Strona:Stefan Grabiński - Niesamowita opowieść.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nym o przynależność do kategorji „skrytek“. To też kazał je wynieść na strych, poprzestając na zwykłych wieszadłach i „szaragach“.
Tak przekształcone mieszkanie zdobyło charakter dziwnej, graniczącej z ubóstwem prostoty. Wprawdzie nieliczni znajomi z tych czasów zwracali mu uwagę na przesadną prymitywność urządzenia, przebąkując coś niecoś o stylu szpitalno-koszarowym, lecz Odonicz przyjmował te uwagi z uśmiechem pobłażania i nie dał się przekonać. Przeciwnie z dniem każdym znajdywał coraz większe upodobanie w swem interieur’ze, które opuszczał coraz rzadziej, unikając w ten sposób „niespodzianek“ czyhających zewnątrz. Lubiał to swoje ciche, prostolinijne wnętrze, gdzie nie potrzebował się lękać żadnych zasadzek, gdzie wszystko było jasne i otwarte „jak na dłoni“.
Nie przytajało się tu nic poza oponami, nie czaiło się nic w cieniu zbytecznych sprzętów. Nie było tu żadnych nastrojowych półmroków i półświateł, żadnych niedomówień i problematycznych przemilczeń. Wszystko było oczywiste jak „kromka chleba na talerzu lub książka kucharska rozłożona na stole“.
W dzień zalewały mieszkanie strugi zdrowego, jędrnego słońca, za pierwszą przygrywką do wieczornych zmroków rozbłyskiwały jarkiem światłem elektryczne żarówki. Oczy pana domu mogły swobodnie i bezkarnie wędrować po ścianach gładkich, nie poobwieszanych draperjami,