Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Przystąpiła bliżej, dobyła z fartucha nóż wąski, ucięła ze skrętu jeden kłos, rzuciła na węgle:
— Tyle złego na Semena budynki!
Ucięła drugi, zadeptała w ziemię:
— Tyle złego na Semena rolę!
Ucięła trzeci, rzuciła w wodę w rowie:
— Tyle złego na Semena żywioł (bydło) i zdrowie rodziny! Amin, amin!
Podniosła rękę z nożem nad głową:
— Teraz niema w tobie Semenowej zaguby, teraz w tobie tylko zaguba uczyńcy! Teraz nad nim sąd, teraz nad nim odpłata! Amin, amin! Nie moja wola: wielka wola! nie moja siła: wielka siła! Kazano ciebie wziąć: pójdź!
Nóż błysnął w powietrzu: ucięła skręt przy samym korzeniu; zgarnęła go jak łup krugulczemi rękoma; omotała, jak więźnia, nicią ciemną wydobytą z fartucha, i, opędzając wokoło siebie coś niewidzialnego, schowała wiązkę w szmatę.
Potem na to miejsce, ze zboża ogołocone, wysypała żar z garnka, potłukła garnek, splunęła kilka razy, szepcząc zaklęcia, i zawróciła ku wsi.
Milcząc wracali za nią wszyscy.