Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Byli już daleko, gdy ze zboża wypełzł człowiek. Był to Michał, który wszystko słyszał i pewny był swej zguby.
Miedzami, rowami, czając się, wrócił do chaty.
Światła nie zapalił, spać się nie kładł, siadł na ławie i rozmyślał.
Co teraz będzie? co na niego obmyślą? Może już dnia nie doczeka... Skrępowany był przecie krwawą nicią, owinięty cmentarną szmatą, w mocy Zozuli.
Poczęły go dreszcze łamać, mrówki biegać po członkach, czuł, że go jakaś straszna moc obejmuje, a w głowie mu huczało od zgrozy i trwogi.
— Trzeba będzie bez pory umierać! — wyszeptał.
Tymczasem Zozula wróciła do Semenowej chaty, zasiadła, na stole przed sobą położyła skręt, jak żywego winowajcę, i spytała:
— Cóż tedy chcecie z nim zrobić, gospodarzu? Chcecie, by w wodzie się utopił, pod ziemię się zawalił, ogniem zgorzał, w powietrzu zawisnął? Co chcecie?
Semen popatrzał na garść kłosów, podumał, splunął.