Na tokach

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Na tokach
Pochodzenie Światła. Nowele
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1929
Druk Concordia Sp. Akc.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
NA TOKACH.

Szymon Derkacz stał na progu kancelarji pańskiej i milczał. A poza biurem pan piorunował:
— Mówiłem ci, stary, żeś głupiec i warjat, gdyś sobie młodą żonkę brał. Tyleś lat przeżył bez tego dodatku i byłem z twej służby rad. Teraz pod twoim nosem zwierzynę tłuką, drwa kradną, bydło pasą — a ty chodzisz, jak senny. Jak dłużej tak będzie, to służbę stracisz i świadectwa nie dostaniesz. Wtedy nie miej do mnie żalu, bom cię nieraz ostrzegał.
Chłop podniósł oczy bure, w których widniały wściekłość i zapamiętanie bezgraniczne. Głos jednak był pokorny i głuchy, i postawa niewolnika.
— Proszę pana, ja wiem kto zwierzynę bije i drwa kradnie. Jeden na moją zgubę nastaje, jeden mi krew pije. Ten zbój Andrzej Owada!
— Kiedy wiesz, to go pojmaj na gorącym uczynku, strzelbę odbierz, i do sądu pójdzie.
— Ja go żywcem nie pojmę! — głucho ze wstydem i zaciekłością mruknął chłop.
Istotnie wątły był i niskiego wzrostu, twarzy bladej i chudej, ułomek człowieka.
— Strzelba jego u kryta w lesie, codzień gdzieindziej. Niema dla niego ni mrozu, ni zamieci, ni bagna, ni wody. Pan może nie wierzy — a ot ja drugi tydzień nie śpię i strawy nie jem, a za nim chodzę. Spotkałem raz przy cietrzewiu na tokach. Żebro mi złamał i nogami w błoto wdeptał. Jeszcze drwił, odchodząc, i proch i śrut z torby mi zabrał. A świadków skąd wziąć w borze? Cieciory chyba!
— Weź kogo do pomocy. We dwóch dacie mu rady.
— Nie, teraz już on mój będzie! Dosyć wstydu i zgryzoty najadłem się przez niego. Niech pan mi ten raz daruje. Może jutro, może za dwa dni przyniosę panu Andrzejową strzelbę.
— Pamiętajże! dopatrz, gdzie ją ukrywa, i niech się to raz skończy.
Szymon ukłonił się w pas, tak nisko, że jego długie włosy dotknęły prawie ziemi, i ujął za klamkę. Potem raz jeszcze się zwrócił i spytał:
— Cietrzewie na tokach dozwala się bić?
— Można, bo zbyt one czujne, by się łatwo dały podejść! — odparł pan żartem.
Twarz chłopa skrzywiła się uśmiechem szyderczym, pokłonił się raz jeszcze i wyszedł.
Na dworze był późny wieczór kwietniowy. Zaraz za dworem cisza wielka słała się nad łanami, cisza przesiąkła wonią pąków, ciepłych powiewów i tajemnem wrzeniem budzącego się życia.
Opodal na wsi błyskały światełka nisko nad ziemią, a górą chwilami biegł szum i drżenie powietrza, trącanego lotkami ptaków wędrownych, które spóźnione nadążały co sił na letnie siedziby. Strażnik szedł krokiem myśliwca, prędko, bez szelestu, ledwie tykając ziemi, jak zwierz, z którym w swym lesie obcował.
Kocie jego oczy, pomimo chmurnej, bezmiesięcznej nocy, widziały każdy wybój drogi, każdą kałużę. Minął dworską wysadę, groblę — wszedł w ulicę wioskową i zatrzymał się u karczmy.
Zajrzał przez szybę do wnętrza, oczy mu zamigotały zielono, jak u wilka, zawarczał przekleństwo — i wszedł do szynkowej izby.
Mało było ludzi. Dwie kobiety targowały się z żydem o płótno, jakiś pijak z profesji wyśpiewywał sprośne piosenki, wójt dworski namawiał kilku chłopaków na służbę, — zresztą mało było ruchu i wrzawy. Wprost drzwi siedział parobek naschwał piękny i wysmukły. Siedział bezczynnie, z ręką za czerwonym pasem, w czapce na bakier, i gwizdał, patrząc drwiąco na chłopaków, godzących się do dworu.
Czuł się najsilniejszym, najpiękniejszym, a zuchwałość i bezczelność biła mu z twarzy.
Na widok strażnika uśmiech mignął mu po ustach, i nie zmieniając postawy, rzekł do żyda:
— Srul! Dworacy ci dzisiaj całą wódkę wypiją!
Szymon podszedł do szynkwasu, wypił raz po raz dwa półkwaterki, zażądał tytuniu, i nabijając fajkę, rzekł do wójta:
— Nie wiecie? Można dostać się na „prostki“ do Powity? Pan mnie tam z listem wyprawił.
— Pewnie, że można, ale szmat drogi, i podłej!
— Nic to. Jutro na wieczór wrócę.
— A nie boisz się, że ci żonę ukradną! — zaśmiał się parobek urągliwie.
— Cietrzewie na tokach wolno bić! — odparł.
— Wolno? Tylko, że nie ty ich podejdziesz, maro! Tybyś i do przywiązanego nie trafił. I poco to takie kukły chlebem karmią! Strażnik to — ta pchła!
Wyprostował się i na stół rzucił garść srebra.
— Srul...! Dawaj wódki! Żebym ja strażnikiem zechciał być, toby inaczej szło! Ale ja nie stał w pokłonach włosami ziemię wycierać, i nie stał prosić i słuchać i cudzą wolą żyć!
Wójt podniósł głowę i rzekł:
— Ty, Andrzej, hodujesz włosy pod aresztanckie nożyce. Nie gębuj bardzo. Nie jeden ty złodziej, i nie największy. Panujesz do czasu!
— Jeszcze was wszystkich przepanuję, dworskie pokurcze! — zuchwale rzucił parobek.
Nalał sobie szklankę wódki, wypił i splunął.
— Moc moja i wola moja! A wy drżycie przede mną, jak kura przed szulakiem!
— Ja nie drżę! — ozwał się spokojnie Szymon. — Ty las kradniesz, zwierzynę kradniesz i żonkę mi bałamucisz. Ja to wiem i wiedzą ludzie. Każdy wie, żeś łotr i złodziej. Dokuczyłeś całej wsi, stu dobrych cierpi przez ciebie, gałgana. To krzywda. Przyjdzie po ciebie sprawiedliwość. Pan mi kazał twą strzelbę do dworu przynieść, i ja ją przyniosę!
— Ha, ha, ha! — zaśmiał się zuchwale parobek.
— A dużo masz jeszcze całych żeber?
— No, no! Tobie radzę mojemi ścieżkami nie chodzić!
— Aha, pewnie! Chodzę tam, gdzie mi się podoba!
Wziął się pod boki i zaśpiewał:

A przy płocie czeremszyna na straży —
Czy się do mnie moja miła odważy?
Ja kwitnącą czeremszynę rozgarnę
I do siebie moją miłą przygarnę!...

— Hi, hi, hi! — zaśmieli się chłopcy, spoglądając szyderczo na Szymona.
Ten o jeden cień pobladł na twarzy, przez wąskie wargi błysnęły zęby w grymasie. Nic nie odrzekł, pociągnął dymu z fajki i wyszedł. Za nim rozległy się śmielsze drwiny i śmiechy, grube żarty i koncepty.
Andrzej położył się wreszcie na ławie i udawał, że drzemie. Upłynęła tak godzina. Ludzie poczęli się rozchodzić. Żyd z żoną wysunęli się do alkierza.
Wtedy Andrzej wstał i wyjrzał oknem.
Ciemna noc, i pusto na ulicy. Coś jakby lenistwo czy niechęć trzymało chwilę parobka na ławie. Potem ogarnął siermięgę i wyszedł.
Ludzie już spali. Dla niego rozpoczynała się dopiero praca. Żył jak wilk — w nocy. Szedł powoli i rozmyślał: czy pójść do starosty, gdzie wczoraj wypatrzył kosz z kiełbasami w świronku, czy do dworu, gdzie zawsze było coś do uprzątnięcia na gumnie, czy podkopać się do żydowskiego alkierza?
Szedł aż za wieś niezdecydowany, gdy go od boru, wśród cichości nocnej doleciało tokowanie cietrzewia. Potem bek dziki, przeciągły kozła. Razem z tem graniem, szedł stamtąd dech pąków, wyziewy gorące, i jego krew objęła żądza do pięknej, młodej żony Szymona. Wyprostował się, wciągnął w nozdrza wiosenne tchnienie, i już bez wahania ku borom zawrócił.
Droga, zrazu piaszczysta i szeroka, przechodziła nieznacznie w wygon pusty, pocięty bydlęcemi ścieżkami, i urywała się zupełnie u krzaków, stanowiących podszycie boru.
W ciemności ziemia — pole i te krzaki, były jedną masą szarą i tajemniczą.
Tylko im bliżej lasów, tem gwarniej. Rozróżnić można było wabienie się kaczek, i przelatywania, i głosy trwożne i radosne, a ponad wszystkiem górowały cietrzewie i bek koźli.
Andrzej chwilę szedł pod ścianą krzaków, potem w jakiejś sobie znanej szczelinie przepadł. Była to jego złodziejska ścieżka, a szła zygzakiem, jak trop każdego rabusia i zbiega.
A za nim — jeszcze na piaskach, powstał cień człowieka, który go oczekiwał, leżąc nieruchomo w cieniu sosen cmentarnych.
Powstał i szedł jego tropem, jak za wilkiem chadza ryś. Ruchy jego były kocie i oczy błyszczały w ciemności zielono.
Pod stopą wilczą niekiedy zaszeleścił liść jesienny lub złamała się gałązka, ryś zda się płynął po ziemi, niczem nie zdradzając swej obecności.
Andrzej się nie kwapił. Właściwe toki jeszcze się nie rozpoczęły, były to przygrywki, urywane akordy — rozbite po całym lesie.
Więc szedł, nasłuchując, układając plan, wreszcie stanął — i uzuchwalony ciszą, zapalił fajkę.
Wąska struga, wezbrana, w obramowaniu czarnej olszyny, przecinała jego ścieżkę. Na uboczu stała osika ze złamanym wierzchołkiem i bielała pniem z kory odartym.
Andrzej obejrzał się tu i tam, poczekał chwilę i podszedł do niej.
Zdjął świtę i po gładkim pniu wdarł się na wierzch. Gdy ześliznął się na ziemię, miał już na plecach torbę i strzelbę.
Wtedy, jakby poczuł wielką moc, ruszył dalej już śmiało, po znanych sobie tylko brodach i kępach, i gwizdał zcicha. A była to ta sama zuchwała piosenka z karczmy, a on szedł — do straży.
Leśniczówkę jodły otaczały, cieniem podsunął się aż pod ogrodzenie — wprost świecącego okienka i trzy razy zahukał jak sowa: Pój-dź! pój-dź!
Żałosny, posępny okrzyk obił się o bór, i po małej przerwie załopotały skrzydła tuż nad jego głową.
Sowa usiadła na jodle i odpowiedziała na wołanie. Jednocześnie z chaty wyszła biała postać kobiety i szła cicho ku ogrodzeniu.
Zaszemrał szept tajemniczy, potem chrzęst płotu i ciche kroki — szelest rozchylanej jedliny, i wszystko ucichło — tylko sowa zleciała na chatę i raz jeszcze zahukała żałośnie.
Cietrzewie tokowały na cyplu lasu, wsuniętym ostro w szerokie łąki błotniste.
Nie był to jeszcze ranek, ani świtanie, ale jakby dogasanie nocy. Rosa padała z szelestem i rzeźwy powiew szedł od łąk, a niebo poczynało odcinać się od ziemi i nabierać przejrzystości i bursztynowych na wschodzie smug.
Tokowały trzy koguty na wysokich, bezlistnych dębach.
Ze spuszczonemi skrzydły i roztoczonym w wachlarz ogonem, z nabrzmiałą, czerwoną brwią, grały zapamiętale, pyszniąc się swem świetnem upierzeniem i siłą. Rzucały akord po akordzie, szybko, z coraz krótszemi przerwami, zapalając się do szału, chcąc współzawodników zagłuszyć. Ryło coś wściekłego w tej zapalczywości. Niekiedy porywał się jeden i z sykiem leciał na przeciwnika. Wtedy w cichości bój się poczynał, i okrwawieni, rozlatywali się, by znowu napełniać las namiętną pobudką. Cicho, zrzadka gdacząc, przelatywały samki i zapadały w gąszcz młodych zarośli. Ledwie ich się domyślać można było po ruchu krzaków i dyskretnem kwoktaniu. Aż po kraniec boru biegło z echem budzącego się świtu granie toków.
Przytulony do drzewa, nieruchomy, od godziny stał Andrzej na czatach.
Parę razy mógł ubić cieciorę przelotną, ale on się uwziął na koguta, który odegnał dwóch innych i tokował najgłośniej.
Oczy myśliwca śledziły ptaka, który, jakby przeczuciem wiedziony, umykał mu z pod strzału, krążąc z dębu na dąb, zapadając w gąszcze, wybierając niedostępne gałęzie. Niebo coraz jaśniało. Smugi bursztynu były już perłowe z różową obwódką — lada chwila toki ucichną do następnego świtu.
Nareszcie Andrzej ostrożnie strzelbę podniósł, chwilę ścigał ruchy ptaka, wreszcie za cyngiel targnął. Padł strzał jeden, a prawie razem i drugi. Ptak uciął w połowie akordu, podleciał w górę i ciężko począł spadać, ciężko bijąc skrzydłami. I wokoło załopotały cieciory, odlatując ile sił, i tok ucichł, skonał w echu boru.
Wszystko to trwało sekundę. Gdy drugi strzał padł, Andrzej podskoczył, za bok się uchwycił i zawył z przerażenia i bólu.
Obejrzał się i spostrzegł na skraju błota, po kolana w wodzie stojącego Szymona, który strzelbę od twarzy odejmował i patrzał nań z dziką ciekawością.
— Ty łotrze, zabiłeś mnie! — wrzasnął Andrzej, blednąc z bólu.
Przez palce, z boku lała się krew strumieniem, ogarniała go okropna słabość i chęć — do ziemi.
Przyklęknął i udarł garść mchu, zatykając nim ranę, ale nie zdołał, bo palce mu tężały, pot zimny okrywał twarz.
— Sobaczy synu, łajdaku, gałganie! — jął mówić, a piana biegła mu z ust razem ze słowami.
Strażnik wyszedł na stały grunt, stanął o parę kroków od niego, i jął, nie kwapiąc się, nabijać swą jednorurkę.
Z pod brwi z szatańskim grymasem patrzał na leżącego wroga.
— Powiodło się nam dzisiaj, Andrzeju! — zaśmiał się drwiąco. — Był ty na tokach, był i ja. Zabił ty koguta, zabił i ja. Ale że ty kradł, a ja nie, to ja wezmę twoją strzelbę i zwierzynę. Mój śrut i proch jest też w twojej torbie: może zwrócisz teraz. Już ci nie potrzebne.
Ranny się poderwał, i gdy strażnik rozcinał mu rzemień torby — plunął mu w twarz, razem z przekleństwem.
Głos miał już słaby i zduszony, ale jeszcze wściekłość w oczach. Plwocina była krwawa.
Szymon obojętnie otarł twarz rękawem i poszedł w gąszcze. Po chwili wrócił z kogutem i strzelbę Andrzeja podniósł z ziemi.
— Cietrzew jak drop. Ino się zjuszył, jak i ty. Ano — boście tokowali dzisiaj obydwa!
— Oj, konam! — jęknął ranny, rzucając się na ziemi, w kałuży krwi.
— Pograj, może na twój wab cieciora ze straży przyleci, taj ciebie opatrzy! — zaśmiał się dziko Szymon.
— Bodajeś zdechł, sobako!
— Ty prędzej zdechniesz! Mówiłem ci: „Ścieżkami memi nie chodź!“ Naści za mój wstyd i trud, i moje złamane żebro i siniaki. Czeremszyna za strażą cię wabiła, twoja miła kradziona była, jak wszystko twoje. Teraz niechże cię śmierć przygarnie, ty złodzieju!
Andrzej rzucił się raz jeszcze i plunął. Już mówić nie mógł i wściekłość w oczach uchodziła przed bólem i wielką bojaźnią. Pozostał rozkrzyżowany, palce wpił w ziemię i chrapał, a piana na wargach była krwawa. Tymczasem słońce wschodziło, i cały las i łąki wyzłociły się, zatętniały życiem.
Ptactw o błotne poczęło się uganiać i krzyczeć wesoło, w borze zawrzało od krasek i dzięciołów.
Strażnik cietrzewia do torby przytroczył, torbę kłusownika wypróżnił i cisnął w wodę, potem na niego popatrzał i rzekł urągliwie:
— Głupcze! Zatokowałeś się w swem zuchwalstwie. Slepyś był i głuchy, żeś mnie nie słyszał, jakem za tobą szedł od wieczora. Szedłem niedaleko, i wszystkom widział i słyszał. Rozumiesz — wszystko. Dlatego ubiłem cię, jak psa, i dlatego naści! Oddaję ci twój ostatni podarek. Na!
I plunął na niego.
Andrzej wyprężył się w ostatnim kurczu. Słońce wyjrzało w tej chwili ponad bagna i odbiło się w jego oczach, już bielmem zasnutych.
Źrenice nie zadrgały od blasku, twarz nie skurczyła się przed obelgą — nieme były usta.
Szymon trącił go nogą, potem wziął za pas i pociągnął aż w bagno.
— Niechże cię tu raki obiorą, złodzieju! — zamruczał, zabierając się do odwrotu.
Jeszcze raz spojrzał na polankę.
Kałuża krwi już wsiąkała w ziemię — do jutra śladu jej nie będzie. Bagno za tydzień pożre trupa, okryje szczątki bujną trawą, nikt z ludzi nie będzie szukał złodzieja! Zginął — to i dzięki Bogu.
A gdyby i znaleźli trupa, odkryli sprawcę, żaden z tych ludzi pierwotnych nie potępi i nie wyda Szymona. Jelenie mają rogi, a cietrzewie dzioby i pazury; ci dwaj mieli strzelby i podobne jeleniom prawo — i etykę niemal zwierzęcą. Słabszy użył podstępu — to jego prawo.
— A świadki moje cieciory! — zamruczał Szymon po chwili rozmysłu.
I to uspokoiło go zupełnie. Żaden głos w sumieniu się nie podniósł, żadne skrupuły go nigdy nie utrapią.
Ruszył raźno ku dworowi ze zdobyczą.
Ranek był cudny, a on nawet wesół, jakby się pozbył zmory.
— Gadał pan, co na tokach ubić trudno, bo ptak czujny. Aha!... czujny!
I zaśmiał się z szatańskim triumfem. A potem znowu się zamyślił.
— Panu wszystko jedno. Oddam moją strzelbę, a jego sobie zostawię. Bije, jak sztuciec! Do koguta było osiemdziesiąt kroków — liczyłem — a padł i nie drgnął. A od mojej to ten się walał tyle czasu! Fuzja, kiedy „żywi„“, nie warta pistona.
Ucieszył się tym pomysłem i znowu drugi projekt jął układać.
— Poczekaj, zawabię i ja sowę którego wieczoru. Niechno wyjdzie do płotu. Za włosy do czeremszyny uwiążę, i zsiekę, ile mocy. Głaskał ja, milczał — pogłaskam sforami.
A na tę myśl oczy jego zwężały się i aż żółkły wyrafinowanem okrucieństwem, a wąskie usta układały się w grymas zajadły cichej zaciętości i zemsty.
I tak szedł wśród cudnej wiosny i ranka słonecznego — w wonnej rosie, w barwach, w śpiewie, w całym uroku i piękności młodej natury i świeżego życia.
I był wśród całego stworzenia plamą i fałszem, i szpetotą, i rzeczą chybioną i krzywą.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.