Semko/Tom III/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Semko‎ | Tom III
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Semko
Podtytuł (Czasy bezkrólewia po Ludwiku).
(Jagiełło i Jadwiga)
Data wydania 1882
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom III jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom III jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron



VII.

Piękną jak anioł była dnia tego królowa, bo jej szczęście, jak ból, wdzięku dodawało zarówno; piękną, tylko inaczej, niż tych dni powszednich, gdy smutna, znękana czekała i tęskniła...
Chciała być dla niego piękną...
Serce jej biło do tej laleczki książęcej, ślicznej, strojnej, rozmiłowanej w sobie: umiejącej miłość tę słabemu, niewieściemu narzucić sercu.
Widziało go zawsze od dzieciństwa tym wypieszczonym chłopaczkiem, prawie niewieścio miluchnym, dbałym o piękność swą, delikatnym, prawiącym cicho słodkie słówka i słuchającym ich z rozkoszą.
Szlachetne, wielkie serce niewieście przywiązało się do tej istoty wdzięcznej a chłodnej... Miłość nie jestże prawie zawsze ubóstwieniem i bałwochwalstwem z jednej strony, a chłodnem przyjmowaniem z drugiej?
Wilhelm kochał ją tak, jak samolub pieszczony miłować może, trochę zmysłami, więcej wdzięcznością za to, że ona go ubóstwiała...
Kochał w niej także koronę i kraj, który mu niosła w posagu.
Ona z poświęceniem niewiasty gotową była cierpieć dla niego, on jej cierpienie i ofiarę miłym uśmiechem przyjmować. W jego przekonaniu to, co on dla niej uczynił teraz, przedsiębiorąc podróż, stając do walki, narażając się na niewygody i niewczasy, było już ofiarą, która starczyła za wszystkie, jakie królowa poświęcić mu mogła...
Zrana tego dnia w niepewności wielkiej, książe wybrał na ostatek aksamit, włosy mu trefiono długo, najmilszą wonią skropiono suknie... Dwór przypuszczony do oglądania już ustrojonego książęcia był w zachwyceniu. W istocie też Wilhelm miał postać wielce wdzięczną, a każdy jego ruch obmyślany, wyważony, obrachowany był, aby uwydatnić ten cielesny wdzięk, któremu brakło tylko wyrazu i duszy.
Zimno patrzały oczy, nieustannie na siebie zwracana uwaga, śmiało nie dozwalała postawić kroku, szedł sztywnie, uśmiechał się wyuczonym śmiechem, marszczył wedle pewnych prawideł.
Ze dworu najwspanialsze postacie towarzyszyły mu na zamek.
Na widok jego, gdy wchodził na salę, lice królowej zarumieniło się, poruszyła się, jakoby biedz chciała naprzeciw, serce jej biło — powaga królowej przykuwała do tronu...
On szedł milczącym krokiem, uśmiechnięty dumnie, wprost ku niej. Na powitanie całe grono mężów poważnych wstało. Skłonił im lekko główką. Mimowoli zmierzył ich oczyma...
Strojni byli bogato, wspaniale, ale jakże w oczach wykwintnisia wydali się dziko i niesmacznie! Z tych twarzy nasępionych lub uroczyście wypogodzonych, siła jakaś nieokiełznana patrzała!!
Był to świat niedojrzały, pierwotny, który pogardliwe tylko wzbudzić w nim mógł uczucie...
Wilhelm szedł tak aż do stopni tronu, a białą rączką ciągle go witała królowa. I widać było oddech przyspieszony, który piersi jej poruszał... Mieniła się wszystkiemi blaskami szczęścia...
Książe byłby się może ośmielił zbliżyć bardziej jeszcze, lecz po obu bokach tronu stali ludzie zbrojni dziwacznie, jakby na straży i patrzyli nań zjadliwemi oczyma...
Rozmowa cichym, stłumionym głosem rozpoczęła się po niemiecku.
Patrząc na niego królowa zapomniała o wszystkiem, o położeniu swem, o tem co ją otaczało, o tych co ją słyszeć i rozumieć mogli. On stał naprzeciw niej, jednego jego widziała.
Wilhelm poetycznie, sucho i sztucznie, wyrazami może od Suchenwirtha pożytecznemi powiedział jej o swojej tęsknicy, o radości z jaką ją oglądał. Ona radowała się temu, iż teraz wszystko złe skończyć się musiało.
Śmiało powiadać mu zaczęła o poselstwie do królowej matki, które nic innego przynieść nie mogło, nad to co matka jej przyrzekła i jemu... Zachęcała go, aby wytrwale czekał, i bądź co bądź pozostał tutaj...
Oczy mówiły więcej niż usta...
Ręce chciały się zbliżyć i uścisnąć, ale tyle tych dzikich oczu, z pod nawisłych brwi patrzyło na nich...
Cicho szeptała królowa. — Zobaczemy się, gdzieindziej, swobodniej. Cierpliwości Wilhelmie.
Tak na cichych szeptach przeszło to pierwsze posłuchanie, a książe uśmieszkiem ust dowieść się starał, że ono go nie zrażało.
Królowa niespokojny wzrok rzucała na siedzących do koła, trwożyli ją ci niemi świadkowie, ale miłość dodawała męztwa.
Zdawało się księciu, że przecież ci panowie rady, coś mu grzecznego i pochlebnego powiedzą, uczczą w nim wielkiego pana, — w końcu przekonać się musiał, iż się do tego nie poczuwali obowiązku...
Nastąpiło ciche pożegnanie. Niemi mężowie ruszyli się z ław jako jeden, wstali, skłonili głowy, i gdy królowa jeszcze mu ręką znaki dawała, a on jej głową i dłonią do piersi przyłożoną, odpowiadał — iść trzeba było ku drzwiom.
Książe dokonał tego pochodu mistrzowsko, z nieporównanym wdziękiem, z ułożeniem postawy, która giętkość kibici na podziw niezgrabnych widzów wykazywała. Jeszcze raz odedrzwi skłonił się Jadwidze stojącej na tronie... i znalazł się w przedsieni...
Ciżba dworska zebrana rozstąpiła się przed nim, nałożył czapkę z piórami na główkę i siadł na konia z tą samą zręcznością z jaką umiał chodzić po kobiercach.
Był pewnym, że zostawia po sobie niezatarte wrażenie na tych ludziach, którzy podobnej doskonałości, takiego pana i do tego wysokiego stopnia wypięknionego nie widzieli człowieka.
Widok Jadwigi poruszył go nieco.
Była tak śliczną, a takiem uczuciem przyjęła go...
Z jakiemi myślami dojechał książe do dworu Gniewosza, co się snuło po tej ślicznej, splotami włosów czarnych okrytej główce, nikt z jego dworu nie odgadł, postrzeżono tylko, że zatopiony był w sobie...
Powiernik poeta Suchenwirth czekał na niego w progu i odprowadzał do sypialni — książe spojrzał nań, lecz spowiadać się przed nim nie chciał.
Padł na siedzenie. Sparł się na łokciu, i długo patrzał na podłogę.
Poeta szanował tęskne zadumanie...
Na zamku królowa to promieniła radością, to rzucała się niecierpliwa. Brwi jej się ściągały i usta zaciskały.
— A! ci starzy opiekunowie, co sobie taką władzę nademną przyznali! — zawołała w duchu.
— Hildo — odezwała się widząc nadchodzącą piastunkę — przybył mój! A! jaki piękny! a! jak serdeczny!... a! jak ja go miłuję duszą całą... I on tu jest tu, w tem mieście, niedaleko za temi murami, a te ściany przeklęte dzielą nas. Zbliżyć się do niego nie mogę... Jemu na zamek nie wolno!!
Hilda coś jej na ucho szepnęła — uspokoiła się królowa...
Odżywione uczucie próżnować nie mogło.., Zaledwie parę godzin upłynęło po posłuchaniu — gdy już jeden z dworzan biegł w poselstwie do dworu Gniewosza i przyniósł odpowiedź.
Królowa ze stołu swego posłała potrawy Wilhelmowi. Książe odwdzięczył się słodyczami, których całe skrzynie wiózł ze sobą.
Poselstwa te, choć krzywiąc się na nie, przepuszczano z zamku i na zamek, lecz pilno patrzano na krok każdy...
Dobiesław z Kurozwęk najwięcéj odpowiedzialny, nie ruszał się prawie z zamku, obawiając się więcej może niż należało i domyślając nadto, wszystkie boczne furty i wychody kazał pozabijać i pozamykać, klucze poprzynosić sobie. Na wałach widoczne i niewidoczne chodziły straże...
Zamek był jak oblężony.
Pan krakowski obawiał się wszystkiego. On i podskarbi Dymitr z Goraju, który z urzędu ciągle się tu znajdować musiał, wspierając się wzajemnie, chodzili do koła, podglądając każdy ruch, szczególniej tych ludzi ze dworu królowej, których podejrzywano o knowanie i stosunki z Gniewoszem.
Podkomorzy zaś, niegdy tak pokorny i uniżony, teraz chodził wyzywająco na nich spoglądając, z podniesioną głową, z miną taką, jakby się z ich próżnych usiłowań chciał naśmiewać.
Nie śmiano Wilhelma wprost wygnać z Krakowa i zakazać mu pobytu, a przedłużone jego przebywanie stawało się w końcu nieznosnem, bo nieustanną było trwogą.
Lękano się wykradzenia królowej, lub wkradnięcia się na zamek pod jakiem przebraniem Wilhelma... Jedno tylko cokolwiek mogło uspokajać, to dosyć trwożliwy charakter młodzieniaszka, który ani osoby swej ani godności nie rad był narażać.
Gdy u Jaśka z Tęczyna radzono nad tem, jak się pozbyć Wilhelma, we dworze Gniewoszowym rozmyślano nad tem, jak do królowej się zbliżyć.
Tymczasem powrót posłów z Budy od królowej, uwagę powszechną na nich zwrócił. Wilhelm uznał sam potrzebę zachowania się cichego i nie dawania znaku życia.
Zaledwie królowa o powrocie posłów się dowiedziała i chciała posłać po Włodka z Ogrodzieńca, niecierpliwa dowiedzieć się co jej przywieźli, gdy klecha usłużny, mało co się przebrawszy i zaledwie z kurzu otrząsłszy, przybiegł do Hildy.
Stara spojrzawszy nań domyśliła się, że nie musiał nic pomyślnego nieść im, bo stanąwszy w progu, przybrał postać zbolałą i zrozpaczoną.
Podbiegła do niego ochmistrzyni oczyma wyzywając aby mówił.
Bobrek ręką okazał, że wszystko było stracone.
— Na królowę Elżbietę się zdać — rzekł — to jak na piasku pisać. Co dzień ona co innego myśli i czego innego chce... Nikt jej nie wyrozumie, bo każdemu mówi inaczej a co wczoraj odpychała, tego nazajutrz się chwyta.
Gdyśmy przyjechali, a zabiegłem do niej przez zaufanych, aby córki nie oddawała na łup poganom, zaręczyli mi wszyscy, że nigdy tego nie uczyni; potem przyszli posłowie z darami, zaczęli polscy panowie przynaglać i prosić, aby zdała na nich pieczę nad ukochaną królową — i wyrzekła się wszystkiego, dozwalając panom krakowskim, aby tak postąpili, jak dla nich lepiej będzie.
Mają więc katowie rozwiązane ręce, i czynić mogą co chcą.
Bobrek mówiąc oczy sobie zakrył, a choć nie płakał, w istocie tak był zły i gniewny, że gotów był wybuchnąć łzami razem i przekleństwy.
Ochmistrzyni stała osłupiała.
— Nic nie pomogły starania i zabiegi — dodał — stara serca nie ma, nad własnem dzieckiem się ulitować nie umie. Trzeba samym myśleć o sobie...
O złym skutku tym poselstwa Hilda nie chciała już zawiadamiać królowej; nie było z czem spieszyć. Opuściła ręce, dała znak klesze, aby się oddalił. Ten stał uparcie.
— Nie zawiadomicie o tem pani? — zapytał.
— Dowie się ona aż nadto rychło! — zamruczała Hilda.
— I potrzeba żeby zawczasu wiedziała a myślała co czynić — odezwał się Bobrek. — Wiem, że książe Wilhelm tu jest... Musi się znaleźć sposób wprowadzenia go na zamek, lub dla królowej wyjścia do niego. Dosyć aby parę dni żyli z sobą a oświadczyli to publicznie, małżeństwa już naówczas nikt nie rozerwie.
— Ale na zamek nikogo nie wpuszczają i nie wypuszczają bez wiadomości kasztelana, wszystkie furty są strzeżone — zawołała Hilda.
Klecha pogardliwie ruszył ramionami.
— Na wszystko są sposoby — odparł — ale ich szukać potrzeba. Z oblężonego grodu wymykają się ludzie, z więzień uciekają.
Rzuciwszy tych słów kilka staruszce, które pewien był, iż królowej powtórzone zostaną, Bobrek się wymknął. On też czasu nie miał do stracenia, chcąc posługiwać księciu Wilhelmowi i czując jak mu użytecznym być może.
Gniewosz był nadto widocznym i na oku go miano, jego nie podejrzewano i mało nań zważano.
Tylko ze smutku swej starej królowa dorozumieć się mogła, iż coś niepocieszającego kryje przed nią. Nie zdradziła się Hilda, chcąc swej pani zawczesnego oszczędzić frasunku.
Nazajutrz też rano zjawił się w podwórcu Włodko z Ogrodzieńca, zobaczyła go Jadwiga i niespokojna powołać kazała do siebie.
Podczaszy nie widział potrzeby tajenia tego, co wkrótce wszystkim wiadomem być miało...
Jadwiga wybiegła z Elżą Emrykówną naprzeciw niemu.
— Widzieliście matkę moją! — wołała.
— I przywozim wam pozdrowienie od niej — odezwał się Włodko dosyć niewesołym głosem.
Bystro spojrzała nań królowa.
— Mów co mi przynosicie? z czem powracacie.
Podczaszy zdawał się wahać.
— Królowa matka zdała rozstrzygnięcie o wszystkiem, na panów rady — rzekł powoli. — Zgadza się na to, co oni postanowią.
Chwilę stała jak piorunem rażona biedna królowa, — jakby nierozumiejąc co usłyszała — wydała okrzyk boleśny, zakryła sobie oczy i sparta na Elży wyszła, nie spojrzawszy na podczaszego...
Prawie w tej samej chwili Gniewosz przybiegł do Wilhelma zwiastować mu to co zwał zdradą i przeniewierstwem królowej matki. Nie uczyniło to jednak nadzwyczajnego na Wilhelmie wrażenia. Ufał Jadwidze i swojemu dostojeństwu, przymiotom wyższości, z którą nic o lepsze walczyć nie mogło.
Wiadomość przyjął z dumnem ust wykrzywieniem, jakby mówił — zobaczymy!
Gniewosz też wcale nie myślał tracić nadziei, według niego teraz dopiero mieli rozpocząć działanie. Należało czas jakiś pozostać na stronie, pozornie bezczynnie, a przygotować kroki stanowcze.
Królowę porwać lub do niej się na zamek dostać musiał książe.
Zamknięto wrota dworu, ludziom książęcym wzbroniono się pokazywać, można było sądzić, że arcyksiąże albo się wyrzekł już wszelkich nadziei, lub sam jeszcze nie wie co pocznie.
Nie bardzo też zwracano nań uwagę, bo panowie wszyscy, niezmiernie uradowani wyjednaniem słowa królowej, żywo się teraz zajmowali odprawą posłów. Ci co trzymali z Jagiełłą byli w tak przemagającej większości, iż najmniejszej nie ulegało wątpliwości, że oni zwyciężyć muszą i na króla go powołać.
Odjeżdżającym Skirgielle i Borysowi, a więcej jeszcze Hawnulowi, tajemnie zaręczono, że Jagiełło może korony być pewnym, jeśli warunki podane przyjmie.
Należało wszakże w tak ważnej sprawie, choćby dla uprawnienia jej zjazd zwołać jeszcze; a z niego wzajemne wyprawić poselstwo...
Nieszczęśliwa królowa, którą odpowiedź matki do rozpaczy prawie przywiodła, chorobą się wymówiła od powtórnego przyjmowania braci Jagiełłowych.
W zamku płacz był i narzekanie...
Z panami rady Jadwiga mówić nie chciała, zbywała ich milczeniem zimnem...
Nie zwierzała się już nawet przed Radlicą, lecz przywiedziona do tego stanu, z którego sama tylko, własną wolą się ratować mogła — nie wyrzekła się walki i obrony. Postanowiła wytrwać i przemoc siłą zwyciężyć.
Z obojętnością słuchała tego, co się dokoła niej działo, o czem jej donoszono. Zjazd zwołany do Krakowa, nie obchodził ją wcale, ani wszelkie zabiegi tych, co jej Jagiełłę narzucić chcieli. Postanowiła pozornym spokojem, milczącem poddaniem się, czujność stróżów swych uśpić. Gniewosz poddał ten tryb postępowania.
— Niepomoże nic — szeptał, gdy go przypuszczono do królowej — z niemi na słowa szermować i chcieć ich przekonywać. To są ludzie uparci, co nad nikim litości nie mają.
Niech sądzą, że się po ich woli stanie. Tymczasem znajdziemy sposób, albo na zamek się dostać, lub z zamku miłościwą panią, z tej wydobyć niewoli.
Na pozór więc, po przyjęciu tej rady podkomorzego wszystko się uspokoiło, zaniemiało, zdrętwiało. Królowa chodziła smutna, milcząca, nie wybuchając z wymówkami, ni narzekaniem. Zdawała się, acz niechętnie, ulegać przemocy.
Przybywającym duchownym, arcybiskupowi, Dobrogostowi poznańskiemu, Radlicy, ciągle jej usiłującym dowieść, jak świetną Bóg jej przeznaczył apostolską sławę, nie odpowiadała nic, słuchała ich ze spuszczonemi oczyma, lecz nigdy słowo się jej nie wyrwało, któreby świadczyło, że zmieniła przekonanie. Posłuszna występowała, przyjmowała, spełniała swe obowiązki królowej z powagą i chłodem, który czasem litościwego Jaśka z Tęczyna przerażał.
Czuł on wyrzuty sumienia, rozważając los tej niewiasty, wiernej swej przysiędze, a tak nieszczęśliwej, lecz losy tysiąca ludzi zależały od łzawej tej ofiary. Spełnić się ona musiała!
Wilhelma opowiadano chorym. Nie okazywał się nigdzie, bardzo rano tylko, z mniejszym ale zawsze właściwym dostojeństwu orszakiem, w stroju ściśle do pory dnia i miejsca zastosowanym, udawał się na mszę świętą do klasztoru ks. Franciszkanów, najbliższego od dworu Gniewosza.
A że do obowiązków dostojeństwa należało szczodre sypanie jałmużny, książe brał z sobą podskarbiego, który ją ostentacyjnie rozdawał, i klasztorowi też zasiłek dając pański.
Księża czuli się w obowiązku tego dobroczyńcę konwentu uroczyście przyjmować w progu z wodą święconą i pacyfikałem, a raz czy dwa ośmielili się nawet zaprosić do refektarza.
Książe, któremu nudziło się dość w samotnym dworcu Gniewoszowym, rad że mógł być czczonym i że go honorowano, chętnie zaszczycał dzieci świętego Franciszka odwiedzinami swojemi. Było zawsze znamieniem ubogich mnichów tego zakonu, że swe ubóstwo nosili wesoło i surowe życie barwili dziecinną prawie swobodą ducha.
Gwardyanem naówczas był ojciec Franciszek, mnich niezmiernej łagodności i dobroci, prostoty wielkiej i ducha promiennego, który nawet męczeństwo umiałby był znieść, nie tracąc tego wesela dobrodusznego, które się na ustach jego zawsze złemu i dobremu uśmiechało.
Znano go z tego, iż pobożnie sobie wszystko ziemskie lekceważył i w żart obracał. Powiadano, że za klauzurą dla mnichów nie mniej surowym był, lecz w obejściu się ze światem nastawał na to, aby synowie Franciszka świętego nigdy nieokazywali, jakby stan ich im dolegał.
— Szczęśliwi powinniśmy być, i wesołą twarz okazywać zawsze, bo nam się dobra cząstka dostała w podziale...
O. Franciszek był wielce gościnny... Książe Wilhelm jego i zakonników polubił bardzo...
Wiedziano na zamku przez Bobrka o każdym kroku młodego pana, dowiedziała się też królowa, że nabożnym był w tym kościele, który od zamku stał niedaleko, tuż pod murami...
Na bliższe porozumiewanie się rakuszanina z królową, choć kasztelan miał oko, wiele rzeczy przed nim ukryć umiano, a przygotowania do zjazdu zwołanego i ciągłe narady nad warunkami, jakie postawić miano Jagielle, wszystkie umysły zaprzątały.
Jaśko z Tęczyna wreszcie nie był za tem, ażeby królowę trzymać zbyt surowo i drażnić ją napróżno. Wolał przez szpary patrzeć na to, co dziecinną rozrywką nazywał.
— Gdy potrzeba będzie — mówił — wystąpiemy, choćby na klęczkach i uprosim ją; teraz... niech się rozerwie i wczasu zażywa...
Dobiesław głosował już zdawna, ale sam jeden za gwałtownem księcia wydaleniem. Spytek równie litościwy jak kasztelan, opierał się.
— Będzie czas na to — mówił — królowa sama, gdy ujrzy konieczność, podda się jej.
Zwołanie zjazdu do Krakowa, tyczyło się i Wielkopolski. Tu znowu Bartosz zabiegał i był czynnym.
Chociaż Semko siedząc w Krakowie, do niczego się mieszać nie chciał, odpychał narzucane nadzieje, Bartosz biegał i budził Nałęczów, pewien że książe, gdy sam się przekona, że ma się na kim opierać, da się wyrwać z tej bezczynności.
Semka mało kto teraz rozumiał, a i on sam siebie może niewiele. Czarem i urokiem była dla niego królowa; nie miał najmniejszej nadziei pozyskania jej, a oderwać mu się ztąd było trudno. Jadwiga też, wolała go nad innych, może dlatego, że on się jawnie do dziewosłębów nie mięszał.
Zapraszano go na zamek, a gdy Handslik śpiewał, patrząc w oczy królowej, słuchając pieśni, Semko się zapominał i w jakiemś błogiem rozmarzeniu godzinami siadywał słowa nie mówiąc.
Posądzano go, że w tym pięknych dziewic orszaku, jaki otaczał królowę, książe mógł sobie upodobać którąś, lecz dla żadnej nie okazał nigdy najmniejszej skłonności. Złamany na duchu nieszczęśliwem pokuszeniem o koronę, był jakby zdrętwiały.
Przyszłość swą miał już naprzód oznaczoną, spokojny byt na zamku płockim z Jagiełłową siostrą — nic więcej. Nie było to teraz ani wielkiem szczęściem dla niego, ani złem wielkiem. Mówił sobie, że dolą mazowieckich książąt było na dzielnicach swych dogasać.
Pomimo tego zobojętnienia jawnego, w Wielkiej Polsce, już na przekorę panom małopolskim, aby kogoś stawić przeciw ich Jagielle, znowu Piasta i Semka dobyto...
O Januszu mowy być nie mogło, a Opolski wstręt obudzał i obawę. On jeden pozostał... Wielkopolanie ci co się na zjazd wybierali, wieźli z sobą imię tego, którego w Sieradziu królem ogłosili.
Zaczęli się ściągać wezwani do Krakowa, lecz co przewidzieć było łatwo, Wielkopolan nie przyjechało wielu. Niektórzy powiadali, że gdy ich lekceważono i na ich wezwanie nie stawano, oni też mogli się odstrychnąć.
Inni, ponieważ wojna domowa nie była całkiem zażegnana, nie chcieli odstąpić swych zamków, aby ich przeciwnicy nie zagarnęli.
Gdy dzień naznaczony nadszedł, ledwie mała gromadka się znalazła z Wielkopolski, a ta, namówiona przez Bartosza, cała poszła pokłonić się Semkowi, głosząc, że jego wybór popierać będzie.
Niespodziany ten zwrot, którego Semko nie mógł przewidywać, gdy nagle jednego rana już ostygłego i wyrzekającego się wszelkich nadziei, zachwycił, wprawił w zdumienie nadzwyczajne i strachem nabawił.
Nie marzyło mu się już nawet o tem.
Nagle tłum ten, dobrze mu znany z Sieradzia, hałaśliwy, wesół, butny, gdy zaległ całą gospodę a Lepiecha z Bartoszem i Lasotą wpadli do komnaty niosąc księciu pokłon i nową błyskotkę, nowe jakieś nadzieje, Semko jakiś czas myśli zebrać i opamiętać się nie mógł.
Lecz nie był on już tym niedoświadczonym młodzieniaszkiem, którego łatwo dawniej ująć było, miał w charakterze siłę i postanowiwszy raz coś, nie cofał się. Pierścień jego miała siostra Jagiełły, on słowo litewskiego księcia — związany był przyrzeczeniem, i nie ufał już w tę Wielkopolan siłę, która z przebiegłością Krakowian walczyć nie mogła...
Sam on na sobie, tym nieszczęsnym rozejmem, którym go podstępnie wzięto, doświadczył, że im nie podoła. Stał więc przed Bartoszem, Lepiechą i Lasotą niemy a smutny... Słuchał ich, lecz Bartosz postrzegł, że w nim nic nie zadrgało.
Lepiecha rękę podnosząc do góry, obiecywał mu, że się złamać nie dadzą... i za nim wołać będą, i Piastów krwi wierni zostaną.
Wtórował mu Lasota, popierał Bartosz, aż gdy wszyscy skończyli, i na księcia kolej przyszła, Semko im rzekł.
— Bóg płać za dobre serca wasze. Czyńcie co one wam doradzą, ja nie mogę nic poczynać, bom związany, a i siły nie czuję po temu, abym z Jagiełłą szedł o lepszą, który im stokroć więcej przynosi.
Lepiecha wołać zaczął — że tym prawem i Hana tatarskiego na tronby wynieść można dla jego skarbów i mocy, a krwi panów swych stać się wiarołemnemi; oni zaś wiernemi zostać chcą tym, co są kością ich kości, krwią ich krwi...
Dziękował książe, lecz chłodno, nie zapaliło mu się lice jak niegdyś, nie rozgrzało serce. Pomniał tę chwilę, gdy go na tron wznoszono, aby potem bezsilnym dać na łup przeciwnika.
Burzliwie rozpoczęły się narady, lecz koniec ich było przewidzieć łatwo, tym co znali, kto je wiódł i niemi rządził. Starzy i młodzi panowie krakowscy, byli jedną ławą, zgodni z sobą, a szli pod wodzą kilku. Działo się jak przewidzieli. Dali się wykrzyczeć przeciwnikom i wszystko co chcieli wypowiedzieć, dali wyburzyć, dozwolili odgrażać aż do znużenia. Wstali dopiero ze swym Jagiełłą, gdy tamci znużeni byli, a popierali go tak, iż nawet z gromady nieprzyjaciół część odciągnęli.
Dodać potrzeba, iż całe bez wyjątku duchowieństwo mieli za sobą, kościół i sprawę wiary świętej.
Zawahał się niejeden, gdy wymowni, a namaszczeni biskupi głos podnieśli, w imie Boże zaklinając o wyrwanie piekłu mnogiego pogańskiego ludu.
Z czemże było stawać przeciwko tak wielkiemu dziełu i czem taką zdobycz zrównoważyć?
Donoszono królowej każdego dnia o naradach, łudziła się po troszę nadzieją, jeśli nie zwycięztwa, to rozerwania zdań, w końcu musiała uledz przemocy, i uznać, że sama tylko ratować się może, na nikogo nie rachując.
Nie złamało to mężnej niewiasty, nie ugięła się. Wilhelm był dla niej mężem, słowo mu dane w dzieciństwie świętem, szło o to, aby się z nim połączyć, a naówczas żadna siła oderwać go od niej nie będzie mogła.
Ostatniego dnia tak znaczna większość była za litewskim księciem, iż ci co przeciw byli, zwyciężonymi się uznając, zaczęli rozjeżdżać.
Pierwsi pobici na głowę Wielkopolanie, już nie pokazując się Semkowi, pierzchnęli. Bartosz nawet nie przyszedł do księcia, i on, ostatnią nadzieję rzucił na progu izby...
Do królowej poszli wysłani duchowni tylko, z Bodzantą na czele.
Nim dała im posłuchanie, wiedziała już Jadwiga o wszystkiem, i silne powzięła postanowienie, jawnej zaniechawszy walki, w jakikolwiek sposób, wiary małżonkowi dotrzymać.
Napróżno mały biskup ciągle jej to powtarzał, że Wilhelm mężem jej nie był, i że błogosławieństwo w dzieciństwie, ani jej, ani jego nie wiązało. Królowa spierać się z nim nie chciała, ale potrząsała głową i dawała mu poznać, że nie była przekonaną.
Tak samo z tą wolą niezłomną, przyjęła przybywających biskupów.
Bodzanta ze zwykłą swą łagodnością, pocieszając, słodząc przykry wyrok, zwiastował jej w imię narodu postanowienie, iż rękę miała oddać Jagielle. Wszystko co tylko powiedzieć za tem było można, słyszała już Jadwiga, a nic nie mogło ją zwyciężyć. Nie uśmiechała się jej wielka sława pogan nawrócicielki...
Po Bodzancie głos zabrał Dobrogost, mówił Radlica. Słuchała blada, niema, nieporuszona jak posąg, nieokazując już ani gniewu i oburzenia, ani jak wprzódy, skarżąc się na przemoc i niewolę...
Podobną była do winowajcy, któremu głoszono wyrok, a on nie miał prawa ani się odwołać od niego, ani obronić przeciw spełnieniu.
Podniosła oczy w górę, załamała ręce, usta zadrgały, nie powiedziała nic.
Biskupi czekali, ażali nie zechce się bronić, nie będzie prosić o miłosierdzie. Przygotowani byli oni i panowie rady, choćby na kolanach ją prosić, przebłagać, wymodlić przyzwolenie.
Przeciw wszelkiemu oczekiwaniu Jadwiga pozostała milczącą, posągowo nieruchomą. Wówczas Bodzanta zabrał głos powtórnie, wzywał błogosławieństwa niebios, zaręczał, iż wszyscy modlitwami wspierać ją będą.
Milczała królowa.
Chwilę jeszcze potrwawszy przy niej, duchowni, naradziwszy się z sobą, postanowili nie nacierając więcej, dać Jadwidze czas oswojenia się z tą myślą i poddania konieczności...
Królowa natychmiast wyszła do swych komnat. Tu czekał na nią sam jeden Spytek, do którego żal miała tem większy, im więcej na nim dawniej pokładała nadziei.
Spojrzała na niego z wyrzutem.
— Królowo a pani — odezwał się ręce na piersiach składając Spytek — nie wyrzucajcie mi niewdzięczności, ani zdrady. W chwili gdy na skroń twą włożono koronę, wzięłaś na siebie obowiązek cierpienia dla niej. Niema litości ten obręcz zimny.
Przyklęknął przed nią Spytek, ręką odtrąciła go od siebie.
— Zostałam sama — rzekła — sama będę o swej sile szukać ratunku.
— Miłościwa pani, tu już niema żadnego... Naród cały pada przed tobą na kolana, błaga, kościół prosi...
Jadwiga potrząsnęła głową.
— Mam więc być wiarołomna? Nigdy!
Spytek mówił, narzekał, przekonywał, nie odpowiadała więcej.
Oprócz bardzo szczupłej garsteczki powierników, nikt nie umiał myśli i zamiarów królowej odgadnąć.
Ci co się pocieszali tem, że czas podziała i złamie ten opór, niepokoili się, pomimo to, bo od przybycia Jadwigi, nie widzieli w niej najmniejszej zmiany.
Jednemi wyrazy broniła się dawniej i teraz od nacisku, ta tylko była różnica w postępowaniu jej, że wprzódy otwarcie i namiętnie występowała, teraz wszystkich zbywała milczeniem.
Nawet przyjaciółka jej Elża Emrykówna, dla której nie miała tajemnic, straciła zaufanie. Posługiwała się starą Hildą, nie odstępował jej Gniewosz, urągając się panom, którzy z nim całkiem zerwali. Wśród dworzan snuł się Bobrek.
Natychmiast po zjeździe, Dobiesław z Kurozwęk wniósł, aby księcia Wilhelma, bodaj gwałtownie oddalić z Krakowa. Jaśko i inni przeciwni temu byli, nie chcąc drażnić więcej Jadwigi.
Bystrzejsze i młodsze niż pana Dobiesława oko, byłoby dostrzegło może żywej wymiany posłańców pomiędzy zamkiem a dworem Gniewoszowym; podarków, które noszono i oddawano, mających rozmaite znaczenia.
Poeta Suchenwirth wkradał się na zamek i wieczorami deklamował w małym kółku, po śpiewie i muzyce Handslika, wiersze przez siebie ułożone na cześć Wilhelma...
Lutnista królowej wieczorami schodził do Gniewosza i wygrywał tęsknemu panu pieśni, które stanowi duszy jego odpowiadały.
Stara Hilda wykradała się nawet, przenosząc własne słowa swej pani do Wilhelma i czułe jego a krasomówne odpowiedzi. Oprócz tego Gniewosz bardzo zręcznie obie strony umiał tak usposabiać, podniecać, a obu się tak przypochlebiać, że się stał królowej niezbędnym. Książe obiecywał mu, gdy wszystko szczęśliwie do końca doprowadzonem zostanie — wyposażenie dobrami ogromnemi i najwyższemi dostojeństwy.
Z góry też spoglądał podkomorzy na wszystkich i we własnym interesie popierał sprawy Wilhelma.
Przystała na to królowa, zgodził się książe, iż musieli, uśpiwszy czujność Dobiesława, połączyć się z sobą, albo na zamku lub w dworze Gniewosza.
Podkomorzy dowodził, że daleko było łatwiej Wilhelmowi przebranemu się wkraść na zamek, ukryć się tam pod opieką Hildy w komnatach królowej, a gdy rzecz będzie dokonana, publicznie naówczas oświadczyć miała Jadwiga, że mąż jej był z nią, a żadna moc rozłączyć ich nie potrafi.
Suchenwirth poeta, któremu marsowe i groźne oblicza polskie tem więcej dawały do myślenia, że mowy ich gwałtownej i namiętnej nie rozumiał, a rzucanie się i butę widywał codzień, szeptał księciu, że niebezpiecznem było narażać się na starcie z nimi.
— Ci ludzie, dzicy, okrutni, niepohamowani, gotowi są rzucić się na miłość waszą, zamordować nawet! Wpaść im w ręce na zamku, znaczy stawić życie. A nie będziesz miał książe nikogo do obrony, prócz tego jednego (wskazywał Gniewosza), który nie podoła zbójom.
Książe uderzony był tą Suchenwirtha przestrogą. Znajdował ją trafną. Daleko bezpieczniej było, zdaniem jego, żeby królowa się wykradła do dworu Gniewoszowego, naówczas ona była zakładem przeciwko gwałtom... Nie śmieliby na dwór napaść. W ostateczności zaś bronić się mogli i przerząć zbrojną ręką.
Tak pierwszy plan podkomorzego upadł, a Wilhelm pozostał przy drugim.
Lecz i ten wymagał czasu, przygotowań, obmyślenia. Gniewosz z Hildą mieli naprzód opatrzyć i wybrać furtę, którąby królowa wymknąć się mogła z zamku niepostrzeżona, z jedną ochmistrzynią i podkomorzym.
Należało oznaczyć najdogodniejszą godzinę dnia, taką ażeby niebytność Jadwigi na zamku rychło dostrzeżoną być nie mogła, i nie uderzono przedwcześnie na trwogę...
Zakochany książe, przy całej swej namiętności młodzieńczej, był rozważnym. Gniewosz w duszy już nie rad zwłokom, nazywał go inaczej, tchórzem. Szło mu o to, aby i dostojeństwu swemu, wpadając w ręce lada jakiej gawiedzi, nie uczynił ujmy; oprócz tego, poetyczna strona przygody, którą Suchenwirth miał opiewać, musiała także być obmyślaną i piękną...
Naostatek porwanie się zuchwałe, musiało też być tak zawczasu wyrachowanem, ażeby zawód był niemożliwy...
Biegano z tem, radzono, umawiano się, a czas, upływał.
Królowa była stęsknioną. Naówczas Gniewosz, nimby wielki zamach przyszedł do skutku, wpadł na myśl tę szczęśliwą, że Jadwiga mogła wracając z przejażdżki, bo tej jej wzbronićby nie śmiano, wstąpić do klasztoru Franciszkanów, do którego łatwo się było dostać księciu.
Z niezmierną radością przyjęła królowa myśl tę, obdarzając za nią podkomorzego bogatym łańcuchem, i gwałtownie dopominając się, aby ją przyprowadzić do skutku.
Książe, gdy mu to przyniósł Gniewosz, uradował się niezmiernie, myśląc tylko natychmiast jak mu się ubrać wypadnie i jak wystroić dwór swój, aby warunkom niby niespodzianego spotkania, i widzenia się z panią swych myśli odpowiedzieć.
Suchenwirth wezwany do rady, nie odznaczył się rycerskim duchem, choć sprawy rycerzy zwykł był opiewać — zamyślił się głęboko. Zdaniem jego mogło być niebezpieczeństwo, zasadzkę ktoś przygotowaćby gotów... Ostrożności wymagało położenie.
Na ten raz jednak, troskliwy o swojego bohatera poeta, nie przemógł, zwyciężyła namiętność. Książe był stęskniony, znudzony, spragniony widzenia swej pani.
Gniewoszowi polecono wprzódy jednak, pójść zbadać gwardyana, a w razie gdyby to przyjść miało do skutku, ułożyć się, aby wspaniałe przyjęcie w refektarzu czekało na królowę. Wszystko co do niego potrzebnem być mogło, książe miał dostarczyć, naczynia, słodycze, owoce, napoje...
Podkomorzy ze zleceniem tem udał się natychmiast do klasztoru, bo wiedział jak królowa niecierpliwą była.
Ojciec Franciszek powitał go ze swą rubaszną, serdeczną wesołością i poszanowaniem, jakie u boku królowej zostającemu, przynależało.
— Ojcze gwardyanie — odezwał się Gniewosz — ja tu do was z prośbą śmieszną. Chciałbym pożyczyć na kilka godzin refektarza.
Gwardyan się przeżegnał.
— Nie rozumiem — rzekł.
— Rzecz jest taka, że mój książe nudzi mi się i w małych izbach dusi, chciałby sobie ucztę wyprawić... Mogą być dostojni goście.
Odchrząknął.
— Chociażby i księciu ja na bankiet naszego wieczernika, gdzie krzyż wisi, a ubóstwo i post mieszka, dać nie mogę, — odparł gwardyan.
— Co to, nie mogę? — przerwał Gniewosz. Gwardyan ma władzę monarchiczną, co chce to robi. Chyba ojcze, niechcesz... A zważno tylko, książe nie bez tego, żeby i naczynia i zapasów nie dostarczył, myślicie, że je potem będzie odbierał. Coby to konwentowi z tego się mogło okroić! Hę!!
O. Franciszek, który się uśmiechał zawsze, i tym razem rozśmiał się, ale spojrzał tak w oczy Gniewoszowi, że podkomorzy się zarumienił i zmięszał.
Gwardyan nie potrzebował nawet skarcić go odpowiedzią, bo sam on postrzegł, iż więcej siebie skrzywdził poddaniem tej myśli, niż zakonnika obraził.
— Nie to chciałem powiedzieć, poprawił się niezgrabnie, ale właściwie, iż konwent i zakon zasługęby mieli u tego domu, do którego książe Wilhelm krwią należy...
O. Franciszek przebierając paciórki u pasa, słuchał milczący. Gniewosz się schylił mu do ucha.
— Kto wie! — rzekł cicho — nasza królowa też, biedaczka, osamotniona, trzymana jak niewolnica na zamku, możeby zaszła na jaką chwilkę się tu rozerwać.
Gwardyanowi oczy pojaśniały.
— Sądzicie, że królowa przybyłaby tu? Możesz to być?
Podkomorzy głową skinął.
— Z pewnością — rzekł.
— A cóż na to panowie powiedzą? — spytał Gwardyan zasępiony.
— Zmiłuj się, ojcze, cóż oni mają lub mogą zarzucić przeciw temu? — zawołał Gniewosz. — Nie żadna to schadzka tajemna... ludzi i oczów dosyć będzie na to patrzało? Żeby królowa nie miała prawa zabawić się, rozerwać, posłuchać muzyki, pieśni, a choćby i zatańczyć!
O. Franciszek głową pokręcał.
— Niebardzo to przystało zakonnemu refektarzowi — odparł — ażeby w nim świeckie wyprawiano festyny, ale panom tej ziemi i głowom ukoronowanym wiele się dopuszcza bo one za wielu cierpieć muszą i trudzić się.
Gdybym pewnym był, że królowa przybędzie, i że książe i ona mieć będą orszak z sobą.
— Za to ja wam ręczyć mogę — rzekł Gniewosz.
— Dobrzeby było, aby książe Wilhelm gości więcej zaprosił — dodał O. Franciszek. — Im świadkowie liczniejsi będą, tem lepiej.
Podkomorzy przystał i na to, chociaż niebardzo wiedział na razie, kogoby mogli wezwać, bo książe nadto dumnym był, by lada mieszczanina lub szlachetkę do swojego towarzystwa przypuścić. Gwardyan, choć nie z wielką ochotą, zgodził się refektarza dozwolić. Lecz zatem szło, że potrzeba było i do kuchni książęcych ludzi wpuścić, i dla kredensów obmyśleć miejsce, bo książe Wilhelm nie mógł się obejść bez występu i tego ceremoniału, który musiał go otaczać wszędzie.
Podkomorzy pokonawszy trudności wszystkie wyszedł w końcu uradowany, spiesząc oznajmić panu swemu naprzód, że wszystko się składało jak najpomyślniej, a potem chcąc królowej dać znać, że na przyszły czwartek, znaleźć będzie mogła księcia u Franciszkanów.
Ponieważ i gwardyana zaspokoić było potrzeba, zapraszając kogoś na te gody, nie mógł podkomorzy innego uczynić wyboru, jak księcia mazowieckiego.
Wilhelm lekce sobie bardzo ważył to książątko, nie rad był nawet robić z niem znajomości, bo słyszał, że Semko się o koronę dobijał, lecz dowiedziawszy się, że nie miał już na nią żadnych widoków, zgodził się w końcu na to, aby i Semko znajdował się, jakby przypadkiem przy pierwszem u Franciszkanów spotkaniu.
Świadek ten nie był mu miłym, ale mógł być potrzebnym dla królowej.
Bobrkowi powierzył Gniewosz staranie o to, aby księcia skłonić do przybycia na chwilę do klasztoru. Klecha wywiązał się z polecenia bardzo zręcznie, nie mówił nic o Wilhelmie, napomknął tylko, iż wie o królowej, a był pewien, iż Semko, który starał się ją widywać jak najczęściej, i o łaski jej się dobijał, skwapliwie pospieszy na spotkanie.
Parę dni pozostawało do przygotowania wieczornego przyjęcia, książe Wilhelm zajął się niem z wielką niecierpliwością, żądając aby bądź co bądź, wystąpić jak najwspanialej.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.