Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/84

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

stole nie było nawet chleba kawałka nakrytego obrusem, w piecu nie było ognia na wieczerzę.
— Michał, wiesz ty, dokąd Semen pojechał? — szepnęła kobieta.
— Odczep się ode mnie! — burknął chłop.
— Do Drewicy pojechał, do Zozuli!
— Niech jedzie do samego czorta!
— Czyś się duru najadł? Toć Zozula ciebie nauczyła jak skręt zrobić, teraz na ciebie go odkręci!
— Nu, to co? Co mi weźmie? Pole zabrały braty, krowę wziął wilk, dziecko w piasku, chleba niema, chata się wali! Niema czego u mnie kręcić, bo i nogi już pokręcone? Ty sama durna!
Kobieta usiadła w kącie i płakała, a chłop, rozdrażniony, dalej mówił:
— Niech bogacz postęka. Oszukał mnie, za robotę nie zapłacił, złodziejem nazwał, za ten głupi kawałek sukna, co mi zbiegł. Poprzysięgłem, że go drogo będzie kosztował, i będzie. I Zozula mu nie poradzi... Mocnom zrobił... A ty milcz, bo zęby ci powybijam!
Krawczyni wiedziała, że spełni groźbę, więc nic nie rzekła, tylko ze strachem wyglądała powrotu Semena.