Skręt

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Skręt
Pochodzenie Światła. Nowele
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1929
Druk Concordia Sp. Akc.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
SKRĘT.

Falowały zboża i zakwitły właśnie, gdy pewnego wieczoru Sachar pastuszek wpadł do ojcowskiej chaty, wystraszony i zdyszały:
— Ojcze! — szepnął tajemniczo: — u nas skręt jest w życie.
Gospodarz przerwał wieczerzę, żona upuściła garnek.
— Gdzie? Kto ci mówił?
— Ja sam latał zobaczyć, bo mi chłopcy gadali. Jest skręt, „przeciw słońcu“ tam, za gruszką.
— Głupiś! — burknął ojciec, a matka już rozpoczynała lament.
— Moja dola ciemna, nieszczęśliwa! Teraz zguba na nas przyjdzie... Nie będzie to żyto nasze widziało ni stodoły, ni żaren, ni dzieży! Zginęliśmy, przepadli!
Gospodarz splunął i milczał, ale już po łyżkę nie sięgnął. Sąsiadka, co wstąpiła na chwilę, pokręciła markotnie głową i prędko wyszła, by wieść po wsi roznieść.
I gruchnęło od chaty do chaty:
— U Semenów w życie skręt jest! Przyjdzie na nich „licho!“
Semen do dnia nie czekał, w nocy poszedł sam się naocznie o swem nieszczęściu przekonać.
Za gruszą dziką, aż het ku lasom biegły pasem jego zagonki, a tuż przy miedzy ktoś garść zboża zgarnął i skręcił w węzeł. Tyle tylko, ale chłop patrzał na to ze zgrozą i przerażeniem.
Były to okropne czary. Kto to uczynił, znał największe zaklęcia, włożył w ten skręt moc niesłychaną złego! Tknąć — groziło chorobą; wyrwać — groziło śmiercią; zostawić — groziło zniszczeniem dobytku i mienia.
Chłop nie tknął, bał się nawet kląć sprawcę, ze zwieszoną głową wrócił do domu.
Nazajutrz cała wieś mówiła tylko o skręcie, każdy szedł go oglądać, szeptano różne racje, powody, zgadywano sprawcę. Semenicha płakała i łamała ręce, przypominając, czem kogo rozgniewać mogła.
W kilka dni potem u Semenów zdechło cielę, trochę później zginęła owca, wreszcie Sachar dostał febry.
Skręt poczynał okazywać swą moc.
Ruszył stary Semen po ratunek do bab i znachorów, ale otrzymał odmowę. Żaden nie chciał skrętu zaczepiać. Nareszcie jeden, podumawszy rzekł:
— Na skręt ma moc jedna, ale może już pomarła, stara Zozula z Drewicy! Zresztą nikt!
Drewica leżała o pięć mil, czas był roboczy, ale Semen się nie wahał, klacz zaprzągł i pojechał z wódką, chlebem i groszami w chustce.
Na wygonie za wsią spotkał kobietę chudą, w odartej odzieży, pasącą gęsi kilkoro.
— A dokąd to jedziecie? — zagadnęła.
— Jadę pomsty szukać na tym gałganie, co mi skręt zrobił. Zozula z Drewicy go odgadnie i pokarze.
Kobieta nie rzekła słowa, przykucnęła na ziemi i dumała. Po długiej chwili zegnała gęsi do chaty i weszła do izby.
Mąż jej, krawiec kulawy, bezczynnie drzemał na ławie; nędza wyzierała ze wszech kątów, na stole nie było nawet chleba kawałka nakrytego obrusem, w piecu nie było ognia na wieczerzę.
— Michał, wiesz ty, dokąd Semen pojechał? — szepnęła kobieta.
— Odczep się ode mnie! — burknął chłop.
— Do Drewicy pojechał, do Zozuli!
— Niech jedzie do samego czorta!
— Czyś się duru najadł? Toć Zozula ciebie nauczyła jak skręt zrobić, teraz na ciebie go odkręci!
— Nu, to co? Co mi weźmie? Pole zabrały braty, krowę wziął wilk, dziecko w piasku, chleba niema, chata się wali! Niema czego u mnie kręcić, bo i nogi już pokręcone? Ty sama durna!
Kobieta usiadła w kącie i płakała, a chłop, rozdrażniony, dalej mówił:
— Niech bogacz postęka. Oszukał mnie, za robotę nie zapłacił, złodziejem nazwał, za ten głupi kawałek sukna, co mi zbiegł. Poprzysięgłem, że go drogo będzie kosztował, i będzie. I Zozula mu nie poradzi... Mocnom zrobił... A ty milcz, bo zęby ci powybijam!
Krawczyni wiedziała, że spełni groźbę, więc nic nie rzekła, tylko ze strachem wyglądała powrotu Semena.
Drugiego dnia pod wieczór, ujrzała go na drodze. Wiózł z sobą babę starą, drobną, suchą, o świdrujących oczach i wąskich ustach, straszną Zozulę. Zdawało się kobiecie, że stara wie, kto ona i co myśli, i czego się lęka, bo popatrzała na nią przejmująco, a gdy wóz minął, obejrzała się raz jeszcze i poruszyła ustami.
Bez tchu wróciła do chaty.
— Zozula przyjechała! — oznajmiła mężowi, drżąc.
— Ach! — zdziwił się chłop. — I co powiedziała?
— Nie wiem! Dopiero com spotkała. Polecę, dowiem się!...
Michał nie bronił. Kobieta pobiegła w ulicę.
Około chaty Semena już tłum bab szeptał i czekał. Nie śmiały wejść do izby, tylko przez maluchne szybki zaglądały trwożne, oczekujące czegoś strasznego.
Zozula siedziała na ławie, wprost ogniska, tajemnicza, milcząca, kolącemi oczyma patrząc po wszystkich i poruszając bez słów ustami.
Wysłuchała po raz setny opowieści o skręcie i wreszcie spojrzała w okno, i rzekła:
— Miesiąc wszedł, pójdziemy na to miejsce!
— Sami pójdziecie? — spytała Semenicha.
— I wy wszyscy. Weźcie, gospodarzu, nowy garnek z żarem, taj prowadźcie.
Po chwil ruszył korowód. Na żarzące węgle rzuciła baba garść ziół jakichś; dym duszący snuł się, ogarniał ich, i tak szli, słowa nie mówiąc, przez całą wieś, aż na żytnie pola.
Za nimi pociągnęły kobiety obserwując znachorkę.
Michałowa szła, zęby jej szczękały. Widziała wyraźnie, że mijając ich chatę, ostatnią, Zozula jakby się potknęła, sekundę stanęła, coś cisnęła tam nieznacznie i poszła dalej.
Noc była srebrna od miesiąca, cicha, śliczna. Przyszli do Semenowych zagonów. Zozula wprost szła ku skrętowi. Znalazła go, poczęła nagle mówić głośno, wyraźnie, zawodząc czasami, jakby śpiew to był:
— Uczyniły cię opaczne ręce, niechże je pokręci! Uczyniły cię opaczne oczy, niechże prosto nie patrzą! Uczyniły cię opaczne myśli, niechże opacznie ustaną! Święte zboże cierpi, niechże grzesznik cierpi! Święte ziarno nie spełni się, niechże wiek złego się nie spełni! Amin, amin, amin!
Przystąpiła bliżej, dobyła z fartucha nóż wąski, ucięła ze skrętu jeden kłos, rzuciła na węgle:
— Tyle złego na Semena budynki!
Ucięła drugi, zadeptała w ziemię:
— Tyle złego na Semena rolę!
Ucięła trzeci, rzuciła w wodę w rowie:
— Tyle złego na Semena żywioł (bydło) i zdrowie rodziny! Amin, amin!
Podniosła rękę z nożem nad głową:
— Teraz niema w tobie Semenowej zaguby, teraz w tobie tylko zaguba uczyńcy! Teraz nad nim sąd, teraz nad nim odpłata! Amin, amin! Nie moja wola: wielka wola! nie moja siła: wielka siła! Kazano ciebie wziąć: pójdź!
Nóż błysnął w powietrzu: ucięła skręt przy samym korzeniu; zgarnęła go jak łup krugulczemi rękoma; omotała, jak więźnia, nicią ciemną wydobytą z fartucha, i, opędzając wokoło siebie coś niewidzialnego, schowała wiązkę w szmatę.
Potem na to miejsce, ze zboża ogołocone, wysypała żar z garnka, potłukła garnek, splunęła kilka razy, szepcząc zaklęcia, i zawróciła ku wsi.
Milcząc wracali za nią wszyscy.
Byli już daleko, gdy ze zboża wypełzł człowiek. Był to Michał, który wszystko słyszał i pewny był swej zguby.
Miedzami, rowami, czając się, wrócił do chaty.
Światła nie zapalił, spać się nie kładł, siadł na ławie i rozmyślał.
Co teraz będzie? co na niego obmyślą? Może już dnia nie doczeka... Skrępowany był przecie krwawą nicią, owinięty cmentarną szmatą, w mocy Zozuli.
Poczęły go dreszcze łamać, mrówki biegać po członkach, czuł, że go jakaś straszna moc obejmuje, a w głowie mu huczało od zgrozy i trwogi.
— Trzeba będzie bez pory umierać! — wyszeptał.
Tymczasem Zozula wróciła do Semenowej chaty, zasiadła, na stole przed sobą położyła skręt, jak żywego winowajcę, i spytała:
— Cóż tedy chcecie z nim zrobić, gospodarzu? Chcecie, by w wodzie się utopił, pod ziemię się zawalił, ogniem zgorzał, w powietrzu zawisnął? Co chcecie?
Semen popatrzał na garść kłosów, podumał, splunął.
— Niechby on tak sechł, jak my schli z troski za jego sprawą! — odparł wreszcie.
— Wasza wola! — rzekła znachorka.
Wzięła skręt ze szmaty i szepcząc uwiesiła go na nici u belki pułapu, w dymie i gorącu.
— Będzie sechł i sechł. Zechcecie mu oddech dać, wynieście na dwór pod strzechę; zechcecie, by skończył, spalicie w ogniu; zechcecie mu darować, połóżcie na progu kaplicy. Wasza wola nad nim!
— Jak przyjdzie, przeprosi, daruję! — mruknął Semen. — Niech ma wstyd przed dobrymi ludźmi. A nie ukorzy się, niech schnie szelma!
Chata była kurna, bez komina. W tumanach gryzącego dymu wiązka symboliczna kołysała się zwolna, i wszyscy wlepili w nią oczy.
Zozula szeptała ostateczne zaklęcia.
Kobiety rozproszyły się po wsi, roznosząc straszną zapowiedź.
Michałowa opowiedziała wszystko mężowi. Słuchał milczący, niewidzialny w ciemności; dopiero gdy mu rzekła, by szedł Semena przeprosić, porwał się z ławy i rzucił się do niej z pięściami.
— Ty milcz, jeśli żyć chcesz!... rozumiesz? Zdechnę, a kłaniać się nie pójdę! Ty milcz!
Kobieta uciekła z chaty przerażona. Nazajutrz co rychlej wyprzedała gęsi, co miała płótna i szmat wyniosła do sąsiadów, nie szła nawet pleć w ogrodzie. Czekała niezawodnie zniszczenia i zguby.
Michał był ponury. Zapadły mu przez jedną noc oczy, zacięły się usta. Nie próbował się zaklęciu opierać, tylko z zawziętością bez siły powiedział sobie:
— Mam wyschnąć, ma mnie ten spalić, kiedy mu ochota, no, to przynajmniej harować nie będę.
I zaczęło się powolne działanie zmory. Co rano czuł na sobie ciekawy, pytający wzrok żony, czy już schnąć zaczyna, a po tygodniu już cała wieś miała go w podejrzeniu; poczęto szeptać, oglądać się na niego, ścigać go ciekawemi oczyma, aż we własnej chacie szpiegować każdy jego ruch i czyn, i słowo. Niewiadomo skąd urosło podejrzenie, ale na drugi tydzień już go i sam Semen urągliwie zagabnął:
— Krawiec, może ty ciekaw, jak mój skręt wygląda u pułapu! Sucho mu, sucho!
Michał spojrzał zpodełba, chciał łajać, ale go nagle porwała dzika chęć zobaczenia swego losu.
Wszedł. W dymie ogniska, okopcony zmalały, skurczony, kołysał się skręt. Ciepło go tak wciąż poruszało, a ze szmaty wytykało się kłosów kilka, jakby ramiona bólem pokrzywione.
— Gorąco mu, gorąco: uschnie na samą porę!
— Na jaką porę? — zagadnął Michał machinalnie, oczu nie zwracając.
— Na Narodzenie — odparł Semen ze złym uśmiechem. — Będę go suszył lato i jesień, a spalę na samo Narodzenie, by nie skosztował pieroga i nie pochowany ludziom obrzydł przez święta! Ot, jak jemu będzie, chyba się mnie pokłoni!
Michał spojrzał na niego strasznie.
— A taki łżesz! — burknął. — Suszyć moc masz, ale śmierci uczynić — nie masz! Będzie w tem jego wola.
— Ot zobaczym!
— Zobaczym.
I rozeszli się. Nazajutrz Michał poczuł się słaby, gorąco mu było nadzwyczaj, do jadła ni wody nie miał chęci. Pomimo to ukrywał niemoc przed żoną, poszedł nawet na zarobek.
Szył siermięgę u sąsiada, i czuł, że jest przedmiotem obserwacji, szeptów, niemiłosiernej ciekawości.
— Coś ty „musi“ chory! — zagabnęła go gospodyni.
— Czego? Jednakowy! — burknął.
— Nijakiej „kraski“ nie masz na twarzy! Odymiony wyglądasz i takiś wysechł!
— Nigdy czerwony ni tłusty ja nie był.
— Nie taki ty, jak był, nie taki! — rzekła baba przeciągle.
Tydzień zmagał się Michał ze zmorą, borykał się z chorobą, krył mękę. Wreszcie się położył.
Nic mu właściwie nie dolegało, nic nie brakło, tylko niemoc czuł nieznośną. Nogi ciążyły ołowiem, ręce opadały, oczy wciągało w głąb czaszki, suchość okropną miał w ustach i gardle. Położył się w kącie na ławie, chodziły mu bezkarnie po twarzy roje much, opadały nań sadze z pułapu, on oczu nie otwierał, nie ruszał, tylko wciąż widział jedno: garść zielonego zboża, kołysaną gorącem dymu, sczerniałe kłosy, wydzierające się ze szmaty.
Żona, gdy go ujrzała tak leżącym, poczęła wyrzekać, łajać go, potem lamentować. Na wszystko był nieczułym, oczu nie otworzył.
Teraz już nie pogłoski, nie szepty szły po wsi. Teraz była pewność: mówiono głośno, schodzono się do chaty, oglądano go bezczelnie.
Żona odstąpiła go, zaparła się wszelkiego wspólnictwa i porozumienia, zdała go własnemu losowi. Chodziła na zarobki, i baby poczęły już ją swatać.
— Robocza kobieta, zdrowa, ze lnem się osobliwie dobrze obchodzi. Płócien ma moc wielką. Nie wypracowana, bo krawiec na nią zarabiał. Można ją brać, jak malinę!
Słuchali tego chłopy wdowcy i potakiwali.
— Czemu nie! Dobra baba! Żeby ten długo nie sechł!
— A cóż! Wiadomo! Do kolend go Semen trzyma. Po Jordanie można będzie brać!
Była to tedy rzecz ukartowana, niezawodna, i czarny Stepan, który żonę właśnie pochował, Michałową sam zaczepił.
— Jak ten zeschnie, to do ciebie przyjdę! Lnu nieboszczka ośm zagonów zasiała, a dzieciska posłuszne. Będą ciebie matką zwać, jak każę.
— Nie wiem! Pomyślę. Jeszcze czas! — odparła Michałowa, niedaleka od zgody.
A Michał leżał w kącie zjadany przez robactwo i zmorę. Wychudł i sczerniał, prawie nic nie jadł; zwlekał się czasem przed chatę i hbezmyślnemi oczyma patrzał w jeden punkt.
I widział wciąż dym, dym, dym i kołyszący się skręt zboża, okręcony w cmentarną szmatę, owinięty nicią krwawą.
Nikt nie przyszedł go pocieszyć, poratować, z nikim się myślą nie podzielił.
Ludzie pożęli zboża, radowali się dostatkiem, potem zebrano i lny, i poczęły kobiety międlić, a na dworze uczyniło się dżdżysto, czarno, smutno.
Michałowa więcej teraz przebywała w domu i dokuczała mężowi.
Umęczony jej skargami i klątwami, raz się obruszył:
— Czego ty chcesz, wiedźmo! Drew ci mam przywieźć, dach połatać! To idź, proś tego, niech mi oddech da!
Michałowa poszła do Semenów; wróciła po długim czasie.
— Nu, wstawajże, ty kłodo! Masz oddech na tydzień! Ledwiem ubłagała! Zdjął Semen twoją chorobę, wywiesił ładnie pod strzechę! Nu, wstawaj.
I Michał wstał. Był już opętany zupełnie przez zmorę, nie miał własnej woli i mocy. Wstał i zajął się robotą. Robił jak automat, oczy miał szklane, ruchy nieswoje, głos dziki. Ale przecie ruszał się, jadł, pił. Odetchnął.
Ale było to odetchnienie skazańca, który wie termin wypełnienia wyroku. Codzień słabsze były ruchy i czyny, codzień czarniejsze myśli, i gdy tydzień ubiegł, Michał znowu się położył.
Cała wieś uważała, że inaczej być nie może, że tak być powinno. Ani jedna dusza nie użaliła się mąk tego nieszczęśliwca. Zresztą on sam nie dałby się uleczyć.
I znowu rozpoczęła się gadka po wieczornicach.
— Krawiec schnie i schnie! A zawzięty! Nie pójdzie się pokłonić Semenowi!
— Semen gadał, że jużby nic teraz nie pomogło, bo skręt już się raz zatlił od gorąca. Takci skończy.
Ale koniec był ciężki. Okropne listopadowe słoty, wichry, ciemnoty ogarnęły ziemię, rozdzierająco, smutno jęczały ostatnie pastusze surmy, wiatr wył jak dusza przeklęta, w chacie ciągły mrok panował.
— Marto! — odezwał się raz Michał po tygodniowem milczeniu do żony przędącej u komina.
— A czego? — burknęła niechętnie.
— Idź ty! Nadmiar mi ciężko! Idź, poproś, niech mi oddech da! Już nie wytrzymam! Oj, Chryste!
Chrystusa wzywał, ale kto On był, nie wiedział. Mówił utarte słowo, treści obcy!
Michałowa poczęła burczeć:
— Naco ci oddech? Leżałbyś! Naco ty komu!
Chłop umilkł, ale po chwili znowu przemówił:
— Warsztat tkacki bym ci poładził. Drew urąbał!
— Żebyś choć w żarnach pomełł osypkę!
— Żeby oddech, tobym może „zdużał!“
To zachęciło babę. Ogarnęła się i poszła.
Ale bawiła bardzo krótko i wróciła wściekła.
— Bodajeś zdechł prędzej. Wstydu się tylko najadłam, ludzkiego szczekania, przez ciebie! Semen mnie złajał i wypędził! Da ci oddech, powiada, da, ale na kolendy, w piecu, w ogniu! U nich tam bitwa w chacie z synową, więc wszyscy jak szerszenie! Leż, trupie!
Michał już się nie odezwał, ale myślał.
I hędzież Semena moc do końca? będzież prawda Zozuli? Nie pomści się on? nie odpłaci? nie uczyni ich łgarzami? Śmierć idzie, nie kwapi się, posłuszna im, tym dwojgu. Nie możnaż to wyjść do niej, na pół drogi? Nie możnaż to ohydzić Semenowi chaty, oszukać Zozuli? Kołysze się skręt na krwawym sznurze... Pośmiewisko z niego ma wieś i Semenowa chata. Nu, on im uczyni sztukę, zacuchną im kolendy, nie przejdzie pierog przez gardło!
Życie w ich ręku, a od śmierci im wara!
Leżał Michał, nie stękał, nie skarżył się, nawet mu się twarz zmieniła. Czasem latały po niej ognie i drgnienia, jakby uciechy, czasem okiem po izbie wodził, jakby czegoś szukał, jakby czegoś pragnął. Raz nawet do żony zagadał:
— Wódkibym się napił. Przynieś.
— Ale, pewnie! Jeszcze cię traktować będę! Dosyć będzie na ciebie wódki, jak umrzesz!
— W sieni, w strzesze, nade drzwiami jest szmatka z pieniędzmi. Weź i wódki kup!
Poskoczyła żywo, znalazła w szmatce rubla.
Przyniosła mu tedy butelkę wódki i poczęła się łasic.
— Mój sokoliku! Może ty gdzie jeszcze schował? Powiedzże mnie biednej, co po tobie sierotą zostanę! Powiedzże, póki czas! Może ci mowę odjąć, możesz w nocy zamrzeć, że nie posłyszę...
— Jak pora przyjdzie, to powiem! — mruknął, chowając butelkę w słomę, na której leżał.
Ożywiona tą nadzieją, Michałowa stała się dla niego uważniejszą, mniej szorstką. Codzień zagabywała o pieniądze, ale chłop skamieniał znowu w milczeniu.
Na świecie uczyniło się biało od śniegu. Adwent dobiegał końca. Wbrew przepowiedniom, Michał był rzeźwiejszy, próbował chodzić, jeść, patrzał przytomniej. Dziwowała się cała wieś. Zaglądano do Semenów, badając wygląd skrętu. I zdawało się im, że naprawdę słoma była zdrowsza.
— To tak przed końcem! — urągał Semen, zaniepokojony w duchu jednakże.
Czasami chęć go brała, nie czekając świąt, spalić wiązkę nieszczęsną, ale się opierał.
— Powiedziałem: na kolendę! Niech tak będzie.
Aż i kolendy przyszły.
Na Wigilję cała wieś wybiegła na mszę nocną, puste były ulice, puste chaty. W oddali dzwony pięknie grały.
Ogarnęła się też Michałowa i poszła. Michał na posłaniu siedział, mocny na podziw, patrzał żywo. Toć nie umrze tak nagle!
Była tedy zupełnie spokojna i poszła.
Gdy jej kroki ucichły, Michał za siebie sięgnął, butelkę z wódką dobył i wypił blisko połowę.
Zachował ją na tę okazję.
Potem włożył siermięgę, opasał się, ale ani butów nie kładł, ani czapki nie szukał. Bosy, z odkrytą głową, słaniając się trochę i dysząc, wyszedł na śnieg i mróz, wsunął się poza stodoły, kędy nikt nie chadzał, kędy nikogo nie spotka.
Dzwony grały cudnie, ludzisków pełna po brzegi była kaplica, nabożeństwo uroczyste i długie.
Ranek szarzał, gdy tłum rozchodzić się począł, gromadami zmierzając ku chatom na pierogi i kiełbasy, na śpiewy i zabawy, i świąteczny odpoczynek Szedł i Semen z rodziną. Semenicha troskała się o chatę, w której ino najemnica głucha została na straży, chłop ją pocieszał:
— Zaparła się w komorze, gdzie pierogi i mięso złożone, a w chacie pociemku nikt plondrować nie pójdzie. I skrętu się będą bali! Oho, to dobry stróż!

Drzwi od sieni zastali zamknięte, a chatnie trochę przechylone, jakby je z wewnątrz ktoś trzymał.
Semenicha szarpnęła je ku sobie i wrzasnęła okropnie.
Przed nią stał krawiec z rękoma obwisłemi i pokazywał jej język, przekrzywiwszy głowę.
Semen odepchnął żonę, rzucił się ku niemu i pchnął. Ale krawiec ino się zakołysał, jak skręt na nici, i uderzył chłopa. Wtedy w mroku chaty ujrzeli, że wisiał na czerwonym pasie u belki, i że już zsiniał i zastygł. A obok niego, u tej samej belki, wisiała więź przeklęta, już zupełnie sczerniała.
Zapanował w chacie okropny popłoch, krzyk, gwar, najście ludzi. Odcięto wisielca, postawiono straż, chatni wynieśli się do sąsiadów.
W tem zamieszaniu i zgiełku znikł gdzieś skręt zaczarowany. Pomimo trwogi, pamiętał o nim przezorny Semen i sprzątnął wczas, aby utrzymać powagę Zozuli, moc swoją, i nie mieć śladu dla policji, w razie niepotrzebnych gawęd i plotek.
I takci Michał ino się pomścił i chatę zohydził, ale nie przekonał nikogo, że uprzedził wyrok nad jego skrętem!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.