Semko/Tom III/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Semko‎ | Tom III
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Semko
Podtytuł (Czasy bezkrólewia po Ludwiku).
(Jagiełło i Jadwiga)
Data wydania 1882
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



VIII.

Na dwadzieścia cztery godziny przed naznaczonym dniem, kucharz księcia Wilhelma z pomocnikami swemi już gospodarzył w kuchni zakonnej, która nigdy jeszcze tyle i takich przyborów do przyrządzania potraw nie widziała.
Brat Protazy, który się miał za jednego z największych mistrzów sztuki, stał z rękami w tył założonemi, milczący, badając tajemnice tych potraw wymyślnych, o jakich nigdy nie słyszał.
Siekano najrozmaitsze mięsa, pieczono najdziwaczniejsze ciastka, zwane naówczas tortami, lecz nadewszystko w podziw wprawiała niesłychana ilość przypraw i ingredyencyi, których wiedeński kucharz, do wszystkiego potrzebował. Pieprz indyjski, cynamon, gwoździki, muszkatodłowa gałka, kubeba, cukier, pomarańcze genueńskie, tartofoli sycylijskie, rajskie ziarnka, w takiej ilości i z taką rozrzutnością były użyte, iż pobożny brat Protazy powątpiewał, czy wymysły te nie były grzesznem szatana poddmuchem.
Greckie wina, których parę baryłek przywieziono, obudzały także zdumienie przedziwnym smakiem i ogniem swoim.
Nie mniej wytwornemi były naczynia stołowe, srebra, szyte obrusy, misy, solniczki przedziwnej roboty, na których stały napisy łacińskie, kubki i weneckie szkła różnobarwne.
Braciszkowie i starsi nawet zakonnicy niektórzy przysuwali się przypatrywać tym osobliwościom, wzdychając i myśląc może, ile to pieniędzy wyrzucono marnie na te światowe próżności...
Książe od południa był tem tylko zajęty jak wystąpi, a że mu szło wielce aby włosy utrefione z rana nie utraciły połysku i świeżości, kazał je powtórnie czesać i smarować...
Fioletowo z czarnem, dla oznaczenia serdecznej żałoby, po naradzie ze Suchenwirthem, ubrał się książę, i jeden tylko łańcuch złoty włożył na szyję, ale złożony z kilkudziesięciu tak cieniuchnych jak nici... Luksemburski Zygmunt zwykle na piersiach nosił smoka złotego, Wilhelm miał misternie wyrobioną różę liśćmi otoczoną, które ze szmaragdów się składały. Obuwie ze spiczastemi nosami było złotem kute, lecz kosztowniejszy jeszcze szmelc rubinowy okrywał blaszki... Wilhelm do malowania był pięknym w tym stroju, co mu czyniło wielką przyjemność, bo Suchenwirth i Gniewosz mówili to głośno, a wejrzenia całego dworu potwierdzały.
Zawczasu chciał być w klasztorze pierwszym, aby tam przyjąć królowę i rzucić okiem na urządzenie refektarza. Bez ogródki przyznał się poecie, iż lęka się, aby woń po starych mnichach do ścian przylgła i zapach prostych ich potraw nie zatruwały tam powietrza.
Dla odwrócenia tej klęski, i aby atmosfera odpowiadała poezyi tej chwili, z podróżnych skrzyń dobyto dwie pokojowe kadzielnice, które we dwu przeciwnych końcach wielkiego refektarza ustawić miano.
Z wiernemi swemi kilku, gdyż służba go wyprzedziła, książe udał się wreszcie do klasztoru, na którego progu powitał go O. Franciszek prowadząc do odświętnie przystrojonego refektarza. Ażeby w nim więcej było dla gości miejsca wolnego, gdyż królowa ze dworem swym żeńskim przybyć obiecywała, stoły przysunięto do ścian, a ławy okryte podano naprzód.
Książe dosyć ze wszystkiego był rad, chociaż mało mu tego było i tylko ta okoliczność, że się w podróży znajdował, pocieszała.
Ponieważ wieczór wkrótce nadchodzący mógł ich tu zastać na zabawie, przysposobiono świec woskowych i kaganków łojowych obfitość wielką.
Suchenwirth niósł przygotowany wiersz nowy do odczytania, królowa z sobą miała przywieść Handslika, flecistów, lutnistów i serby. Zabawa obiecywała się świetnie, a ustawione na stołach przekąski, owoce, słodycze, wina korzeniami zaprawne, w pięknych naczyniach, najwykwintniejszym podniebieniom dogodzić mogły.
Książe przechadzał się już dość długo po refektarzu, układając zawczasu powitanie i rozmowę swą z królową, gdy w korytarzu dały się słyszeć głosy, chód, i Wilhelm, sądząc że Jadwiga przybywa, rzucił się ku drzwiom na jej przyjęcie.
Doznał jednak nieprzyjemnego zawodu. W progu ukazał się książe Semko, a że Gniewosza nie było, nawet zapoznać ich z sobą musiał ojciec Gwardyan, co niebardzo poszło gładko. Semko ostro się stawił i zasępiony. Wilhelm dumnie i zimno. Na pierwszy rzut oka wiedzieli już, iż z sobą się nie poprzyjaźnią.
Książe Mazowiecki niełacno przed kim kark uginał, a Wilhelm miał się za pierwszego między chrześciańskiemi książęty.
Oprócz tego wzajemnego ku sobie wstrętu i odrazy, książe Wilhelm nie rad był, że zawczasu przybyły Semko powitania z królową będzie świadkiem i słodką tę chwilę zatruje...
Szczęściem dla ich obu, O. Franciszek czuł się w obowiązku pośredniczenia między nimi i zatarł swą wesołością nieprzyjemne wrażenie tego zetknięcia się dwu osobistości nie stworzonych dla siebie.
Semko miał w sobie coś nieco dzikiego; mniej okrzesanego, wzrostem i postawą górował nad zręcznym i pieszczonym książątkiem, które z całą swą dumą i elegancyą zmalało przy nim.
Suchenwirth z wielką ciekawością przypatrywał się temu Piastowi, którego herbu i godeł ciekawym był bardzo. Dla niego rycerz każdy cały się wcielał w swe godło...
Wilhelm i Semko ledwie parę słów zimnych zamienili, ale się pilnie nawzajem przypatrywali sobie. W tem dano znać, bo w ulicy rozstawione były czaty, że królowa jedzie... Natychmiast rzucając Semka, który nie wiedział jeszcze co ma czynić, Wilhelm wybiegł ku furcie i stanął tu właśnie, gdy Jadwiga wchodzić miała. Towarzyszyła jej Hilda, kilka panien, wojewodzina Emrykowa, dworzanie i Gniewosz.
Cały ten poczet liczniejszy, niżby była Jadwiga życzyła sobie, okazał się potrzebnym dla przyzwoitości.
Na widok Wilhelma rumieńcem okryła się śliczna twarz królowej, podała mu rękę drżącą, a wzruszenie nie dozwoliło jej usłyszeć wyuczonych słów kilku, któremi ją powitał. Trzymając się za ręce i cicho rozmawiając przeszli korytarze ciemne nieco, i Wilhelm wprowadził do refektarza.
Kto widział królowę na zamku, a zobaczyłby ją tutaj, ledwie w tej wesołej z jasnemi oczyma, z usty uśmiechniętemi dzieweczce, poznałby tę smutną, zadumaną panią, której zamek wydawał się więzieniem.
Ledwie spojrzała na Semka, który ją witał u drzwi, pozdrowiła go i natychmiast zwróciła się do ukochanego. Oczy co na nią patrzały, nie onieśmielały jej, czuła się swobodną, bo niebyło nikogo z tych groźnych, nachmurzonych starców, których ona katami i oprawcami zwała.
Naprzeciw niej stał ten, któremu była poślubioną od dzieciństwa, mąż jej serca i wyboru, który jej przypominał słodkie chwile dziecinnych zabaw w Budzie i Wiedniu.
Była szczęśliwą. Zdawała się zapominać o jutrze, o niebezpieczeństwach, o wyroku, o niewoli.
W tym posępnym refektarzu było jej dziwnie wesoło, jakby znowu wróciła do lat bez troski.
Twarz jej rozjaśniona, wszystkim swą wesołość narzuciła, uśmiechali się wszyscy, oprócz Semka może, którego zazdrość ukąsiła żądłem swem w serce...
Książe Mazowiecki widząc się opuszczonym, zwrócił ku pannom królowej i wymuszoną począł rozmowę z piękną Elżą, niespokojną trochę, kwaśno mu odpowiadającą.
Ona i jej matka, posłuszne królowej przybyły z nią, lecz to spotkanie z Wilhelmem, napełniało je jakimś strachem. Obawiały się następstw nieprzyjemnych, — królowa była przyrzeczoną Jagielle i zdawała się zapominać o tem...
Gniewosz tymczasem gospodarzył.
Przybyłych z królową lutnistów jej z Handslikiem sadził w dobrem miejscu na ławie, a do tych się i Suchenwirth przyłączył. Panie zachęcał do łakoci.
Wilhelm z Jadwigą mogli swobodnie mówić z sobą, szmer w refektarzu cichą tłumił rozmowę.
Korzystali też z tego...
Mężnej Jadwidze, zobaczenie narzeczonego dodało jeszcze odwagi.
— Królowo moja — mówił Wilhelm usiłując zdobyć się na jak najwykwintniejsze wyrażenie swych myśli. — Królowo moja, usychałem jak kwiat bez ciebie. Słońce moje...
— Mnie gniew palił i dręczył — odpowiedziała królowa — ale w tej chwili zapominam o wszystkiem. Znowu razem jesteśmy i mam nadzieję, że się nie damy rozerwać.
— Ci okrutni tyrani! — odezwał się książe. — Do żadnego z nich przystąpić, przemówić, zmiękczyć ich niemożna.
— O! próżnoby było starać się o to, — przerwała Jadwiga. — Znam ich już dosyć! Poganin kupił ich złotem swojem... Wilhelmie...
I pochwyciła go za rękę.
— Wilhelmie, jam na wszystko gotowa! Przysięgliśmy sobie, mężem i żoną jesteśmy... Trwaj mężnie, ja skruszę te więzy...
— Życie gotówem dać dla ciebie! — zawołał książe ręce składając... Jeżeli potrafisz z zamku wyśliznąć się pokryjomu... uciekniemy do Wiednia.
— Nie!! — odparła energicznie Jadwiga — tu zostaniemy. Jam ich królową, tyś mężem moim, nic mi uczynić nie mogą. Mnie nie oderwą od ciebie, ty nie daj się odemnie oddzielić.
— Nigdy! — zawołał chwytając jej rękę Wilhelm.
Mówili długo jeszcze, mówili żywo, lecz Wilhelm sam nic nie mogąc obmyśleć, ani się na nic ważąc, przyjmował co mu Jadwiga wskazywała. Ona kierowała wszystkiem, zawczasu oznaczywszy, jakim sposobem, w chwili najdogodniejszej połączyć się mieli z sobą. Królowa obiecywała, iż z zamku sama z Hildą i Gniewoszem się wymknie. Furta już była na to opatrzoną. Pod zamkiem czekać miał na nią książe.
Lecz trzeba było uśpić dozorców podejrzliwych — wybrać godzinę... Tymczasem mogli się zejść jeszcze, rozmówić i naradzić w tym samym refektarzu gościnnym.
Wilhelm się godził na wszystko...
Wśród tej rozmowy, Hilda, która się obawiała, aby zbyt długo przeciągnięta, nie obudziła niepotrzebnych podejrzeń o zmowy, dała znak Gniewoszowi. Handslik stroił już lutnię... Jadwiga siadła słuchać, a Wilhelm umieścił się tuż przy niej, tak wdzięczną przybrawszy postawę, że panny dworu królowej napatrzeć się nie mogły ślicznemu młodzieniaszkowi.
Z drugiej strony stojący Semko, choć urodziwy i młody, nie pociągał już tak serc i oczu ku sobie...
Handslik w struny uderzył, stary a dowcipny pieśniarz, wiedział co wybrać z mnogiego śpiewów liku, które miał w pamięci począł smętną na poły, na pół wesołą pieśń, której niegdyś oni oboje słuchali, pamiętali oboje...
Królowej serce uderzyło i nie obawiając się oczu ludzkich, pochwyciła rękę Wilhelma patrząc na niego... On całował jej białe paluszki...
Handslik śpiewał całą duszą, głos mu drżał, a łzy miał na powiekach — tak mu żal było tych dwojga dzieci, tak pragnął swoją królowę widzieć szczęśliwą...
Pieśń brzmiała dziwnie w tych murach klasztornych, o które niedawno psalmy żałościwe się odbijały — brzmiała i przebrzmiała...
Aby nie dać się jej tęsknicą rozmarzyć, natychmiast drugi na skinienie, wesołą śpiewkę zanucił...
Furknęła jak ptaszek i zrobiło się wesoło...
Działo się wszystko wedle jakiegoś rozkazu danego wprzódy, czy tak rosło jakoś z siebie, ale nikt nie kierował, śpiewacy, fletniści spoglądali po sobie i poczynali. A gdy skończyli, ledwie trochę odpocząwszy Handslik ręką po strunach przebiegał — szło tak dalej...
Stary to lutnista, który kochał swą panią i tak pragnął dać jej chwilkę wesela po tylu dniach łez i boleści, rządził niewidomie wszystkiem...
Po ostatniej śpiewce mrugnął na swoich... grali posłuszni do tańca!! Pannom królowej liczka się zarumieniły, nóżki zadrgały. Jadwiga nie wierzyła uszom. Mogłaż ona pójść pląsać? z tą troską w duszy?
Sama nie wiedziała jak się to stało...
Był to ten pląs stary, który dziećmi tańczyli, a królowa Elżbieta pięknej parce przyklaskiwała... Podała rękę Wilhelmowi, poszli przez salę jak dawniej, ręka w rękę śmiejąc się sobie.
Wesoła Elża, którą pierwszy strach opuścił, widząc przy sobie Semka, spojrzała nań wyzywająco... Ruszyli się drugą parą, Gniewosz wziął Dochnę, inny dworzanin Goldę pannę królowej...
O. Franciszek ujrzawszy to, pierzchnął z refektarza...
Pląsy te jednak nie trwały długo, sama rozbudzona do najwyższego stopnia wesołość, sprowadziła smutek i niepokój.
Królowa usiadła z główką spuszczoną... Gniewosz tym czasem kazał roznosić słodycze, łakocie i wino... Czas ulatywał piorunem, wieczór nadszedł, zapalano świece i lampki, lecz królowę ogarnął niepokój, poruszyła się.
— Powracać muszę, — odezwała się do Wilhelma. — Pojutrze zjedźmy się tu znowu. Tymczasem przygotowywać będę ucieczkę i przyniosę o niej wiadomość.
— Rozstać się znowu — jęknął namiętnie książe — królowo moja!
— Potrzeba się rozstać, aby na zawsze połączyć. Jechać muszę! Noc nadeszła.
Skinęła na Hildę, panny ruszyły się od słodyczy, dwór cały gromadził się żywo. Kilką słowami ujmującemi Jadwiga chmurnego Semka starała się rozweselić.
— Dziećmi, — rzekła do niego, — wychowywaliśmy się razem... Nawykliśmy byli zwać się mężem i żoną, nie dziwujcie się, że nam tak miło — tak miło znowu się zbliżyć do siebie...
Spojrzała nań słodkiemi oczyma i rozbroiła.
Wszyscy szli już do wyjścia razem, Wilhelm pochylony do ucha królowej prowadził ją, karmiąc przysięgami miłosnemi. Był sam tak rozmarzony, że się stał nieco swobodniejszym, i o dostojeństwie swem zapomniał...
U furty klasztornej stali ludzie królowej z pochodniami.
— Po jutrze! — szepnęła Jadwiga. Oczy więcej powiedziały...
Wilhelm został u furty długo spoglądając na nią. Nie chciało mu się już powracać do pustego refektarza, ani pomyślał o pożegnaniu z Semkiem, który po odjeździe królowej, dłużej tu bawić nie chciał...
Książe wydawszy rozkazy sam natychmiast na dworzec Gniewosza powrócił, ciągnąc tylko Suchenwirtha za sobą. Poeta jechał zawiedziony i smętny, z urazą w sercu do Handslika, który mu przygotowanego wiersza nie dał wypowiedzieć.
Wilhelm całą namiętnością swych lat piętnastu był rozgorzały...
Niecierpliwił się i zżymał na zamek patrząc... odgrażał... Siadł powtarzając sobie jej słowa i uspokajając tem, że wkrótce połączą się na zawsze.
Suchenwirth przygotowywał epithalamium.
Szczęśliwie powróciła na zamek królowa, a że wszyscy więcej potrzebowali dla niej i dla siebie taić się niż chwalić z tą wycieczką do klasztoru, nie rozeszła się o niej wieść nazajutrz szeroko.
Stary Dobiesław z Kurozwęk usypiał, wiedząc że zamek jest pilno strzeżony. Temu milczeniu przypisać potrzeba, iż królowa w parę dni potem mogła znowu przed wieczorem odwiedzić refektarz Franciszkanów.
Lecz jak nic się nie powtarza w świecie, tak i ta pierwsza chwila wesela nie była do drugiej podobną.
Handslik nie śpiewał z takiem uczuciem i swobodą, przeczuwał on z rozmów, które go doszły, że nie tak łatwo będzie wyzwolić panią kochaną.
Wojewodzina Emrykowa nie odstępowała królowej, przypominając potrzebę prędkiego powrotu, nawet Gniewosz miał jakieś obawy.
Wszystko się spiknęło, aby zatruć im chwilę tak upragnioną. Jadwiga znajdowała przeszkody mnogie, mówiła mu wzdychając, że jeszcze raz może znajdą się tu, ale chyba za tydzień, aby nie zwracać uwagi, a potem spodziewała się... módz ujść z zamku... Gniewosz przygotowywał wszystko i straże miał odciągnąć.
Tak się rozstali a Wilhelm wrócił więcej strwożony niż napełniony nadzieją. Suchenwirth pomnażał bojaźń jego, gdyż sam lękał się niezmiernie polskiego okrucieństwa.
Cały tydzień teraz czekać było potrzeba, na nowe widzenie się z królową! Szczęściem posły biegały, a Hilda przynosiła własne słowa Jadwigi... Wszystko dotąd szło po myśli. Panowie rady nie dawali znaku życia.
Tydzień żółwim przechodził krokiem. Na dzień naznaczony Wilhelm wspanialszą jeszcze niż pierwszą ucztą zgotować kazał; spodziewał się wiele po tym dniu z taką oczekiwaną tęsknicą.
Nie dano już znać Semkowi, bo go tu mieć nie chciał Wilhelm, niecierpliwy na parę godzin wyprzedził królową, przyprowadził swoich lutnistów i śpiewaka; nawet trefnisie mieli rozkaz być na zawołanie...
Stoły zastawiono najprzedziwniejszemi łakociami... ale, królowa przybywająca do furty powitała go niewesołą twarzą, była jakby wylęknioną i niespokojną.
— O ci stróże! o ci oprawcy! — zaczęła wchodząc mówić do niego — jak oni śledzą moje kroki.
Wilhelm się strwożył.
— Mieliżby przeniknąć co? zdradzono nas? — zapytał spiesznie.
— Nie — odpowiedziała królowa — ale w ciągu tego tygodnia, codzień mi przysyłano jednego z biskupów dla nawracania, codzień któryś z tych starych przychodził. Słuchałam milcząca! Chcą odemnie krzywoprzysięztwa! o mój Boże!...
I białe rączki łamała...
Chciał Handslik, widząc ją tak smutną, począć zaraz pieśń, ale skinąła, by milczał.
Nierychło stary śpiewak mógł rozpocząć, a po nim zaraz książe swojemu kazał nucić piosnkę, którą umyślnie o dwojgu rozłączonych kochankach Suchenwirth napisał.
Jadwiga podrażniona cierpieniem, rozpłakała się słuchając jej.
Zagrano do tańca znowu, lecz królowa wolała pozostać z nim na rozmowie, a panny tylko i dwór pląsały. I tym nie szło tak jak pierwszym razem...
— Tych schadzek już dosyć, Wilhelmie mój — w końcu odezwała się królowa — zejdźmy się, ale żeby się już nie rozchodzić na wieki...
W głosie jej czuć było łkanie.
— Gotowe wszystko. Gniewosz ci oznajmi dzień i godzinę, czekaj na mnie pod zamkiem. Oddaję ci się! czyń co chcesz! uciekajmy! skryjmy się, zostańmy! Tyś mąż i mężczyzna, mnie już opuszczają siły...
Młodzik choć mąż i mężczyzna, z niepokojem posłyszał, iż nadal on sam miał podejmować wszystko...
Lecz cofać się nie mógł, a namiętność w nim zastępowała męztwo... Jadwiga, prędzej niż się spodziewał, kazała się do furty prowadzić... Wieczór był ciemny, wiatr dął silny, pochodnie rzucały iskrami i gasły, a Wilhelm stał i patrzał jeszcze za odjeżdżającą, gdy ciemny mrok nocy go otoczył...
Z jakiemś przeczuciem smutnem zawrócił do refektarza, otulił się płaszczem, skinął na Suchenwirtha i dworzan i opuścił klasztor...
Przeczucie nie było daremnem: w istocie zbierała się burza nad tą parą rozmiłowaną. Dobiesław z Kurozwęk był ślepy, ale inni patrzyli za niego.
Za drugim powrotem przy pochodniach do zamku, Dymitr z Goraja podskarbi, mąż wielkiej przenikliwości i energii, chociaż do niego dozór nad tym skarbem nie należał, powziął jakieś podejrzenia.
Dość mu było wziąć na spytki Zbramira, dworzanina królowej, aby się o wszystkiem dowiedzieć. Wylękłe pacholę opowiedziało o schadzkach u Franciszkanów z największemi szczegółami.
Nakazawszy mu milczenie, podskarbi jednej nie tracąc chwili, pobiegł do Jaśka z Tęczyna. Tu szczególnym trafem zastał i pana krakowskiego i Spytka.
Ujrzawszy go wpadającego ze zmienioną twarzą, zdyszanego, porwali się wszyscy domyślając nieszczęścia jakiegoś... Dymitr zaledwie mógł mówić. Oburzało go to, iż dotąd nikt nawet o zabiegach Wilhelma i Gniewosza podstępnych knowaniach nie wiedział.
Począł więc z gwałtownością wielką. Równie jak on porywczy stary Dobiesław, usłyszawszy pierwsze słowa, zerwał się biedz natychmiast i na trwogę w zamku uderzyć, a dworzan brać na męki. Ledwie go powstrzymać zdołano, bo królowej sławę oszczędzać było potrzeba i nie zrażać jej postępowaniem gwałtownem i okrutnem.
Niezmierną trwogą wszyscy byli przejęci. Domyślał się Dymitr, przeczuwali panowie, iż królowa miała zamiar małżeństwu z Jagiełłą zapobiedz połączeniem jawnem z Wilhelmem. Nowego ślubu nie wahałby się był dać kapelan księcia.
Lecz niemożna było wystąpić przeciw królowej nie mając dowodów.
Najzimniejszej krwi a największej energii, Dymitr wszystko brał na siebie, byleby mu to zlecono i nie przeszkadzano.
Dobiesławowi powierzono tylko, gdyby się okazało, że Wilhelm czyhał na porwanie królowej, aby go zmusił do wyjazdu, choćby groźbą. Czekać miał wszakże, ażby wszystko na jaw wyszło...
Z wielkim trudem udało się podskarbiemu wymodlić cierpliwość i oględność w postępowaniu.
Najtrudniejszym do pohamowania był Dobiesław, który sobie wyrzucał, że zbytkiem zaufania i nieoględności zgrzeszył.
Podskarbi, którego koń stał u wrót, natychmiast na zamek powrócił. Środek jakiego miał użyć, aby zapobiedz ucieczce królowej i połączeniu się jej z Wilhelmem, oparty był na znajomości charakteru Gniewosza i nikczemności do której on był zdolnym.
Przez bratanka swego kazał go zaprosić do siebie.
Dymitr z Goraja w potrzebie miałby krew zimną, a panowanie nad sobą, które są najlepszą rękojmią zwycięztwa, gdy się ma z ludźmi namiętnemi do czynienia.
Wezwany do podskarbiego, Gniewosz chwilę się namyślał, czy miał iść, lub się wymawiać, ale poróżniony ze wszyskiemi, nie chciał ostatecznie zrywać z ludźmi, którzy stali u steru. Z miną zuchwałą, jaką mu łaska królowej nadawała, stawił się przed Dymitrem z Goraja.
Podskarbi był zupełnie ostygłym i z twarzy jego najmniejszego wzruszenia poznać nie było można.
— Chciałem mówić z wami — odezwał się podskarbi z powagą, jaką mu urząd i związki krwi z Leliwami i Toporami nadawały. — Chciałem pomówić z wami. Znałem rodzica waszego, ubogi był szlachcic, lecz człek zacny i poczciwy.
Ostro począł patrzeć Gniewosz.
— Trzymał on zawsze z nami — mówił dalej Dymitr — od gromady się nie oddzielał. Wyście sobie inną obrali drogą; szczęść Boże! Sądzę, że się chyba wyniesiecie precz od nas, bo tu wam żyć będzie niezdarno.
— Dlaczego? — odparł Gniewosz.
— Dlatego, że jak wy przeciw wszystkim idziecie, tak was nikt nie zechce znać — ciągnął spokojnie podskarbi. — Kto ze swojemi w złem i dobrem nie trzyma, ten nam nie swój.
Dokąd się myślicie wynosić?
— Ja się wcale wyojczyzniać nie chcę — rzekł Gniewosz. — Cóżem to ja zbrodnię popełnił, aby mnie wyświecano?
— Uderzcie się w piersi — odparł Dymitr. Kraj cały pracuje na to, aby swą potęgę pomnożył, a wy knowaniem waszem na zgubę naszą się usadzacie...
Jeżeli sądzicie, iżeśmy ślepi, mylicie się. Królowej nie dopuścimy się połączyć, mimo zmów u Franciszkanów. Wilhelm może spiski głową przypłacić, a i za waszą ja nie ręczę.
Wyrzekł to podskarbi z taką siłą i pewnością iż Gniewosz strwożył się i zaniemiał.
Dymitr widząc skutek słów swoich, mówił dalej.
— Znałem rodzica waszego, chcę was ratować od zguby.
Zamilkł i dał czas do namysłu podkomorzemu, który się w podłogę zapatrzył.
Milczeli oba długo; Gniewosz się zdawał zachwianym. W tem podskarbi, ton zmieniwszy, rozpoczął żartobliwe.
— Rakuzkie książątko wybrało się tu pono z niemałemi bogactwy w sprzętach, koniach, wozach, srebrze, klejnotach... Gdyby mu nagle uchodzić przyszło, co może być, wszystko to przyjdzie porzucić...
Gniewosz podniósł głowę i spojrzał tylko, chciwość w nim się odezwała. Dymitr z Goraja mówił dalej.
— Pięknąbyś wziął po nim puścizną. Ale ażeby was nie bogacić, bo niema za co, damy mu się wynieść ze wszystkiem co ma...
Podkomorzy mowę odzyskał.
— Macie do mnie żal wielki, a niesłuszny, jestem królowej sługą.
— A działacie tak jakbyście byli jej nieprzyjacielem — rzekł podskarbi, — należy ją ochronić, nie dopuścić, aby się poświęcała dla człowieka, z którym żyć nie może, choćby nawet z pomocą waszą uciekła do niego. Naówczas my, z należnem poszanowaniem skarb mu nasz odbierzemy.
Zważcie co dla was lepsze — dokończył Dymitr — czy zapobiedz ucieczce królowej, a wziąć po Wilhelmie jego skarby, czy dopomagać do niej, nie dostać nic, a popaść pod sądy?
Podkomorzy już był sam snać rozwarzył co wybrać należało i zbliżył się do podskarbiego.
— Mówcież, co mam czynić?
— Powinniście tylko oznajmić mi, kiedy królowa z zamku wyjść myśli i którą furtą, więcej mi nie potrzeba... Wilhelma potem przepłoszyć będzie łatwo, a co po nim weźmiecie, nikt was o to nie spyta.
Gniewoszowi oczy się zaiskrzyły...
— Królowejbym zdradzić nie chciał — wybąknął zafrasowany nieco.
— Nie zdradzisz jej, ale prawą drogę jej ułatwisz. Ona sama później wdzięczną będzie zato.
Łatwo się dał przekonać podkomorzy i poddał. Po krótkim namyśle oświadczył podskarbiemu, iż Jadwiga następnego dnia furtą, którą mu nazwał, nad wieczór z Hildą się wybierała wynijść niepostrzeżona.
— Miałem ja być z nią — dodał — ale wolę towarzyszyć księciu, który pod murami na nią czekać przyrzekł.
Podskarbi z powagą wysłuchał powieści Gniewosza.
— Pomnijcie tylko — dodał — że mnie zwieść jeśli zechcecie, bezkarnie to nie ujdzie. Pobłażaliśmy wam dotąd przez wzgląd na panią, lecz nadal nie oszczędzim.
Zaklął się zdrajca i wyszedł. Z rozkazu podskarbiego każdy krok jego śledzono.
Dymitr z Goraja wiedział to, o czem potrzebował być uwiadomionym, a miał dosyć czasu aby postępowanie przyszłe rozważyć. Królowej żal mu było. Na radzie u Jaśka z Tęczyna głosowano zatem, aby u furty zastąpili Jadwidze drogę, wszyscy starsi panowie rady i pokląkszy prosili ją uroczyście, by zamiaru swojego zaniechała.
Dymitr się temu oparł. — Srom będzie dla niej zbytni i rozgłos wielki — rzekł do Jaśka. — Dozwólcie mnie samemu znajdować się tam. Głową moją ręczę, że królowej nie dopuszczę dokonać tego... Pogniewa się, to na jednego mnie, a do wszystkich i do kraju żalu mieć nie będzie.
Zgodzili się wszyscy wreszcie na zdanie podskarbiego. Dzień upłynął do wieczora bez żadnej widocznej zmiany w życiu zamkowem. O swej godzinie była królowa w kościele, przyjęła potem Radlicę i kilku z panów, zabawiała się żeńskim dworem swoim. Może tylko zblizka się przypatrujący samej pani dostrzedz mogli niepokoju na tej twarzy, zadumania, roztargnienia i obawy, jaką w niej każdy ruch żywszy obudzał.
Chodziła do okien spozierając na słońce, jakby co rychlej doczekać chciała zajścia jego.
Gniewosz powoływany parę razy, przychodził wcale nie dając znać po sobie, iż zmienił myśli i do zdrady się gotował.
Dwór żeński królowej jeszcze przy śpiewach około krosien i szycia się zabawiał, gdy Jadwiga z Hildą wyśliznęła się z komnat swoich, okryła ciemnym płaszczem, przysłoniła głowę i przejściem, które stało puste, skierowała się ku drzwiom wychodzącym nieopodal od murów i bramy, tak, że kroków tylko kilkanaście potrzebowała przesunąć się, aby znaleźć w sklepionej furcie, która prowadziła na ścieżkę za wały...
Nikogo nie napotkały po drodze.
Część ta podworca stała pustą; cień od dworców okrywał ją mrokiem. Furta, którą Jadwiga wyjść zamierzała, służyła dawniej dla czeladzi, do wnoszenia i wynoszenia różnych zapasów, a teraz stała zaparta i zapewniono królowę, że nawet straży przy niej nie było... W małem wygłębieniu stały wrota dębowe, kute, zaparte drągiem, który w mur się zakładał.
Ten zawczasu także miał być odjęty, a Hilda klucz trzymała w ręku, którym, jak mówiono, zamek łatwo otworzyć było.
Podchodząc ku furcie, staruszka wyjrzała ostrożnie i nie zobaczyła nikogo... Spiesznym krokiem obie dostały się pod sklepienie, do którego parę schodków kamiennych prowadziło. Jakież było zdumienie królowej, gdy po obu bokach wrót dostrzegła dwóch z hallabardami stojących ludzi.
Zbladła, pochwyciła za rękę Hildę, zatrzymując się na krótko, lecz natychmiast przezwyciężyła obawę i wahanie, posunęła się żywiej i krzyknęła na stojącą straż, aby otwierała.
W mroku nie można było rozpoznać ludzi, i oni też, jakby nie poznali królowej, nie poruszyli się z miejsca i nie zdawali gotowi usłuchać.
Jadwiga z coraz większem poruszeniem podbiegła bliżej, jednemu ze stojących własną rączką wyrwała berdysz, którego on wcale nie bronił, i zamierzyła się nim uderzyć we drzwi.
Nie rozrachowała ani sił swych, ani niepodobieństw dokonania tego, do czego ją rozpacz skłoniła...
Postradała pamięć, rozwagę: gniew i boleść w szał ją wprawiły.
Lecz było coś tak bohaterskiego w tem porwaniu się słabej istoty przeciw dzielącej ją od kochanka zaporze, że straż zdawała się gotową rozkazowi jej uledz...
Oburącz porwawszy berdysz, już miała uderzyć w drzewo, gdy zjawił się Dymitr z Goraja, z obnażoną głową stając wprost przed nią.
Zobaczywszy go, królowej opadły ręce...
— Pani miłościwa! pani nasza! co czynić zamyślasz... na Boga...
Jadwiga milczała niema chwilę.
— Widzisz — odparła gwałtownie — niewolnica wasza wybija się na swobodę, gwałtem oddzieliliście mnie od męża, idę się z nim połączyć.
Otwierać wrota! jam pani! królowa! Kto śmie mi zapierać drogę?
Dymitr z Goraja ukląkł przed nią ze złożonemi rękami.
— Ja śmiem mojem ciałem, a choćby trupem moim drogę tę zapierać. Ja! Miłość twoja może być wielką dla tego człowieka, ale węzeł ten stargany został wolą matki, wyrokiem kościoła — królowa — masz przed sobą inne i wielkie przeznaczenie. Miłość dla wiary i dla kraju twego musi w twem sercu zastąpić przywiązanie do człowieka...
Świat cały patrzy na ciebie, tysiące dusz z twych rąk zbawienia wyglądają... Pani nasza! ulituj się...
Cóż pomoże to porwanie się przeciw wszystkim... Rozstawione są straże, nie dopuszczą cię wynijść, a książe Wilhelm to zuchwałe pokuszenie się życiem może przypłacić.
W połowie już tego przemówienia, cała siła na jaką się zdobyć mogła Jadwiga, po kilkodniowej wyczerpującej ją walce, opuściła biedną.
Łzy rzuciły się jej z oczów, zadrżały pod nią nogi, Hilda podbiegła, aby chwiejącą się podeprzeć i podtrzymać. Dymitr z Goraja klęczący całował kraj jej szaty. Głos jego łagodniejszym co raz stawał się, błagalnym...
Nie było środka wydobyć się zamku. Zakrywszy oczy biedna pani, zwróciła się, sparta na ramieniu staruszki, i poczęła iść nie wiedząc dokąd idzie... Podskarbi ujął jej rękę z drugiej strony, nie opierała się już, dając z sobą czynić co chcieli. Być może, iż obawa o zagrożone życie Wilhelma przyczyniła się do złamania tego oporu...
W przedsieni zamkowej głos Hildy wywołał żeńską służbę, która na widok osłabłej pani, przypadła ku niej i prawie na rękach ją niosąc, wprowadziła do komnat...
Drżenie gorączkowe i zawrót głowy, zmusił natychmiast Hildę, po rozdarciu sukien, położyć ją i okryć na łożu... Posłano po biskupa Radlicę wzywając go do chorej.
Z zamkniętemi oczyma, blada, leżała królowa trzęsąc się jeszcze, a niekiedy spazmatycznym wybuchając płaczem. Na pytania Elży i Hildy nie odpowiadała tylko łkaniem. W takim stanie znalazł ją nadchodzący pospiesznie biskup, któremu Hilda musiała objawić przyczynę nagłej choroby...
Gdy na zamku zabiegano tak około królowej, Wilhelmowi stojącemu z kilku ludźmi i Gniewoszem pod murami, przybiegło dać znać pacholę podkomorzego, iż wszystko odkryte zostało, królowę u wrót zatrzymano, a rozwścieczeni panowie na życie Wilhelma się sprzysiągłszy, szukają go wszędzie po mieście.
Powracać do otoczonego już domu Gniewoszowego nie było sposobu. Sam podkomorzy nie radził, należało co prędzej gdzieindziej szukać tymczasowo schronienia, dopókiby burza nie przeszła. Gniewosz zaręczał za Morszteina i korzystając z mroku, sam księcia do niego poprowadził.
Wilhelm, któremu Suchenwirth i marszałek dworu towarzyszyli, przelękły był niezmiernie, nie mógł mówić, stracił przytomność. Zdał się na swych opiekunów. Gniewosz ofiarował się go nie opuszczać.
Morsztein, którego wywołano, zgodził się ukryć księcia, ale żądał, aby nic bytności jego tu nie zdradzało... Obawiał się nawet dwóch towarzyszów... Tu się potwierdziła smutna wiadomość o tem, że we dworcu Gniewosza splądrowano wszystkie kąty szukając Wilhelma, i że cały jego dwór, spłoszony, rozbiegł się, kto konno, kto pieszo, tak że ledwie kilku ludzi podkomorzego zostało na straży. Szukano zbiega po mieście, odgrażając się na życie jego.
Gniewosz, który mężnego udawał, ofiarował się biedz, aby języka dostać i obmyśleć co czynić...
Morsztein dostojnego gościa zamknął tymczasem w swej sypialni i sam mu posługiwał.
Podkomorzy znalazł swój dworzec w takim stanie, jak mu go opisano. Zrana miał on już tę ostrożność potrzebną, iż swoich ludzi najzaufańszych w dworcu umieścił. Ci przy poszukiwaniu księcia na straży pozostali, aby szkody nie było; ludzie zaś Rakuszanina, wszyscy uszli. Niektórzy z nich, czasu pobytu pozawiązywali stosunki w mieście i pozbiegali do mieszczan, inni koni się dorwawszy, nie oglądając się, uciekali do Wiednia...
Przepowiednia Dymitra z Goraja sprawdziła się, spadek po Wilhelmie cały, nienaruszony był w rękach Gniewosza, który cieszył się dobrze opłaconą podłością swoją.
— Co to rozum mieć? — mówił zamykając komnaty i stawiąc straże. — Teraz byle się ztąd książątka pozbyć, panem będę! Wsi nakupię ile zechcę.
Zacierał ręce... — Strzegomi nie zjeść w kaszy! — mruczał. — Górą Gniewosz...
Wielką tę radość jednak pohamował wracając do Wilhelma. Miał zamiar nie zwlekając namówić go do ucieczki nocą, a nawet mu ją ułatwić, ale poczciwy, a nie wtajemniczony Morsztein, oparł się temu, bo nad biednym młodzieniaszkiem miał miłosierdzie.
W obec Wilhelma, który dotąd ze strachu przyjść do siebie nie mógł, Franczek zawołał, że teraz gdy wszędzie za księciem tropią i ścigają go, byłoby nierozumem puszczać się w drogę.
Należało pozostać ukrytemu w Krakowie, a dopiero, gdy wszystko ucichnie przebranemu wykraść się za bramy.
Choć podkomorzemu pilno było się pozbyć Wilhelma, nie śmiał rozumnej rady odtrącać. Książe też gotów był i chciał pozostać w nadziei, że królowa go obroni że się może zmieni położenie na szczęśliwsze.
Zostawując księcia znękanego na opiece Morszteina, Gniewosz na zamek wrócił, po drodze tylko zajrzawszy do dworu swego, będąc o skarby w nim zamknięte niespokojnym.
Na Wawelu panowało przerażenie i niepokój wielki. Królowa leżała chora, Dobiesław z Kurozwęk zarządzał środki ostrożności nadzwyczajne, ludzie wszyscy byli na nogach, załoga na wałach; a panowie rady wbiegali dowiadywać się o zdrowie Jadwigi.
Radlica wywoływany nieustannie, starał się ich uspokajać.
Tak zeszła cała noc, a siedząca u łoża Hilda, ile się razy zdrzemnęła, zrywała się obudzona jękiem i płaczem swej wychowanki.
Biskup w drugiej izdebce obok noc spędził na modlitwie, nie kładnąc się także... Nad ranem usnęła snem wielkiego znużenia królowa, ale dzwonek kościoła ją obudził. Powstała szybko i zażądała gwałtownie, aby jej szaty podano. Do Boga chciała iść na skargę przeciw ludziom.
Biskup Radlica łagodnie jej to odradził i ofiarował się mszę świętą odprawić w komnacie.
Mały jej opiekun miał głos tak przenikający, prosił tak łagodnie a niewzruszenie, iż mu uledz było potrzeba... W rannych szatach czarnych, bo innej barwy wdziać nie chciała, klękła się modlić, ale ledwie poczęta modlitwa we łzy się rozpłynęła.
Po mszy, kląkł Radlica głośno jeszcze poczynając różne modły, które do stanu duszy królowej umiał zastosować.
Wstała potem, jeśli nie pokrzepiona, to z większem poddaniem się ciężkiemu losowi, jaki ją spotykał.
Gniewosz, który się ukazał na chwilę, dopytującej go Hildzie oznajmił, że on księciu życie ocalił, ale Wilhelm musiał uchodzić, bo inaczej utrzymania go nie mógł być pewnym.
Dzień przeszedł w samotnej komnacie, na głuchem milczeniu. Królowa siedziała przeciwko zwyczajowi swemu nic nie mogąc wziąć w ręce. Elża odpowiadała wzrokiem, była jakby skamieniałą.
Zbliżający się wieczór, ten spokój pozorny wspomnieniem jakiemś zamącił i powrócił płacz i dreszcze, ale Jadwiga nie dała się zaprowadzić do łóżka, uklękła na modlitwę...
Gdy powstała chwiejąc się i słaniając, znalazła przed sobą w komnacie oczekującego biskupa Dobrogosta z Nowego Dworu. Królowa potrzebowała pociechy religijnej, a Radlica nie ufał sobie, aby skuteczną mógł jej przynieść. Mówił od serca, słowy bardzo prostemi, chciał wymowniejszych ust, coby go zastąpiły.
Wybór poznańskiego biskupa był bardzo szczęśliwym. Królowa go ceniła wielce, był łagodnym i miał dar ten słowa, który jest darem ducha...
Dobrogost nie spieszył z rozpoczęciem rozmowy, dopiero gdy ujrzał ją nieco uspokojoną, odezwał się z prostotą i ojcowską troskliwością.
— Jeśli łzy ci ulgę przynoszą, płacz, we łzach jak w krwi ofiarnej jest tajemnica. Bóg je dał ludziom, aby go mieli czem przebłagać.
Życie nasze od boleści się poczyna, w boleściach kończy, na ziemi w niem szczęścia szukać ślepi mogą tylko.
Królowo moja! ciebie Bóg do wielkiej powołał ofiary, aby ci dać zasługę wielką, a niema jej bez cierpienia. Chrystus cierpiał; on wzorem naszym.
Ty także bólem swym wykupisz dusz tysiące i dasz je Bogu...
— A! ojcze mój! na taką ofiarę sił mi braknie...
— Bóg je zeszle! Módl się i proś Go o nie...
Rozpłakała się królowa... Biskup Dobrogost począł psalm odmawiać, a ona powtarzać go za nim.
Skończył się szeptem cichym. Dobrogost księgę zamknął i mówił znowu.
— Męczennicą będziesz dla wiary świętej, nie ubłogosławiłże cię Bóg? Poświęcisz swą miłość dziecięcą dla miłości Zbawiciela... Ludy cię czcić będą i wieki głosić imię twoje...
Zadumała się podnosząc oczy Jadwiga, a biskup szanując jej smutek, zamilkł...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.