Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ostatnia z xiążąt Słuckich Tom 1.pdf/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


biérając się do wyjścia, że innego mieszkania niéma w całym pałacu.
— Ależ, rzekł Barberjusz, toć gdziekolwiek jest jedna choćby izba ciepła, w któréj przenocujem nim się tu ogrzeje.
— Chyba pójdziecie się ogrzać do mnie, rzekł P. Burczak, a ja tym czasem każę tu ognia zapalić i znieść wasze tłumoczki, którym zimno nie zaszkodzi.
— Najchętniéj Panie pójdziemy, rzekł drugi młodszy, bośmy djabelnie przeziębli, a do tego i głodni, tu zaś mimo głodu opętanego nie ukąsim nic, chybabyśmy ławy i stoły pozjadać chcieli.
— No! no! chodźcież WMość ze mną.
— Nigdy się człek wyspać nie może, gdérał schodząc nazad Dozorca dawszy rozkazy służbie, nigdy się wyspać na tym przeklętym obowiązku, nigdy pokoju. Czy noc czy dzień, biegaj z kluczami od wrót do wrót, od izby do izby. Temu drew, temu jadła, temu ławki, temu stoła. To trzeba na starość głowę stracić.
— Aleć niedarmo Pan Starosta, ozwał