeciwnika.
— Co to nie uważałem — pochwycił — pan tu jesteś na to, żebyś uważał!
— To też przepraszam — odparł konduktor także podniesionym głosem.
Widziałam że w jego oczach zapalały się iskry purpurowe, a młody człowiek nieułagodzony wcale, machał mu przed nosem prawie hebanową laseczką i wołał.
— Co mi tam pańskie przeproszenie. Ja zapiszę sobie numer wagonu, idę zaraz na skargę, jestem kuzynem naczelnika ruchu, powiem mu co się dzieje. Tu niepotrzeba pijaków. Każden widzi, że jesteś pijany.
Na to ostatnie słowo, czoło pana Hieronima zalało się falą krwi, żyły wyprężyły się na niem, a oczy rzuciły taką błyskawicę, iż widziałam chwilę, w której pochwyci przeciwnika, wyrwie mu laskę, połamie w kawałki i ciśnie w twarz. Ręce jego nawet podniosły się, idąc za popędem chęci. Był strasznym.
Ale to trwało chwilę tylko, ramiona jego opadły, błyskawica zagasła pod spuszczonemi powiekami, a usta pozostały milczące. Pomyślał o dzieciach bez chleba.
Kuzyn naczelnika ruchu, mógł pysznić się swojem zwycięstwem, zmiażdżył zupełnie przeciwnika. Zadowolony tem zapewne, wyszedł dumnie z wagonu i podawszy ramie swojej towarzyszce, oddalił się lekkim krokiem.
Konduktor stał długą chwilę pognębiony, z rumieńcem wstydu na twarzy, nie śmiejąc spojrzeć w oczy tych, co byli świadkami wyrządzonej mu obelgi. Głowa zwisła mu na piersi, grube zmarszczki fałdowały czoło. Niestety największa sumienność w pełnieniu obowiązków nie uchroniła go od tego, czego się lękał. Podrzędne położenie idzie w parze z posądzeniem, upoważnia do ubliżeń, nie zdołał więc od nich ustrzedz godności swojej.
Przez czas jakiś pozostał bez ruchu i głosu, jakby nad czems rozmyślał głęboko, lub pracował nad uspokojeniem wewnętrznej burzy. Potem odbyła się w nim przemiana jakaś, wstrząsnął ramiona, a z piersi wydobył się ciężki oddech czy westchnienie.
— Ha! — wyrzekł przez zaciśnięte zęby.
I zrobił ruch taki, jakby wszystko już było mu obojętnem na świecie, jakby zwyciężała go jakaś potęga, której opierał się dotąd.
Przez kilka dni następnych wsiadając do wagonu, z pewną trwogą szukałam oczyma pana Hieronima, bo lękałam się czy w skutek owego zajścia nie utracił posady.
Ale kuzyn naczelnika ruchu okazał się wspaniałomyślnym, albo też próżną groźbą, chciał steroryzować biednego konduktora, zajście nie miało żadnego widocznego następstwa.
Jednak od dnia tego pan Hieronim okazał się zupełnie innym człowiekiem. Był niby ten sam, a odmienny, jakby coś w nim zamarło, coś istnieć przestało. Przybyło mu od razu kilka lat wieku, nigdy płomień żaden nie zabłysnął odtąd w jego źrenicach, czoło nie rozjaśniło się wyrazem pogody, dumy, godności własnej. Czuł zapewne, że utracił do nich prawo.
Nie mogłam się nawet dowiedzieć, czy chore dziecko wyzdrowiało, czy umarło, bo pośpiesznie dawał mi bilet, nie zwracając na mnie uwagi, nie podnosząc oczów, jakby widok mój sprawiał mu przykrość i lękał się usłyszeć mego głosu.
Odtąd wyglądał już zawsze na pognębionego starca, w którym troska gryzła powoli wszystkie ludzkie uczucia, aż je ostatecznie strawiła bez śladu. Kiedy stał pochylony naprzód, pod smutnem zimowem słońcem, kiedy zbladłe wargi poruszały się, wypowiadając konieczne tylko wyrazy, a ręce zanurzały się w torbie z pieniędzmi, zawieszonej na piersiach, widziałam jak ręce te drżały konwulsyjnie i przychodziło mi na myśl, że on miał dzieci i tylko trzydzieści rubli miesięcznej płacy. Złote obrączki znikły jedna po drugiej z jego ręki, naprzód rozstał się z własną, a potem w dni parę z maleńkiego palca znikła pamiątka po żonie.
Raz na placu Trzech Krzyży spotkaliśmy tę samą bladą dziewczynkę, w tym samym krótkim zrudziałym paltociku, w czarnej chustce na głowie. Czekała ona widocznie na ojca. Był to właśnie koniec miesiąca, zdawała się więcej jeszcze wynędzniałą a w oczach jej wyraźnie błyszczał głód.
Konduktor obejrzał się teraz, że nie ma kontrolera, podał jej rękę, postawił obok siebie na platformie, gdzie właśnie byli sami. Ona szeptała mu coś długo — żałośnie, on stał z brwiami ściągniętemi, jakby zgubiony w myślach, jakby toczył sam z sobą walkę ostatnią. Można było sądzić, że nie słuchał co mówiła, tylko czasem powieki jego zadrgały, fala krwi przeszła po czole, dreszcze przebiegły ciało, potem szybko gorączkowo zanurzył rękę w swej torbie, wydobył parę sztuk drobnej monety, dał je dziewczęciu jakby mu dłoń paliły i pospiesznie wysadził ją z wagonu.
Przez okno widziałam wszystko, on to spostrzegł, płomienny rumieniec oblał mu czoło spuszczone, ale podniósł je wnet z rodzajem urągania.
— Ha! — wyrzekł znowu, z odcieniem głosu, w którym drgał sarkazm rozpaczy, ha! I rzucił rękami, jak to czyni topielec chwytający się deski zbawczej na głębinie, gdy ta mu się z rąk usuwa.
Teraz zaczął przeglądać wsiadających i wysiadających z wagonu, nie z prostą uwagą, jak to czynił dawniej, ale z jakimś przebiegłym wyrazem, jakby badał ich usposobienia, a gdy jeden z przejezdnych wysiadł w połowie kursu, on nieznacznie wyciągnął rękę po jego bilet, i bilet ten dał potem komu innemu.
Odtąd czynił tak zawsze, często zapominał wydawać reszty i wydając mylił się na swoją korzyść. Powoli z czoła jego zniknął wstyd, z oczów szlachetna duma. Sterany, sponiewierany był już tylko cieniem dawnego człowieka.
Można mu było teraz ubliżać bezkarnie, znosił pokornie obelgi, żarty, szyderstwa, których mu nie szczędzili wyzyskiwani, jak głodny pies znosi razy — bez szemrania.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.