Strona:Stefan Grabiński - Niesamowita opowieść.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


go kto zawołał na ulicy po imieniu, nie odwróciłby się za żadną cenę. Stąd tez poszło, że wszelkich nawrotów dokonywał drogą okrężną i nigdy prawie nie wracał do domu tą samą ulicą, którą wyszedł. Gdy już koniecznie wypadło mu obrócić się, czynił to nadzwyczaj ostrożnie i w możliwie powolnem tempie, w obawie by wskutek nagłej zmiany frontu nie spojrzeć twarzą w twarz „temu“. Chciał przez ruch powolny i stopniowy zostawić mu dość czasu do wycofania się, względnie powrotu do dawnej „niewinnej“ postawy.
Ostrożność tę posunął wkońcu do tego stopnia, że mając zamiar oglądnąć się, przedtem „ostrzegał“. Ilekroć przyszło mu odejść od biurka w głąb pokoju, wstawał najpierw z ostentacyjnie hałaśliwem odsunięciem krzesła, poczem mówił głosem podniesionym, żeby go tam dobrze „z tyłu“ słyszano:
— Teraz obracam się.
Dopiero po tej zapowiedzi przeczekawszy jeszcze chwilkę, odwracał się w zamierzonym kierunku.
Życie w tych warunkach wkrótce stało się istną katownią. Odonicz skrępowany na każdym kroku tysiącem obaw, co chwila wietrzący czyhające nań niebezpieczeństwo, wiódł egzystencję pożałowania godną...
A jednak i do tego przyzwyczaił się. Owszem po pewnym czasie owo wieczne czuwanie w stanie napiętych nerwów stało się drugą naturą. Po-