Strona:Stefan Grabiński - Niesamowita opowieść.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zauważył, że i inne przedmioty w pokoju „zczezają“ mu na czas jakiś z przed oczu, by po chwili wyłonić się z powrotem na dawnem miejscu. Naodwrót niejednokrotnie spostrzegał na biurku najrozmaitsze rzeczy, których tam nigdy przedtem nie było.
Najciekawszem jednak w tem wszystkiem był szczegół, że fenomeny szły równolegle z chwilowem zainteresowaniem, jakie odczuwał dla tych przedmiotów przed momentem ich zniknięcia względnie wynurzenia się: prawie z reguły myślał o nich przedtem nader intensywnie.
Wystarczyło mu z pewną dozą wewnętrznego przekonania pomyśleć, że n. p. jakąś książkę zgubił — by po chwili istotnie stwierdzić brak jej w szafie bibljotecznej. Podobnie ilekroć wyobraził sobie w sposób możliwie plastyczny egzystencję jakiegoś przedmiotu na stole, wkrótce przekonywał się naocznie, że rzeczywiście zjawiał się tam jak na zawołanie.
Fenomeny te zaniepokoiły go w wysokim stopniu, budząc poważne podejrzenia. Kto wie, czy to nie nowa zasadzka? Chwilami miało się wrażenie, że to powrotny atak „nieznanego“ tylko przypuszczony z innej strony i w innej formie. Powoli narzucały się pewne wnioski, kształtował się z nieubłaganą wynikliwością pewien światopogląd.
— Czy świat otaczający mnie wogóle istnieje? A jeśli rzeczywiście istnieje, czy nie jest wytworem