Spojrzenie (Grabiński)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Grabiński
Tytuł Spojrzenie
Pochodzenie Niesamowita opowieść
Data wydania 1922
Wydawnictwo Wydawnictwo Dzieł Pogodnych
Drukarz Drukarnia "Dziennika Polskiego"
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


SPOJRZENIE.
KAROLOWI IRZYKOWSKIEMU
POŚWIĘCAM.

Zaczęło się jeszcze wtedy — przed czterema laty, w owo dziwne, straszliwie dziwne popołudnie dnia sierpniowego, gdy Jadwiga po raz ostatni wyszła z jego domu...

Była wtedy jakąś inną niż zwykle, jakąś jakby bardziej nerwową i czegoś wyczekującą. I tuliła się doń namiętniej niż kiedykolwiek...
Potem nagle, szybko ubrała się, zarzuciła na głowę swój niezrównany szal wenecki i pocałowawszy go mocno w usta, odeszła. Jeszcze raz mignął tam u wejścia brzeg jej sukni i smukły kontur trzewika i wszystko skończyło się na zawsze...
W godzinę potem zginęła pod kołami pociągu. Odonicz nie dowiedział się nigdy, czy śmierć ta była dziełem przypadku, czy tez Jadwiga rzuciła się sama pod rozhukaną w pędzie maszynę. Była przecież istotą nieobliczalną ta smagła, ciemnooka kobieta...
Lecz nie o to chodziło, nie o to. Ten ból, ta rozpacz, ten nieutulony żal — to wszystko było przecież w tym wypadku tak naturalne, tak oczywiste. Więc nie o to chodziło.
Zastanawiało coś całkiem innego — coś tak śmiesznie błahego, coś tak drugorzędnego... Jadwiga wychodząc od niego po raz ostatni, nie zamknęła za sobą drzwi.
Pamięta, jak odprowadzając ją przez pokój, potknął się i pochylił zniecierpliwiony, by wyprostować zagięty róg kobierca. Gdy po chwili podniósł oczy, Jadwigi już w pokoju nie było. Odeszła, pozostawiając drzwi otwarte.
Dlaczego nie zamknęła ich za sobą? Ona zwykle tak przytomna, tak czasami pedantycznie przytomna kobieta?...
Pamięta owo przykre, owo nader przykre wrażenie, jakie sprawiły na nim wtedy te szeroko na oścież roztwarte drzwi powiewające niby żałobna chorągiew na wietrze swem czarnem, gładko politurowanem skrzydłem. Drażnił go ich chwierutliwy, niespokojny ruch, który co chwilę odcinał mu z przed oczu, to znów odsłaniał ziejącą żarem popołudniowego słońca partję skweru przed domem...
Wtedy to nagle przyszło na myśl, że Jadwiga opuściła go na zawsze, pozostawiając mu do rozwiązania jakiś zawiły problem, którego zmysłowym wyrazem owo uchylenie drzwi...
Tknięty złowróżbnem przeczuciem poskoczył ku nim i wyjrzał poza rozchwiane skrzydło w dal na prawo, w stronę, w którą prawdopodobnie odeszła. Ani śladu.... Przed nim rozpościerał się szeroko złotą, piaszczystą równią pusty, rozpalony od skwaru letniego plac hen aż po nasyp kolejowy tam na krańcach horyzontu. Nic — tylko ta złocista, pijana słońcem płaszczyzna... Potem długi, kilkumiesięczny, tępy ból i głucha, szarpiąca duszę w kawały rozpacz utraty... Potem... wszystko minęło — rozwiało się jakoś, usunęło gdzieś w kąt...
I wtedy przyszło to. Chyłkiem jakoś, nieznacznie, ni stąd ni z owąd, niby od niechcenia. Problem otwartych drzwi... Cha, cha, cha! Problem! Śmiech powiedzieć, doprawdy! Problem niedomkniętych drzwi. Uwierzyć trudno, na honor, uwierzyć trudno. A jednak, a jednak...
Po nocach całych snuły mu się w mózgu upartą, senną zmorą — miał je w dzień pod przymkniętą momentalnie powieką, wyłaniały się wśród jasnej, trzeźwej jawy gdzieś daleko w perspektywie drażniącym majakiem...
Lecz teraz nie chwiały się już pod naporem wiatru jak wtedy, w ową fatalną godzinę tylko powoli, całkiem powoli odchylały się od fikcyjnej futryny. Zupełnie tak, jakgdyby ktoś z zewnątrz z tamtej drugiej, niewidzialnej dla jego oka strony chwycił za klamkę i ostrożnie, bardzo ostrożnie otwierał je o pewien kąt...
Właśnie ta ostrożność, ta szczególna przezorność ruchu mroziła do szpiku. Jakgdyby obawiano się, by kąt odchylenia nie był za wielki, by drzwi nie otworzyły się za szeroko. Wyglądało na to, że się z nim przekomarzają, nie chcąc w całej pełni pokazać tego, co się kryło poza tem przeklętem skrzydłem. Uchylano przed nim tylko rąbka tajemnicy, dawano mu do poznania, że tam, po tamtej stronie, za drzwiami istnieje tajemnica lecz bliższe szczegóły zazdrośnie zatajono...
Odonicz bronił się przed tym maniackim refrenem wszelkiemi siłami. Po tysiąc razy na dzień przekonywał siebie, że poza drzwiami wchodowemi niema nic niepokojącego, że wogóle poza żadnemi drzwiami nic się nie kryje, nic się nie czai. Co chwila odrywał się od przymusowo na się nałożonej pracy, krokiem śpiesznym, drapieżnym, krokiem czatującego lamparta przypadał kolejno do wszystkich drzwi pokoju, otwierał je, niemal wyrzucał z zamku i zapuszczał głodne spojrzenie w przestrzeń poza niemi. Oczywiście zawsze z tym samym wynikiem: nie stwierdził ani razu nic podejrzanego; przed oczyma śledzącemi ze straszliwą jakąś ciekawością poszlak tajemnicy rozkładał się po staremu jak za „dawnych, dobrych czasów“ bądź pusty, jałowy skwer, bądź banalny fragment korytarza lub ciche, ustalone raz na zawsze wnętrze sąsiedniej sypialni czy łazienki.
Wracał niby uspokojony do biurka, by za parę minut znów ulec prześladującej go myśli... Wkońcu poszedł do jednego z najwybitniejszych neurologów i zaczął się leczyć. Wyjeżdżał parokrotnie nad morze, brał zimne kąpiele, zaczął wieść życie hulaszcze.
Jakoś po czasie zdawało się, że wszystko przeszło. Uporczywy obraz uchylonych w perspektywie drzwi powoli zatarł się, wypłowiał, jakby przygasł, wkońcu rozwiał się.
I byłby Odonicz ze siebie zupełnie zadowolony, gdyby nie pewne objawy, które wyłoniły się w parę miesięcy po ustąpieniu tamtej zmory.
A przyszło tak jakoś nagle, niespodzianie, na miejscu publicznem, na ulicy...
Właśnie był u wylotu Świętojańskiej i zbliżał się do punktu skrzyżowania jej z Polną, gdy wtem na samym rogu, niemal u węgła ostatniej kamienicy zdjął go znienacka piekielny strach. Wypadł skądś z zaułka i zelaznemi szponami chwycił za krtań.
— Nie pójdziesz dalej kochanku! Ani kroku dalej!
Odonicz zamierzał początkowo skręcić wprost na Polną w miejscu, gdzie kończyła się wspomniana kamienica, której okna spoglądały „podwójnym frontem“ na obie ulice — gdy uczuł w sobie ten sprzeciw. Niewiadomo dlaczego, nagle wydał mu się kąt przecięcia ulic za silny jak na jego „nerwy“: po prostu zaistniała gwałtowna obawa, że tam „za załomem“, „na zakręcie“ można spotkać się z „niespodzianką“.
Narożny dom, który należało okrążyć pod kątem niemal prostym, by skręcić na Polną, chronił narazie przed tą niemiłą ewentualnością, zasłaniając swą potężną, kilkupiętrową pierzeją widok „z tamtej strony“. Lecz ostatecznie ściana musiała się kiedyś skończyć, odsłaniając nagle, przerażająco nagle to, co było na lewo od węgła. Ta nagłość, ta gwałtowność przejścia z jednej ulicy na drugą zakrytą dotąd przed jego oczyma niemal zupełnie, przejmowała bezgraniczną trwogą: Odonicz nie śmiał wyjść na spotkanie „nieznanemu“. Więc poszedł drogą kompromisu i tuż przed samym zakrętem zamknąwszy oczy, z ręką opartą o mur kamienny, by nie upaść, powoli zaczął zbaczać na Polną.
W ten sposób posunął się parę kroków naprzód, prześliznął palce po krawędzi ściany i otarłszy się o wystający kant domu, uczuł, że skręt szczęśliwie przebyty i że wkroczył w strefę drugiej ulicy. Mimoto nie śmiał jeszcze otworzyć oczu lecz wciąż macając ręką ściany domów, schodził w dół Polnej.
Dopiero po paru minutach takiej wędrówki, gdy już zdobył niejako „prawo obywatelstwa“ w nowej strefie, gdy nareszcie uczuł, że już tutaj „wiedzą“ o jego obecności — odważył się i podniósł przymknięte powieki. Spojrzawszy przed siebie, z uczuciem ulgi przekonał się, że niema nic podejrzanego. Wszystko było zwyczajne i normalne jak przystało na ulicę wielkomiejską: przejeżdżały pędem dorożki, przelatywały jak błyskawice autobusy, mijali się przechodnie. Odonicz zauważył tylko o parę kroków od siebie jakiegoś gapia, który z rękoma zapuszczonemi w kieszenie, z papierosem w gębie przypatrywał mu się znać już od chwili z ciekawością, uśmiechając się złośliwie.
Odonicza ogarnęła nagle wściekłość i niby jakiś wstyd. Czerwony ze wzruszenia przystąpił do impertynenta i zapytał opryskliwie;
— Cóżeś tak wywalił na mnie swe bezmyślne treszcze, gamoniu jakiś?
— Che, che, che! — wycedził łobuz, nie wyjmując papierosa z ust. — Myślałem se zrazu, że pan ślepiec — a teraz se myśle, że pan ino bawił się ze sobą samym w ciuciubabkę. Te... cie go! Też pańska fantazja!
I nie zważając już na rozjuszonego odpowiedzią gentlemana, przeszedł, gwiżdżąc jakąś aryjkę, na drugą stronę ulicy.
W ten sposób wyłonił się na horyzoncie nowy problem: „na zakręcie“.
Odtąd Odonicz stracił pewność siebie i swobodę ruchów na miejscach publicznych. Nie mogąc przejść bez uczucia tajemnego lęku z jednej ulicy na drugą, stosował metodę obchodzenia skrętów w szerokich kołach; było to wprawdzie nader niewygodne, gdyż „nakładał“ zawsze ogromnie wiele drogi lecz unikał w ten sposób gwałtownych zboczeń, łagodząc znacznie kąt załamania ulic. Teraz już nie potrzebował przymykać oczu przy narożnych kamienicach.
Wszelkie niespodzianki, jakie ewentualnie mogły kryć się „poza węgłem“, miały teraz czasu dosć do „zamaskowania się“ przed nim; owo bliżej nieokreślone, zgoła heterogeniczne i dziko mu obce „coś“, którego istnienie wyczuwał przez skórę po tamtej stronie zakrętu, mogło teraz spokojnie, nie zaskoczone jego nagłem wyłonieniem się na rogu nowej ulicy przyczaić się na pewien czas, względnie, mówiąc dosadnym stylem Odonicza, „dać nura pod powierzchnię“. Bo że coś tam było „za załomem“, coś, zasadniczo „innego“ — o tem nie wątpił już wtedy ani trochę.
W każdym razie przynajmniej w owym okresie czasu Odonicz wcale nie życzył sobie spotkania z „tem“ oko w oko; przeciwnie pragnął schodzić mu z drogi, ułatwiając „maskowanie się“ w samą porę. Niesamowita trwoga, która przejmowała go na samą myśl, że mogłyby nastąpić przed nim jakieś w tym względzie „rewelacje“, jakieś niepożądane objawienia i niespodzianki — umacniała go tylko w przekonaniu, że niebezpieczeństwo jest istotnie poważne.
Opinja innych ludzi o tej sprawie nie obchodziła go przytem zupełnie. Uważał, że każdy powinien sobie z „tem“ dawać radę sam, o ile wogóle u kogokolwiek poza nim zachodziła podobna ewentualność.
Odonicz zdawał sobie jasno sprawę, że może na całym świecie prócz niego nikt nie zwrócił na „to“ uwagi. Przypuszczał nawet, że większość kochanych bliźnich parsknęłaby mu w nos ordynarnym śmiechem, gdyby tak odważył się któremu z nich powierzyć swoje wątpliwości. Dlatego milczał uporczywie i sam pasował się z „nieznanem“.
Po pewnym dopiero czasie zauważył, że źródłem jego szczególnej trwogi był strach przed „tajemnicą“ — owem dziwnem dajmonjum, które od wieków włożyło maskę na twarz i chodzi w niej pomiędzy ludźmi. Nie nęciła go wcale jego zagadkowość, nie czuł w sobie narazie powołania na Edypa. Przeciwnie! Chciał żyć, żyć i jeszcze raz żyć! Dlatego unikał spotkania i ułatwiał wzajemne wymijanie się...
Od czasu owego wewnętrznego sprzeciwu, który tak znienacka zaatakował go na rogu Polnej, nabrał zasadniczego wstrętu do wszelkich ścian, przepierzeń, wogóle do wszelkich „osłon“ nietrwałych i prowizorycznych, które tylko na chwilę zakrywają to, co poza niem. Wogóle uważał, ze wszelkie t. zw. ekrany są wymysłem zgubnym a nawet nieetycznym, gdyż ułatwiają niebezpieczną grę „w chowanego“, budząc przytem często nieufność i trwogę tam, gdzie może nieraz niema ani śladu niesamowitości. Poco ukrywać rzeczy, które na zatajenie nie zasługują? Poco niepotrzebnie wzniecać podejrzenie, jakgdyby „tam“ było coś naprawdę do ukrywania?...
A jeżeli owo „coś“ rzeczywiście istnieje — poco nastręczać mu sposobność do „chowanki?“
Odonicz stał się zdecydowanym zwolennikiem dalekich, jasnych perspektyw, szerokich placów, rozległych i otwartych hen, hen daleko, jak okiem sięgnąć przestrzeni. Niecierpiał natomiast dwuznaczności zaułków, przyczajonych zdradziecko w półmroku podsieni, hipokryzji wielkomiejskich przecznic i krętych „uliczek bez wyjścia“, które zdają się wiecznie czyhać na samotnego przechodnia. Gdyby to od niego zależało, budowałby miasta wedle zupełnie nowego planu, którego zasadą byłaby prostota i szczerość; byłoby tam dużo, bardzo dużo słońca i szeroko rozrzuconej przestrzeni.
Dlatego tez najchętniej odbywał przechadzki poza miasto po rozległych, zrzadka zaludnionych domostwami bulwarach lub też podwieczorną porą po podmiejskim wygonie gubiącym się cicho w mgłach nieskończonych dali...
I mieszkanie Odonicza uległo w tym czasie radykalnym przemianom. W myśl zasady prostoty i szczerości pousuwał wszystko, cokolwiek mogło trącić manierą „przykrywek i obsłonek“.
Znikły więc stare, perskie dywany, puszyste „buchara“ i tłumiące echo kroków „sumaki“, zeszły ze ścian bezpowrotnie fałdziste kotary i draperje. Ogołocił okna z dyskretnych firanek, powyrzucał jedwabne ekrany. Nawet parawan z zielonej kitajki, ulubiony niegdyś sprzęt Jadwigi przestał ocieniać potrójnem skrzydłem wnętrze sypialni. Nawet szafy okazały się sprzętem podejrzanym o przynależność do kategorji „skrytek“. To też kazał je wynieść na strych, poprzestając na zwykłych wieszadłach i „szaragach“.
Tak przekształcone mieszkanie zdobyło charakter dziwnej, graniczącej z ubóstwem prostoty. Wprawdzie nieliczni znajomi z tych czasów zwracali mu uwagę na przesadną prymitywność urządzenia, przebąkując coś niecoś o stylu szpitalno-koszarowym, lecz Odonicz przyjmował te uwagi z uśmiechem pobłażania i nie dał się przekonać. Przeciwnie z dniem każdym znajdywał coraz większe upodobanie w swem interieur’ze, które opuszczał coraz rzadziej, unikając w ten sposób „niespodzianek“ czyhających zewnątrz. Lubiał to swoje ciche, prostolinijne wnętrze, gdzie nie potrzebował się lękać żadnych zasadzek, gdzie wszystko było jasne i otwarte „jak na dłoni“.
Nie przytajało się tu nic poza oponami, nie czaiło się nic w cieniu zbytecznych sprzętów. Nie było tu żadnych nastrojowych półmroków i półświateł, żadnych niedomówień i problematycznych przemilczeń. Wszystko było oczywiste jak „kromka chleba na talerzu lub książka kucharska rozłożona na stole“.
W dzień zalewały mieszkanie strugi zdrowego, jędrnego słońca, za pierwszą przygrywką do wieczornych zmroków rozbłyskiwały jarkiem światłem elektryczne żarówki. Oczy pana domu mogły swobodnie i bezkarnie wędrować po ścianach gładkich, nie poobwieszanych draperjami, ozdobionych chyba tu i ówdzie parą angielskich, pogodnej treści sztychów. Nic tu nie mogło zaskoczyć, nic przykucnąć niepostrzeżenie za jakim węgłem.
— Jak w szczerem polu — myślał sobie nieraz Odonicz, pojąc wzrok oczywistością otoczenia. — Stanowczo dom mój nie jest terenem dogodnym dla chowanki.
Jakoż zdawało się, że zarządzone środki prewencyjne odniosły pożądany skutek. Odonicz uspokoił się znacznie i czuł się nawet w tym czasie względnie szczęśliwym. I nic nie byłoby zamąciło świętej ciszy, gdyby nie pewne szczegóły zresztą dość niewinnej natury, gdyby nie pewne, takie sobie śmieszne szczególiki...
Jednego wieczora ślęczał Odonicz przez parę godzin bez przerwy nad wykończeniem większej naukowej pracy, którą zamierzał drukować w najbliższej przyszłości. Dzieło wchodzące w zakres studjów przyrodniczych zwalczało niektóre nowsze hipotezy biologiczne, wykazując ich bezradność wobec fenomenów zaobserwowanych w życiu stworzeń na pograniczu między światem zwierzęcym a roślinnym.
Znużony dłuższym wysiłkiem myśli odłożył na chwilę pióro, zapalił papierosa, poczem odchyliwszy głowę na poręcz fotelu, położył prawą rękę na biurku, prostując ścierpłe od pisania palce...
Wtem — wzdrygnął się, wyczuwszy pod niemi coś miękko — ustępliwego. Mimowoli cofnął rękę i spojrzał uważnie na prawą partję biurka, gdzie zwykle leżał ciężki, masywny przycisk z porfiru. Wtedy ze zdumieniem spostrzegł zamiast kamienia kawałek suchej, wąskoporowatej gąbki.
Przetarł oczy i dotknął ręką przedmiotu. Była gąbka! Typowa, jasnożółta gąbka — spongia vulgaris...
— Co za djabeł? — pomyślał półgłosem, obracając ją w palcach na wszystkie strony. — Skąd się u mnie wzięła? Przecież się nigdy gąbką nie nacieram. Zresztą za mała do tego użytku. Hm... szczególne... Lecz gdzie podział się przycisk do licha? Zawsze tu od lat leżał na tem samem miejscu.
I zaczął szukać po biurku, zaglądnął do szuflady, pod stół: nadaremnie; kamień zniknął bez śladu. Na jego miejscu leżała gąbka, zwykła, pospolita gąbka... Omamienie, czy co?
Wstał od stołu i zaczął przechadzać się nerwowo po pokoju.
— Dlaczego gąbka? — rozumował zaniepokojony. — Dlaczego właśnie gąbka? Równie dobrze mogło być żelazko lub kawałek kołka z płotu.
— Za pozwoleniem, mój kochany — odezwał się w nim nagle jakiś głos nieproszony — to nie jest to samo. Nawet i takie zjawiska są odpowiednio uwarunkowane. Zapominasz o tem, że od paru już godzin przebywasz niemal wyłącznie w świecie stułbi, ukwiałów, gąbek i tym podobnych jamochłonów. A właśnie życie gąbki szczególnie cię interesowało. Chyba temu nie zaprzeczysz, co?
Odonicz przystanął w środku pokoju, uderzony tym wywodem.
— Hm — mruknął — istotnie zaprzątuje me myśli już od paru godzin. Lecz cóż z tego do stu szatanów?! — wrzasnął nagle na cały głos. — To jeszcze nie racja!
I spojrzał znów z ukosa na biurko. Lecz tu ku niepojętemu zdumieniu ujrzał teraz zamiast gąbki zaginiony przycisk. Leżał sobie cicho i spokojnie jakgdyby nigdy nic na wyznaczonem mu od lat raz na zawsze miejscu. Odonicz powiódł ręką po czole, przetarł powtórnie oczy i przekonał się, że nie marzy: na biurku leżał przycisk, porfirowy przycisk z gładką, toczoną gałką w pośrodku. Gąbki ani śladu — jakgdyby jej nigdy tutaj nie było.
— Przywidzenie! — zawyrokował. — Halucynacja pod wpływem chwilowego przepracowania.
I zasiadł z powrotem do biurka. Lecz jakoś nie zdołał sklecić ani jednego zdania więcej tej nocy; „przywidzenie“ nie dawało mu spokoju i mimo wysiłków nie potrafił skupić się do pracy...
Historja z gąbką była jakby przygrywką do innych podobnych objawów, które odtąd coraz częściej zaczęły go prześladować. Jakoż niebawem zauważył, że i inne przedmioty w pokoju „zczezają“ mu na czas jakiś z przed oczu, by po chwili wyłonić się z powrotem na dawnem miejscu. Naodwrót niejednokrotnie spostrzegał na biurku najrozmaitsze rzeczy, których tam nigdy przedtem nie było.
Najciekawszem jednak w tem wszystkiem był szczegół, że fenomeny szły równolegle z chwilowem zainteresowaniem, jakie odczuwał dla tych przedmiotów przed momentem ich zniknięcia względnie wynurzenia się: prawie z reguły myślał o nich przedtem nader intensywnie.
Wystarczyło mu z pewną dozą wewnętrznego przekonania pomyśleć, że n. p. jakąś książkę zgubił — by po chwili istotnie stwierdzić brak jej w szafie bibljotecznej. Podobnie ilekroć wyobraził sobie w sposób możliwie plastyczny egzystencję jakiegoś przedmiotu na stole, wkrótce przekonywał się naocznie, że rzeczywiście zjawiał się tam jak na zawołanie.
Fenomeny te zaniepokoiły go w wysokim stopniu, budząc poważne podejrzenia. Kto wie, czy to nie nowa zasadzka? Chwilami miało się wrażenie, że to powrotny atak „nieznanego“ tylko przypuszczony z innej strony i w innej formie. Powoli narzucały się pewne wnioski, kształtował się z nieubłaganą wynikliwością pewien światopogląd.
— Czy świat otaczający mnie wogóle istnieje? A jeśli rzeczywiście istnieje, czy nie jest wytworem kształtującej go myśli? A może wszystko jest tylko fikcją jakiejś głęboko zamyślonej jaźni. Tam gdzieś, w zaświatach ktoś ciągle, ktoś od prawieków myśli — a świat cały a wraz z nim biedny ludzki narodek jest produktem tej wieczystej zadumy!...
Kiedyindziej popadał Odonicz w egocentryczny szał i powątpiewał o istnieniu czegokolwiek poza sobą. To on tylko wciąż myśli, on, dr. Tomasz Odonicz a wszystko, na co patrzy i co spostrzega, to tylko wytwór jego kontemplacji. Cha, cha, cha! Bajeczne! Świat jako skrzepły produkt myśli indywidualnej, świat jako krystalizacja myślowego rozczynu jakiejś szalonej jaźni!...
Moment, w którym po raz pierwszy dotarł do tej ostateczności, zaciążył nad nim fatalnie. Nagle z dreszczem niesamowitego lęku uczuł się Odonicz okropnie samotnym.
— A jeśli rzeczywiście tam poza węgłem niema niczego? Któż zaręczy, czy poza t. zw. rzeczywistością wogóle coś innego istnieje? Poza tą rzeczywistością, której twórcą prawdopodobnie jestem sam? Dopóki w niej tkwię zanurzony po szyję, dopóki mi ona wystarcza — wszystko jako tako. Lecz gdybym tak zapragnął dnia jednego wychylić się z bezpiecznego środowiska i spojrzeć poza jego rubieże?
Tu uczuł ostry, dojmujący do szpiku kości chłód, niby mroźną, polarną atmosferę wiecznej nocy. Przed rozszerzoną źrenicą pojawił się zwid, ścinający krew lodem, zwid pustki bez dna i bez krańców...
Sam, zupełnie sam z myślą swoją samowtór...

Któregoś dnia, goląc się przy dużem, ręcznem zwierciadle, doznał Odonicz szczególnego wrażenia: wydało mu się nagle, że ta część pokoju, którą miał poza sobą, widziana teraz w lustrze wygląda „jakoś inaczej“.
Odłożył brzytwę i pilnie zaczął studjować odbicie tylnej partji sypialni. Istotnie przez chwilę wszystko tam poza nim przedstawiało się inaczej niż zwykle. Lecz na czem polegała ta zmiana, nie umiałby bliżej określić. Jakaś specyficzna modyfikacja, jakieś dziwaczne przesunięcie proporcji — coś w tym rodzaju.
Zaciekawiony położył lustro na stole i oglądnął się, by skontrolować rzeczywistość. Lecz nie znalazł nic podejrzanego: wszystko było po dawnemu.
Uspokojony zajrzał ponownie w zwierciadło. Lecz teraz znów pokój wyglądał normalnie; szczególna modyfikacja znikła bez śladu.
— Hiperestezja ośrodków wzrokowych — nic więcej — uspokajał się naprędce skleconym terminem.
Lecz przyszły następstwa. Odonicz zaczął odczuwać odtąd lęk przed tem, co było poza nim. I dlatego przestał oglądać się poza siebie. Gdyby go kto zawołał na ulicy po imieniu, nie odwróciłby się za żadną cenę. Stąd tez poszło, że wszelkich nawrotów dokonywał drogą okrężną i nigdy prawie nie wracał do domu tą samą ulicą, którą wyszedł. Gdy już koniecznie wypadło mu obrócić się, czynił to nadzwyczaj ostrożnie i w możliwie powolnem tempie, w obawie by wskutek nagłej zmiany frontu nie spojrzeć twarzą w twarz „temu“. Chciał przez ruch powolny i stopniowy zostawić mu dość czasu do wycofania się, względnie powrotu do dawnej „niewinnej“ postawy.
Ostrożność tę posunął wkońcu do tego stopnia, że mając zamiar oglądnąć się, przedtem „ostrzegał“. Ilekroć przyszło mu odejść od biurka w głąb pokoju, wstawał najpierw z ostentacyjnie hałaśliwem odsunięciem krzesła, poczem mówił głosem podniesionym, żeby go tam dobrze „z tyłu“ słyszano:
— Teraz obracam się.
Dopiero po tej zapowiedzi przeczekawszy jeszcze chwilkę, odwracał się w zamierzonym kierunku.
Życie w tych warunkach wkrótce stało się istną katownią. Odonicz skrępowany na każdym kroku tysiącem obaw, co chwila wietrzący czyhające nań niebezpieczeństwo, wiódł egzystencję pożałowania godną...
A jednak i do tego przyzwyczaił się. Owszem po pewnym czasie owo wieczne czuwanie w stanie napiętych nerwów stało się drugą naturą. Poczucie otaczającej go w każdym momencie tajemniczości lubo groźnej i niebezpiecznej rzuciło jakiś posępny urok na szary szlak jego życia. Powoli nieznacznie polubił ową grę w chowanego; w każdym razie wydała mu się ona bardziej zajmującą niż banalność zwykłych ludzkich przeżyć. Zapalił się nawet do tropienia niesamowitych poszlak i trudnoby mu było obejść się bez świata zagadek.
Ostatecznie sprowadził wszystkie trapiące go wątpliwości do dylematu: albo jest tam coś poza mną „innego“, coś zasadniczo różnego od rzeczywistości, którą znam jako człowiek — albo tez niema nic — zupełna pustka.
Gdyby go ktoś zapytał, z którą z tych dwu ewentualności wolałby spotkać się po tamtej stronie — Odonicz nie potrafiłby dać stanowczej odpowiedzi.
Niewątpliwie nicość, bezwzględna, bezgraniczna, pustka byłaby czemś okropnem; z drugiej strony jednak może nicość nawet lepsza niż straszliwa rzeczywistość innego rzędu? Bo któż wiedzieć może, jakiem jest owo „coś“ naprawdę? A jeśli jest niem coś potwornego — czyż nie lepszy zupełny zanik niebytu?
To zawieszenie między krańcami stało się zaczynem walki dwóch sprzecznych tendencji: z jednej strony dławił go w stalowych szponach strach przed nieznanem — z drugiej pchała w objęcia tajemniczości wzrastająca z dniem każdym tragiczna ciekawość. Jakiś przezorny, doświadczony głos przestrzegał wprawdzie przed niebezpieczną decyzją, lecz Odonicz zbywał rady pobłażliwym uśmiechem. Uwodne dajmonium przywabiało go coraz bliżej syrenim czarem obietnic...
I wreszcie uległ mu...
W jakiś jesienny wieczór siedząc nad otwartą książką, nagle wyczuł poza plecyma „to“. Coś działo się tam poza nim: rozsuwały się tajemnicze kulisy, dźwigały w górę kotary, rozchylały się fałdy draperji...
Wtedy niespodzianie powstało szalone pragnienie: oglądnąć się i spojrzeć poza siebie, ten tylko raz, ten jeden, jedyny raz. Wystarczyło odwrócić szybko głowę bez zwykłego ostrzegania, żeby nie „spłoszyć“ — wystarczył jeden rzut oka, jedno krótkie, momentalnie krótkie spojrzenie...
Odonicz odważył się na to spojrzenie. Ruchem nagłym jak myśl, jak błyskawica oglądnął się i spojrzał. I wtedy z ust jego wyszedł nieludzki krzyk grozy i strachu bez granic; konwulsyjnie chwycił się ręką za serce i jak piorunem rażony zwalił się bez życia na posadzkę pokoju.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Grabiński.