Strona:Stefan Grabiński - Niesamowita opowieść.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie otworzyły się za szeroko. Wyglądało na to, że się z nim przekomarzają, nie chcąc w całej pełni pokazać tego, co się kryło poza tem przeklętem skrzydłem. Uchylano przed nim tylko rąbka tajemnicy, dawano mu do poznania, że tam, po tamtej stronie, za drzwiami istnieje tajemnica lecz bliższe szczegóły zazdrośnie zatajono...
Odonicz bronił się przed tym maniackim refrenem wszelkiemi siłami. Po tysiąc razy na dzień przekonywał siebie, że poza drzwiami wchodowemi niema nic niepokojącego, że wogóle poza żadnemi drzwiami nic się nie kryje, nic się nie czai. Co chwila odrywał się od przymusowo na się nałożonej pracy, krokiem śpiesznym, drapieżnym, krokiem czatującego lamparta przypadał kolejno do wszystkich drzwi pokoju, otwierał je, niemal wyrzucał z zamku i zapuszczał głodne spojrzenie w przestrzeń poza niemi. Oczywiście zawsze z tym samym wynikiem: nie stwierdził ani razu nic podejrzanego; przed oczyma śledzącemi ze straszliwą jakąś ciekawością poszlak tajemnicy rozkładał się po staremu jak za „dawnych, dobrych czasów“ bądź pusty, jałowy skwer, bądź banalny fragment korytarza lub ciche, ustalone raz na zawsze wnętrze sąsiedniej sypialni czy łazienki.
Wracał niby uspokojony do biurka, by za parę minut znów ulec prześladującej go myśli... Wkońcu poszedł do jednego z najwybitniejszych neurologów i zaczął się leczyć. Wyjeżdżał paro-