Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/075

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Sąd Boży! — wtrącił adwokat. — Prawie przysiągłbym, że się powiesił na krzyżu Marji.
— Tak jest! na krzyżu Marji! — potwierdził mecenas. — Pijaków i bezbożników zawsze spotyka los podobny.
— Pijaków! — jęknął patron. — Wybaczcie, panie dobrodzieju, ale muszę już iść do domu.
— Proponowałbym, abyś kolega do końca wysłuchał historji — zawołał adwokat.
— Historja już skończona — rzekł mecenas — ale ta druga kwestja, o której zapomniałem...
— Czy istotnie jest tak ważną?
— Dałbym na honor piętnaście rubli na ubogich, gdybym ją mógł sobie przypomnieć; no, ale kiedy panowie śpieszycie się...
Nastąpiły bardzo czułe pożegnania, w ciągu których mecenas napróżno chciał sobie przypomnieć swoją ważną kwestją, a patron ciężko wzdychał. Poczem mecenas poszedł w jedną stronę, jego zaś koledzy w drugą.
Upłynęło kilkanaście sekund, gdy nagle od strony Saskiego placu rozległ się okrzyk:
— Panie adwokacie! panie patronie!... zaczekajcie! zaczekajcie!...
Zmęczony mecenas przebiegł jak jeleń obok cukierni, doganiając kolegów, którzy zatrzymali się zdumieni.
— Co za pamięć! co za pamięć!... Teraz dopiero przypomniałem sobie, com miał wam zakomunikować — mówił mecenas.
— No cóż, cóż takiego?...
— Kiedy skończył adwokat opowiadanie o Marji, przypomniałem sobie, że mam bardzo ważną sprawę i że z powodu braku czasu nie będę wam mógł dokończyć historji o Stefanie...
— Tylko to?... — zapytał adwokat.
— To tylko... Dobranoc!