Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Miesiąc wszedł, pójdziemy na to miejsce!
— Sami pójdziecie? — spytała Semenicha.
— I wy wszyscy. Weźcie, gospodarzu, nowy garnek z żarem, taj prowadźcie.
Po chwil ruszył korowód. Na żarzące węgle rzuciła baba garść ziół jakichś; dym duszący snuł się, ogarniał ich, i tak szli, słowa nie mówiąc, przez całą wieś, aż na żytnie pola.
Za nimi pociągnęły kobiety obserwując znachorkę.
Michałowa szła, zęby jej szczękały. Widziała wyraźnie, że mijając ich chatę, ostatnią, Zozula jakby się potknęła, sekundę stanęła, coś cisnęła tam nieznacznie i poszła dalej.
Noc była srebrna od miesiąca, cicha, śliczna. Przyszli do Semenowych zagonów. Zozula wprost szła ku skrętowi. Znalazła go, poczęła nagle mówić głośno, wyraźnie, zawodząc czasami, jakby śpiew to był:
— Uczyniły cię opaczne ręce, niechże je pokręci! Uczyniły cię opaczne oczy, niechże prosto nie patrzą! Uczyniły cię opaczne myśli, niechże opacznie ustaną! Święte zboże cierpi, niechże grzesznik cierpi! Święte ziarno nie spełni się, niechże wiek złego się nie spełni! Amin, amin, amin!