Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Ty milcz, jeśli żyć chcesz!... rozumiesz? Zdechnę, a kłaniać się nie pójdę! Ty milcz!
Kobieta uciekła z chaty przerażona. Nazajutrz co rychlej wyprzedała gęsi, co miała płótna i szmat wyniosła do sąsiadów, nie szła nawet pleć w ogrodzie. Czekała niezawodnie zniszczenia i zguby.
Michał był ponury. Zapadły mu przez jedną noc oczy, zacięły się usta. Nie próbował się zaklęciu opierać, tylko z zawziętością bez siły powiedział sobie:
— Mam wyschnąć, ma mnie ten spalić, kiedy mu ochota, no, to przynajmniej harować nie będę.
I zaczęło się powolne działanie zmory. Co rano czuł na sobie ciekawy, pytający wzrok żony, czy już schnąć zaczyna, a po tygodniu już cała wieś miała go w podejrzeniu; poczęto szeptać, oglądać się na niego, ścigać go ciekawemi oczyma, aż we własnej chacie szpiegować każdy jego ruch i czyn, i słowo. Niewiadomo skąd urosło podejrzenie, ale na drugi tydzień już go i sam Semen urągliwie zagabnął:
— Krawiec, może ty ciekaw, jak mój skręt wygląda u pułapu! Sucho mu, sucho!