Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Michał spojrzał zpodełba, chciał łajać, ale go nagle porwała dzika chęć zobaczenia swego losu.
Wszedł. W dymie ogniska, okopcony zmalały, skurczony, kołysał się skręt. Ciepło go tak wciąż poruszało, a ze szmaty wytykało się kłosów kilka, jakby ramiona bólem pokrzywione.
— Gorąco mu, gorąco: uschnie na samą porę!
— Na jaką porę? — zagadnął Michał machinalnie, oczu nie zwracając.
— Na Narodzenie — odparł Semen ze złym uśmiechem. — Będę go suszył lato i jesień, a spalę na samo Narodzenie, by nie skosztował pieroga i nie pochowany ludziom obrzydł przez święta! Ot, jak jemu będzie, chyba się mnie pokłoni!
Michał spojrzał na niego strasznie.
— A taki łżesz! — burknął. — Suszyć moc masz, ale śmierci uczynić — nie masz! Będzie w tem jego wola.
— Ot zobaczym!
— Zobaczym.
I rozeszli się. Nazajutrz Michał poczuł się słaby, gorąco mu było nadzwyczaj, do jadła ni wody nie miał chęci. Pomimo to ukrywał niemoc przed żoną, poszedł nawet na zarobek.