Mój przyjaciel Jacenty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł Mój przyjaciel Jacenty
Podtytuł Z opowiadań warszawskich
Pochodzenie Na dnie życia
Data wydania 1887
Wydawnictwo J. Czaiński
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


MÓJ PRZYJACIEL JACENTY.
Z OPOWIADAŃ WARSZAWIAKA.


Jacenty — śmieszne imię. Nie był on wcale winien, że mu je nadano, przecież dźwigać je musiał od kolebki do grobu, jak zresztą wiele rzeczy niezasłużonych. Nie było to także jego winą, że miał wielki nos, podobny do sępiego dzioba, usta szerokie od ucha do ucha, małe, szare oczy niepewnego koloru, oraz wysoką, niezgrabną postać. Pomimo to śmiano się zarówno z jego imienia, jak twarzy i postaci, a to czyniło go bardzo nieszczęśliwym.
Miał się sam za najbrzydszego człowieka pod słońcem. Czy jednak był brzydkim rzeczywiście? Na to trudno odpowiedzieć. Ja przynajmniej nigdy nie znajdowałem go takim, bo ta chuda twarz, przypominająca dziadka do tłuczenia orzechów, wyrażała nieskończoną dobroć. Usta uśmiechały się z pod konopiastych wąsów poczciwie i dowcipnie razem, a małe oczy zdawały się czytać w myślach ludzkich, patrzały tak smutnie na cierpiących a tak wesoło na zadowolonych, iż przykuwały do siebie wzrok ludzki i narzucały sympatyę.
Niech sobie mówią o tem, co chcą, ja twierdzę, że mój przyjaciel Jacenty wcale brzydkim nie był. Nie odpowiadam za nikogo ale co do mnie, wolałem patrzeć na niego, niż na tysiąc ludzi, których regularności rysów nikt nie podawał w wątpliwość.
Mówiłem to nieraz Jacentemu; na nieszczęście był on malarzem i miał o piękności akademickie wyobrażenie, więc wszystkie moje przedstawienia odpierał.
— Ja, ja nie brzydki, ale przyjrzyj że mi się, ja nie brzydki! z takim nosem!
Ponieważ rozmowy nasze toczyły się zwykle w pracowni jego, chwytał węgiel i na pierwszem lepszem papierze lub płótnie kreślił karykaturę swego nosa. Po nosie przychodziła kolej na usta, na oczy, słowem na całą twarz, którą rysował z jakąś dziką zajadłością i werwą.
Czyniąc to, śmiał się z całego serca; może jednak w jego śmiechu dźwięczała jakaś inna struna, bo często urywał go nagle i zabierał się do roboty gorączkowo. Wówczas nie lubił rozmawiać i nie zważał na tych, co znajdowali się w pracowni.
Wiedziałem o tem i w takich razach przyglądałem się szkicom, rysunkom, główkom, mniej więcej wykończonym, jakich pełno znajduje się w każdej pracowni. A trzeba przyznać, że główki wyszłe z pod pędzla mego przyjaciela były prześliczne. Prawem kontrastu zapewne, lubił tylko takie odtwarzać, co jaśniały ową klasyczną pięknością, której sam nie posiadał.
Pomiędzy główkami była jedna szczególnie, którą spotykałeś na każdym prawie obrazku Jacentego. Znałem ją dobrze: miała ona tak regularne rysy, iż trudno było dopatrzeć w niej coś więcej po za harmonią linii. Obwieszały ją pukle kasztanowatych włosów, które w zupełności prawie zakrywały czoło małe i wąskie, godne starożytnej bogini. Co prawda, przyznać muszę, iż mnie, dziecku cywilizacyi dziewiętnastego stulecia, czoło to nie trafiało wcale do przekonania. Ale widocznie inaczej sądził mój przyjaciel; przytem główka owa miała szafirowe oczy wielkie, przejrzyste, które odbijały słoneczny lazur pogodnego nieba tak wiernie, iż patrząc na nie, zapominałeś chętnie o tem, że nie miały one zgoła żadnego wyrazu, a raczej nikt o niego nie pytał, tem bardziej, że drobne karminowe usteczka uśmiechały się tak powabnie, iż doprawdy niepodobna było żądać od nich czegoś więcej, nad ten bezmyślny, spokojny uśmiech — chyba pocałunku.
— Kto to ma być, Jacenty? — spytałem go kiedyś, pokazując mu tę wdzięczną a tylekroć powtórzoną główkę.
Zmieszał się z razu, a potem odparł opryskliwie:
— Kto ma być — ot zwyczajnie głowa, od tego przecież jestem malarzem, żebym je tworzył.
— Musiałeś mieć wzór jakiś?
— To ty myślisz, że ja tylko to namalować potrafię, co zobaczę?
I zaczął z podwojoną energią mieszać farby na palecie a ja musiałem na tem poprzestać.
Od pewnego czasu jednak zauważyłem dziwną zmianę w moim przyjacielu: często bardzo nie było go po całych dniach w pracowni, obrazki pozaczynane pokrywały się pyłem. Spotkałem go raz na ulicy; był wyświeżony, jak nigdy, a w rękach, na których ujrzałem, o dziwo! świeżutkie duńskie rękawiczki, niósł bukiet. Biegł tak szybko, iż potrącił mnie prawie, zanim poznał, poznawszy, zaczerwienił się, jak piwonia, mruknął coś niezrozumiale i biegł dalej. Widywano go tam, gdzie dotąd nie pokazywał się wcale: na spacerach, koncertach, teatrach. Słowem działo się z nim coś niezwykłego — nie trudno było mi się domyślić, że przyjaciel Jacenty dostał się pod władzę Erosa.
Jacenty zakochany — nie do uwierzenia! Dotąd zdawał się on drwić z miłości; w towarzystwach nie bywał, kobiet unikał, a nawet, kiedy mu przyszło rozmówić się z praczką, czynił to z pewnem zakłopotaniem.
Objawy jednak, były stanowcze i nie zostawiały żadnej wątpliwości pod względem stanu jego serca. Jeśli powracał nawet do zwykłych zatrudnień, był niespokojny, smutny, nieswój i unikał starannie wszelkiej wzmianki o tej niefortunnej okoliczności z bukietem. Ja też byłem dyskretnym, udawałem, że tego nie zauważyłem, nie zapamiętałem, albo też, że bukiet i duńskie rękawiczki zdawały mi się faktami naturalnymi, będącymi zupełnie w porządku rzeczy.
Przyjaciel Jacenty pracował teraz fantazyjnie. Czasem po całych dniach siedział zamknięty, a czasem znów ulatniał się od rana i nie można go było znaleść ani w restauracyi, gdzieśmy codzień jadali obiad, ani na czarnej kawie w zwykłej cukierni, ani zgoła w żadnem z miejsc, gdzieśmy się zwykli byli spotykać. W pracowni zaś zauważyłem, że owa błękitnooka, kasztanowatowłosa główka zaczęła mnożyć się w sposób zatrważający; było jej wszędzie pełno, gdzie tylko znajdował się kawałek wolnego miejsca: na szkicach, na zaczętych obrazach, na świstkach papieru nawet, wszędzie była ona, we wszystkich pozach, z profilu, w trzech częściach, wprost, uśmiechnięta i poważna, z oczyma wzniesionemi w górę, ze spuszczonemi powiekami lub też patrząca przed siebie; była to zawsze ona, ze swojem wąskiem czołem, regularnymi rysami i drobnemi ustami.
Oprócz tego w kącie pracowni na stalugach ukazało się płótno starannie zakryte; miało ono format wielkiego portretu i byłbym przysiągł, że tam znów była ona; ale Jacenty nie znosił, żeby podglądano jego tajemnice i właśnie lubił mnie dla tego, że byłem dyskretnym.
Płótno to zajęło miejsce w zagłębieniu pracowni obok innego, które stało tam od bardzo dawna, równie starannie obwieszone zieloną draperyą, a do którego także nie zaglądałem nigdy.
Mój przyjaciel Jacenty był dziwakiem; w pracowni na minutę jedną nigdy nikogo nie zostawiał; nie było więc podobieństwa podpatrzeć tego, czego pokazać nie chciał. Zauważyłem tylko, że obie zakryte stalugi nie miały wcale na sobie tego pyłu, który zwykle pokrywa spokojnie utwory lub szkice dawno zapomniane; widocznie więc mój przyjaciel zaglądał do nich, kiedy nikogo nie było.
Tymczasem stawał się on coraz więcej smutny i zagadkowy; jego szerokie usta zapominały uśmiechów, a małe siwe oczy, zwykle grające zmiennym wyrazem, teraz zagłębiły się w czaszce i spoglądały z pod brwi gęstych, smutne, niepocieszone.
Daremnie siedział przed stalugami: zamyślał się, opuszczał pędzle, praca mu nie szła, a choć próbował się zwalczyć, wkrótce rzucał ją, zamykał pracownię i biegł gdzieś, gnany widocznie niepokojem, tęsknotą, może nadzieją.
Raz stanął przede mną i zagadnął mnie nagle:
— Więc ty doprawdy znajdujesz, że nie jestem taki brzydki?
Spojrzałem na niego i rozśmiałem się mimowoli; wyglądał tak pociesznie ze swoją zafrasowaną miną.
Ten śmiech sprawił mu widocznie wielką przykrość, widziałem to.
— Ależ nie, nie — zawołałem pospiesznie.
Wstrząsnął głową.
— Tak mówisz tylko — wyrzekł smutnie — przecież żadna kobieta nie mogłaby się we mnie zakochać?
— Rozumna....
— Rozumna, hm! — powtórzył zamyślony — kobieta rozumna! hm!
Zdawało się, iż w przekonaniu jego zrodziła się wątpliwość co do rozumu kobiety, o której marzył; brakowało mu zapewne skali porównawczej w tym względzie, a może też nie przyszło mu nigdy do głowy, by kobieta i rozum mogły chodzić w parze. Nie wytłómaczył się bliżej ze słów swoich, a ja znów nie pytałem; bo co do oryginału główki, wychodzącej uparcie z pod ołówka i pędzla mego przyjaciela, miałem ustalone zdanie.
Dnia jednego, w piękny wieczór majowy, poszliśmy się przejść nad brzegiem Wisły. Jacenty lubił otwarte przestrzenie a za to nienawidził spacerów miejskich pełnych kurzu i gwaru. Przytem należał do Towarzystwa wioślarskiego i trzeba go było widzieć, kiedy na mikroskopijnem czółenku pruł szare fale rzeki, jak jaskółka uwijając się na jej powierzchni.
— Siadaj ze mną, przewiozę cię — zaproponował, gdyśmy byli koło przystani.
Zgodziłem się chętnie.
Właśnie wybierał sobie łódkę, kiedy przepływała tuż obok łódź spacerowa. Znajdowało się w niej liczne towarzystwo, ale mój wzrok padł na jedną osobę i nie odwrócił się więcej, była tam kobieta o wąskiem czole, oryginał wszystkich wizerunków, rozsianych po pracowni mego przyjaciela.
Poznałem ją od razu, bo przyznaję to, nabrałem do niej pewnej antypatyi. Ta bezmyślna twarz o regularnych rysach działała mi na nerwy tem bardziej, im więcej biedny Jacenty był smutny i niespokojny. Przeczuwałem w niej ciasny umysł towarzyszący zwykle pewnego rodzaju piękności, wązkie czoło zdawało się go zapowiadać.
Mój przyjaciel poznał ją także, stanął jakby olśniony, pełen tego naiwnego zachwytu, jaki objawia się czasem w sposób pierwotny w wyborowych naturach.
— To ona — szepnąłem.
— Tak, to ona — powtórzył, zwierzając się mimowoli, ona, kochana od lat tylu.
Głos jego miał intonacyę głęboką, modlitewną, podobną do tej, jaką mają głosy wznoszące się do świętych, do istot wyższej natury, a źrenice biegły za łodzią, na której siedziała, pociągnięte magnetycznie. Zdawał się nic nie widzieć prócz niej, a jednak dostrzegł coś pewno, bo po chwili wzrok jego się zmienił, zaiskrzył, a potem nagle zaszedł mgłą taką, iż przysiągłbym, że to były łzy. Odwrócił głowę, spuścił powieki, tylko dłonie jego zacisnęły się kurczowo, jak to bywa w chwilach gwałtownych wzruszeń.
Przy niej, tuż obok, był ktoś drugi, ktoś co widocznie miał prawo roztaczać nad nią opiekę, a któremu to prawo ona sama nadała, bo nachylał się ku niej, otulał ją ciepłem okryciem i szeptał coś z takim wyrazem, że choć nie można było usłyszeć słów, łatwo było dorozumieć się ich treści. Stał pochylony ku niej a ona wznosiła do niego szafirowe oczy i odpowiadała, rozchylając uśmiechem drobne usta.
Obraz ten zrozumiałym był nietylko dla nas, bo jeden z wioślarzy stojący obok, odezwał się wesoło.
— Narzeczeni!
— Narzeczeni! Kto? — zapytałem gwałtownie, bo widziałem, jak ten wyraz odbił się piorunującem wrażeniem na twarzy Jacentego.
Zagadniony rzucił nazwisko nieznane, które nic mi nie objaśniło i dodał:
— To stara historya! Od czasu, jak pani X. owdowiała, mówiono zaraz, że stara się o nią młody N.; teraz kończy się żałoba, on się oświadczył, piękna wdowa go przyjęła, nie darmo zapisał się pierwszy w szeregu jej wielbicieli.
Mój przyjaciel słuchał, słuchał jakby skamieniały; usta jego poruszały się bez dźwięku, jakby chciał zaprotestować przeciwko pierwszeństwu praw, które narzeczonemu przyznawano, a w oczach jego wyczytałem wyraźnie, że on kochał ją daleko dawniej.
Łódź unosząca narzeczonych, przepłynęła; on patrzał za nią jeszcze, jakby w sinej dali fal wiślanych rysował się dla niego obraz. Zapomniał, po co tu przyszedł. Wziąłem go pod rękę i wyprowadziłem z przystani; potem poszliśmy ku miastu, pozwolił powodować sobą, jak dziecię. Był pognębiony, ramię jego ciążyło na mnie ołowiem, tylko kiedy skierowałem się ku mieszkaniu, zwrócił się w przeciwną stronę, do pracowni. Coś go tam ciągnęło, zapewne owe główki, które wyglądały ze ścian i kątów wszystkich szafirowemi oczami.
Poszliśmy więc do pracowni. Klucz miał w kieszeni, otworzył ją i przy niepewnem świetle gasnącego dnia, ten cały świat stworzony wyobraźnią jego ukazał nam się niepewny, niewyraźny. Rozglądał się po nim chwilę, potem zapalił wszystkie lampy, jakie się znajdowały, a gdy fale światła zalały pracownię, pobiegł wprost do dwóch stalug, stojących w głębi z zasłoniętymi obrazami, wyciągnął je na środek, niby oskarzonego wobec trybunału i gwałtowną ręką zdarł osłaniające je zielone draperye.
Jak to odgadłem od dawna, były to portrety, ale przedstawiały jedną i tęż samą postać: raz jako dzieweczkę, pół rozwity pączek zaledwie, drugi raz w całej pełni wdzięku.
Była to niby kobieta, którą widziałem przed chwilą, a jednak różniła się od niej o całą siłę natchnienia i miłości artysty. Jako dziewczę, owiewała ją atmosfera przedziwnej czystości, stała w białej szacie wśród cienistych głębi szpaleru, sklepienie liści przebijały gdzieniegdzie jasne strzały południowego słońca, które padały na jej włosy i wydobywały z nich odblaski złota, padały na oczy i czyniły z nich gwiazdy szafirowe, padały na skronie i mieniły się perłowemi barwami.
Usta jej miały wyraz dziecięcy, oczy patrzały zdziwione, niewinne; smukła i powiewna, podobną była do białej lilii, kołyszącej się na wiotkiej łodydze. Wąskie czoło ginęło pod puklami włosów, a regularne rysy tchnęły tak spotęgowanym wyrazem, iż nic wdzięczniejszego nad tę postać dziewiczą wymarzyć nie było można.
Wpływ czasu, który przyniósł jej odmianę, który napiętnował ją większą dojrzałością, nie ujmując wdzięku, widocznym był na drugim wizerunku; ale tu także fantazya artysty przetworzyła do niepoznania oryginał, nadała mu urok powagi, otoczyła nim na kształt nimbusu, i przetworzyła pospolicie piękną kobietę w mieszkankę Olimpu.
Patrzyłem zdumiony na te dwa utwory, najlepsze niezawodnie, jakie wyszły kiedykolwiek z pod pędzla mego przyjaciela. Czemuż ich nie wystawił, nie pokazał światu? Chciałem mu to powiedzieć. Ale on w tej chwili zapatrzony w kobietę ukochaną zapomniał, że ja istnieję.
Stał na przeciw niej, mierzył się oko w oko z nią, taką jaką ją widział przed laty i jaką wydawała mu się teraz, a w twarzy jego był ból, żal, wyrzut i gniew nawet.
— Więc to nie ja byłem najpierwszym — szeptał zwrócony do dziewczęcia — więc zapomniałaś, żem cię kochał od owej chwili, gdym cię ujrzał pod cieniem lip twego ogrodu różową od biegu, złotą od fal światła, białą jak zjawisko. Więc zapomniałaś, że od owej chwili jam był twój, twój tylko...
Mógł mówić długo, dziewczę słuchało go ze swym niezmąconym spojrzeniem, promienne, nieskalane, obojętne.
— Twoim byłem nawet wówczas, gdy stanęłaś przy boku innego. Widziałaś com przecierpiał. A dziś, kiedyś znowu wolna, kiedy mogę znowu mieć nadzieję, gdym przyszedł do ciebie uzbrojony dawnością praw moich, tyś odtrąciła mnie jak wówczas.
Zwracał się teraz do drugiego portretu, przemawiał do kobiety. Opowiadał jej dzień po dniu myśli swoje, uczucia, i złote marzenia ukochań. Opowiadał, czem uczyniłby jej życie, roztaczał przed nią pasmo dni złotych, mówił z nieprzepartą wymową namiętności. Jakby te martwe płótna usłyszeć go i odpowiedzieć mu mogły.
— I cóżeś ty ze mną zrobiła — dodał wreszcie. Co pocznę teraz? Czem żyć będę?
Zapomniał zupełnie, że ja byłem w pracowni — zatopiony w przeszłości swojej, w krzywdach, jakie mu wyrządzono.
Patrzyłem na niego zdumiony. Alboż to kiedy znać można bliźniego, przecież z nim zjadłem kilka beczek soli, a nie miałem pojęcia co się z nim działo. Śmiałem się po cichu widząc go zakochanym, sądziłem, że kocha się jak tylu innych, nie podejrzywałem go o głębokie uczucie. Jak błyskawica odkrywa wnętrze chmur burzliwych, tak chwila ta odkrywała mi wnętrze człowieka i nieznane w nim głębie.
— To być nie może — zawołałem, by ona głuchą pozostała na twoją miłość.
Głos mój podziałał na niego. Spojrzał, jak człowiek nagle zbudzony do rzeczywistości ze snu ciężkiego, nie mogąc pojąć co do niego mówią.
— To być nie może — powtórzyłem, biorąc go za obie ręce — by ta kobieta nie była ci wzajemną. Chyba, że nie jest wartą ciebie.
Ale te słowa sprawiły na nim dziwne wrażenie, przerzucił się od razu z oskarżyciela w obrońcę.
— Ona — zawołał, i jakże ty chciałeś, by pokochała taką jak ja maszkarę. Miałaby też oczy.
— Więc cóż ci odpowiedziała — pytałem dalej, jakże wytłumaczyła swą zdradę.
Patrzał na mnie ciągle.
— Cóż ci odpowiedziała! — powtarzałem uparcie, wstrząsając jego dłonie.
— Jakto! cóż odpowiedzieć mogła, naturalnie nic.
— Nic i tyś na tem poprzestał.
Wymowne oczy jego spoczywały na mnie z podwojonem zdziwieniem. A ja wołałem.
— Nie, w takim razie rzecz nie jest straconą, idź, śpiesz, zapytaj jej, nie ma kobiety, którąby nie wzruszyła miłość podobna twojej, w ten sposób wyrażona.
— Jakto! — zawołał przychodząc nagle do siebie — ty przecież nie sądzisz, żebym ja powiedział jej w oczy to wszystko. Ja nie ośmieliłbym się nigdy! Ja taki brzydki, taki śmieszny!
Niepodobna oddać goryczy, jaka zadźwięczała w tych słowach. Wyrwał ręce z rąk moich i rzucił się na sofę, kryjąc twarz w poduszkach, jakby wzrok ludzki stanowił dla niego męczarnię.
Gdyby nie ta rozpacz, można było śmiać się, śmiać do rozpuku z oświadczyn artysty, przemawiającego do swoich utworów, jakby do osoby żywej.
Wymówki jego nie miały żadnej podstawy; jednakże przychodziło mi na myśl, że na miejscu tej kobiety, inna byłaby odgadła patrząc na mego przyjaciela Jacentego, co się działo w jego sercu. Ona tego nie uczyniła. Winić ją o to nie można. Miała tak wąskie czoło.
Owdowiała ona po raz drugi i bardzo młodo i po raz drugi przeniosła kogoś nad jego przyjaciela. Byłem wówczas daleko, a on postąpił tak, jak to było w jego zwyczaju. Spoglądał na nią, jakby ją chciał pożreć oczyma, przynosił bukiety i milczał.
Za powrotem moim zastałem w pracowni jego trzecie płótno starannie osłonione i nie pytałem co przedstawiało. Była to pani jego serca po drugiem wdowieństwie.
Spotkałem ją samą kiedyś w towarzystwie, przedstawiłem się i skierowałem rozmowę na mego przyjaciela Jacentego. A chociaż miała wówczas lat trzydzieści, zarumieniła się jak róża.
Kiedy mówiłem o nim, słuchała, wlepiając we mnie pogodny błękit swoich źrenic, rozchylając drobne usteczka z wyrazem współczucia nie zaś czczej ciekawości, jakby słuchając słów moich doświadczała razem rozkoszy i smutku.
Wówczas nachyliłem się i rzuciłem jej w ucho wyrazy, którymi pomścić chciałem zbytni brak domyślności.
— On panią kochał.
Tym razem rumieniec zeszedł z jej twarzy, powieki zadrgały, jakby dotknęła je fala nagłego światła, potem spojrzała mi wprost w oczy pytająca, niepewna, przerażona.
— On panią kochał — powtórzyłem — jak nigdy przez nikogo kochaną nie byłaś, kochał dziewczęciem jeszcze, trzy razy tracił i odzyskiwał nadzieję.
— Dlaczegóż nie przemówił nigdy? — zawołała.
— Dlaczego nie odgadłaś pani. Najgłębsze miłości bywają milczące.
Wielkie łzy drżały jej na rzęsach, pochyliła głowę i wyszeptała zaledwie dosłyszalnym głosem:
— Ależ ja kochałam go zawsze.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.