Powiastki cmentarne/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Powiastki cmentarne
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXII
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom I
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
POWIASTKI CMENTARNE.
I
OPOWIADANIE AUTORA.

Rzecz dzieje się pod werendą pewnej cukierni w ogrodzie...
...Wieczór letni, słońce idzie już spać i mówi dobranoc gwiazdom, które tu i owdzie wyglądają z przepaści błękitu, niby kąpiące się dziewice z gęstwin tataraku, gdzie zapędziły je zuchwałe spojrzenia nieskromnego lecz ognistego chłopca.
Balsamiczna woń ogrodu miesza się z dymem tytoniu, wyziewami kawy i herbaty i pyłem, wznieconym przez damskie suknie. Szmer liści przedwcześnie zgrzybiałych drzewek i kaskada słowiczego śpiewu walczą o lepsze z szelestem wykrochmalonych ogonów, brzękiem łyżeczek, basowemi głosami gości i dyszkantem krótko ostrzyżonych, lecz niedość krótko utrzymywanych chłopców.
Od kilku godzin, przed zmieniającemi się dość często szklankami ponczu, siedzą trzy indywidua z linji obrończej. Jedno z nich jest patronem, drugie adwokatem, a trzecie mecenasem.
Panowie ci o godzinie piątej mówili o tem, że dnie są gorące, o szóstej przeszli do reform sądowych, o siódmej do polityki, o ósmej do piękności natury, przyczem jednomyślnie zgodzili się, że widok księżyca w pełni pozostanie na zawsze pięknym.
Gdy słońce zaszło, na ulicach zapłonął gaz, a każdy z obecnych powitał szóstą zkolei szklankę ponczu, gdy w dodatku księżyc ukazał się na firmamencie, wówczas lodowata skorupa wzajemnej nieufności poczęła topnieć. Trzej juryści dostrzegli, że w piersiach ich, obok kodeksu cywilnego i kryminalnego, istnieją jeszcze serca, poczęli rozmawiać o miłości i o dawno ubiegłych młodzieńczej swobody latach...
Potem nastało milczenie...
Potem niebo okryło się gwiazdami niby złotym makiem, a słowiki w różnych stronach ogrodu śpiewały tak, jak tylko zakochane słowiki śpiewać umieją...
Potem dusze prawników wypełniły się wspomnieniami, jakąś nieokreśloną melancholją, jakiemś uczuciem potrzeby wylania się...
Poczem wniesiono nowe szklanki ponczu i zaczęły się opowieści.


II
OPOWIADANIE PATRONA.

— Mówię wam, panie dobrodzieju, że w naturze jest coś!... — rzekł patron.
— Może być! — dorzucił krótko mecenas.
— O jest i niejedno!... Woda, arak, cukier naprzykład... — zakończył adwokat.
— Kolego! — upominał go patron — kolego!... Znałem ja takich, którzy wyśmiewali wszystko, byli zdecydowani na wszystko i wkońcu, panie dobrodzieju, zbankrutowali na czysto! W naturze jest coś i w duszy ludzkiej także coś. Nie drwijcie z tej struny tajemniczej, bo jak wam, panie dobrodzieju, pęknie!...
Patron zabębnił w stół palcami, skosztował odrobinę ponczu i zamyślił się. Młody adwokat z lekkim uśmiechem spojrzał na mecenasa, lecz dostrzegłszy w twarzy jego chłód dyplomatyczny, spuścił oczy i słuchał.
— W szkołach jeszcze — prawił podtatusiały obrońca — kolegowałem z niejakim Stefanem... Kochaliśmy się bardzo. Kiedy profesor wykładał lekcją, a nasi towarzysze sensaci czytywali romanse, my obaj rznęliśmy w djabełka, albo pod ławką spaliśmy na jednym płaszczu.
Chłopak ten miał wielki spryt. To też kiedy jedni utrzymywali się z lekcyj, drudzy z przepisywania, inni nawet z czyszczenia butów profesorom, on opłacał mundur i stancją swoim dowcipem, bo ojciec coprawda, oprócz starych, panie dobrodzieju, szopów i wolterjańskich zasad nic mu nie zostawił.
Nawiasem wspomnę, że Stefanek a nie kto inny wynalazł loterją na rubla. Rozpisywał sto biletów po pięć groszy, losował — i wygrywającemu oddawał rubla, a sam chował półtora. Chcieli go tam i inni naśladować w tej sztuce, ale chłopak miał pięść, panie dobrodzieju, twardą i przy monopolu utrzymał się.
Mnie osobiście najwięcej imponował odwagą. W naszych czasach człowiek w dwudziestym roku życia nie bawił się w filozofją, ale jak i jego ojcowie w karty grał, czasem wypił, jeżeli co było, za dziewczętami, panie dobrodzieju, latał jak kot z pęcherzem, a dla strachów poszanowanie miał wielkie. Stefan zaś, o ile w hulatyce trzymał prym, o tyle kpił sobie z żywych i umarłych, tak jak naprzykład nasz kochany adwokat, co zresztą kryminału jeszcze nie stanowi.
Jednego dnia, jakoś w czasie egzaminów, zeszło się nas kilku na mojej stancji, gdzieśmy mieli pokoik pod strychem do nauki. W dzień, jeszcześmy tam miętosili trochę książczyny, ale jak nadszedł wieczór ciepły, widny, taki, panie dobrodzieju, pociągający do złego... odleciały, powiadam wam, książki w kąt! Każdy czuł, że trzeba dziś zrobić jakieś głupstwo, ponieważ jednak na to, coby się nam podobało, pieniędzy nie mieliśmy, ktoś zatem szepnął, aby iść na cmentarz...
W tym punkcie opowiadania, mecenas zauważył, że wieczór robi się chłodny, uwagę tę potwierdzili dwaj inni, skutkiem czego na stole ukazały się nowe szklanki ponczu.
— No, ale może was nudzi to opowiadanie? — spytał nagle patron.
— Bynajmniej! Gdzież znowu!... — zaprzeczyli słuchacze.
— Ha! jeżeli tak, panie dobrodzieju, to słuchajcie dalszego ciągu.
W stancyjce było nas ośmiu, lecz wyszło nas tylko siedmiu, potem na mieście zrobiło się sześciu, a na rogatce zostało tylko pięciu. O ile pamiętam, kpinkowaliśmy sobie całą drogę, stopniowo jednak gardła nam jakoś chrypły, dowcip zakulał na powagę, a u wrót cmentarnych skończyło się na tem, że wszyscy, z wyjątkiem pogwizdującego Stefana, zdjęliśmy, panie dobrodzieju, czapeczki i przeżegnali się z większą niż kiedykolwiek pobożnością.
Szanowny mówca, zapewne dla nadania dźwięczności swemu głosowi, coraz częściej podnosił szklankę do ust, choć jako człowiek wstrzemięźliwy niewiele połykał odrazu.
— Kiedyśmy się znaleźli za cmentarnym murem, rzetelnie powiadam, że nam w pierwszym momencie tchu, panie dobrodzieju, zabrakło. Cmentarz zupełnie inaczej wygląda w dzień, a inaczej w nocy...
Księżyc jakoś wtedy nie świecił, wiatr wiał... Kiedyśmy jeszcze szli prędko naprzód i każdy o własnym strachu myślał, było jako tako, ale kiedyśmy się już znaleźli na środku...
Patron znowu łyknął ogrzewającego likworu.
— Cmentarz w porze nocnej, powiadam wam, to nie chychy! Przed tobą groby, za tobą groby, na prawo i na lewo także groby, pod tobą resztki, panie dobrodzieju, ludzkie, a nad tobą być może rój duchów... Ten krzyż pokazuje ci, że pod nim leży, panie dobrodzieju, umarły, ten kamień, zdaje ci się, że przyciska nieboszczyka, który inaczej wychyliłby, panie dobrodzieju, na świat głowę; te drzewa i krzaki, wykarmione krwią i ciałem, pochylają się tak jakby ci w oczy, panie dobrodzieju, spojrzeć lub do ucha szepnąć coś chciały...
Patrząc na garbate mogiły, przypomniałem sobie kretowiska na łąkach. Co będzie, pomyślałem, jeżeli się kopce te poruszą, panie dobrodzieju, rozpadną, i jeżeli uwolnieni z grobów, panie dobrodzieju, nieboszczykowie tłumem pędzić poczną około nas, uciekając z tych, panie dobrodzieju, miejsc strasznych, do których my, dzieciaki głupie, przyszliśmy samochcąc?...
Mówiąc to, szanowny patron był widocznie nietylko głębiej wzruszony od obu swoich towarzyszów, ale nawet od wszystkich razem spacerujących w Saskim ogrodzie.
— W tej chwili — ciągnął obrońca — dzika myśl przemknęła mi przez głowę. Przypomniałem sobie, że ja mam szkielet i moi koledzy mają także szkielety, że cały ten piękny świat jest niczem więcej jak tylko pokrywką, z poza której wyszczerza, panie dobrodzieju, zęby śmierć obrzydliwa...
Powiadam wam, myśli te tak mi zamąciły w głowie, że pod słowem, zwarjowałbym niechybnie, gdybym w tej chwili jakiś oryginalny szelest usłyszał. Na szczęście, oprócz jednostajnego szumu liści i krakowiaków, wygwizdywanych przez Stefana, nie było słychać nic...
Gdyśmy nieco z wrażenia ochłonęli, odezwał się jeden, już nie pamiętam który:
— Więc ty, Stefek, naprawdę się nie boisz, czy tylko tak miną, panie dobrodzieju, nadrabiasz?
— Cha! cha! cha!... Jak się masz, głupi! — krzyknął Stefan. — Ja się boję?... Jeżeli chcecie, to wam zaraz trupią, panie dobrodzieju, głowę wykopię...
— I jabym to potrafił! — szepnął któryś.
Stefan zakipiał z rozdrażnienia.
— No, słuchajcie! Ja zrobię to, czego żaden z was nie potrafi... Oto przyniosę wam ten krzyż spróchniały, około którego przechodziliśmy...
— Zgoda!
Krzyż ów, porosły mchem i opleciony, panie dobrodzieju, bluszczem, stał o kilkaset kroków, pośród gąszczu, do którego żaden z nas pojedynczo nie poszedłby za neapolitańskie sumy. Stefan jednak ani się zawahał; pobiegł śmiało naprzód, a my tymczasem usiedliśmy na mogiłce.
Dziś jeszcze słyszę szelest jego kroków i klątwy, jakie rzucał, potykając się o groby. Drżałem jak listek, zdawało mi się, że Stefanowi ktoś drogę zastępuje, albo znowu, że nieboszczyk, którego przysiedliśmy, chce kościstemi i z mięsa obranemi palcami uszczypnąć mnie, panie dobrodzieju, w łydkę...
Brru...
Nagle ucichły kroki Stefana, a w mojej piersi dech... Słucham, coś puka: łup! łup! łup!... — to tak pulsa biją mi w głowie. Wreszcie i pulsa bić przestały, a wtedy rozległ się na cmentarzu suchy, przeciągły trzask, którego nawet przy śmierci nie zapomnę...
To Stefan złamał krzyżyk nadpróchniały i ciągnął go z wielkim hałasem po zagonach grobów.
Pobiegliśmy naprzeciw. Tamci winszowali Stefanowi odwagi, a ja tymczasem obejrzałem złamaną figurę. Drzewo było sczerniałe i miękkie, a na nim blacha zardzewiała, na której z trudnością przeczytałem:

Marja...

...t 17...
...stchnie...

... Boga

W kwadrans potem byliśmy już przy rogatce...
Patron umilkł, a mecenas odezwał się:
— W opowiadaniu tem uważam jakiś brak. Spodziewałem się, że będzie ono cudowne, tymczasem zaś nie widzę tego...
— Przypominam koledze — odparł patron — żem ja co innego miał na myśli. Chciałem poprostu naszemu koledze adwokatowi dowieść, że ludzie zdecydowani na wszystko stają się niekiedy moralnymi bankrutami...
— Więc ma być dokończenie?
— Rozumie się.
— A zatem słuchamy. Chłopcze! daj-no jeszcze trzy szklanki ponczu...

— Od owej nocy — ciągnął patron — Stefan zmienił się, jakby nie... ten sam. Nie powiem, broń Boże, aby mniej pił, albo mniej w karty grał; owszem, robił to częściej i w porcjach większych. Zmiana jednak była gorsza: z odważnego bowiem zrobił się (jakby siekierą ciął) tchórzliwym, sam spać w jednym pokoju nie mógł i często zrywał się, przez sen wrzeszcząc:
— Maniu! Maniu!...
W parę miesięcy później dowiedzieliśmy się, że owa Mania była jedną z pierwszych ofiar jego, że się tak wyrażę, niepowściągliwości i że przed trzema laty zmarła.
— W tem miejscu — przerwał adwokat — pozwolę sobie zrobić uwagę, żeś kolega miał porządnych przyjaciół!...
— Niczego, panie dobrodzieju, niczego! — odparł patron i mówił dalej:
Upłynęło lat kilka.
Byłem już wtedy tem, czem jestem do dziś dnia, czyli patronem, i konkurowałem już o moją pierwszą nieodżałowanej pamięci małżonkę; lecz choć stołowałem się u jej rodziców, od czasu do czasu jednak zaglądałem do starych znajomych.
Pewnego wieczora zaszedłem do jednej lichej kawiarenki, w której nie byłem już od półtora roku. Wchodzę, patrzę, dziewczęta te same, choć podstarzały się, ściany te same, choć poczerniały bardziej, i kanarek ten sam, choć mu ogon, panie dobrodzieju, kot urwał...
Wchodzę, witam się, i one się witają; mówię: „Dajcie kawy!“ — dają kawy; siadam na krześle i gapię się po ludziach.
Eh! panie dobrodzieju, jakże ten świat zmienia się powoli! Goście ci sami, a choć przybyło kilku nowych, zato trzech starych umarło, a jeden się ożenił. Ubiory te same, rozmowy te same, a nawet i te same fajki, bo wówczas papierosów nie używano.
Już chciałem knajpinę opuścić, kiedy nagle weszło do niej dwu grajków: jeden mały i pękaty z fletrowersem, drugi wysoki, czerwony i zarośnięty ze skrzypcami...
Siadają... grają... Tfy! do kaduka, a toż ten skrzypek wykapany Stefan!
Podchodzę, on sam! — „Jak się masz...“ — „Jak się masz...“ — „Co robisz?“ — „Jestem grajkiem. A ty co?...“ — „Jestem patronem.“ Od słowa, panie dobrodzieju, do słowa, kupiłem mu kawy, wódki, którą pasjami lubił, i dla oporządzenia, jako dawnego przyjaciela, wziąłem do siebie na noc.
Posłałem mu na kanapie, dałem koszulę i parę innych rzeczy... Gadaliśmy może do pierwszej, a potem dalejże spać, panie dobrodzieju, aż do śniadania...
Ledwiem się zdrzymnął, słyszę krzyk:
— Maniu!... panie dobrodzieju... Maniu! twój krzyż!... nie wiedziałem! nie wiedziałem!...
Zrywam się na równe nogi, zapalam światło... Patrzę, Stefan siedzi na łóżku, z oczyma w słup, z pięściami zaciśniętemi, i ciągle jedno wkółko powtarza...
Nimem go dotrzeźwił, ranek nadszedł, a gdy na drugi dzień odprowadziłem go na powiśle do domu, w którym mieszkał wraz z pękatym fletrowersistą, ten na moje pytania krótko mi odpowiedział:
— Co pan chcesz, to człowiek, panie dobrodzieju, nieprzytomny! W dzień dlatego, że pije, w nocy dlatego, że go prześladuje jakaś Mania, którą nietylko że o śmierć przyprawił, ale jeszcze krzyż jej z grobu ukradł!...
Powiedziawszy to, patron wychylił szklankę do dna i umilkł.
Dwaj jego słuchacze byli głęboko wzruszeni: adwokatowi melancholicznie błyszczały oczy, a zimny mecenas miał na obu policzkach ciemno-amarantowe plamy.
— Dziwna rzecz! — zaczął mecenas. — Świat ten niby jest zbudowany poprostu. Rządzą nim niezłomne prawa natury. A jednak... są tu zagadkowe powikłania interesów.
Któżby się naprzykład spodziewał, że ja panom dokończę historją Stefana? Przypomniałem ją sobie w tej chwili dopiero.
— Czy być, panie dobrodzieju, może! — wykrzyknął bardziej niżby wypadało nawet zdumiony patron.
— Szanowni panowie! — wtrącił adwokat — prosiłbym o słówko ad hoc. Przypuszczam, a nawet jestem prawie pewny, że będę mógł szanownym panom udzielić niejakich informacyj co do interesującej Marji...
Zaniepokojony patron szeroko otworzył usta. Patrząc na jego fizjognomją, można było mniemać, że człowiek ten wszystkiego spodziewał się w życiu, wyjąwszy uzupełnień do swej zajmującej historji.
— Ustępuję adwokatowi głosu — rzekł mecenas — ponieważ chciałbym mieć ostatnie słowo.
Przyniesiono znowu poncz, i adwokat tak rzecz rozpoczął:


III
OPOWIADANIE ADWOKATA.

— Miło mi jest — prawił adwokat — oświadczyć panom, że życie moje rozwijało się, jeżeli nie powiem: nadzwyczaj, to przynajmniej bardzo wszechstronnie...
Dziś jako adwokat jestem do pewnego stopnia organem władzy i czynnikiem porządku. W wieku chłopięcym, byłem nauczycielem elementarnym i pochlebiam sobie, że zarówno książką jak i dyscypliną przyczyniałem się do rozszerzenia w masach oświaty i dobrych obyczajów. Później zostałem nauczycielem tańców, a więc jednym z kapłanów sztuki.
Nawiasowo dodam, że honorowano mnie wówczas nędznie, choć tańczyłem bardziej z natchnienia, niż skutkiem odpowiednich studjów. Przy pomocy wiotkiej postawy i interesującej fizjognomji, zebrałem sobie jedynastu uczniów, którzy płacili mi po dziesiątce za lekcją, a którym ja, sprzedawszy nadpsutą pozytywkę, zamiast grać, śpiewałem popularniejsze tańce.
Nareszcie, widząc, że lada baletmistrz, który (ze względów intelektualnych) nie wart był mi butów wyczyścić, lepiej się ma ode mnie, rzuciłem zawód choreografa i zostałem kancelistą przy szpitalu.
Tu nauczyłem się sprawować władzę z godnością.
Jeżeli przywieziono nowego chorego, miałem zwyczaj, wpisując go do ksiąg, udawać kandydata na lekarza, egzaminowałem pacjenta i kiwałem przytem głową, tudzież gryzłem wargi tak, jak najprawdziwszy doktór medycyny i chirurgji. Kiedy do chorego przychodzili krewni, pocieszałem ich frazesami: „Będzie lepiej!... Silna kompleksja...“ — pozwalałem marniejszym z pomiędzy nich całować się w rękę i, z miną głównego opiekuna, polecałem szwajcarowi, aby ich puścił (jeżeli notabene był dzień po temu).
Zakonnice lubiły mnie, ponieważ modliłem się klęczący i namówiłem do spowiedzi dwu chorych ateuszów. Lubili mnie i posługacze, ponieważ nie przeszkadzałem im brać łapówek, lub upijać się nawet, jeżeli był czas odpowiedni. Przypuszczam, że i z chorymi trafiłbym do ładu, gdybym im mógł dawać większe „porcje.“ Na nieszczęście, nie ode mnie to zależało...
— Przepraszam, panie dobrodzieju, szanownego kolegę, ale chcielibyśmy się czegoś o Marji dowiedzieć — przerwał obrońca.
— Nie myśl, szanowny kolego, abym ci chciał opisywać powody, dla których rzuciłem szpital, wziąłem się do nauki i wszedłem następnie do uniwersytetu. Ponieważ jednak Marję poznałem w szpitalu, nie mogłem więc o nim przynajmniej krótko nie wspomnieć...
— Słuchamy! słuchamy! — wtrącił mecenas.
— Pewnego zimowego wieczora, około jedynastej, siedziałem w kancelarji szpitalnej. Tego dnia mieliśmy parę pogrzebów, paru konających i wogóle dosyć zajęcia, niedobrze wpływającego na nerwy.
Na dworze szumiała burza. Śnieg bił w szyby, wiatr z jękiem wpadał do komina i trząsł blachą, co nader przykry wywoływało efekt.
Dodajcie do tego niezbyt jasne światło łojówki, olbrzymi krucyfiks wiszący na ścianie, a wreszcie to, że posługacz, śpiący w kancelarji chrapał jakby go zarzynano, a zrozumiecie łatwo stan, w jakim znajdowałem się podówczas.
Nagle, u furty, targnięto parę razy za dzwonek. Ze sposobu targnięcia poznałem, że interesant sam jest chory, sznur bowiem poruszył się parę razy, a dzwonek uderzył tylko raz. Przez skórę czułem, że jakaś bardzo osłabiona ręka wykonywa tę czynność.
Nie wiem dlaczego, przeraziłem się i nie ruszyłem nawet z miejsca...
Tymczasem za sznur pociągnięto znowu, choć jeszcze niedołężniej niż poprzednio.
Pobiegłem do sieni, lecz w tej chwili usłyszałem cichy jęk i upadek za drzwiami, w które wiatr gwałtownie uderzał.
Teraz już nie miałem odwagi wyjść sam, ale zbudziłem szwajcara i posługacza. Mruczeli obaj wprawdzie jak wilki, ogarnęli się jednak względnie dość prędko, i wyszliśmy razem.
W progu, przysypana śniegiem, leżała jakaś kobieta. Wnieśliśmy ją do kancelarji, i tu przekonałem się, że kobieta owa, mimo dostatecznie rozwiniętych kształtów, miała rysy dziecinne. Liczyła co najwyżej lat siedemnaście.
Wkrótce znalazł się felczer i zakonnica. Otrzeźwiliśmy chorą, daliśmy jej parę łyżeczek wina i trochę ciepłego kleiku; otworzyła biedactwo, mówiąc nawiasem, bardzo piękne oczy, ale podnieść się nie mogła.
— Co ci jest, moje dziecko? — spytała poczciwa zakonnica.
— Córeczka mi umarła! — jęknęła.
Spojrzeliśmy po siebie.
— Gdzie pani mieszka? — spytałem.
— Nigdzie! Trzy dni tułam się po ulicach, a dzisiejszej nocy...
— Nie masz więc pani nikogo w Warszawie?
— Mam opiekuna, ale on już prawie od roku wygnał mnie...
Zapytana o bliższe informacje, powiedziała, że ma na imię Marja. Nazwiska jej jednak w tej chwili nie pamiętam.
Ponieważ szpital był przepełniony, chorą więc umieszczono w pokoiku przy kancelarji. Zainteresowany jej nieszczęściami i pięknością, odwiedzałem ją częściej może niżby wypadało, i powoli wydobyłem z niej historją, którą mi z naiwną prostotą opowiedziała.
Rodziców nie pamiętała, wychowali ją zaś pewien lokaj, którego nazywała tatkiem, z żoną swoją praczką, która jej istotnie zastępowała matkę.
Póki żyła przybrana matka, uczyła ją czytać i pisać, czesała jej z rana włosy, a męża wieczorem dla rozmaitości nazywała pijakiem. Wówczas tatko irytował się niesłychanie, matkę klął, a dziewczynę poszturgiwał...
Mniejsza jeszcze o sierotę, ale pijaczyna miał obmierzły zwyczaj rzucać za żoną rozmaitemi naczyniami i sprzętami. To też wszystkie stołki były połamane, szklanki i garnki potłuczone, a poczciwa kobieta nosiła sińce na całem ciele. Raz nawet jak ją uderzył nogą w piersi, rozchorowała się nieboga, leżała miesiąc w łóżku i wreszcie zmarła.
Po śmierci żony tatko sprzedał połowę rzeczy, pił coraz mocniej i stracił służbę. Od tego czasu poczęli dom odwiedzać różni panowie, a także jakieś panie młode i stare.
O czem konferowali z dymisjowanym lokajem, Marja nie wiedziała, dostrzegła jednak to, że w owych czasach miał więcej grosza niż dawniej, a pijał tylko arak.
Najczęściej odwiedzał ich pewien stary bogacz, o którym opiekun mówił, że ma fałszywe zęby, cudze włosy i przyprawioną rękę. Nazywał go też wielkim nicponiem, ale kłaniał mu się do samej ziemi, bo mu stary najwięcej dawał zarabiać.
Pewnego dnia stary przyniósł dziewczynie kolczyki i broszkę. Bała się go bardzo, lecz gościniec wzięła, ponieważ był ładny.
Tego samego wieczora eks-lokaj powiedział jej, że pójdzie do starego na służbę...
Jakie tam przy okazji wystąpiły propozycje, łatwo domyślicie się, szanowni koledzy. Uczciwa, choć niedoświadczona dziewczyna, pamiętając o przestrogach opiekunki, odparła je ze wstrętem. Łotr jednak tatko, dla którego skrupuły podobne nie istniały, wpadł we wściekłość i wygnał z domu sierotę.
— Ha! wtedy — mówiła biedna Marja — porwała mnie złość. Klękłam na bruku i przysięgłam Bogu Najwyższemu, że już do tego domu, gdzie chcą duszę moją zgubić, skąd mnie gorzej niż psa wypędzają, nigdy nie wrócę. I powiadam, że i dziśbym nie wróciła, chyba, żeby Bóg za taką dobroć moją oddał mi córeczkę.
Potem z naszej ulicy uciekłam jak warjatka, sama nie wiedząc gdzie. Chciałam iść do jednej stróżki znajomej, ale mi wstyd było, i nie poszłam. Potem pomyślałam, że najlepiej zrobię, jeżeli się w Wiśle utopię, i pobiegłam na most.
Póki ludzie czuwali i światła paliły się w domach, chodziłam po moście i mówiłam sobie tak: Jeszcze się popatrzę na Warszawę, to znowu na Pragę, to na Saską Kępę, a potem skoczę w wodę. Takem się zamyśliła, aż naraz zrobiło się strasznie pusto na ulicach. Wtedy, mówię panu, taki lęk mnie ogarnął!... Zdawało mi się, że się most załamuje, albo woda podnosi, to znowu... Albo ja już wiem, co mi się nie zdawało!
Ach! od jednego razu jak nie zacznę uciekać, jak nie zacznę... Jeszcze trzeba nieszczęścia, że za mną leciał ktoś na ulicy... Małom nie padła!
Stanęłam pod murem i słucham, słucham: idzie ktoś, ale nie z tej strony, co mnie gonili, tylko z drugiej. Idzie sobie i gwiżdże...
To tak szedł i wygwizdywał sobie pan Stefan. Wtedy naraz zaczęłam płakać, sama nie wiem nawet czego...
Pan Stefan zobaczył mnie i stanął.
— Coś ty za jedna, czego płaczesz?...
— Sierota jestem, panie, a płaczę, bo mnie ojciec z domu wygnał.
Potem opowiedziałam mu wszystko, co się stało.
— Ha! — mówi pan — tyś sierota i ja sierota, więc chodź ze mną. — I poszedł naprzód do jednego drewnianego domu, gdzie mieszkał na facjatce.
— Biedne dziecko! — mruknął mecenas.
— Istotnie że biedne! — potwierdził adwokat. — Uciekając przed starym rozpustnikiem, trafiła na młodego filantropa, który przez litość wziął ją naprzód do siebie, a potem, rozumie się, porzucił!
Wówczas poszła na służbę, ale i tam jej się nie wiodło, ponieważ w kilka miesięcy państwo odprawili ją, zobaczywszy, co się święci.
Wtedy dostała miejsce w szynku, gdzie robota była ciężka, ale strawa niedobra. To też chorowała tam prawie codzień, szukała także i Stefana, ale on zginął gdzieś jak kamień w wodzie!
— Wreszcie — mówiła dalej Marja — nie mogąc już wytrzymać w szynku, podziękowałam za służbę i z kilkoma zebranemi rublami poszłam w komorne do jednej starej kobiety.
Staruszka była bardzo poczciwa, choć biedna. Zdaje mi się, że chodziła po proszonem; to też jeść choć licho mieliśmy, ale palić nie było czem w izbie.
W tych czasach dał mi Bóg córeczkę; ale biedactwo umarło, trochę może z zimna, a trochę i z głodu. Niedługo potem staruszkę sankarz rozjechał na ulicy, a mnie gospodarz z domu wypędził...
Teraz już zostałam sama na świecie i w takiej jeszcze nędzy!
Państwa wstydziłam się prosić o co, ale prosiłam babek żebrzących, i te mnie przez kilka dni karmiły. Dawały mi wódki, chleba, zimnych kartofli, a nawet i po parę groszy.
Jednej nocy spałam w takiej pace, co to w niej fortepiany rozwożą, a drugiej w kościele, gdzie mnie dziadek jakoś nie dopatrzył po nabożeństwie. Na trzecią noc poszłam do psiej budy, i tam mi było najcieplej, ale że się ludzie jakoś po podwórzu kręcili, musiałam więc uciekać, i wtedy Pan Bóg do szpitala mnie doprowadził.

Adwokat przerwał opowiadanie i duszkiem wychylił pozostałą resztę ponczu.
— Ciekawa, panie dobrodzieju, historja — mruknął patron.
— Zdaje się, że jeszcze nie skończona — zauważył mecenas.
— Do końca już niedaleko, szanowni koledzy — rzekł adwokat.
Ojciec mój w tym czasie wezwał mnie do domu w interesie familijnym, którego wymieniać nie widzę potrzeby. Jako dobry urzędnik wziąłem urlop na osiem dni, siedziałem dwa tygodnie, gdym zaś powrócił do obowiązków szpitalnego kancelisty (a działo się to wieczorem), pobiegłem najpierwej do pokoju Marji. Łóżko jej znalazłem posłane, tablicę startą, miskę umytą, lecz lokatorki już nie było.
W tej chwili, panowie, uczułem to, co czuć musi korek, gdy w istotę jego wszrubowują trybuszon... „Czy choć aby wyzdrowiała?...“ — pomyślałem.
Na korytarzu spotkałem szwajcara, który miał jak zwykle minę Aleksandra Macedońskiego; przeszedłem obok szarytki, która, ze spuszczonemi jak zwykle oczyma, niosła komuś kubek z lekarstwem, lecz o Marję pytać nie śmiałem. Zdawało mi się, że gdy wymówię to imię, wstyd ściśnie mi gardło tak, że nie będę mógł więcej słowa przemówić.
Należało jeszcze zajrzeć na sale ogólne.
Wszedłem do największej, którą od kilku dni zajmowali mężczyźni.
Paliło się w niej parę łojowych świeczek. Jeden chory wciskał w łapę posługaczowi dyskę i bilecik, prawdopodobnie miłosny. Dwaj inni kłócili się o porcją, którą jeden zjadł drugiemu w chwili, gdy tamten spoczywał na łonie Morfeusza. Jeszcze dwaj inni, ubrani w sukienne szlafroki, pantofle z drewnianemi podeszwami i szlafmyce podobne do głów cukru, grali w warcaby zrobione z ośródków chleba i bułki. Na drugim wreszcie końcu sali, felczer stawiał bańki jakiemuś otyłemu mężczyźnie, który wzdychał jak wół, a klął jak potępieniec.
Łatwo odgadnąć, że Marji w tem towarzystwie nie było.
Poszedłem do oddziału kobiecego, lecz stamtąd musiałem się cofnąć już ode drzwi. Na łóżku jakiejś chorej staruszki siedział ksiądz w komży, obok zaś klęczała siostra z gromnicą w ręku. Żółta jak wosk kandydatka do wiekuistej podróży widocznie była już na wsiadaniu.
Pojmujecie, szanowni koledzy, że widok ten nie mógł mnie natchnąć dobremi przeczuciami. Grajcarek boleści wświdrowywał mi się coraz głębiej w serce, puls bił prędzej niż zwykle, słowem, czułem się bardzo nieszczęśliwym.
Nie pytałem już nikogo o Marję, lecz machinalnie skierowałem się do trupiarni.
Budynek, do którego zmierzałem, dzielił się na dwie części: jedna była składem zmarłych, druga mieszkaniem żyjących. Oba te lokale miały sień wspólną, odgradzała zaś je tylko ściana.
Będąc już o kilkanaście kroków od budowli, usłyszałem jakiś hałas. To stróż wyprawiał chrzciny, na które zeszło się parę przychylnych mu osób.
— Pij-no, Kasperek! — mówił ktoś grubym ochrypłym głosem. — Tak się delikatnie bierzesz do szkła, jakbyś był z rysztokracji.
— Ignaś! Ignasiu! nie przymuszaj nikogo, bo to nie pięknie. Inny nie ma takiej głowy jak ty, a po drugie, wódka przecież nie twoja... — odezwał się głos kobiecy.
— Wszystko moje, co w brzuchu!... — wykrzyknął pierwszy, a potem zaśpiewał:

Jakże ja se gorzaliny w gębę naleję,
To aże mi, panie tego, oczko zbieleje!

Huczny śmiech stał się nagrodą mniej trzeźwego niż wesołego śpiewaka.
Pchnąłem drzwi boczne i wszedłem do trupiarni.
Przybita do ściany kopciła się tutaj lampka naftowa, której zapomniano zagasić. Przy jej niepewnem światełku, dostrzegłem kilka tapczanów, na których owinięci w białe prześcieradła spoczywali umarli.
Choć drzwi i okna okryte były szronem, z sufitu jednak spływały duże krople wilgoci. Zdawało się, że są to łzy, które nad ludzką nędzą wylewa ten dom okrutny.
Trupy leżały, jak los zdarzył. Na ramieniu jakiegoś silnego mężczyzny z wyszczerzonemi zębami, opierała się głowa dziecka, niby pogrążonego w śnie głębokim. Za nimi, na prawym boku, spoczywał jakiś młody blondyn, z rękami skurczonemi tak, jakby chciał okręcić się całunem i w ten sposób zabezpieczyć od przejmującego zimna...
W samym rogu leżała Marja...
Na ten widok dziwne opanowało mnie uczucie. Pierzchnął strach, wzburzenie i odraza, a miejsce ich zajęła głęboka obojętność. Siadłem u jej nóg, spokojnie patrzyłem na wpół otwarte usta i bez dreszczu ucałowałem wyprężoną i chłodną jej rękę... Gdyby wtedy młody blondyn uniósł się ze swej twardej pościeli, aby mi zrobić miejsce, wówczas bez obawy i wstrętu, ległbym między nimi na tym ohydnym tapczanie...
W tej chwili, ze szpitalnego kancelisty stałem się bohaterem jakiejś tragedji bez tytułu i aktów, której za scenę służyła dusza moja. Wtedy to po raz pierwszy w życiu, najciemniejsze zakątki mego wnętrza rozświetliła jakaś złowroga błyskawica, przy której dostrzegłem, że nawet kamienie umieją płakać a trupy śmiać się, że ten świat w gruncie rzeczy jest innym zupełnie, niż mi się dotąd wydawał, i że całe życie nasze jest bardzo ciężkiem, ale i bardzo głupiem brzemieniem.
Ach! szanowni koledzy, czuję, że mówiąc to, muszę się wam bardzo zabawnym wydawać, lecz taki to już mój temperament. Przy gorącym ponczu, a zresztą i bez niego, spada na mnie od czasu do czasu jakiś duch z tej izby ponurej, który unosi mnie gdzie?... nie wiem, ale w każdym razie gdzieś bardzo wysoko.
Smutne te dumania przerwał mi nagle głos mówiący:
— A póświeć-no Michał, bo się coś tam tłucze po sieni...

Zaświeć, matlu zaświeć,
Bo w komorze niedźwiedź...

zaśpiewał wesoły biesiadnik, nazywany Ignasiem.
Jednocześnie otworzyły się drzwi, i ujrzałem stróża z gośćmi. Biesiadnicy na mój widok chcieli uciekać, myśląc zapewne, że jestem nieboszczykiem; na szczęście, pohamował ich stróż.
— To pan!... A pan tu co robi?... — zapytał dozorca zmarłych.
— Przyszedłem zobaczyć tę biedną dziewczynę — odparłem, wskazując na Marją.
Goście, oglądając się na wszystkie strony, weszli do trupiarni.
Nagle jeden z nich zawołał:
— O!... a toż to moja wychowanka!... widzieliście wy?...
— Ta o?... — spytał stróż.
— Ona sama, ona! Bez mała już rok jak ode mnie uciekła... Naszukałem się jej co niemiara i nie znalazłem, a teraz nie szukałem i znalazłem. Słyszane to rzeczy?
— I i i... nic jej ta nie będzie! — mruknął gospodarz.
— Chodźcie, marudy, chodźcie do izby, bo zimno! — zawołała stróżowa.
W parę minut później pan Ignacy pił za zdrowie znalezionej przez siebie wychowanki.
W takich to okolicznościach widziałem po raz ostatni Marją i miałem honor zrobić znajomość z jej szanownym opiekunem.


IV
OPOWIADANIE MECENASA.

— O czem ja to chciałem panom powiedzieć?... — zkolei zabrał głos mecenas.
Po tych słowach zamyślił się, utarł nos i znowu się zamyślił.
— Aha!... nie... i to nie!...
Czy uważacie, panowie, bo ja sprawdziłem na sobie, że powietrze wieczorne oddziaływa na pamięć w sposób bardzo szkodliwy?...
— To prędzej poncz! — mruknął adwokat, patrząc w ziemię.
— Ale cóż znowu, panie dobrodzieju! — oburzył się patron — przecież nie wypiliśmy go zbyt... zbyt... jakby tu, panie dobrodzieju, powiedzieć?...
— Rozumie się! — poparł go mecenas.
— Sądzę, że najlepiej będzie sprawdzić — rzekł adwokat. — Chłopcze! ile się od nas należy?...
— Za trzydzieści trzy szklanek ponczu i dwa syfony wody...
— Co? co?... — wykrzyknęli patron z mecenasem. — Po ileż to wypada na jednego?...
— Po jedynaście.
Nastała chwila milczenia.
— Ja, panie dobrodzieju, nie mogłem wypić jedynastu szklanek — rzekł patron — lecz swoje zapłacę.
— Ja także nie, jednak zapłacę — powtórzył mecenas.
— No, mniejsza o to! — odezwał się adwokat. — Widocznie jeden z nas wypił za siebie i dwu pozostałych, co zresztą nie przeszkadza nam wysłuchać opowiadania szanownego kolegi.
— Kiedy bo... takeście mi głowę zamącili, że doprawdy nie pamiętam...
— Miałeś mecenas, panie dobrodzieju, mówić o Stefanie.
— No tak! Ale oprócz tego miałem na myśli jeszcze jedną kwestją bardzo ważną, powiem nawet palącą, o której literalnie zapomniałem!
— Znajdzie się później — przerwał adwokat — a teraz słuchamy zakończenia o Stefanie.
— Ha! powiem i o nim, choć ta przeklęta kwestja nie da mi spokojności. Hum! hum!
Otóż tedy, pewnego dnia umarł mój szkolny kolega, a następnie radca Chapandrowicz, ten sam, co to kiedyś konkurował o pannę Wierciszewską z Kurzychstopek, a potem z powodu nagniotków przez całe życie nosił sukienne kamasze.
Otóż tedy, kiedy umarł, jego brat wyprawił mu świetny pogrzeb, a potem odezwał się bardzo rozsądnie: „Moi panowie! ponieważ w domu ś. p. nieboszczyka nie znajdziemy nawet szklanki wody, ja zaś sam stoję w hotelu, proszę więc was, najszczerszych przyjaciół zmarłego, dziś wieczorem do Stępka, a jutro na nabożeństwo do kaplicy cmentarnej...“
Ach!... Co też ja miałem panom powiedzieć?... szczególniejsza rzecz na honor! mam taką pamięć lokalną... No, ale mniejsza!
Poszliśmy sobie tedy wieczorem do poczciwego Antka, na drugi dzień na cmentarz, wysłuchaliśmy nabożeństwa, no, a ponieważ Chapandrowicz młodszy nie znał Powązek, więc odprowadziliśmy go i naturalnie pocieszali po tak dotkliwej stracie.
Szlachcic rozruszał się bardzo prędko. Tu podziwiał armatkę na grobie, tam znowu katakumby, ale najwięcej zaciekawiały go studnie i baranki. „Co to za baranki?... poco te baranki?...“ — pytał nas, a my naturalnie wytłomaczyliśmy mu, że matki na grobach dzieci składają zabawki, na jaką którą z nich stać.
Piękny ten zwyczaj mnie samego rozrzewnił. Wyznam panom, że i ja mam duszę poetyczną, powiem nawet, że ten dowód przywiązania rozczulił mnie niezwykle...
Na honor!... Taż sama myśl, którą wam miałem zakomunikować, w tej chwili przemknęła mi przez głowę. Gdybym choć parę minut... Ale mniejsza o to!
Byłem więc, jak powiadam, rozrzewniony. Cmentarz ma swoje powaby. Te naprzykład drzewa i kwiaty, te ławki, na których żywi siadają, aby rozmyślać o umarłych, są bardzo przemawiającemi do duszy. A weźmyż teraz dzieci bawiące się, lub strudzonych robotników, spoczywających między grobami; wszystko to jest bardzo poetyczne!
Idziemy w ten sposób z alei do alei, od grobu do grobu, gdy wtem pod krzyżem między drzewami spotykamy klęczącego człowieka...
Człowiek... klęczący... pod krzyżem... między drzewami?... Zastanowiło mnie to!... Zbliżamy się, klęczy. Wołamy — klęczy... Młodszy Chapandrowicz, jako najbardziej zdeterminowany, podchodzi bliżej, dotyka się człowieka, klęczącego pod krzyżem, i... cofa się wtył z okrzykiem.
Człowiek był powieszony!
Nogi jego były zgięte, a kolana znajdowały się w odległości ćwierci werszka od ziemi. Ręce zwieszały się po obu stronach ciała: lewa w odległości jednego werszka od krzyża, prawa w odległości arszyna od akacji. Na twarzy denata znajdowały się sine plamy, na szyi zaś mocno zaciśnięty pasek, którego górny koniec był przywiązany do ramienia krzyża.
Pierwszem naszem zadaniem wobec podobnego wypadku było uwiadomić właściwe władze. Jakoż pobiegliśmy ku rogatce. W bramie jednak cmentarza młody Chapandrowicz zauważył, że należałoby dać pomoc nieszczęśliwemu. Uderzeni trafnością jego zdania, wróciliśmy napowrót i przekonaliśmy się, że denat był jeszcze ciepły. Zdjąwszy go zatem, przy pomocy robotników, ułożyliśmy go na sąsiednim grobie, lecz ponieważ żaden z nas nie wiedział, jakim sposobem należy ratować wisielców, pobiegliśmy więc po lekarza.
Gdy lekarz przyszedł, znaleźliśmy już na miejscu właściwy sąd... Od niego dowiedzieliśmy się, że denat już nie żyje, że śmierć nastąpiła przez powieszenie na pasku, że prawdopodobnie nieboszczyk był samobójcą i że nazywał się Stefan...
— Co? Stefan? — wykrzyknął do najwyższego stopnia zdziwiony patron.
— Stefan! pański kolega... To samo nazwisko — rzekł mecenas.
— Ale ja, panie dobrodzieju, nazwiska nie mówiłem, mówić nie mogłem! — wołał prawie zrozpaczony patron.
— Upewniam pana, że to on sam! — twierdził mecenas.
— Nieszczęście! panie dobrodzieju.
— Sąd Boży! — wtrącił adwokat. — Prawie przysiągłbym, że się powiesił na krzyżu Marji.
— Tak jest! na krzyżu Marji! — potwierdził mecenas. — Pijaków i bezbożników zawsze spotyka los podobny.
— Pijaków! — jęknął patron. — Wybaczcie, panie dobrodzieju, ale muszę już iść do domu.
— Proponowałbym, abyś kolega do końca wysłuchał historji — zawołał adwokat.
— Historja już skończona — rzekł mecenas — ale ta druga kwestja, o której zapomniałem...
— Czy istotnie jest tak ważną?
— Dałbym na honor piętnaście rubli na ubogich, gdybym ją mógł sobie przypomnieć; no, ale kiedy panowie śpieszycie się...
Nastąpiły bardzo czułe pożegnania, w ciągu których mecenas napróżno chciał sobie przypomnieć swoją ważną kwestją, a patron ciężko wzdychał. Poczem mecenas poszedł w jedną stronę, jego zaś koledzy w drugą.
Upłynęło kilkanaście sekund, gdy nagle od strony Saskiego placu rozległ się okrzyk:
— Panie adwokacie! panie patronie!... zaczekajcie! zaczekajcie!...
Zmęczony mecenas przebiegł jak jeleń obok cukierni, doganiając kolegów, którzy zatrzymali się zdumieni.
— Co za pamięć! co za pamięć!... Teraz dopiero przypomniałem sobie, com miał wam zakomunikować — mówił mecenas.
— No cóż, cóż takiego?...
— Kiedy skończył adwokat opowiadanie o Marji, przypomniałem sobie, że mam bardzo ważną sprawę i że z powodu braku czasu nie będę wam mógł dokończyć historji o Stefanie...
— Tylko to?... — zapytał adwokat.
— To tylko... Dobranoc!
— No, a jakże będzie z piętnastoma rublami, które miałeś kolega dać na ubogich w razie przypomnienia sobie kwestji?
— Ehe, to tylko była ozdoba stylowa! — odparł z najpiękniejszym uśmiechem mecenas. — Do zobaczenia!


V
JESZCZE OPOWIADANIE AUTORA.

Los, który interesuje się widocznie piśmiennictwem, zdarzył, że siedząc przy drugim stoliku w cukierni, wysłuchałem opowiadań jurystów. Zainteresowały mnie one w wysokim stopniu; a ponieważ ze szczegółów tych chciałem zrobić przynajmniej trzytomową powieść, postanowiłem więc od osób lepiej poinformowanych zasięgnąć dokładniejszych objaśnień. W tym celu, wystarawszy się o stosowne rekomendacje, poszedłem naprzód do mecenasa.
— Czy pan mecenas dobrodziej nie raczyłbyś mi dać objaśnień o samobójcy Stefanie, który się powiesił na cmentarzu?
— O Stefanie?... Ja wiem tylko o samobójcy, który się powiesił po pogrzebie Chapandrowicza starszego. No, ale ten nazywał się Franciszek...
— Aha! bardzo dziękuję panu mecenasowi.
— Powiesił się na własnym pasku, w przystępie melancholji dnia...
Udałem się zkolei do adwokata, myśląc, że dzięki przemianie Stefana we Franciszka, powieść moja zredukuje się do dwu tomów.
— Czy nie mógłbyś mi pan mecenas dobrodziej — rzekłem zkolei do adwokata — udzielić bliższych informacyj o Marji, która zmarła w szpitalu?...
— Mówiono mi już o tem — odparł adwokat — żeś pan słyszał moje opowiadanie. Otóż resztę szczegółów zostawiam pańskiej twórczości, ja bowiem, przy moich zajęciach...
— Więc postać Marji?...
— Jest płodem mojej własnej fantazji. Prawda, że piękna postać?... Odstąpię ją panu, z prośbą, abyś wymienił w książce i moje także nazwisko.
— Dobrze, panie mecenasie.
— Oprócz tego, racz pan podać mój adres z dodatkiem, że interesantów przyjmuję od dziesiątej do dwunastej, i że głównie powodzi mi się w regulowaniu działów, tudzież w sprawach rozwodowych.
Wyszedłem zgryziony, powieść moja bowiem zmniejszyła się o całe dwa tomy. Pozostał mi tylko patron, udałem się więc do niego.
— Czy pan mecenas dobrodziej nie raczyłbyś mi...
— Wiem, już wiem! — krzyknął przerażony. — Na rany boskie nie dotykaj pan tej głupiej sprawy!... Stefan nigdy w szynku nie grywał, nigdy pijakiem nie był, nigdy się nie wieszał, nigdy rubli na loterją nie puszczał!... To kompletnie bogaty chłopak i mój osobisty przyjaciel!...
Panie literacie! — ciągnął dalej obrońca. — Ja was wszystkich, panie dobrodzieju, bardzo szanuję, ale nie opisujcie tej historji, bo przez nią mogę stracić najprzyzwoitszego klienta, który mi dostarcza mnóstwo spraw i po książęcemu płaci.
Wybiegłem znękany.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.