Ostatnia z Xiążąt Słuckich/Tom I/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ostatnia z Xiążąt Słuckich
Podtytuł Kronika z czasów Zygmunta trzeciego
Data wydania 1841
Wydawnictwo Józef Zawadzki
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


III.
Dzban Wina.

Dawnożem już po nocy ulic Wileńskich nie widział, rzekł do siebie wychodząc i po wschodach się tocząc w dziedziniec P. Brożek, aleć i niewiele ich zobaczę, jeśli tylko do Malchera pójdę co przez ulicę mieszka! Dobre i to.
Znalazł się w dziedzińcu, a przeszedłszy go w szérz do bramy w zagłębieniu muru od ulicy Wielkiéj umieszczonéj, namacał po ciemku furtkę, odrzucił zaporę poprzeczną i sprobował klucza do zamka, który mu zaraz przyszedł, po czém wycisnąwszy się na ulicę, drzwi za sobą zatrzasnął, a sprobowawszy ich jeszcze, obejrzał się dopiéro na okna P. Malchera, tuż naprzeciw będące.
— Cóż za licho! wszakci ciemno u niego rzekł nie widząc światła, czy by się odzwyczaił pijaków długo w noc utrzymywać? Ale nie! To oni dla przyzwoitości od tyłu siedziéć muszą — Tak mówiąc skoczył do wrót kamienicy; przyłożył ucha i stuknął nogą raz, drugi i trzeci.
— Hej! hej! jest tam kto otwórzcie!
Ale nikt nie odpowiedział.
— Muszą odprawiać adwentowe rekollekcje, pomyślał sobie, ale przecież się ich dobudzę. I jął znowu stukać i znowu napróżno.
— A to coś osobliwszego, rzekł po chwilce, na licha osobliwszego! nu! nu!
W tém szelesnęło coś podle niego; P. Brożek który się był cały w bramę wcisnął, odwrócił się.
Po za nim stali dwaj jacyś ludzie i patrzali na niego szepcąc — dostrzegł ich łatwo Brożek i zaraz odwróciwszy się nie tracąc fantazji, rzekł.
— Ho! JMość Panowie! czy nie moglibyście mi powiedziéć, co się Malcherowi stało, że się go dobudzić nie można?
Ichmość nic nie odpowiedzieli, lecz znowu szeptali między sobą.
Mając na nich jakieś podejrzenie P. Brożek, że go chcą obedrzéć, nie sądził rozumném dłużéj do wrót stukać, żeby go z tyłu nie pochwycili, odszedł więc od bramy i poszedł daléj, z nienacka oglądając się po za siebie. Ci dwaj, których widział wprzód, zdaleka i powolnie pociągnęli się za nim. To go zastanowiło, ale jeszcze nie stracił odwagi i śmiało posunął się ulicą ku Ratuszowi, gdzie się spodziewał łatwiéj dostukać pod jaką wiechę i wina kupić.
Ulice puste już były, śnieg pruszył i stróże tylko nocni wołali zdaleka, a gdzieś w oddaleniu dzwonki chorów klasztornych cicho brzęczały. Nikogo dokoła, nigdzie światła w oknach.
— Musi to być późniéj, aniżeli mi się zdawało, rzekł P. Brożek w sobie — ale mniejsza o to, taki téż nie powrócę z próżnemi rękoma.
To mówiąc zawrócił się w prawo ku Piacionce i obejrzawszy się w górę na kamienicę, któréj facjata wychylona na rynek z gankiem, powiéwała wiechą opruszoną śniegiem, pośpieszył do wrót. Nad spodzianie usłyszał tu głośne rozmowy pijackiéj biesiady, znajomy sobie głos, brzękanie kubkami, dzwonienie szklanek.
— Dobra nasza! rzekł, a tuć albo nigdzie wina dostanę!
To mówiąc stuknął we wrota raz i drugi wołając.
— Poczciwi ludzie, otwórzcie mi tam proszę.
Tylko co tych słów domawiał, aliści znowu postrzegł za sobą owych dwóch, niedaleko stojących, jakby czatowali na co.
— I Ichmość do gospody? spytał kłaniając się im trochę.
Jeden z nich odpowiedział.
— I my? a WMość tu po co?
— Chcę sobie wińska dostać — odpowiedział Brożek.
— Nie dostukasz się, rzekł drugi zbliżając się nieco, chyba my ci pomożem.
— Dam ja i sam rady, odpowiedział Brożek.
— O nie! mówił daléj ten co wprzód nieznajomy. Teraz byś i do dnia stukał, nikt ci nie otworzy, ale poczekaj no, niech no ja ci pomogę.
To mówiąc obcy poszedł minąwszy wrota do okiennicy, przez któréj szczeliny świeciło się, i wsunąwszy rękę w wycięte serce w pośrodku, trzy razy w szybę zapukał.
— A kto tam, zapytał głos ze środka.
— Swój, od Kardynalji — otwórzcie z ulicy.
— Zaraz — I słychać było chodzenie, stąpanie, brzęk kluczów, aż wreście podniesiono drąga, furtka się uchyliła i wszedł P. Brożek naprzód dziękując wielce nieznajomym, za nim owi dwaj się zaraz wsunęli.
— Niechże WMościom za tę usługę podziękuję, rzekł, bo widzę żebym był darmo zbiegał całe miasto i zębami dzwonił pod wrotami.
— Niéma za co dziękować, odrzekł krótko jeden z nich.
Na lewo od wrót w murze grubym otwarły się drzwiczki, buchnęło z nich światło i ciepłe powietrze przesycone trunkami i jadłem. P. Brożek wszedł do sklepionéj długiéj a wązkiéj izby, przez którą był stół bejcowany na czerwono, ostawiony ławami, zakryty obruskiem grubym a poplamionym. W pośrodku stoła paliły się świéce w ciężkich mosiężnych lichtarzach przygasające. Na obrusie walały się okruchy kości, chleba, jadła wszelakiego, stały jeszcze cynowe miski próżne, dzbanki polewane i kubki cynowe i szklanne. Za stołem siedziało dwóch tylko, ale tęgo pijanych, ludzi podżyłych, którzy przez stół do siebie się pochyliwszy trącali kubkami wołając:
— Przezdrowie Waszecine! i Waścinéj żony Pani Katryny i Waścinéj godnéj dziéwki Nastazji i Waścinego domku całego. Co daj Boże!
Byli to mieszczanie w różowych humorach.
Od ulicy, u okna, przy stoliczku spał oparty jeszcze jeden pijak, z czapką na uszach, którego tylko z pod ręki, na któréj się opiérał, długie konopiato-szafraniejące wąsy widać było. Ten który furtkę otwiérał gospodarz, był to człek krępy, rumiany, nizki, w pończochach wełnianych niebieskich, w szlafmycy na łbie łysym, w kaftanie wełnianym rozpuszczonym niedbale, z czerwoną twarzą i nosem jaśniejącym purpurowemi barwy. Była jeszcze jedna osoba w izbie, dziéwka brudna jak śmiecisko, stworzenie chude i brzydkie, wyżółkłe, odarte, rozespane, która wałęsając się od kąta do kąta, zbiérała miski, kubki, talérze, łyżki i wynosiła je do drugiéj izby mrucząc i ziéwając,
Ci dwaj, na których się zaraz, do światła dobrawszy, obejrzał P. Brożek, byli to ludzie gęstéj miny, uczciwie ubrani i nie wyglądający wcale na takich, za jakich wziął ich po nocy, hultajów. To też Pan Brożek, nie w ciemię go bito, grzecznie się im i ludzko skłonił, mówiąc.
— Ale to tu garkuchnia widzę — to może ja sobie wińska nie dostanę.
— Wina nie dostanę! podchwycił gospodarz rękę z kluczami podnosząc. Wina nie dostanę! Otóż tobie masz! Alboż to Waszeć nie znasz garkuchni nowéj P. Stypejki, mieszczanina i kupca miasta Wileńskiego? Dostaniesz Waszmość choćby i najprzedniéjszego Kanaru! a wiele tam WMości dać?
— Ot, ten dzban. I to mówiąc P. Brożek wysunął z po za siebie dzbanisko dwugarncowe, na które głową kiwnął gospodarz.
— Chodźcie WMość za mną, rzekł, a macie czém zapłacić?
Brożek otworzył dłoń lewą i pokazał talar bity.
— Proszę za mną, dodał gospodarz — porwał lichtarz z przed pijaków i szasnął się jak opętany w głąb izby, ku drzwiom do komory wiodącym.
Poszedł za nim P. Brożek, a dwaj Ichmość zostali w piérwszéj izbie.
Gospodarz wwiódł go naprzód do ciemnéj komory, w któréj był niepospolity nieład, jak to widziéć było można przy blasku dogorywającéj u ściany świéczki. Stały tu balje, kociołki, beczki próżne, butle wielkie, misy, wisiały obrusy, walały się miotły, a na kupie bielizny i różnego rodzaju ruchomości, włócząca się tylko co sługa, zakrywszy twarz fartuchem, wyciągnięta, chrapała. Ztąd wyszli z gospodarzem do sionek.
Za pozwoleniem WMości, rzekł P. Stypejko, pójdę tylko wezmę klucze od piwnicy.
— Ale się WMość na miły Bóg nie baw, a mnie tu po ciemku nie zostawiaj.
— Ja WMości świécę porzucę, rzekł gospodarz, i pośpieszył na lewo do drzwi, które na wpół szklanne były i przez które widziéć było można, przy świetle wewnątrz palącéj się lampy przed obrazem N. Panny, porządniejszą izbę, a kotarę za firankami w kwiaty i różny sprzęt i ochędóstwo kobiéce, pozawieszane i porozrzucane w nieładzie.
Gdy drzwi otworzył gospodarz, słychać było chwilę gadanie, brzęk kluczy, potém wyszedł P. Stypejko wziąwszy już na się kubrak zielony i odebrawszy lichtarz z rąk P. Brożka, powiódł go korytarzem daléj w głąb, ku drzwiom piwnicznym.
Gdy P. Brożek czeka na wino, my powróćmy do piérwszéj izby, w któréj dwaj nieznajomi zostali.
Byli to, jakeśmy rzekli, ludzie młodzi uczciwie ubrani, i jak widać było po ruchu i minie, zapewne pana jakiegoś domownicy, dworzanie, bo jednostajną, ciemną mieli barwę, którą kryli dostatniemi opończami oba. Zdjęli oni czapki z głowy i usiedli pod oknami od ulicy, na ławce, przeciw śpiącego mieszczanina.
— No cóż myślisz, rzekł jeden, mamyż co przedsięwziąść?
— Śliska to rzecz, odpowiedział drugi, trzeba by się nad tém wprzód zastanowić.
— Ale póki my się zastanawiać będziem, tym czasem nam ten chłopiec uciecze. No! jak ci się zdaje?
— On ma klucz od furtki, rzekł drugi, a nam by się on przydał. Wojewodzic dobrze by zapłacił zań, mybyśmy z nim do Chodkiewiczowskiéj kamienicy łatwiejszy przystęp mieli i kommunikację z pannami służebnemi xiężnéj młodéj, które choćby co i chciały dopomódz, to nie mogą, bo ich za się strzegą pilnie.
— Ale jakże tego kluczą dostać, rzekł drugi.
— Jużciż, kończył tamten, ja nie mówię ani radzę, aby go gwałtem wydziérać, ale czy nie byłoby jakiego sposobu lekkiego na tego młokosa?
— Jakiegoż myślicie?
— Nie inny, tylko by go myślę dobrze spoić, rzekł piérwszy znowu, odkraść mu go i wycisnąć — Słyszałem, że tak kluczów dobiérają złodzieje.
— A śliczny by na nas pozór był — odpowiedział drugi; na Boga, a toć by to szubienicą pachło!
— A ktoby nam tego dowiódł? A potém, alboż my to dla złego robim?
— I klucz, jak myślę, nie na wiele by się co przydał, boć oni, jak wszędzie, drągiem jeszcze z tamtéj strony drzwi zakładają. Możeby się znalazł ktoby nam drąga otworzył, byle klucz od furtki był.
— Prawda i to.
— Obaczym no jak powróci ten młokos, czy go spoić można, możebyśmy się od niego dowiedzieli co jeszcze, Panie Adamie.
Gdy tych słów domawiają, wszedł do izby zachylając dzban połą Brożek, i miał się ku drzwiom drugim, gdy jeden z nieznajomych go zaczepił.
— WMość, jak widzę, niesiecie kędyś wino? a niechcieliżbyście skosztować go z nami kubeczek?
— Dziękuję WMościom za uczciwość, odpowiedział kłaniając się Brożek, któremu ślinka po brodzie ciekła na wspomnienie kubka; radbym z niémi pił, ale niémam czasu, bo tam na mnie w Chodkiewiczowskiéj kamienicy czekają.
— Co tam, chwilka, rzekł piérwszy gospodarzowi znak dając, aby przyniósł. I my czasu nie mamy także długo tu siedziéć, bośmy wysłani podobnie i powracać potrzeba, ale na ten chłód trudno żeby sobie człowiek choć kubeczkiem nie rozgrzał żołądka.
— No, no, jak już WMość chcecie, odpowiedział Brożek siadając, a dzban pod stołem stawiąc, to się i napijmy. Powiem P. Barberjuszowi, żem długo musiał się włóczyć, za nim wina dostałem — Niechże sobie czekają.
— Ale, rzekł po chwili, teraz WMościów lepiéj przy świetle widzę, aliście mnie tęgo przed Malcherem napędzili strachu; bałem się, by nie jacy, z przeproszeniem, hultaje, co ich o téj porze pełne ulice.
— To prawda że się teraz około północka, nie warto z domu wychylać, podchwycił drugi nieznajomy, ale rzadko się trafi, żeby na przedniejszéj ulicy kogo napadli z podle Ratusza, gdzie straż pilne ma oko — Prędzéj pałką w łeb dostanie na ubocznych zaułkach.
Wtém podał gospodarz flaszę i trzy kubki. Starszy nieznajomy przepił pełną do Brożka, który mu podobnież odpowiedział, a ocierając gęby, szepnął.
— Tęgie jakieś wińsko, boję się, żeby mi głowy nie zamęciło.
— Słabiuteńkie, jakem Stypejko! przerwał gospodarz, można go pić gdyby wodę! Tak to ono sobie piecze, ale to uczciwe żołądkowe, do głowy nie idzie.
— A no, na drugą nogę, rzekł nieznajomy i przepił.
P. Brożek mu znów odpowiedział.
— A no, do Trójcy, rzekł śmiejąc się drugi.
Na te słowa pobladł P. Brożek, jakby go węch heretyka zaleciał i rzekł:
— Co to WMość o Trójcy Najświętszéj przy kubku spominacie, alboście to, z przeproszeniem, z konfederacji.
— Nie — nie — rzekł poglądając na towarzysza nieznajomy — nie — nie — Tak się to wyśliznęło z gorącości. Znacie WMość przysłowie. Omne trinum perfectum.
I przepili znowu do siebie, kłaniając się jeden drugiemu. Wtém zaczął starszy.
— Toście to WMość z Chodkiewiczowskiéj kamienicy?
— A tak, odpowiedział Brożek, przybyłem tu ono co dziś z P. Barberjuszem, który ta będzie fortecę w kamienicy robił, czy coś.
— Toż to po co? rzekł drugi.
— Kto to wié! mruczał Brożek, na kogo to się Pan Starosta gotuje.
Nieznajomi spójrzeli po sobie, Brożek obracał oczyma na wszystkie strony i przecierał je ręką, czując że mu wino po głowie chodzie zaczynało.
— Toście WMość dziś przybyli. Aleć tam któś więcéj jeszcze pono?
— A! to P. Stanisław przybył z za granicy P. Barberjuszowi pomagać około téj roboty.
— Co to za Stanisław?
— Wychowanek P. Starosty, którego na wojaka sposobi, i posyłał go był uczyć się za granicę téj tam mądrości obozowéj.
Brożek mówił a czuł że go coś jakby siatką zawiesiło, i ująwszy za dzban stojący pod ławą, począł wstawać powoli.
— Trzeba mi powracać, boć się coś zdaje, jak gdybym się upił.
— Tak to się tylko zdaje, rzekł nieznajomy; jeszcze musim do pary wypić po kubeczku. I znowu przepił, a gdy to uczynił i P. Brożek przez uczciwość trzymał się na nogach jak mógł, czekając aż mu pełną podadzą; drugi się przysunął do niego, lekko rękę w kieszeń jego puścił, dobył klucza od furtki, odwrócił się żwawo i wybiegł do komory.
— Co to WMości? rzekł odwracając się Brożek?
— Krew mi się nosem puściła, odpowiedział wychodzący i poszedł do alkierza. Tym czasem drugi zabawiał Brożka jak mógł, przepijając do niego póki w flaszy stało, a choć posłany niby to kwapił się nazad i lękał się niezmiernie upicia, jednak na widok kubka, różne sobie czynił reflexje i perswazje, zawsze wiodące do spełnienia go. Tak perswadując i dodając sobie ducha a odwagi, dobrze podpił. Wyszedł po chwilce z alkierza ocierając nosa towarzysz, i ściskając a żegnając Brożka, nazad mu klucz wcisnął w kieszeń.
— Jeśli będziecie mieli czas wybiedz jutro, rzekł do niego, przyjdźcie do Malchera, to się znowu razem trochę napijem.
— Z całego serca, odpowiedział rozczulony Brożek zataczając się i wylewając wino ze dzbana, który niósł pod połą. Aliście mnie Panowie tak spoili, że teraz nie wiém już, jak nazad do Chodkiewiczowskiéj kamienicy trafię, choć to nie pierszyna mi po ulicach po nocku się włóczyć.
— My w jedną idziem z Wami drogę, rzekli nieznajomi — Chodź nam otwórz Panie Stypejko. Wyszli więc do wrót, które im gospodarz odemknął żegnając ich. Znaleźli się znowu w ulicy.
Tu obejrzawszy się a świéżém powietrzem odetchnąwszy Brożek, uczuł dopiéro cały zamęt, jaki w głowie jego panował i zdało mu się jakby wszystko kręciło się i szumiało wkoło niego. Ledwie przed sobą rozpoznać mógł Ratusz na prawo, i kierując się od niego, poszedł w lewo ku Zamkowi nazad. Dwaj towarzysze pytali go jeszcze o wiele rzeczy po drodze, na które on, o ile mu przytomność umysłu dozwalała, odpowiadał, nie zastanawiając się wcale nad tém, dla czego tak pilnie go wybadywano, i jaki w tém mieli interes nieznajomi, którzy ze swojéj strony nie powiedzieli mu nawet co byli za jedni. Nareście żegnając się z nim pokazali mu furtkę, a poseł nasz z wielką trudnością odemknął ją i zamknął nazad; drąga już założyć nie mógł. Błądził potém po całym dziedzińcu, nim trafił na schodki wiodące do mieszkania P. Burczaka, i gdy drzwi jego otworzył, zastał P. Barbier chodzącego po izbie, Dozorcę w największéj niespokojności o powierzony klucz, a P. Stanisława śpiącego nad stołem.
Wszedł raźnie i jak mógł na nogach się utrzymywał, stawiąc dzban w pośrodku stoła; P. Barbier jednak postrzegł zmianę w jego twarzy i domyślił się części przygód.
— Jużeś ty sobie zalał w czubek — Brożku, rzekł.
— Kto? ja? odpowiedział niezmięszany, ja? A to czysta napaść, bo prócz śniegu, nic nie miałem w gębie.
— Dawaj klucz, gdzie klucz! przerwał Burczak — coś się tak długo bawił?
— Co? wszystko było pozamykano — mało mnie hultaje nie odarli, ledwo żywy wróciłem.
— Alboż cię kto napastował?
— I jak napastowali, odpowiedział Brożek oddając resztę pieniędzy szelążkami fałszywemi, ledwiem się wywinął.
To mówiąc, odstąpił od stołu i okrutnie się zatoczył.
— O! i tak się zataczasz! zawołał Barbier.
— Bo mnie któryś w głowę czekanem palnął.
— Gdzie? gdzie? pokaż! pochwycili wszyscy razem biegnąc ku niemu, aż się i Stanisław ocknął i obejrzał.
— Jest wino, rzekł do niego P. Barbier, ale nasz nieszczęśliwy poseł po łbie za to oberwał!
I szukali wszyscy po głowie, ale P. Brożek zasłaniając się i udając że go mocno boli, umknął do drugiéj izby, podesłał sobie płaszcza i położył się na nim spać — Tym czasem dobyto kubki, zaproszono P. Burczaka, który różaniec złożył i ochotniéjszy za stół siadł.
— Mieliście mi WMość powiedziéć, odezwał się P. Stanisław, co się tu u was dzieje, i co to za wojna domowa ma się rozpocząć. Otoż przypominam obietnice, bo wino język rozwiąże i ochoty do gawędy doda.
— A i ja, rzekł z cicha Burczak, nie jedno wiém i dorzucić mogę, kiedyście ciekawi.
Barbier, jako fundator wina, piérwszy nalał kubek, i przepił do Burczaka, Burczak do P. Stanisława, w koléj znowu do P. Sumińskiego, po czém zasiedli każdy nad pełnym kubkiem i poczęła się następująca rozmowa.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.