Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/058

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


żaden z nas pojedynczo nie poszedłby za neapolitańskie sumy. Stefan jednak ani się zawahał; pobiegł śmiało naprzód, a my tymczasem usiedliśmy na mogiłce.
Dziś jeszcze słyszę szelest jego kroków i klątwy, jakie rzucał, potykając się o groby. Drżałem jak listek, zdawało mi się, że Stefanowi ktoś drogę zastępuje, albo znowu, że nieboszczyk, którego przysiedliśmy, chce kościstemi i z mięsa obranemi palcami uszczypnąć mnie, panie dobrodzieju, w łydkę...
Brru...
Nagle ucichły kroki Stefana, a w mojej piersi dech... Słucham, coś puka: łup! łup! łup!... — to tak pulsa biją mi w głowie. Wreszcie i pulsa bić przestały, a wtedy rozległ się na cmentarzu suchy, przeciągły trzask, którego nawet przy śmierci nie zapomnę...
To Stefan złamał krzyżyk nadpróchniały i ciągnął go z wielkim hałasem po zagonach grobów.
Pobiegliśmy naprzeciw. Tamci winszowali Stefanowi odwagi, a ja tymczasem obejrzałem złamaną figurę. Drzewo było sczerniałe i miękkie, a na nim blacha zardzewiała, na której z trudnością przeczytałem:

Marja...

...t 17...
...stchnie...

... Boga

W kwadrans potem byliśmy już przy rogatce...
Patron umilkł, a mecenas odezwał się:
— W opowiadaniu tem uważam jakiś brak. Spodziewałem się, że będzie ono cudowne, tymczasem zaś nie widzę tego...
— Przypominam koledze — odparł patron — żem ja co innego miał na myśli. Chciałem poprostu naszemu koledze adwokatowi dowieść, że ludzie zdecydowani na wszystko stają się niekiedy moralnymi bankrutami...