Strona:Stefan Grabiński - Niesamowita opowieść.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


uważył tylko o parę kroków od siebie jakiegoś gapia, który z rękoma zapuszczonemi w kieszenie, z papierosem w gębie przypatrywał mu się znać już od chwili z ciekawością, uśmiechając się złośliwie.
Odonicza ogarnęła nagle wściekłość i niby jakiś wstyd. Czerwony ze wzruszenia przystąpił do impertynenta i zapytał opryskliwie;
— Cóżeś tak wywalił na mnie swe bezmyślne treszcze, gamoniu jakiś?
— Che, che, che! — wycedził łobuz, nie wyjmując papierosa z ust. — Myślałem se zrazu, że pan ślepiec — a teraz se myśle, że pan ino bawił się ze sobą samym w ciuciubabkę. Te... cie go! Też pańska fantazja!
I nie zważając już na rozjuszonego odpowiedzią gentlemana, przeszedł, gwiżdżąc jakąś aryjkę, na drugą stronę ulicy.
W ten sposób wyłonił się na horyzoncie nowy problem: „na zakręcie“.
Odtąd Odonicz stracił pewność siebie i swobodę ruchów na miejscach publicznych. Nie mogąc przejść bez uczucia tajemnego lęku z jednej ulicy na drugą, stosował metodę obchodzenia skrętów w szerokich kołach; było to wprawdzie nader niewygodne, gdyż „nakładał“ zawsze ogromnie wiele drogi lecz unikał w ten sposób gwałtownych zboczeń, łagodząc znacznie kąt załamania ulic. Teraz już nie potrzebował przymykać oczu przy narożnych kamienicach.