Strona:Stefan Grabiński - Niesamowita opowieść.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chanych bliźnich parsknęłaby mu w nos ordynarnym śmiechem, gdyby tak odważył się któremu z nich powierzyć swoje wątpliwości. Dlatego milczał uporczywie i sam pasował się z „nieznanem“.
Po pewnym dopiero czasie zauważył, że źródłem jego szczególnej trwogi był strach przed „tajemnicą“ — owem dziwnem dajmonjum, które od wieków włożyło maskę na twarz i chodzi w niej pomiędzy ludźmi. Nie nęciła go wcale jego zagadkowość, nie czuł w sobie narazie powołania na Edypa. Przeciwnie! Chciał żyć, żyć i jeszcze raz żyć! Dlatego unikał spotkania i ułatwiał wzajemne wymijanie się...
Od czasu owego wewnętrznego sprzeciwu, który tak znienacka zaatakował go na rogu Polnej, nabrał zasadniczego wstrętu do wszelkich ścian, przepierzeń, wogóle do wszelkich „osłon“ nietrwałych i prowizorycznych, które tylko na chwilę zakrywają to, co poza niem. Wogóle uważał, ze wszelkie t. zw. ekrany są wymysłem zgubnym a nawet nieetycznym, gdyż ułatwiają niebezpieczną grę „w chowanego“, budząc przytem często nieufność i trwogę tam, gdzie może nieraz niema ani śladu niesamowitości. Poco ukrywać rzeczy, które na zatajenie nie zasługują? Poco niepotrzebnie wzniecać podejrzenie, jakgdyby „tam“ było coś naprawdę do ukrywania?...
A jeżeli owo „coś“ rzeczywiście istnieje — poco nastręczać mu sposobność do „chowanki?“