Ostatnia z Xiążąt Słuckich/Tom I/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ostatnia z Xiążąt Słuckich
Podtytuł Kronika z czasów Zygmunta trzeciego
Data wydania 1841
Wydawnictwo Józef Zawadzki
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron



II.
W kamienicy Starosty
Żmudzkiego.

B to wieczór, ostatnich dni roku 1599. Śnieg pokrył białym płaszczem zimy dachy kościołów i domostw Wilna, popruszył ulice, środkiem których tylko niezmarzłe jeszcze czerniały drogi błota. Godzina gaszenia ognia wybiła i wydzwoniona była z ratusza, Pachołkowie i nocni stróże wybierali się przebiegać ulice, a jeszcze ognie błyskały prawie we wszystkich oknach kamienic i pałaców, szynki stały otworem i wrzawą pijacką odzywały się; mnóstwo ludzi włóczyło się po ulicach, gwar i życie były w mieście. Jednakże kramy pod Ratuszem, jatki i klatki dawno były zamknięte, z łokciów przechodzili się rzemieślnicy i przekupnie, targi ustały. Lud bawił się w szynkach, a panowie po pałacach, w spokojnych domach mieszczan swobodną wiedli gawędę przerywaną tylko milczeniem, gdy uderzenie do wrót kamienicy zapowiadać się zdawało stanowniczego, napadającego tak często domy mieszczan i rugującego gospodarzy dla posłów, urzędników i posłańców. Po klasztorach w chórach tylko słychać było śpiéwy wieczorne. W ulicach przechodnie rzadnieli co chwila, głosy cichły, po jednemu zamykały się szynki, garkuchnie, łaźnie, gasły światła, ruch ustawał, miasto zamykało oczy błyszczące i na sen się kładło.
W bramach miejskich zaciągano łańcuchy, zamykano ogromne wrota, stawała straż nocna. Pachołkowie obchodzili z hallebardami ulice śpiewając piosnkę znajomą odwieczną:

Mospanie gospodarzu
Siódma na półzegarzu,
Strzeżcie ognia i złodzieja!

Właśnie też złodziejska poczynała się godzina i z szynków podejrzanych blizko złodziejskiego rynku wymykali się przez brudne domostwa, przemyślni oszuści, z kutemi maczugami, nasiekanemi kijami, czatując na obłąkanych po zaułkach przechodniów.
Śniég pruszył a xiężyc wschodził. Na ulicach mimo spóźnionéj dość godziny, nie było ciemno jeszcze.
W ulicy wielkiéj, Chodkiewiczowski pałac stał ciemny, w jedném tylko okienku odtyłu, paliła się świéca żółta, któréj blask przez szklanne w ołów oprawne błony wypadał na ulicę, wrota pałacu jak i wszystkich przedniejszych domostw były już dawno pozamykane na kłódki i poprzecznemi okutemi drągami zaparte. Była godzina ósma, gdy na ulicy dał się słyszeć tentent kilku koni i do wrót głównych od wielkiéj zapukano. Wrota były zaparte, furtka obok nich w grubym murze wybita, także. Kilku jezdnych okrytych płaszczami stali u wrót, a jeden zsiadłszy z konia, uparcie wołał i stukał do bramy.
— Jest tam kto? hej! Odźwierny! Wrotny! Czyście pomarli? Héj! Ozwij się tam który — héj! Słyszycie! Czy się tak wcześnie pospali, czy po szynkach piją. Sam tu wrótny!
Kilka głów pokazały się z okien przeciwległego domu przez błony i znikły; a z pałacu nic się nie ozwało, nikt znaku życia nie dał.
— Trzeba, rzekł jeden z przybyłych, obejść chyba pałac i do drugich wrót szturmować, może z tamtéj strony nie śpi kto jeszcze. — Dajcie pokój stukaniu!
Po tych słowach ruszyli się mijając starą cerkiew Bogarodzicy, zwrócili w prawo na placyk i puścili się ciasną uliczką w prawo, zajeżdżając przed drugie wrota pałacu. Tu zaraz obaczyli światło w oknie, i ten sam, który do wrót z przeciwnéj strony pukał, jął się i tu dobijać. W oświéconém oknie ukazał się cień człowieka patrzącego w ulicę, a głos dał się słyszéć.
— A kto tam?
— A kto! A kto! Godzina jak szturmujemy. Toż swoi jesteśmy. Pan Barberjusz i my słudzy Jegomości przybywamy tu za jego rozkazem.
Z okna znikł cień i słychać było dobréj nadziei gwar w środku pałacu; po czém odsuniono rygle, otworzono kłódki, ukazało się światło we wrótach przez szczeliny i podwoje ciężko skrzypły na zawiasach. Jezdni w dziedziniec się schronili, a wrota znowu jak wprzód zaparto za niémi.
Jan Karol Starosta Żmudzki właściciel pałacu nie znajdował się pod ów czas w domu, co i po cichości, a wyludnieniu jego, łatwo poznać było można. Z jego ręki przysłany, przybywał tu Barberjusz, to jest Wilhelm Barbier Francuz inżynjer, spolaczały cudzoziemiec. Z nim było kilkunastu dworzan Pana Starosty i kilku młodéj szlachty, zostających na dworze Cbodkiewiczów, do ich familji zdawna przywiązanych. Z cichego jednak obejścia przyjezdnych widoczném było, że ktoś ze znakomitszych w pałacu mieszkał, choć nie sam Jan Karol. Zsiedli z koni przybyli, oddali je hajdukom i masztalerzom, a kazawszy pozdejmować tłumoczki, udali się za dozórcą pałacowym, który zszedł był z pękiem kluczów na spotkanie, a teraz prowadził ich po wschodach stromych do mieszkania im wyznaczonego na górze.
Przed niémi niósł w latarni świécę młody chłopak posługacz, za którym ciężko stąpając siwy Pan Dozorca postępował, a za nim dopiéro Pan Barberjusz i inni przyjezdni drapali się na górę.
— Czyż tu moja kwatera? spytał wreście znużony długą podróżą Francuz nieco z cudzoziemska. Tak wysoko? Dozórca obrucił się i do lisem obszytéj czapki przyłożywszy rękę, odpowiedział:
— Innego niéma, wszystkie zajęte, zamówione lub założone bronią i amunicją, albo dla przyjaciół P. Starosty pozapisywane, te tylko wolne dla WMości, i rozumiem, że dobrze mu będzie, bo z niego cały pałac z góry widziéć można.
Stanęli wreście u drzwiczek wiodących do mieszkania, z galerji otaczającéj wystawkę piątrową, która na lewém skrzydle pałacu, jak wieżyczka lub latarnia wystawała. Tu jął do zamka probować kluczy Dozorca i wreście kute dębowe drzwi otworzył, przez które naprzód wszedł z latarnią chłopiec.
Podróżni wcisnęli się do izby piérwszéj, za którą widać było drugą i trzecią, równie jak ta ciasne i nagie. Gołe ściany białe, dokoła dębowe ławy, stoły w pośrodku, jeden piec na trzy komnatki, obszerny komin z wysoką czapką, okna w błonach ołowianych — oto wszystko, co tam znaleźli. Podłoga była z cegły. Chłód dojmował w izbach dawno nieopalanych i zamkniętych.
— Chyba nas chcesz pomrozić panie Burczak; na Boga! rzekł Francuz, ja tu nie wytrzymam nietylko nocy, ale godziny, wolę szukać gospody.
— Kiedy mówię, odpowiedział Dozorca zabiérając się do wyjścia, że innego mieszkania niéma w całym pałacu.
— Ależ, rzekł Barberjusz, toć gdziekolwiek jest jedna choćby izba ciepła, w któréj przenocujem nim się tu ogrzeje.
— Chyba pójdziecie się ogrzać do mnie, rzekł P. Burczak, a ja tym czasem każę tu ognia zapalić i znieść wasze tłumoczki, którym zimno nie zaszkodzi.
— Najchętniéj Panie pójdziemy, rzekł drugi młodszy, bośmy djabelnie przeziębli, a do tego i głodni, tu zaś mimo głodu opętanego nie ukąsim nic, chybabyśmy ławy i stoły pozjadać chcieli.
— No! no! chodźcież WMość ze mną.
— Nigdy się człek wyspać nie może, gdérał schodząc nazad Dozorca dawszy rozkazy służbie, nigdy się wyspać na tym przeklętym obowiązku, nigdy pokoju. Czy noc czy dzień, biegaj z kluczami od wrót do wrót, od izby do izby. Temu drew, temu jadła, temu ławki, temu stoła. To trzeba na starość głowę stracić.
— Aleć niedarmo Pan Starosta, ozwał się któryś z młodszych, obrał Jegomości na ten obowiązek, znacieście go spełniać najzdolniejsi, choć i trudny i nudny. A u Panów naszych zasługa niestracona.
— Łaska pańska na pstrym koniu jeździ, odpowiedział Burczak wlokąc się po wschodach, po których w ciemności podskakiwali potykając się podróżni. Ot siwe już włosy, a jeszcze klucze noszę i jak wrótny pracuję. Jeszcze u stryja Pana Starosty miałem zasługi, a wszystko czém było, tém i jestem. Oj życie, Mosanie, życie!
— Cóż chcecie, rzekł jeden, każdy ma swego mola co go gryzie.
— I dalipan nie każdy, odmruknął Burczak prowadząc ciągle podróżnych. A ci panowie nasi, jak i Pan Starosta nie przymierzając, to sobie sami tych molów naprowadzają. Ot i teraz! Tać to jak do wojny idzie!
— Niechybnie do wojny — rzekł P. Barberjusz.
— No! a na co to wszystko?
— Co tam nam w to wchodzić Panie Burczak!
Dozorca umilkł, a tym czasem zeszli w podwórzec znowu i on powiódł ich ścieżką ku galerji drugiéj, a galerją ku swojéj izbie, w któréj widzieliśmy światło, widne z okna od ulicy. Tu wszedłszy uczuli podróżni nasi ciepło i rozbiérać się poczęli. Izba P. Dozorcy niedaleko wrót od Sawiczéj ulicy położona, była wielka, z oknami na tyły dającemi; wielka bo części w niéj goście konieczną czynili obszerność. Sklepiona była, nie wysoka. Jedno okno z niéj wychodziło w ulicę, drugie z boku, mimo prawa w cudzy podwórzec. Było wprawdzie mniejsze, kraciastsze, ale zawsze w cudzą kamienicę patrzało. Milczał jednak sąsiad, dla tego zapewne, że wychodziło z pałacu Chodkiewiczowskiego. W kącie izby stało łóżko P. Burczaka, a raczéj tapczan, skórą tylko wyszarzaną niedźwiedzią pokryty, nad którym wisiał krucyfix w święcone zioła ubrany, gromnica żółta, wstążką związana, obrazek patrona jaskrawy, palma Kwietniowéj Niedzieli i szabla na kawałku makaty goździami przybitym połyskująca. Proste ławy otaczały izbę, prosty stół dębowy stał w pośrodku, na nim kilka próżnych dzbanów i kubków cynowych. Na stoliku w ogromnym mosiężnym lichtarzu paliła się świéca żółta woskowa, w kominie dogorywał ogień czerwony.
Podróżni rzucili się ogrzéwać, i opończe z siebie zwlekać zaczęli. P. Barberjusz czyli Guillaume Barbier na ich czele, był to mężczyzna wysoki, chudy, blady, cery żółtawéj, oczu, brwi i włosów ciemnych. Nosił długie włosów pukle, wąs dorodny i bródkę ostro zakończoną, która się kończyła na białéj krézie, podróżą zbrukanéj i zmiętéj. Strój jego nie był polski, miał kaftan sukienny, spodnie skórzane, bóty z ostrogami w pół łytki wywrócone, kapelusz z piórami, i rękawice łosiowe długie po łokieć prawie. Mina jego okazywała mężnego i mało o co dbającego wojaka, który wszystko wesoło znosi i z wszystkiego się śmieje, lubi winko, umizgi, pogadankę, a nie lęka się niebezpieczeństwa i nie zna namiętności głęboko ludziom dojmujących, wywracających życie z korzeniem. Zrzuciwszy płaszcz poszedł do komina i zatarłszy ręce zaczął się grzać u węgli, sadzając nogi w żar prawie.
Dwaj jego towarzysze Polacy, byli to młodzi ludzie dobréj miny, oba ubrani w kuntusze i żupany, przy pałaszach, wygolone mieli czupryny, wąsy zawiesiste. Twarze ich mimo jednakiéj powierzchowności na oko, jednakiego, jeśli wolno powiedziéć, stroju, różnego wcale były wyrazu. Młodszego czoło było wysokie, oczy niebieskie, nos rzymski, wąs biały prawie, czupryna w górę, spójrzenie śmiałe, drwiące. Drugiego czoło nizkie, oko zapadłe i szare, nos niekształtny, usta szerokie, wargi grube, suknia na nim jak worek na kołku. Pierwszy zwał się Pan Sumiński, drugi P. Brożek. Oba byli dworzanami Pana Starosty i pomocnikami P. Barbier.
— A daszże nam co pić, albo i przekąsić? Rzekł Barberjusz do mruczącego zawsze P. Burczaka.
— O téj porze! A toż wszyscy śpią! Zkądże tu co WMości wziąść?
— Jużciż nie chcesz, żebym Panu Staroście się skarżył, żeście mnie tu głodem morzyli, rzekł P. Barbier.
— A to do mnie nic nie należy, odpowiedział Burczak machając ręką, skarżcie WMość P. Marszałka Dworu, który już śpi na drugi bok, i pewnie się go nie dobudzicie, chyba jutro rano jak sam jeść zechce.
— Ależ panie dacie nam co jeść? spytał Sumiński grzecznie, musicie tu mieć zapasik w szafce?
— I nie wypiéram się, że mam i że dam, rzekł Burczak, ale jeśli dam, to nie z obowiązku uważajcie WMość, ale proprio motu, z łaski i dobréj woli.
— My, odpowiedział śmiejąc się Sumiński, jedną tylko mamy gębę i jeden żołądek każdy, a wszystko to nam jedno, czy one się napełnią z obowiązku, czy z łaski.
— Ale to post, Panowie.
— Cóż WMość masz w téj Almarji, spytał Barberjusz podkładając ogień.
— Co! Hm! troszkę smażonéj rybki w oleju, trochę grzaneczek z czosnkiem, dzbanusio piwka.
— No cóż robić, dobre i to! — odpowiedzieli podróżni. Jeśli wasza łaska dajcie nam tam co macie.
— I usiedli za stół, a P. Burczak z kluczami poszedł do szafy i wydobywać zaczął jadło, schowane na cynowych misach; które sam zastawiał przed przybyłemi.
Jakkolwiek mało to było, jedli jednak zapalczywie, bo byli głodni; i P. Burczak zabiérał się im do piwa dopomódz, gdy w bramę stukać znowu zaczęto, a z podwórza dał się słyszéć głos.
— Hej! Jest tam kto! hej! otwierajcie! a otworzycie czy nie!
— A toż co znowu, krzyknął Dozorca biegąc do okna. Czy nasłanie jakie, czy już Radziwiłłowie szturm do nas przypuszczają. Któż to znowu? — Wyjrzał i nic nie mówiąc, zbiegł po wschodach, a podróżni usłyszeli po chwili znowu skrzyp wrzeciądzów i tentniące kopyta w brukowanym dziedzińcu.
— Kto to być może? rzekł Barberjusz.
— Zapytamy się gdy powróci Dozorca. Gdy tych słów domawiają, otworzyły się drzwi izby, i wszedł któś wysokiéj postawy, ze szpadą u boku, ubrany po prostu, podpasany pasem rzemiennym nabijanym srébrem, w bótach wywracanych, w płaszczu ciemnym, cały osypany śniegiem.
— Już, rzekł do niego Dozorca, żadnéj izby wolnéj niéma, chyba WMość staniecie z Panem Barberjuszem.
— Wszystko mi to jedno gdzie stanę, odpowiedział z cudzoziemska przyjezdny, przywykłem często stać na dworze!
Wlepili w niego oczy wszyscy wprzódy przybyli, a P. Barberjusz posunął się ku niemu.
— Jak się macie Panie Stanisławie! Cóż to? tak prędko z podróży!
— A to wy P. Barbier! miło mi was oglądać. Nie tak że to prędko.
— Cóż was tu sprowadza?
— Co? rozkaz Pana Starosty, który mnie wyprawił, a teraz nazad pozwał dla jakiéjś potrzeby.
— A! rzekł Barberjusz, rozumiem — Waść tu po to co i my. A dalekożeś był?
— Jużem był rozpoczął podróż po za granicą, dla widzenia celniéjszych fortec i twierdz, gdy niedaleko Wiednia Austrjackiego odebrałem list Pana Starosty przywołujący mnie tu znowu, i obiecujący, że gdy tylko potrzeba ona minie do któréj mnie wzywa, wysle mnie znowu. A kazał mi śpieszyć i śpieszyłem dobrze, prawie nie śpiąc i nie spoczywając.
— Więc obaśmy tu dla jednego, rzekł Barbier, pewnie tak!
— A cóż to jest P. Wilhelmie?
— Alboż nie wiész?
— Nic a nic? wojna jaka? wyprawa daleka! Nieprzyjaciel wkroczył?
— Najdziwniéjsza rzecz jak być może — Ale nie teraz czas i miejsce opowiadać ci, o co idzie — Siadaj no i jedz tym czasem.
Zaproszony bez ceremonji siadł do stołu.
W milczeniu posilali się podróżni, Pan Burczak tym czasem chodził mrucząc po izbie i porządkując niby rozrzucone sprzęty. Po chwili którą zajął brzęk nożów i mis, ozwał się piérwszy Pan Stanisław do Barberjusza.
— Ciekawość piecze mnie jak ogień, powiedzcież mi z łaski swéj kiedy wiecie, po co tu mnie wezwano; bo zaiste ze wszystkiego miarkuję, że to cóś ważnego być musi.
— Ważnego i bardzo, odpowiedział Francuz. Ale o tém jakbyśmy zaczęli prawić, tobyśmy i do jutra nie skończyli, a noc już późna. Jednakże sądzę żeście i po drodze słyszéć coś o tém musieli. Nic już ci nic a nic w uszy nie wpadło?
— Ale to właśnie, jak mówicie; nic a nic, odpowiedział Stanisław żwawo. Wiadomo Waszmości, że Pan Starosta mój łaskawy opiekun, chcąc mnie na ludzi wyprowadzić, wysłał mnie swoim kosztem za granicę, abym się po krajach i dworach cudzoziemskich sztuki wojennéj wyuczał i świata zobaczył. Wyjechałem więc, aliści niespodzianie odbiéram wezwanie, ażebym nazad śpieszył, a resztę podróży do dalszego czasu odłożył, gdyż jestem doma potrzebny. Kazał mi jeszcze Pan Starosta starać się ludzi, werbować po drodze w służbę wojenną. Z niemałym żalem rozstałem się z podróżą, i zwinąwszy tłumoczki, nazad do kraju pośpieszyłem. W liście swym P. Starosta śpieszyć mi kazał, i tak tez pędziłem, żem po drodze nikogo nie miał czasu wypytywać i nic się nie dowiedziałem. Widzę jednak ze wszystkiego, że czy nie druga wołoska wyprawa się sposobi.
— A gdzie zaś wołoska! odpowiedział Barberjusz, gorzéj niż to, dziwniéj, więcéj, bo wojna domowa!
— No! a z kimże? w Inflanciech?
— W Inflanciech! Nic by to jeszcze nie było, rzekł znowu Barberjusz, ale mówię WMości, że wojna domowa. Poczekaj że; opowiem ja ci to wszystko, czegom świadom, bo widzę że WMość jesteś, mówiąc po waszemu, jak w rogu i nic nie wiész co się dzieje. Lecz przecieżeś wprzód w kraju siedział?
— Pókim był w kraju, obce sprawy nic mnie nie zajmowały, rzekł P. Stanisław. I nie dziw: siedziałem na Jezuickich ławach, słuchając Matheseos, Retoryki i Filozofji, potémem się tułał po obozach; kędy gdzie strzelano, tam i ja prochu wąchał, a co ludzie gadali mimo uszu puszczałem.
— Trzeba tedy WMości ab ovo rzecz całą opowiedziéć, rzekł kiwając głową Barberjusz. Ale widzę że P. Burczak oczy klei, czas by nam do swojéj izby. Pójdź no zobacz Panie Brożek co się tam dzieje.
P. Brożek zerwał się od dzbanka z którego męty i ostatki piwa zcedzał i poszedł obaczyć. Tym czasem Burczak pozabiérał misy, dzban i kubki, w szafie je poustawiał i dobywszy różańca, zabiérał się modlić.
— Wyraźnie nas WMość wypraszasz, rzekł do niego Barberjusz.
— Boć i dawno czas już spać, rzekł stary.
Wtém wszedł Brożek i machnął ręką.
— Ani myśléć tam iść, rzekł prędko, kaci wiedzą po co; rozpalili ognia w piecu stróże i swąd zabijacki wziął się w izbach, żeby tam i koń nietylko człowiek nie wytrzymał. Nawet służba się na wschody obozować wyniosła.
— A cóż będzie? gdzie będziemy spać? zawołał Barbier.
— Gdzie sobie chcecie! odpowiedział Burczak.
— Toż nas już ztąd nie wypędzisz? dodał znowu Francuz.
P. Burczak nic nie odpowiedział.
— Żebyśmy jeszcze mieli choć dzban albo flachę wina, lub miodu Kowieńskiego, starego wreście, to by się jakoś ta noc przebyła, rzekł Francuz, ale taka już późna noc, a jeszcze taka długa!
— Niech Jegomość Pana Burczaka poprosi, rzekł zcicha Brożek przysuwając się do ucha, żeby nam bramę otworzył. Wiém ja tu, bom swojak, gdzie niedaleko wino przedają, to pójdę ze dzbanem.
— Ależ dawno już być muszą pozamykane gospody i szynki.
— Nic to, otworzą mi oni, pewnie jeszcze nie śpią, rzekł Brożek, bo choć z Ratusza wydzwonią gaszenie ogniów, toć przecie wszędy się ognie palą.
— Jeszcze kto WMości obedrze na ulicy, pełno o téj porze hultajów się włóczy.
— O! nie bójcie się WMość, a tylko poproście P. Burczaka i zaproście go na wino. Niech mi bramę otworzy, a ja dalipan wina znajdę.
— Wiecie co P. Burczak, ozwał się głośniéj Barbier, pokazuje się że my tu nie będziemy mieli ani gdzie, ani jak zasnąć, a wypadnie całą noc przesiedziéć. Pozwólcie niechaj Brożek pójdzie nam dzban wina przyniesie, to się z nami pospołu napijecie. Tylko mu dajcie klucza od bramy.
— Co? co? spytał stary — wina przyniesie?
— Przyniesie, powtórzył Barbier.
— A zkądże on go weźmie o téj porze?
— Spuśćcie się WMość na mnie, rzekł Brożek, natoczę pewnie najlepszego, od Malchera, z pod wiechy.
— U Malchera wcześnie zamykają.
— Już ja sobie otworzę, a WMość tylko daj mi od bramy klucza.
Stary poszukał na stoliku i wybrał jeden klucz z pęka, któren odwiązał z rzemyka.
— Idźże Waszmość, rzekł, na wrota od Zamkowéj ulicy, jest tam na lewo furtka podle Bramy, naprzeciw sklepu Malchera, to tylko przeskoczycie ulicę i będziecie pod progiem. A tylko proszęż was, zamykajcie za sobą, bo by się tu jeszcze kto wkradł, i na mnie by biéda była.
— Bądźcie WMość zupełnie spokojni, rzekł Brożek. Dajcież mi pieniędzy Półkowniku, odezwał się do Barberjusza, a WMość dzbanka pożyczcie, P. Burczak. To mówiąc poły pozakładał za pas, czapkę nasunął na uszy i skinieniem głowy pozdrowiwszy Sumińskiego, drzwi za sobą zatrzasnął.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.