Ragnarök/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Ragnarök
Podtytuł Powieść
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Wydanie trzecie
Data wyd. 1922
Druk Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A. Poznań
Miejsce wyd. Lwów - Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IV.

Gdy Niemirycz minął Brześć i wjechał w Litwę, ranek był wczesny. Siedział sam w przedziale z jakimś starym panem, który czytał gazety. Zbliżył się tedy do okna i przypatrywał okolicy. Kraj był dzikszy, pustszy i pomimo krasy lata robił wrażenie szare i smętne. Szare były wsie, i szarawe sosnowe lasy, i szare ubiory chłopskie.
Po stacjach, na platformie stał szary tłum: Żydzi i przeważnie chłopstwo. Mało było ruchu i gwaru, a same stacje drewniane, mało ocienione, przeważnie w pustem polu. Stary jegomość skończył czytać, zmiął gazetę i wyrzucił przez okno; potem usiadł naprzeciw Niemirycza i z pod oka mu się przyglądał.
Wreszcie rozmowę zagaił:
— Nie przykry panu dym cygara?
— Bynajmniej. Sam palę.
— Pan pewnie z Warszawy?
— Tak.
— I ja stamtąd wracam do domu. Odwoziłem chorą żonę. Wyprawili ją doktorzy do morza. Sam wracam.
I stęknął.
— Daleką ma pan drogę?
— Jeszcze kawał. Do Czernina. A pan?
— Ja także do Czernina.
Stary jeszcze ciekawiej go obejrzał, pomyślał i rzekł:
— Chyba do Mehecza, bobym pana znał.
— Tak, do Mehecza. Więc pan tak dobrze zna całą okolicę?
— Bój się pan Boga, a toć tam od pradziadów siedzimy; a oprócz grafskich dóbr, jest tylko trzy majątki: mój, Bułhaków, Niemirycza, no i parę cudzych. To pan do Mehecza, aha, do pana Kęckiego? Znam go, bardzo godny człowiek. I on tam od dziada siedzi. Może pan zna i samego hrabiego?
— Znam.
— Tego tutaj nikt nie widział. Cudza krew!
— Jakto?
— No, koroniarz. Alboby on tu wytrzymał? Komaryby go zjadły.
Zaśmiał się stary. I czuć było w tym śmiechu odwieczny antagonizm dwóch szczepów.
— Zapewne i hrabina, chociaż Litwinka, nigdy tu nie była — wtrącił Niemirycz.
— Oho! tu się chowała. Nieboszczyk jej ojciec kochał Mehecz i żył z nami. Jakie tam bywały wtedy polowania! Teraz i zwierza niema. Błota suszą, łozy czyszczą; żeby nie te dyferencyjne błota Niemirycza, jużby łosi nie było. Ale i to kwestja czasu. Bóg wie, kto po Niemiryczu tam będzie.
— Hrabia — odparł spokojnie młody człowiek.
— Aha! To pan wie o procesie? Ciekawa sprawa. Wygrał podobno? — z zajęciem spytał szlachcic.
— Nie wiem.
— Wygrał. Dwudziestu chłopów przysięgło. Tysiąc dziesięcin sianożęci! Ładny kawał!
— I słusznie wygrał, sądzi pan? — spytał poważnie Niemirycz, podnosząc oczy badawcze.
Stary się zamyślił. Uśmiech przebiegły mignął mu na twarzy.
— Ja nie sędzia, ani świadek — odparł. — Musi być słusznie, kiedy ma wyrok. On już dużo spraw wygrał, szczęście ma do ziemi, rośnie mu jak na drożdżach. Tylko ród to mu się nie mnoży, a gaśnie. Miał pięcioro dzieci, dwoje zostało, i to takie, pożyczone, na mały czas. Dwie żony też pochował. Pytam go też: Poco ci, Józefie, tyle tej ziemi i tyle z nią kłopotu? Ano, taki ma niespokojny charakter i pasję do procesów. To nieszczęśliwy człowiek w gruncie.
— Mówił pan przed chwilą, że szczęśliwy.
— Kogo można zwojować, to zwojował, ale w domu ma ciężkie życie. Wojuje z śmiercią i przegrywa. To, panie, dzieje, choć książkę o tem pisać.
Niemirycz milczał. Nie pytał, ani okazywał ciekawości; ale stary, rad był pochwalić się przed obcym, że i u nich zdarzają się ciekawe wypadki.
— Niespokojna krew, panie, to jest ciężki dopust Boży.
Mając dwadzieścia lat, Niemirycz się ożenił, w uniwersytecie w Petersburgu, z jakąś ubogą panienką. Przystojny był chłopak i bardzo do kobiet ciekawy. Ojciec jego okropnie małżeństwu był przeciwny. Ale co było robić, jedynak! Mruczał stary i parskał, ale się wreszcie pogodził. Młodzi zjechali do Niemirowa, złożyli wizyty nam i Bułhakom. Zaraz wtedy powiedzieliśmy, że niedługo będzie tego dobra, bo to nie była żona dla Niemirycza. Ciche, wystraszone, wątłe stworzenie, a on jak ogień człowiek. Widać było, że go żona nudzi i drażni swą łagodnością i smutkiem. A tu rodzice dogadywali, a tu okolica mu pochlebiała i gościła, a tu bogaci krewni kręcili nosem na mezaljans, a tu zaczęto gadać, że mógłby był poślubić jakąś miljonową kuzynkę z Witebskiego... i zaczęły się kwasy. Urodził się syn. Chrzciny były ciche, jakby jakiegoś ekonomczuka. Niemirycz nawet nie wspomniał, że ojcem został. Hulał, bawił się, bałamucił. Na przyjęciach u nich młoda pani prawie się nie pokazywała i mowy o niej nie było. Przyjechała na lato ta miljonowa kuzynka. Niemirycz z nią wszędzie bywał, widocznie asystował; ludzie bąkali rozmaicie. Aż tu nagle, rozchodzi się wieść, że młoda Niemiryczowa utopiła się w kąpieli. To ci, panie, wypadek. Myślałem: bajki. Jadę, opowiadają naoczni świadkowie. Kąpała się i w oczach służącej tonąć zaczęła; nie inaczej, kurcz ją chwycił. Służąca narobiła wrzasku, ludzie nadbiegli, ale już bez ducha dobyli. Niemirycz był w konsternacji, jednakże, widziałem, płakał na pogrzebie. Złożyli biedaczkę do grobów familijnych.
To, panie, awantura, co? A może i lepiej się stało, że ją Bóg zabrał. Nie pasowała ni do Niemirycza, ni do Niemirowa. Na drodze wszystkim stała.
Duża to, magnacka fortuna, ale i długi były na niej magnackie. Ledwie Niemiryczowej nie stało, interesa natychmiast się poprawiły; ba! pokazało się, jak ona zawadzała, bo ledwie żałoba się skończyła, Niemirycz pojechał do Wilna i ożenił się z kuzynką. Ludzie zazdrościli, stary odmłodniał, młody całym powiatem trząsł; długi spłacono, szyk i cugi, parady i bale, zda się, nic nie brakło do szczęścia. Aż tu, panie, po roku chrzciny, córka. Fety były trzy dni, familji zjechało się pół Litwy. Jakoś po roku poczynają bąkać, że dziecko garbate. Przybyło drugie i trzecie, „wreszcie długo oczekiwany dziedzic. Bo trzeba panu wiedzieć, że tamtego pierwszego zaraz po śmierci matki zabrała jej rodzina i pono gdzieś w Petersburgu umarł wkrótce potem. I wie pan, co teraz Niemiryczowi zostało z tych świetności rodzinnych? Tylko ta pierwsza, garbata, ułomna, chorowita córka i ten ostatni syn, jedynak, suchotnik. Żona umarła na raka, dwoje dzieci w jednym tygodniu na szkarlatynę, ojciec na apopleksję. Choroby z domu nie wychodzą. Fortuna idzie na kuracje i proces z Meheczem, a w Niemirowie za stołem śmierć siedzi.
I pytam, poco jemu tyle ziemi, dla kogo?
— Woli myśleć o procesach i interesach, niż w siebie zajrzeć. Czyn nie dopuszcza refleksji — rzekł poważnie Niemirycz.
— Pięknie to pan określił. Pan pewnie koroniarz?
— Polakiem jestem.
— No, to widzę, ale nie tutejszy. Do pana Kęckiego często przyjeżdżają goście teraz. Bo i warto. Panna Janina śliczna, choć emancypantka.
Niemirycz milczał zamyślony o poprzednim przedmiocie. Stary ani przypuszczał, że mówił temu obcemu o jego matce, zakatowanej w niewoli źle dobranego małżeństwa, o ojcu, który go się wyrzekł i zapomniał o istnieniu, o rodzeństwie, które posiadało jego prawa i przywileje, o domu, skąd go niemowlęciem wywiozła ciotka, na dolę ciężką sieroty, prawie podrzutka.
Teraz do tych stron i kraju sprowadzał go los. Jechał dorosły, zdrów, silny, niezależny, o byt spokojny, i słuchał bez triumfu, a tylko z smutkiem i wspaniałomyślnem współczuciem, o tych chorych, kalekich, stroskanych wybrańcach losu. „Nie tutejszy“ był, zgadł stary szlachcic: między nim a tą przeszłością było tak daleko, tak obcy był wszystkiemu, jakby z innej wracał planety.
Prędko otrząsnął się z zamyślenia. Sięgnął do torby podróżnej, dobył gazetę. Stary, widocznie ogromny gaduła, znowu rozmowę zagaił.
— Ot, kiedy pan z Warszawy i pewnie literat, to ja panu powiem, że te wasze gazety to bezeceństwo i zgorszenie. Poco to ludzie wydają? To, panie piekielny wynalazek! Bo proszę tylko „rozebrać“ detalicznie gazetę, co tam jest? Wszystkie wiadomości od djabła: kto kogo okradł, kto kogo oszukał, obił, albo i zamordował, albo gdzie kto się bawi. Wojna — radość w gazetach, zbrodnia — radość w gazetach. Toć oni od deski do deski tylko o złem piszą, z gałgaństwa ludzkiego ludziom zajęcie czynią. To, panie, piekielne rachunki i piekłu szykują lokatorów. Niech pan powie, czy jest gazeta o dobrych i o cnocie? Takąbym abonował.
— Nie, panie. Cnoty starczyłoby przez rok na niewielką broszurkę, i ta byłaby podejrzana, bo jawna. Cnocie ludzie kazali się wstydzić i kryć, żeby, uchowaj Boże, nie zaćmiła występku.
— Eee? kpi pan sobie z Litwina!
— Nie, tylko się dziwię, że pan jeszcze wierzy w cnotę. Może pan także wierzy w strachy?
— Oho! To pan jakoby i w cnotę nie wierzy?
— Wierzę tylko w egoizm. Jeśli z tego wyniknąć może cnota, to będzie cnota.
Stary krytycznie głową pokręcił.
— A ja „taki“ wierzę — zamruczał, ale już dysputować dalej nie miał ochoty i zapalił cygaro.
W tej chwili drzwi sąsiedniego damskiego przedziału otworzyły się, i wyszła na korytarz młoda kobieta, bardzo przystojna i elegancka. Stary się jej, ukłonił. Skinęła lekko głową.
— Myślałam, żem przespała Czernin.
— Pani z Wilna?
— Dalej, aż z Petersburga — odparła, przeciągając się lekko. — Radam skończyć podróż: za długa nawet na moje amatorstwo.
— To państwo razem pojadą do Mehecza. Ten pan jedzie także tam.
Oboje zainterpelowani spojrzeli na siebie.
Nieznośny, dobroduszny stary ciągnął dalej:
— Będzie państwu weselej w kompanji na tych piaskach pod Słomianką. A pewnie po panią konie przyjdą?
— Może i po tego pana, jeśli gość do ojca.
„Teraz dowiem się, kto taki!“ — pomyślał stary. Ale Niemirycz tylko wstał, ukłonił się i rzekł:
— Nie, pani. Jadę w interesie, bez uprzedzenia.
Panna rzuciła nań jeszcze raz wzrokiem i cofnęła się do swego przedziału. Stary nic się nie dowiedział.
— To panna Kęcka — rzekł zcicha. — Ciekawa rzecz, dlaczego jeździła do Petersburga. Tak sobie sama, bez żadnej opieki. Co to świat teraz, panie! Moja żona to i za próg beze mnie boi się ruszyć. A córek tobym i do kościoła samych nie puścił.
— A mówił pan, że wierzy w cnotę — uśmiechnął się drwiąco Niemirycz.
— To inna materja. Już też moje córki poczciwe i porządne panienki, ale nie takie, żeby potrzebowały narażać się na ludzkie języki i po kolejach na licho wie jakie towarzystwo.
— Zapewne, — mruknął Niemirycz znudzony.
Konduktor odebrał bilety. Pociąg przerzynał lasy sosnowe i nagie wrzosowiska. Krajobraz był niezmiernie pusty i smętny; lato go nawet ubarwić i rozweselić nie zdołało. Młody człowiek oparł się o okno. Tęsknota szła z tych obszarów, żal jakiś łagodny i spokój.
Przeciągły gwizd maszyny obudził go z zamyślenia.
— Otóż i Czernin! — oznajmił stary, zbierając tobołki.
Drobna stacyjka, opodal kilkanaście chat szarych, piaszczysta droga, ginąca w borze — to było wszystko. Na platformie kilku żydów i chłopów — cała publiczność.
— Szczęśliwej drogi panu życzę. Jestem Kołb — rzekł śtary, oczekując wzajemnie przedstawienia.
Ale Niemirycz tylko kapelusza uchylił i ukłonił się. A w tejże chwali do wagonu wpadł chłopak wyrostek i począł wołać:
— Tatku! Ja się zabrałem z Wasylem i młodą siwą wzięliśmy na orczyk.
Niemirycz chwycił swą podróżną torbę i wyskoczył z wagonu. Żydzi furmani wnet go opadli, ofiarowując swe fury i szkapy, ale gdy wspomniał Mehecz, już tylko jeden pozostał, żądając siedmiu rubli. Przez czas tych targów nejtyczanka z starym odjechała z pod stacji i został tylko wózek węgierski, zaprzężony w cztery doskonałe mierzyny. Żyd pokazał Niemiryczowi swą furę i umowa już była zawarta, rzeczy w szponach woźnicy, gdy wtem na ganku ukazała się panna Kęcka. Zwróciła się wprost do Niemirycza i rzekła po francusku:
— Pan jest zapewne zapowiedzianym przez hrabiego plenipotentem prawnym. Służę panu moim ekwipażem. Pojedziemy razem. Oczekiwany pan jest niecierpliwie.
— Jadę istotnie z polecenia hrabiego. Jestem prawnikiem ordynacji. Pani pozwoli się przedstawić: Roman Niemirycz.
Panna żachnęła się zdziwiona, potem się uśmiechnęła.
— Szczególny zbieg nazwisk. Ja jestem Janina Kęcka — i podała mu rękę.
Siedli na wózek i ruszyli.
— Domyśliłam się kto pan i z czem jedzie. Ale drżałam, by się pan przed Kolbem nie wygadał. Jest to okropny plotkarz i gaduła. Jutroby był w Niemirowie z nowiną; a właśnie o to chodzi, by oni tam zasypiali na laurach i nie myśleli, że my coś czynimy. Ja też wcale nie z Petersburga wracam, ale z Mińska, dokąd mnie ojciec wysłał w tym interesie, by terminu nie opuścić. Jesteśmy w porządku, dalsze losy sprawy już do pana należeć będą.
— Byli z przeciwnej strony fałszywi świadkowie — rzekł po francusku.
— Skąd pan już wie o tem?
— Nie wiem, ale tknęło mnie adwokackie przeczucie, przysłuchując się gawędzie pana Kołba — odparł z uśmiechem. — Zgadłem? Państwo mają dobre dowody?
— Doskonałe.
— Uprzedzony sędzia śledczy?
— Jeszcze nie. Tylko podano prośbę o przesłuchanie jeszcze innych świadków i sprawę przez to odwleczono. Ma pan czas poznać ją na gruncie i szczegółowo rozpatrzyć. Stanie tedy Niemirycz contra Niemirycz. Szkoda mi tylko Jadwisi i dobrych z Niemirowem stosunków. Starego nie cierpiałam, ale lubiłam serdecznie tych dwoje biedaków. Naturalnie Styx między nami teraz.
— Pani tam bywała?
— Tylko tam. Co święto i niedzielę.
— Pani pracuje?
— Tak, w biurze zarządu. Jestem już od lat trzech etatowym oficjalistą ordynacji.
— Ja także i jedne mamy lata służby.
— Może pan jest tym samym Niemiryczem, autorem „Pręgierza“?
— Tak, pani.
— To pana znam i cenię oddawna. Pan się nikogo i niczego nie lęka.
— Owszem, pani: samego siebie.
— To racja! Zdrajca w nas jest i buntownik, i tchórz, i pokątny podły doradca, i kłamca. I od tego wszystkiego ni uciec nie możemy, ni skryć się, ni sekundy być bezpiecznymi. Dobrze jeszcze, gdy niema pożaru! — Zaśmiała się i zanuciła:

Im Keller brennt der Spiritus
Und alles steht im Feuer!

On się też uśmiechnął, ubawiony jej humorem a zarazem głębokością myśli.
Wjechali w rzadki bór i bezdenne piaski. Konie zwolniły biegu. Słońce mocno grzało. Powietrze przesycone było zapachem żywicy.
— Co za cisza i spokój! — rzeki Niemirycz. — Prawie nie znam wsi, ale o takiej nie miałem nawet pojęcia. Czy i Mehecz do tego podobny?
— Nie. Melhecz jest to malutka mieścina na skraju tych piasków i wody. Za nim labirynt rzek, błot, bagien, lasów, łąk; siatka wód to przecina i łączy. Są wśród tych obszarów małe wioski, gdzie chłopi na widok czarno ubranego człowieka chowają się w łozy, i osady bobrów, które, przeciwnie, na widok człowieka nie przestają roboty. Są leśne ostępy, gdzie tylko w ostre zimy można się dostać, i trzęsawiska tak zdradne, że noga ludzka na nich nie postała, i zakąty tak ukryte, że człowiek tam lata przebyć może, i nikt go nie odnajdzie. I są wiorsty, mile sianożęci, przez całe lato gwarne i rojne od kosiarzy, lub służące za wypasy dla setek wołów. Są rybne tonie i ptasie wyraje, i stada łosi, i toki głuszców, i jeziora, gdzie się lęgną czarne łabędzie i nurki najosobliwsze. I jest to państwo, mające obszaru dwadzieścia tysięcy morgów wedle planów, a wedle zdania miejscowych półtora raza więcej, bo nikt nie był w stanie dokładnie zmierzyć tych moczarów.
— Pani je kocha?
— Za słabe określenie. Ubóstwiam!
— Tu się pani urodziła i wzrosła?
— Tak. Już dziad służył w Meheczu. Matki nie pamiętam, hodował mnie ojciec i stryj bezżenny. Potem obadwaj mnie uczyli, a na ukończenie edukacji byłam trzy lata z stryjem w Anglji. Gdy wróciłam, ojciec mnie wpakował do biura, buchalterję prowadzę. Ale poza biurowem zajęciem żyję wśród tej natury i bajecznie mi dobrze.
Ależ skwar!
Zdjęła okrycie i została tylko w jasnej bluzce; a potem zeskoczyła z wózka i szła w cieniu przydrożnych sosen, nucąc półgłosem.
Wysiadł też Niemirycz, rad przechadzce.
— Będzie tu niedaleko po drodze krynica, zwana „Barysz“. Przywiązana jest do niej legenda, że kto z niej pije, ten w tym kraju zostanie. Niewielka sztuka, bo piją zwykle miejscowi. Trzeba, żeby pan próbę na sobie uczynił.
— Uczynię niezawodnie, choćby jeszcze czemś gorszem groziło, bo pragnienie mocno mi dokucza.
Jakoż piaski i bór ustąpiły, grunt się znacznie obniżył, ukazał się szmat grząskiego wygonu, przerżniętego groblą obrosłą olszyną. Krynica była na skłonie; pień wydrążony, pełen po brzegi wody, której nadmiar ściekał strugą, het, w dal.
Furman się zatrzymał. Poszli po oślizłych żerdkach do zdroju.
Gdy się napili, rzekła:
— Struga ta staje się dalej rzeczką i pod Niemirowem wpada do Czarnego Jeziora. Ona to stanowi tę kwestjonowaną granicę. Pił pan z źródła sporu. Wnoszę toast, by pan go pomyślnie zakończył.
Wskazała w lewo.
— Tam skręca ta droga do Niemirowa, ale jest inna, wodna, którą zwykle płynęłam w odwiedziny do Jadwisi.
— Tej garbatej?
— Kołb już panu wszystko opowiedział? Szkoda, że cały świat nie składa się z takich garbatych. Byłby zdrów moralnie. Jadwisia Niemiryczówna jest to porządny człowiek, tylko nie takiemu Kołbowi poznać się na niej.
Siedli na wózek. Konie ruszyły żwawo. Po długiej chwili Niemirycz odezwał się:
— Okolica, natura, kraj — inne, ludzie wszędzie ci sami. A zdawałoby się, że spokój i cisza tego otoczenia powinny oddziaływać na mieszkańców.
— To też oddziaływają na tych, którzy bliżej są tej przyrody. Chłop tutejszy jest szary jak bór, cichy jak woda, spokojny i apatyczny jak piasek.
I leniwy widocznie. Tyle tu gruntów leży pod wrzosowiskami i pastwiskiem.
— Tak. Jest leniwym i musi być.
— Dlaczego?
— Długom nad tem rozmyślała i znalazłam trzy powody: Przedewszystkiem kompletny brak potrzeb, powtóre pastuszenie przez całą młodość; od pieluch prawie taki dzieciak coś pasie: gęsi, nierogaciznę, bydło... czyli, że spędza najlepsze lata życia na włóczeniu się próżniaczem po obszarach pastwisk; wreszcie praca wołami. Senny, powolny ruch wołów udziela się robotnikowi. Zrastają się z sobą. Ot, patrz pan!
I wskazała na drogę. Para wołów szarobrudnych ciągnęła flegmatycznie wóz. Ledwie widać było, że postępują. Na wozie leżał chłop i ćmił fajkę. Twarz jego, kapelusz, siermięga — wszystko było szarobrudne, jak woły. Podniósł senne oczy i sięgnął do kapelusza. Woły poruszyły ogonami, oganiając się od bąków, a chłop powolnym głosem mruknął: „Anu, żeby na was choroba!“ — i ułożył się napowrót do drzemki.
— I dobrze im z sobą! — zakończyła panna Kęcka.
— Lud biedny, czy bogaty?
— Przedewszystkiem mądry, a zatem bogaty. Nie myśli, a zatem nie buntuje się. Nie cierpi, nie walczy, nie wątpi, nie lęka się niczego. Nie potrzebuje, a zatem nie wie, że potrzebom niema granic, ni sytości. Nie przeklina życia, nie boi się śmierci, drzemie. Będzie mu gorzej, gdy się obudzi, gdy go wciągną w wir cywilizacji.
— Pani taka jej nieprzyjaciółka?
— Nie widzę innych jej wyników dla ludzi, jak systematyczna nędza, systematyczny głód rozbudzonych instynktów, systematyczne karlenie fizyczne i krwiożercze samolubstwo. Nie, nie lubię cywilizacji. Nauka, kultura, postęp zastąpiły dawne bajki. Bawiono dawniej dzieci opowieściami o ukrytych skarbach i zaklętych królewnach. Teraz uczą o równości, o bohaterstwie, o cudach i bogactwach ziemi, o wygodach i przepychach, wynalazkach i ułatwieniach życia. Dla iluż pozostaje to baśnią, równie niedościgłą, jak szklana góra. Dla ludzi cywilizowanych ziemia za mała.
— Pani dużo myśli i poważnie. A jednak i pani nie wyżyłaby bez cywilizacji, bez ludzi i ich umysłu.
— To zależy, do jakiego stopnia pan rozciąga pojęcie ludzi. Mnie wystarczy troje, z któremi obcuję: ojciec, stryj i Jadwisia Niemiryczówna.
— Aż do zamążpójścia! — uśmiechnął się pobłażliwie.
Uśmiechnęła się i ona.
— Tak! To mi jest nadzwyczaj potrzebne i pożądane.
Nie można było zrozumieć z tonu, czy to był żart, czy prawda. Zmieniła też zaraz temat rozmowy.
— Wjeżdżamy już na terytorjum Mehecza i wytchniemy nieco w tej karczmie. To połowa drogi.
Pod karczmą na przyzbie, siedziało kilku chłopów w sennej zadumie, paląc fajki i spluwając. Żyd jednego z nich na coś namawiał, żywo gestykulując. Chłop odpowiadał monosylabami.
— Wejdziemy do izby i zjemy trochę. Przysłano mi z domu koszyk zapasów. Proszę pana.
Chłopi pokłonili się jej, snać znajomi, bo rzekła:
— Cóż tak próżnujecie w kosawicę?
— Dziś przyświątek. Grzech robić! — odparł jeden.
Zaśmiała się i rzekła do Niemirycza:
— Wygodne pojęcie religji!
— Bo tak jest. Tak Kościół naucza — odparł. — Naukę religji zaczyna dziecko od historji raju i wygnania zeń. Praca jest tam przedstawiona jako kara, przymus, klątwa życia. Możnaż się dziwić, że stała się ludziom nienawistną, a próżnowanie synoninem święta?
— Nie należy pan do wyznawców zbyt przekonanych — zauważyła z uśmiechem.
— No, nie mam dwunastu lat, a zatem Stary Testament przestał mnie straszyć i imponować. Co prawda, nie rozumiem racji uczenia dzieci czynów ludzi, którzy, wedle naszych obecnych pojęć, siedzieliby wszyscy w kryminale, a procesy ich toczyłyby się przy drzwiach zamkniętych, kwoli publicznej moralności.
— Dzieci tego nie rozumieją, a starszym zabroniono czytać bez pozwolenia władzy duchownej.
— Świetna obrona. Więc poco dzieci uczyć czegoś, czego nie powinny rozumieć, bo się zgorszą, a dorosłym poco zabraniać tego, czego malcy się uczą? Dla kogoż to zatem jest użyteczne?
— Jako pociecha dla grzeszników, że mają, patrjarchów za przykład — zaśmiała się.
— Chyba.
Zasiedli za stołem, w pustej izbie szynkowej. Żydówka tylko, młoda jeszcze, ale zwiędła, zdefigurowana, brudna, snuła się, otoczona gronem bachorów.
— Błogosławieństwo Boże! Majestat macierzyństwa — rzekła panna Kęcka tym swoim tonem nieuchwytnym przekonania czy ironji.
Wydobyła z koszyka zapasy: wino, tartinki, herbatę i cukier. Nalała kieliszek srebrny złotawego wina i podała go towarzyszowi.
— Pani nie pije?
— Owszem, ale mi gorzej głód dokucza. Pij pan.
Gryzła tartinki, wyzierając oknem i nasłuchując sprawy między Żydem i chłopem.
— Szkoda, że pan nie rozumie tutejszego narzecza, bo to doskonałe studjum logiki chłopskiej. Rzecz się o to toczy, że Żyd chce nająć chłopa z wozem i koniem na jutrzejszy jarmark do Mehecza. Ofiarowywał mu dwa ruble, teraz daje trzy. Chłop ani słyszeć nie chce. Myśli pan, że się droży? Nie. On wcale nie chce pieniędzy: „Albo ja dureń kobyłę pędzać za twoje ruble? Na czorta mi one. U Prokopa były, to je myszy znalazły, w strzesze i zjadły. U Semena złodzieje wykradli, nowy zamek u komory mu popsuli. U Iwana spaliły się w ulu. Będę ja sobie na głowę zgryzotę sprowadzał. Nie pojadę. Niech kobyła się pasie, a ja na chrzciny do Mikoły pójdę, to i za darmo się upiję. Odczep się ty ode mnie, Judo!“
Śmiali się oboje, a panna Kęcka dodała:
— A jednak chłop zrobi, co Żyd chce. To nie koniec. I jestem pewna, że zrobi za darmo.
W tej chwili chłopi poczęli na drogę wyglądać ciekawie, więc spytała siedzącego pod oknem:
— Jedzie kto?
— Ale. Niemirowski pan z panicznem. „Musi“ na kolej młodego wiezie, do dochtorów. Nie dużo on już chleba zje, młody! Taki biały, jak wosk na ołtarzu.
Z za karczmy ukazały się konie i powóz. Panna Kęcka usunęła się od okna. Niemirycz patrzał, oczu nie mogąc oderwać od tych dwóch twarzy. Stary siwy był, o licach zoranych troską i niepokojem. Gwałtownikiem musiał być i despotą; oczy miał o obwisłych powiekach, czarne, pełne rozdrażnienia, ruchy nerwowe.
Obok niego młody, starzej jednak wyglądał.
Otulony w koce, leżał prawie w powozie, oczy ledwie napół otwarte, ręce woskowe, twarz wychudła, apatyczna, rysy już martwe.
Ojciec gromkim głosem zawołał Żyda, począł mu wymyślać, że me dostawił na umówiony termin jakiejś słomy; potem huknął na furmana, żeby konie poił, wreszcie chłopów jął napędzać do koszenia łąk niemirowskich. Syn ani się poruszył, ani przemówił, tylko oczy jego uwięzły w twarzy Niemirycza, w oknie karczmy, smutne, mgławe, zdziwione, pytające.
A wtem stary, spostrzegłszy liberję z Mehecza, cicho Żyda spytał o coś i poczerwieniał.
— No, ruszaj! — krzyknął na swego furmana, rzuciwszy podejrzliwem okiem na Niemirycza.
Powóz ruszył i zniknął wnet w tumanie kurzu.
— Nasz antagonista! — rzekła panna Kęcka. — Biedny Michaś, jakże się zmnienił od wiosny. Wywozi go zapewne ojciec za granicę przymusem. Tak się wypraszał, gdym u nich była raz ostatni, tak wie, że umrze, i pragnie zgasnąć w Niemirowie. Ale jego kat inaczej postanowił.
— Ojciec go nie kocha?
Dziewczynie ogniem zamigotały oczy.
— Niechże pan nie ubliża miłości, zestawiając ją z tym człowiekiem. Zresztą miłość rodziców dla dzieci jest jednym z utartych komunałów; ma leżeć w naturze, być czemś tak przyrodzonem, że nawet nie podlega krytyce. Niemirycz kocha dziecię a jakże! Kołb na to przysięgnie.
— Ale pani nie? — uśmiechnął się.
— Ja? — ruszyła ramionami, zawahała się, ale była widocznie zanadto rozdrażniona, żeby zmilczeć.
— Ja przedewszystkiem znajduję, że dawać życie, jest to dawać zarazem śmierć. Mnożyć tedy ludzi, powoływać do życia istnienie, na pastwę ziemi, złej doli, walki o byt, choroby, a wreszcie grobu, jest najokropniejszym, najpotworniejszym egoizmem, za który najszczytniejsza miłość rodzicielska jest ledwie słabem zadośćuczynieniem. A tym dwojgu co dał ojciec? Córce łaskawie pozwala sobie służyć, synowi codzień powtarza, że mu jest troską żywota, jakby dla tego skazańca żywot, który jest konaniem powolnem, był rozkoszą i szczęściem, za które rodzicowi powinien być wdzięcznym. Córki nie cierpi, bo kaleka, ale ją w domu trzyma, bo mu z tem wygodnie. Oboje nie mają ni woli, ni głosu, ni grosza własnego. Więzieniem i kaźnią jest im Niemirów, ale są przecie nakarmieni, odziani, „jasny panicz“ i „jasna panienka“. Niemirycz jest wzorowym ojcem, tylko nieszczęśliwym. Ubolewają nad nim, że z dzieci nie ma pociechy i pomocy. Nie mówmy więcej o tem. Zgorszyłam dosyć pana. Ruszajmy w drogę, konie wypoczęte.
Gdy odjechali sto kroków, spotkali chłopa, z którym się Żyd targował, idącego z uzdą na wygon.
— Wieziesz Icka do Mehecza? — spytała z uśmiechem.
— Ale. Po klacz idę!
— Darmo go wieziesz?
— Oho! będę niechrysta darmo woził? Dał mi ile chciałem.
— No, ileż?
— Dziesięć garncy soli i kwartę wódki.
— To znaczy na gotówkę rubel! — wytłumaczyła towarzyszowi. — Nie bardzom się omyliła, twierdząc, że pojedzie za darmo.
— A przecie jaki ten chłop mądry i szczęśliwy — odparł Niemirycz zamyślony.
Skwar przestał już dokuczać, konie szły raźno. Gościniec biegł uprawnemi polami, mijał wsie szare, lub dworskie, Meheckie już folwarki, i wreszcie ukazało się miasteczko, z złocistą kopułą cerkwi, wieżą kościoła i ciemną plamą hrabiowskiego parku trochę na uboczu.
Przelecieli parę ulic, domostw żydowskich, rynek z kwadratem kramów na środku i skręcili w aleję stuletnich lip, wiodącą do dworu. Na samym wstępie stał dom administratora, przytykając do parku. Lipy biegły dalej do bramy pałacu, który ginął wśród drzew. Zupełnie na uboczu czerwieniały mury zabudowań folwarcznych.
Konie stanęły przed gankiem i na powitanie wyszło dwóch mężczyzn.
— Prędkoś załatwiła interes. A dobrze? — spytał dziewczyny starszy, ojciec jej zapewne, podczas gdy drugi na widok obcego cofnął się w cień werandy.
— Wszystko w porządku. I możesz, ojcze, już się tą sprawę, nie troskać, bo jest tu właśnie przysłany przez hrabiego prawnik, który ją poprowadzi i wygra — dodała z uśmiechem. — Spotkaliśmy się na kolei i oto jesteśmy. Co jest najdziwniejsze, że pan jest także Niemirycz. Dobry wieczór, stryju!
Ucałowała obu i weszła do domu. Mężczyźni powitali się i usiedli za stołem, zastawionym do wieczerzy.
— Pan może krewny naszego przeciwnika? — spytał Kęcki. — To istotnie rzadki zbieg nazwisk.
— Widziałem go pierwszy raz w życiu dzisiaj na popasie w karczmie. Rozminęliśmy się. Nie mam żadnych krewnych, ani rodziny.
Podniósł oczy, czując na sobie badawczy wzrok drugiego gospodarza, i spokojnie wytrzymał spojrzenie. A tamten siedział milczący w kącie i wiązał sieć na ryby.
Kęcki począł rozpytywać o hrabiostwo, o młodych dziedziców, których nigdy nie widział. A tymczasem stara służąca w wielkim czepcu i fartuchu, z pękiem kluczy u pasa, wniosła wieczerzę i poufale zagadała:
— Jaśka pobiegła do rzeki, do kąpieli. Prosi, żeby panowie nie czekali. Zaraz wróci. Niech panowie jedzą na zdrowie.
Uśmiechnęła się dobrodusznie i wyszła.
Niemirycz począł się certować przez grzeczność, żeby czekać na młodą, gospodynię, ale Kęcki rzekł:
— My traktujemy naszą Jaśkę, jak młodszego kolegę i towarzysza. Nie dama ona, ale człowiek, i nie pojęłaby pana światowej grzeczności. Przyjdzie, to zje swoją część. Służę panu.
Jedli tedy we trzech, bo i mruk się do stołu przysunął, a po chwili ukazała się dziewczyna. Usiadła obok stryja i spytała go o sprawy biurowe.
— Robiłem, co trzeba. Zaległości nie znajdziesz — odparł lakonicznie.
— Jutro, korzystając z niedzieli, można zawieźć pana Niemirycza rzeką na owe sporne łąki i na gruncie rzecz wytłumaczyć. Możemy śmiało pod Niemirów dopłynąć, starego niema w domu.
— Ja jutro muszę być z inspektorem ogniowym w Medwidle — rzekł Kęcki. — Ale ty sama potrafisz wyjaśnić. Znasz te łąki. Ja dziś panu resztę papierów oddam i tych chłopów sprowadzę.
— Fałszywych świadków przeciwnej strony?
— Tak. Wie pan, co Niemirycz zrobił? Przy oględzinach sądowych na gruncie kazał chłopom nasypać do butów ziemi z Niemirowa, i przysięgli, że stoją na jego ziemi. Sprytne!
Tu nagle ów stryj niespodzianie się odezwał:
— Czy pan nie znał panny Stefanji Puciatówny?
Niemirycz drgnął i wszyscy spojrzeli na mówiącego, ale on spokojnie na gościa patrzał i czekał.
Po sekundzie Niemirycz odparł, jakby wahająco:
— Nie pamiętam. Zapewne nie.
— Uhm! — mruknął stary. — Mnie pan też znać nie może.
Powstał, zapalił fajkę, zdjął z słupa ganku strzelbę, pas z ładunkami i rzekł do synowicy:
— Chodź, oddam ci klucz od biura, a potem poszukam kaczek na jeziorku.
Sięgnęła po kapelusz i zeszli oboje na drogę. Gdy się oddalili ze sto kroków od domu, stary rzekł:
— Niemirycz nie widział twego towarzysza?
— Owszem. Przelotnie na popasie.
— I nie poznał? No, to już i sumienie zatracił.
— Skądże go miał poznać?
— Bo to jego syn. I tak do matki podobny, że jam i chwili nie miał wątpliwości.
— Co stryj za baje wymyśla! To nie może być.
— Nie baję, wiem na pewno. Znałem matkę jego, a jeszcze lepiej znałem jej siostrę. Byłem z nią zaręczony. Po katastrofie z Niemirowiczową, zabrała jej dziecko i nie chciała już słyszeć o małżeństwie. Widziałem ją raz ostatni w Warszawie. Ten chłopak, Romek o ile pamiętam, miał półtora roku. To on. Gdym go zobaczył krzyk mi w gardle uwiązł i dobrze: widocznie on ojca znać nie chce i słusznie. Nie Niemirycz on, ani twarzą, ani duszą. Przekonasz się, on nasz człowiek. Jaki on do matki podobny i do panny Stefanji. Nie żyje ona zapewne, dlategom go o nią spytał. Odpowiedział jak o umarłej.
Szli chwilę milcząc, oboje przejęci. Wreszcie odezwała się dziewczyna:
— Stryj więcej mu o tem niczem nie napomknie?
— Ani słowem. Ale że go stary nie poznał!
— Pozna w sądzie. Co za szczególny zbieg okoliczności. Ciekawam, czy on wie swe dzieje, czy dowiedział się o nich dziś w drodze od Kołba.
— Wie. Panna Stefanja mądra była. Nie zostawiła go bez broni na życie, nie zataiła mu nic, przygotowała i zahartowała na wszystko. Mówię ci, to nasz człowiek.
— Może być. Rozmawialiśmy bardzo dobrze przez drogę. A wie stryj, że on może zostać rychło dziedzicem Niemirowa.
— Ten stary zwierz przeżyje nas wszystkich. Jeśli nie poznał go, to bestja!
Weszli do biura, które zajmowało zupełnie osobny budynek, niedaleko folwarku, i Jaśka, przywitawszy kasjera i pisarzy, swych kolegów, weszła do pokoiku, w którym pracowała sama, i zaraz wzięła się do roboty, przeglądając bieżące rachunki i papiery, zebrane przez czas jej nieobecności. Po chwili wszedł także Kęcki z Niemiryczem, i zaczęli wertować akta sprawy i olbrzymie plany Mehecza.
Stryj Piotr wtedy się usunął i poszedł ku rzece, nie myśląc jednak wcale o polowaniu na kaczki.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.