Strona:Stefan Grabiński - Niesamowita opowieść.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przecież w tym wypadku tak naturalne, tak oczywiste. Więc nie o to chodziło.
Zastanawiało coś całkiem innego — coś tak śmiesznie błahego, coś tak drugorzędnego... Jadwiga wychodząc od niego po raz ostatni, nie zamknęła za sobą drzwi.
Pamięta, jak odprowadzając ją przez pokój, potknął się i pochylił zniecierpliwiony, by wyprostować zagięty róg kobierca. Gdy po chwili podniósł oczy, Jadwigi już w pokoju nie było. Odeszła, pozostawiając drzwi otwarte.
Dlaczego nie zamknęła ich za sobą? Ona zwykle tak przytomna, tak czasami pedantycznie przytomna kobieta?...
Pamięta owo przykre, owo nader przykre wrażenie, jakie sprawiły na nim wtedy te szeroko na oścież roztwarte drzwi powiewające niby żałobna chorągiew na wietrze swem czarnem, gładko politurowanem skrzydłem. Drażnił go ich chwierutliwy, niespokojny ruch, który co chwilę odcinał mu z przed oczu, to znów odsłaniał ziejącą żarem popołudniowego słońca partję skweru przed domem...
Wtedy to nagle przyszło na myśl, że Jadwiga opuściła go na zawsze, pozostawiając mu do rozwiązania jakiś zawiły problem, którego zmysłowym wyrazem owo uchylenie drzwi...
Tknięty złowróżbnem przeczuciem poskoczył ku nim i wyjrzał poza rozchwiane skrzydło w dal na prawo, w stronę, w którą prawdopodobnie