Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Niechby on tak sechł, jak my schli z troski za jego sprawą! — odparł wreszcie.
— Wasza wola! — rzekła znachorka.
Wzięła skręt ze szmaty i szepcząc uwiesiła go na nici u belki pułapu, w dymie i gorącu.
— Będzie sechł i sechł. Zechcecie mu oddech dać, wynieście na dwór pod strzechę; zechcecie, by skończył, spalicie w ogniu; zechcecie mu darować, połóżcie na progu kaplicy. Wasza wola nad nim!
— Jak przyjdzie, przeprosi, daruję! — mruknął Semen. — Niech ma wstyd przed dobrymi ludźmi. A nie ukorzy się, niech schnie szelma!
Chata była kurna, bez komina. W tumanach gryzącego dymu wiązka symboliczna kołysała się zwolna, i wszyscy wlepili w nią oczy.
Zozula szeptała ostateczne zaklęcia.
Kobiety rozproszyły się po wsi, roznosząc straszną zapowiedź.
Michałowa opowiedziała wszystko mężowi. Słuchał milczący, niewidzialny w ciemności; dopiero gdy mu rzekła, by szedł Semena przeprosić, porwał się z ławy i rzucił się do niej z pięściami.