Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/85

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Drugiego dnia pod wieczór, ujrzała go na drodze. Wiózł z sobą babę starą, drobną, suchą, o świdrujących oczach i wąskich ustach, straszną Zozulę. Zdawało się kobiecie, że stara wie, kto ona i co myśli, i czego się lęka, bo popatrzała na nią przejmująco, a gdy wóz minął, obejrzała się raz jeszcze i poruszyła ustami.
Bez tchu wróciła do chaty.
— Zozula przyjechała! — oznajmiła mężowi, drżąc.
— Ach! — zdziwił się chłop. — I co powiedziała?
— Nie wiem! Dopiero com spotkała. Polecę, dowiem się!...
Michał nie bronił. Kobieta pobiegła w ulicę.
Około chaty Semena już tłum bab szeptał i czekał. Nie śmiały wejść do izby, tylko przez maluchne szybki zaglądały trwożne, oczekujące czegoś strasznego.
Zozula siedziała na ławie, wprost ogniska, tajemnicza, milcząca, kolącemi oczyma patrząc po wszystkich i poruszając bez słów ustami.
Wysłuchała po raz setny opowieści o skręcie i wreszcie spojrzała w okno, i rzekła: