Strona:Stefan Grabiński - Niesamowita opowieść.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Odonicz stał się zdecydowanym zwolennikiem dalekich, jasnych perspektyw, szerokich placów, rozległych i otwartych hen, hen daleko, jak okiem sięgnąć przestrzeni. Niecierpiał natomiast dwuznaczności zaułków, przyczajonych zdradziecko w półmroku podsieni, hipokryzji wielkomiejskich przecznic i krętych „uliczek bez wyjścia“, które zdają się wiecznie czyhać na samotnego przechodnia. Gdyby to od niego zależało, budowałby miasta wedle zupełnie nowego planu, którego zasadą byłaby prostota i szczerość; byłoby tam dużo, bardzo dużo słońca i szeroko rozrzuconej przestrzeni.
Dlatego tez najchętniej odbywał przechadzki poza miasto po rozległych, zrzadka zaludnionych domostwami bulwarach lub też podwieczorną porą po podmiejskim wygonie gubiącym się cicho w mgłach nieskończonych dali...
I mieszkanie Odonicza uległo w tym czasie radykalnym przemianom. W myśl zasady prostoty i szczerości pousuwał wszystko, cokolwiek mogło trącić manierą „przykrywek i obsłonek“.
Znikły więc stare, perskie dywany, puszyste „buchara“ i tłumiące echo kroków „sumaki“, zeszły ze ścian bezpowrotnie fałdziste kotary i draperje. Ogołocił okna z dyskretnych firanek, powyrzucał jedwabne ekrany. Nawet parawan z zielonej kitajki, ulubiony niegdyś sprzęt Jadwigi przestał ocieniać potrójnem skrzydłem wnętrze sypialni. Nawet szafy okazały się sprzętem podejrza-