Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Semen mnie złajał i wypędził! Da ci oddech, powiada, da, ale na kolendy, w piecu, w ogniu! U nich tam bitwa w chacie z synową, więc wszyscy jak szerszenie! Leż, trupie!
Michał już się nie odezwał, ale myślał.
I hędzież Semena moc do końca? będzież prawda Zozuli? Nie pomści się on? nie odpłaci? nie uczyni ich łgarzami? Śmierć idzie, nie kwapi się, posłuszna im, tym dwojgu. Nie możnaż to wyjść do niej, na pół drogi? Nie możnaż to ohydzić Semenowi chaty, oszukać Zozuli? Kołysze się skręt na krwawym sznurze... Pośmiewisko z niego ma wieś i Semenowa chata. Nu, on im uczyni sztukę, zacuchną im kolendy, nie przejdzie pierog przez gardło!
Życie w ich ręku, a od śmierci im wara!
Leżał Michał, nie stękał, nie skarżył się, nawet mu się twarz zmieniła. Czasem latały po niej ognie i drgnienia, jakby uciechy, czasem okiem po izbie wodził, jakby czegoś szukał, jakby czegoś pragnął. Raz nawet do żony zagadał:
— Wódkibym się napił. Przynieś.
— Ale, pewnie! Jeszcze cię traktować będę! Dosyć będzie na ciebie wódki, jak umrzesz!