Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/054

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


datku księżyc ukazał się na firmamencie, wówczas lodowata skorupa wzajemnej nieufności poczęła topnieć. Trzej juryści dostrzegli, że w piersiach ich, obok kodeksu cywilnego i kryminalnego, istnieją jeszcze serca, poczęli rozmawiać o miłości i o dawno ubiegłych młodzieńczej swobody latach...
Potem nastało milczenie...
Potem niebo okryło się gwiazdami niby złotym makiem, a słowiki w różnych stronach ogrodu śpiewały tak, jak tylko zakochane słowiki śpiewać umieją...
Potem dusze prawników wypełniły się wspomnieniami, jakąś nieokreśloną melancholją, jakiemś uczuciem potrzeby wylania się...
Poczem wniesiono nowe szklanki ponczu i zaczęły się opowieści.


II
OPOWIADANIE PATRONA.

— Mówię wam, panie dobrodzieju, że w naturze jest coś!... — rzekł patron.
— Może być! — dorzucił krótko mecenas.
— O jest i niejedno!... Woda, arak, cukier naprzykład... — zakończył adwokat.
— Kolego! — upominał go patron — kolego!... Znałem ja takich, którzy wyśmiewali wszystko, byli zdecydowani na wszystko i wkońcu, panie dobrodzieju, zbankrutowali na czysto! W naturze jest coś i w duszy ludzkiej także coś. Nie drwijcie z tej struny tajemniczej, bo jak wam, panie dobrodzieju, pęknie!...
Patron zabębnił w stół palcami, skosztował odrobinę ponczu i zamyślił się. Młody adwokat z lekkim uśmiechem spojrzał na mecenasa, lecz dostrzegłszy w twarzy jego chłód dyplomatyczny, spuścił oczy i słuchał.
— W szkołach jeszcze — prawił podtatusiały obrońca —