Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— W sieni, w strzesze, nade drzwiami jest szmatka z pieniędzmi. Weź i wódki kup!
Poskoczyła żywo, znalazła w szmatce rubla.
Przyniosła mu tedy butelkę wódki i poczęła się łasic.
— Mój sokoliku! Może ty gdzie jeszcze schował? Powiedzże mnie biednej, co po tobie sierotą zostanę! Powiedzże, póki czas! Może ci mowę odjąć, możesz w nocy zamrzeć, że nie posłyszę...
— Jak pora przyjdzie, to powiem! — mruknął, chowając butelkę w słomę, na której leżał.
Ożywiona tą nadzieją, Michałowa stała się dla niego uważniejszą, mniej szorstką. Codzień zagabywała o pieniądze, ale chłop skamieniał znowu w milczeniu.
Na świecie uczyniło się biało od śniegu. Adwent dobiegał końca. Wbrew przepowiedniom, Michał był rzeźwiejszy, próbował chodzić, jeść, patrzał przytomniej. Dziwowała się cała wieś. Zaglądano do Semenów, badając wygląd skrętu. I zdawało się im, że naprawdę słoma była zdrowsza.
— To tak przed końcem! — urągał Semen, zaniepokojony w duchu jednakże.