Orły podkarpackie/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Orły podkarpackie
Podtytuł Powieść
Wydawca Wydawnictwo „Pobudki“
Data wydania 1938
Druk Spółka Wydawniczo-Drukarska „Kadra“
Miejsce wyd. Przemyśl
Ilustrator Ary Sperski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ III.
NA ZDRADLIWEJ PRZEŁĘCZY.

Słońce nie podniosło się jeszcze wysoko, gdy chłopcy opuścili obozowisko. W worach i sakwach przybyło wagi, bo każdy z chłopaków włożył do nich spory kawał dziczyny sadlistej — na takie chłody najlepszej.
Wspinali się zakosami po spychach — coraz wyżej i wyżej. Przyśpieszali kroku, że aż narty zgrzytały przenikliwie pod stopami ślizgając się po szkliwiu naledzi.
Końca górom nie było!
Świerki i świerki — coraz grubsze i wynioślejsze! Aż strach zdjął chłopaków: czy aby nie chichotliwy bies leśny igra z nimi i zamiast na szczyt grani po uskokach ich wodzi i tylko patrzeć — za jakimś nawisem śnieżnym zrzuci do przepaści bezdennej.
Drgnęli na tę myśl, lecz żaden o obawach swoich innemu się nie przyznał.
Waśko to nawet raz stanął chwyciwszy się oburącz pnia świerkowego.
Wydało mu się raptem, że spoza wydmy wyjrzał kosmaty, roześmiany brodacz-bies i czmychnął bez szelestu.
Nogi chłopcu drgnęły i ugięły się gwałtownie. O mało wtedy nie upadł, lecz po chwili rozejrzał się przytomniej i poznał łosiową głowę rosochatą, co wyglądała spomiędzy młodniaka, ino że rogów nie było widać, bo na szerokich łopatach śnieg grubymi osiadł poduchami. Łoś zaspał a, że chrapy mu sadzią zasnuło, nie zwęszył chłopaków, oni go zaś nie zoczyli w haszczach oszronionych i tylko Waśko za biesa go wziął przypadkiem rosochatego ujrzawszy.
W południe spostrzegli z radością, że coraz cieńsze już i cherlawsze stoją świerki dokoła, mchami otulone i obwieszone po sękach bladymi nićmi porostów. Niebawem puszcza rzednąć zaczęła i przerywać się tu i tam połaciami burzołomu, starych i nowych wywrotów, gdzie pozostały samotne smereki, wszystkie przez wichry w jedną pochylone stronę.
— Widzi mi się, że ku grani zdążamy... — niepewnym jeszcze głosem powiedział Andrzejko.
— I ja takoż rozważam — potwierdził Bogdanko Komarnicki i, pochyliwszy się niżej, szybciej śmigać począł, omijając wykroty, leżące kłody i wydmy, nawiane koło nich.
W kilka minut potem sunęli gęsiego po białej płaszczyźnie ku grani, odcinającej się na bladoniebieskim niebie.
Nagle idący na przedzie Andrzejko zatrzymał się gwałtownie, spostrzegłszy coś na śniegu.
— Baczcie no, chłopaki — szepnął — ślad koński... świeży... ktoś tędy przejechał przed nami...
Chłopcy jeden po drugim podbiegali i rozglądali ślady kopyt, świeżo odciśniętych na śniegu.
— Kto zacz jechał? Skąd? Po co? — padały pytania, ale znikąd nie było na nie odpowiedzi, więc ostrożnie już ruszyli dalej — ku ostatniemu granicznemu grzbietowi.
Wiatr zmiótł tam śnieg i obnażył czarne złomiska kruszących się skał.
Ledwie chłopacy podeszli do wysokich, popękanych głazów, gdy spoza jednego z nich wywinął się jeździec a wnet wysypała się za nim cała kupa innych.
— Hajduki! — krzyknął Raszko i chciał już rzucić się do ucieczki, gdy nagle stanął jak wryty posłyszawszy donośny okrzyk Andrzejka:
— Do kusz, orły beskidskie!
Nie zdążyli jednak chłopcy przerzucić przez głowy rzemienie kusz, gdy jeźdźcy w skok ruszyli w ich stronę.
— W topory ich! — padła nowa komenda Andrzejka Zawiszy.
— Orły beskidskie, bij-zabij! — odpowiedzieli mu przyjaciele.
W rękach ich błysnęły szerokie ostrza starych, poszczerbionych toporów bojowych.
Kilku jeźdźców zeskoczyło z koni i dobywszy szabel zbliżało się ku stojącym w groźnej postawie chłopakom.
Węgrzy ujrzawszy dzieciuchów śmiać się poczęli, a jeden z nich łamaną polszczyzną jął wołać:
— Poddawać się, szczeniaki, bardzo rychło... a nie — to skóra bić kańczugiem...
— Z nami Bożyc! Bij! — wrzasnął Andrzejko i przyskoczywszy do najbliższego Madziara prasnął go toporem. Odleciała szeroka szabla, którą się zasłaniał hajduk, a ostrze topora spadło mu na ramię. Trysnęła struga krwi i Węgier jak piorunem rażony padł na wznak.
Andrzejko trzymając topór w ręku biegł ku nieprzyjaciołom, a za nim z okrzykami — „orły beskidskie!“ — pędzili towarzysze.
Hajducy hurmem rzucili się na chłopców i otoczyli ich ze wszystkich stron. Zakotłowało się w środku tłumu. Raz po raz z ciżby wypadał któryś z hajduków oberwawszy od bitnych chłopaków i klnąc na całe góry.
Od czasu do czasu migały w powietrzu ostrza toporów i szabel, a nawet postacie żołdaków najemnych, wyrzucanych przez tęgich malców, niby kloce, przez drwali ciskane z gór.
Nierówna ta bitwa nie mogła jednak potrwać długo.
Skończyła się niebawem. Na śniegu, poplamionym krwią, pozostało kilku rannych i czterech chłopaków, mocno rzemieniami skrępowanych. Leżeli w milczeniu, zgrzytali zębami i patrzyli w niebo nie czując, że z poranionych głów i piersi ciurkiem spływa im krew.
Mróz miłosierny ulitował się nad nimi i zionął ostrym, lodowatym wiatrem, ściął krew i ochłodził piekące rany kojąc ból.
Hajduk mówiący po polsku przystąpił do chłopaków i krzyknął wściekłym głosem:
— Odstawimy was do naszego pana — grafa Tiszy. On już tam dla was obmyśli taką karę, że ze strachu zadygoce całe wasze wilcze plemię!...
Ponieważ hajduk z gniewu mówił na poły po polsku, na poły — po madziarsku, Andrzejko i jego „orły beskidskie“ mało co z tego zrozumieli.
Węgrzy przyprowadzili dwa luzaki i do każdego przytroczyli po dwu jeńców — nieruchomych niby sakwy pasterskie, serem owczym wypchane, gdy juhasi i bace na jesieni z połonin wracają.
Oddział ruszył na węgierską stronę. Konie szły dość szybko, bo, jak spostrzegł pilnie na wszystko zwracający uwagę Bogdanko Komarnicki, przez puszczę biegła dość szeroka przesieka.
Jechali długo. Zmierzch już zapadać poczynał. Chłopcy od dawna stracili poczucie czasu, gdyż związani mocno i zmarznięci na kość wisieli na bokach końskich, zdrętwiali i prawie nieprzytomni.
Nagle na zakręcie drogi ujrzeli długą szopę, a przed nią płonące ognisko, przy którym kręcili się jacyś ludzie.
Hajducy zaczęli pokrzykiwać głośno.
Od szopy odpowiadano im hukaniem.
— Hej, tak właśnie pohukują się po połoninach juhasi-pasterze — mignęła Andrzejkowi myśl i zasmuciła go, bo z całą jaskrawością zrozumiał teraz, że są w niewoli i że niewiadomo, co z nimi zrobią te „czarne gęby“ paskudne.
Oddział hajduków podjechał tymczasem do szopy. Jeźdźcy schodzili z siodeł. Do związanych chłopaków zbliżyli się jacyś ludzie i stłoczywszy się rozglądali ich z ciekawością.
— Zważcie ino, takie to młode, a już w zbójnikach chadzają... — powiedział jeden ze stojących, przypatrując się okrytej soplami krwi twarzy Waśka. — Zubaste, widać, szczuki... gołymi łapskami wziąć się bez bitwy nie dały!
— Oho! Pewno że tak! Czyście, panie, widzieli ilu hajduków popsowali? Jednego, słysz, na śmierć zasiekli toporem — dodał inny.
Chłopcy nie mogli głosu wydobyć z gardzieli. Nieznani ludzie mówili po polsku. Pierwszy oprzytomniał Andrzejko i zawołał zachrypniętym głosem:
— Ludzie dobrzy, my — nie zbójniki, my — Polacy, co po osiedlach obronnych siedzą z woli królewskiej... My do zasiek po grani na nartach szli, a ci napadli na nas i po bitwie powiązali, bo kupa ich nawaliła wielka a my samoczwart ino... to i nie zdzierżyli!
— Polacy?... Polskie chłopaki?... — rozległy się pytania i zdumione okrzyki. — Poczekajcie! Skoczę duchem do rycerzy i popytam, co robić będziem z nimi...
Po chwili powrócili i poczęli ciąć rzemienie, przytroczone do siodeł.
To widząc Madziarzy zamierzali przeszkodzić temu i nie oddać jeńców.
Powstało szamotanie się i lekka zawierucha. Rozległy się wyzwiska, łomot pięści i sapanie walczących, ale w tej samej chwili w progu szopy stanął jakiś wyniosły pan w aksamitnej szubie i krzyknął coś po węgiersku.
Hajducy odeszli, Polacy zaś szybko oswobodzili chłopaków i, ująwszy ich pod pachy, prowadzili do wnętrza szopy, gdyż nikt z jeńców o własnych siłach kroku nie mógł postąpić.
W czepku widać urodzili się zuchowate „orły beskidskie“, bo onego dnia, gdy dostali się do niewoli węgierskiej, w schronisku pod przełęczą Użocką, stanął poczet dwóch możnych panów polskich.
Jeden z nich był to Zawisza herbu Sulima, znamienity rycerz, na turniejach[1] w Budzie i Windabonie zwyciężający najgłośniejszych w Europie zapaśników.
Drugi — to towarzysz jego i brat, Jan o przezwisku węgierskim — Farurej, długi jak włócznia, a choć nie taki, jak Sulimczyk barczysty, krzepki jednak nad podziw i mistrz na miecze dwuręczne.
Dworzanin królewski, Geza Humby, odprowadzał ich właśnie z pocztem zbrojnym do przełęczy, którą przekroczywszy obaj rycerze z pachołkami mieli już polską jechać ziemią.
Pilno im było, bo właśnie od doradcy króla a ich drucha bojowego, Zyndrama z Maszkowic, miecznika krakowskiego, goniec konny przybiegł do Budy i w tajemnicy obydwu rycerzom oznajmił, że w stolicy pilnie wygląda ich król i wojewodowie.
Nie zwlekając ani dnia zabrali się panowie i w daleką ruszyli drogę.
Na nocleg, ostatni po madziarskiej stronie, stanęli w schronisku pomiędzy Użokiem a polską rubieżą, tuż pod przełęczą, w one czasy rzadko odwiedzaną przez kupców podróżnych.
Gdy pacholikowie wprowadzili chłopaków do izby, gdzie jasno było od płonących kaganków i szczap smolnych przy piecu, postawiono ich przed stołem, za którym siedziało trzech panów.
Wszyscy przyglądali im się z uwagą i ciekawością.
— No, malcy, gadajcie, coście za ludzie? — rzucił pytanie straszliwie barczysty, o długiej, płowej brodzie Zawisza, przezwany „Czarnym“, bo w czarnej zawsze stawał zbroi czy to w turniejowym okolu, czy na polu bitwy.
— My ze stryjskich sadyb bronnych „Orły beskidskie“ — zaczął Andrzejko, lecz przerwał mu Raszko, dodawszy:
— Takie bo to nasze zawołanie — „Orły beskidskie!“.
— No-no, piękne zawołanie — nie ma co gadać! — zaśmiał się długi jak tyka Farurej. — Ale coście nabroili, takie syny, że was powiązali hajducy?
— Powiązali — nie powiązali, bo my im przedtem łby pokiereszowali — burknął Bogdanko, — a jednego to Andrzejko Zawisza toporem prasnął!
— Na Boga! Co słyszę! To widzę, że jakowegoś imiennika z opresji ratować muszę! Z jakichże to Zawiszów, proszę? Z Łabędziów, czy może z tych Kurozwęckich, co Różą się pieczętują? Gadajże, chłopcze, żywo, jeśli możesz!
Andrzejko nie wiele z tego rozumiał, bo na podgórskich strażnicach wszyscy byli równi, jednako z puszczą walcząc i jednako na straży rubieży pot i krew przelewając, więc nikt tam pochodzeniem i klejnotem chwalić się nie miał zwyczaju. Może zresztą kiedyś coś o tym i posłyszał młody Zawisza, ale teraz wszystko wymknęło mu się z pamięci. Osłabł, bolały go kości i piekły świeże rany. Nachmurzył przeto czoło, usiłując przypomnieć sobie to i owo z opowieści domowych i wreszcie mruknął:
— Rodzic i matula z jakiegoś Hnilcza w góry przed laty przybyli. Ja już teraz nie pomnę!
— No, to niedaleko od moich Kniehynic i Lipy... — zauważył Zawisza z uśmiechem na srogim obliczu. — Jeśli tak, — tedy za familianta będę miał ciebie, wilczku! Bo nijak inaczej nie lza: moje imię — twoje nazwisko. No, to i krewniacy!
— Powiadasz doń — „wilczku“, Zawiszo, a toć mówiono ci, że to „orły beskidskie“! — zaśmiał się Farurej i pięścią z uciechy o stolnicę grzmotnął.
— Iste! Z pamięci mi wypadło! — kiwnął głową ubawiony rycerz znamienity. — No, to będę ciebie, mały, „orlikiem“ — wabił!
Andrzejko skinieniem głowy dał na to swoje zezwolenie. Nie mógł nic już powiedzieć, gdyż zbladł jeszcze bardziej i zachwiał się na nogach.
Spostrzegł to Zawisza Czarny i w dłonie klasnął.
— Powiedz-no któryś tam memu Wołoszynowi, by rychło z lekiem swoim przybiegł i chłopaków pobitych opatrzył, a skocz na jednej nodze, bo pilno!
W godzinę potem cyrulik Wołoszyn kwaśną wodą z okowitą przemył rany chłopców, pozlepiał pajęczyną, z woskiem i borsuczym sadłem ugniecioną, napoił gorzkimi ziołami z winem i, okrywszy ich baranicami, na ławach złożył w spokoju.
Nazajutrz „orły“, chociaż przy nieostrożnym ruchu krzywiły się i syczały, gotowe już były do drogi, przyglądając się na dworze pachołkom kulbaczącym konie.
Zawisza ujrzawszy chłopców podszedł i spytał:
— Gadaliście wczoraj, żeście ze stryjskich osiedli bronnych szli? Cóż to i po co nosiło was przy samej rubieży?
Z odpowiedzią wyrwał się Waśko Popiel, bo najbliżej rycerza stał:
— Do zasiek szliśmy na grani, bo tam już nasi zasiedli...
— Po co zasiedli? — zdziwił się Sulimczyk.
— Wojnę, słysz, z Krzyżakami król nasz wszczyna. Ojcowie poszli do Sambora na starościńskie wici, młodych zaś posłano na bronę od węgierskiej strony, bo gadał goniec wojewody, iż z Krzyżakami powąchali się Madziary — powtarzał Waśko zasłyszane w domu wieści. — Zgubiliśmy drogę w puszczańskich uroczyszczach i wychynęliśmy na grań, aby się rozejrzeć, aż tu napadli nas hajduki i — ot... — to powiedziawszy ręką wskazał na swoją omotaną szmatami głowinę.
Rozmowę jego z rycerzem uważnie podsłuchiwał hajduk, który na przełęczy groził chłopcom strasznymi karami. Wysłuchawszy wszystko żołdak pobiegł do swego duki — przywódcy, a ten znów do Gezy Humby, poczym obaj długo naradzali się w bocznej komorze.
Gdy poczet konwojujący rycerzy polskich, którzy byli gośćmi na węgierskim dworze królewskim, wyruszył w stronę przełęczy Użockiej, jadąc szeroką przesieką łagodnymi załomami wspinającą się na zbocza Bieszczadów oddział hajduków skoczył na siodła i bocznymi przesmykami ku tejże przełęczy pośpieszył co koń wyskoczy.
I byliby dojechali tam niepostrzeżeni przez nikogo, gdyż ich las bukowy osłaniał zewsząd, lecz w jednym tylko miejscu przeciąć musieli dolinkę, gdzie z góry do Uhu zbiegał warkotliwy Toploch. W tej to dolince mignęli hajducy bystrookiemu Bogdankowi, a starczyło mu tego, by rozpoznać wczorajszych napastników. Zdziwiło to chłopca, że jadą w jedną z nimi stronę, a śpieszą się i niby kryją.
Podjechał natychmiast do Andrzejka i opowiedział mu, co widział przed chwilą.
— Trza powiedzieć o tym rycerzom, może nie wiedzą...
Bogdanko ścisnął konia nogami i dogonił Zawiszę jadącego na czele razem z Gezą.
Posłyszawszy o hajdukach jadących na obu stronach jego pocztu nachmurzył się i sposępniał nagle Zawisza Sulimczyk. Mruknął coś do Farureja i ten natychmiast odjechał do człapiących z tyłu pachołów służebnych.
Obejrzawszy się dokoła, rycerz skinął na Andrzejka i krzyknął do niego:
— Familiancie, bywaj!
Chłopak spiął konia i podjechał.
— Miejcie, orliki, oko na owego pysznego dworzanina, a pomnijcie, że nie wolno mu ani z tej przesieki zjechać, ani umknąć! — powiedział przyciszonym, ale znaczącym głosem Sulimczyk.
Andrzejko skinął głową i oczami wskazał towarzyszom na pięciu rękodajnych trzymających się osoby Gezy.
Zawisza z Farurejem wjechali tymczasem w las i oddalili się szybko.
— Rycerze... rycerze! — zawołał przerażony dworzanin i konia ruszył za nimi, nieznacznie odpinając rzemyk przytrzymujący rękojeść szabli, ale w tej samej chwili poczuł na ramieniu ciężką rękę, a druga zerwała mu z rapci szablę i cisnęła w gąszcz buczyny.
— Jedź, gdzie masz jechać, bo... — zamruczał Andrzejko, ale w tej samej chwili Geza Humby błysnął nożem.
Chłopak jak żbik skoczył ku niemu i uderzywszy obuchem topora w kark zwalił go na śnieg.
— Bij! — krzyknęli inni chłopcy i runęli na pachołków.
Bogdanko rozdawszy ciosy pięściami zrzucił z siodeł dwóch rękodajnych; Waśko z Raszkiem szamotali się z trzema pozostałymi grzmocąc obuszkami po półpancerzykach, ukrytych pod szubami Madziarów, Bogdanko przybiegł im z pomocą i porwał jednego przerzuciwszy go przez kark swego konia.
— Leż i cichaj, bo ci łebsko czarne urwę! — warknął, a Madziar czy zemdlał ze strachu, czy też zrozumiał, bo leżał jak niemowlę w kolebce.
Pacholiki widząc co się święci wiązali już pocztowych węgierskich i nie słyszeli wrzawy, tupotu kopyt i szczęku oręża dobiegających tu z puszczy.
Posłyszeli to wszystko dopiero wtedy, gdy z gęstwiny wypadać poczęli hajducy pochylając włócznie do natarcia.
— Rozstąp się, przepuść, napadaj z boków! — rozległa się donośna komenda Andrzejka Zawiszy, który sam uskoczył na bok i szybko naciągnął cięciwę kuszy.
Oczami szukał kogoś starszego, który dowodził hajdukami. Spostrzegł go niebawem. Na lewym skrzydle jakiś wysoki człek z długą brodą, spływającą na piersi, krzyczał coś i wymachiwał krzywą szablą.
Andrzejko przycisnął kolbę kuszy do ramienia i zmrużył oczy mierząc starannie. W chwili, gdy już pociągnął za cyngiel, bławy ogier jego poboczył się nagle a strzała furknęła ponad głowami pędzących w skok Madziarów. Wzięli oni tak wielki rozpęd, że ujrzawszy rozpierzchających się Polaków nie mogli już wstrzymać koni na skrzepłym, śliskim od naledzi śniegu. Z tego skorzystali pachołkowie rycerzy i przypadłszy z boków jęli uwijać się wokoło unoszonych przez konie jeźdźców, niby ogary goniące rudel dzików.
Andrzejko spostrzegł, że bracia Komarniccy wsiedli już na grzbiety hajdukom i łomocą obuchem i toporem niczym cepami na klepisku.
Zobaczył też, że giermek, imieniem Przedzimir, rękodajny Zawiszy Czarnego, już objął komendę i pachołkami począł kierować jak się należy, bo hajducy coraz gęściej padali, a w ręcznym boju samowtór sprostać nie mogli wprawionym w bitwach ludziom z pocztu rycerzy. Już kuszę na plecy zarzucił uspokojony Andrzejko i topora dobywszy zamierzał do zwary bitewnej pośpieszyć, gdy nagle spostrzegł hajduckiego wodza, który przeczuwając ciężką rozgrywkę konia przez pysk smagnął i rzucił się do ucieczki.
— Ejże, nie ujdziesz... — mruknął sobie pod nosem chłopak i począł mu drogę przecinać.
Zauważył to brodaty duka i konia zawróciwszy w górę go popędził.
Tuż za nim piętami tłukąc ciężkiego wierzchowca nadążał Andrzejko i tak z oczami wlepionymi w gonionego przez siebie przeciwnika dotarł chłopak w pół spychu i tu leciwego mocno ogiera wstrzymał, bo już wiedział, że rączego konia madziarskiego dogonić nie zdoła.
Andrzejko zły na siebie, na ogiera i na hajduka zaklął i splunął.
Zawróciwszy wierzchowca spojrzał na dół. Na polanie i śród niskich krzaków bukowych dokoła przesieki bitwa, zda się, szła już ku końcowi. Przynajmniej tak się Andrzejkowi wydało, bo walczący rozpierzchli się na wielkiej przestrzeni i ścierali się małymi kupkami. Przypomniawszy sobie o Zawiszy Czarnym i jego bracie, spojrzał w lewo i skamieniał. Na niedużej, zupełnie okrągłej, zapewne przez pożar leśny wypalonej polanie dojrzał obu rycerzy. Ze wszystkich stron otaczali ich hajducy nacierając tłumnie. Błyskała w powietrzu stal. Dobiegał kwik koni, gwar zgiełkliwych głosów, przytłumionych oddaleniem i echem bitwy toczącej się po drugiej stronie drogi.
— Dwóch ludzi przeciwko takiej kupie! — przeraził się Andrzejko. — Nie zdzierżą, na Krzyż Pański, nie zdzierżą!
Nie namyślając się ani chwili z kopyta ruszył na dół ku polance, przeciętej kamienistym korytem potoku. Ciężki ogier ślizgał się, potykał, zjeżdżał na zadzie, lecz słuchał jeźdźca i śpieszył się, ile mógł.
Andrzejko zwinąwszy dłoń w trąbkę wydał cienki, przeraźliwy okrzyk:
— U-lu-lu-lu-i!
Powtórzył go kilka razy i w stronę pachołków kilka razy machnął ręką, wołając ich na odsiecz rycerzom.
Przedarł się wreszcie przez gęstą buczynę i młodniak świerkowy i, chociaż pilno mu było stanąć przy Zawiszy Czarnym i długim, wesołym zawsze Farureju, zatrzymał się jednak na skraju haszczy, stanął w strzemionach i głowę ponad krzaki wystawił.
Ujrzał dziwny obraz.
Hajducy osaczyli rycerzy dokoła. Nie śmieli jednak stanąć im oko w oko, bo zbliżywszy się na długość miecza ginęli natychmiast. Świadczył o tym wał z porąbanych straszliwie ciał ludzkich i kadłubów końskich. Teraz napadali inaczej. Zeskoczywszy z siodeł popędzali przed sobą konie i spoza tej osłony dźgali włóczniami.
Andrzejko zrozumiał cały ich plan. Nie mógł już zwlekać i czekać na pomoc pocztowych.
Ścisnąwszy potężnie konia nogami i wzniózłszy topór do cięcia wypadł z krzaków bez krzyku. Runął na hajduków niby głaz toczący się ze stromego urwiska. W mig obalił dwóch napastników, trzeciego dosięgnął oszczepem, który miał zaciśnięty pomiędzy udem a siodłem, i — przerwał koło końskie. Przez utworzoną lukę runęli natychmiast obydwaj rycerze rąbiąc na lewo i na prawo. Obok nich walczył toporem Andrzejko utyskując w duchu, że nie ma szabli albo miecza, bo topór w takiej sieczy nie był przydatny, chyba, że ten i ów hajduk nieopatrznie bliżej się nawinął. Kłuł więc chłopak krótką, łowiecką rohatyną raczej niż oszczepem, drzewcem — odbijał ciosy szabel madziarskich i kroku rycerzom dotrzymywał.
Uwijali się tak po całej polanie aż poczuł Andrzejko, że w pewnej chwili trącił go ktoś w udo, i posłyszał głos:
— Posłyszelim twój skwir i przybieglim!
Chłopak obejrzał się. Zobaczył obok siebie Bogdanka Komarnickiego, a o kilka kroków dalej Raszka i Waśka, którzy już doskoczyli hajduków.
— Psia kość! — krzyknął Andrzejko z zazdrością patrząc, że towarzysze walczą na szable. — Skądżeście wzięli szabliska?
— Ha, a od czegóż to natłukliśmy hajduków?! — Odpowiedział Bogdanko i stanąwszy w strzemionach ciął nacierającego nań Madziara.
Andrzejko w jednej chwili skoczył z konia i podniósł leżącą na ziemi szablę o szerokim brzeszczocie i ciężkiej głowni, jak ulał do jego dłoni.
Teraz mógł już bić się skuteczniej i zapewne zrozumieli to hajducy, bo niebawem cofać się przed nimi zaczęli i żaden nie śmiał stawiać mu czoła.
Zdawało się, że zwycięstwo przechyla się na stronę rycerzy i chłopaków, bo coraz bardziej spychano hajduków ku górom i ku niegłębokiemu jarowi z szumiącym na jego dnie potokiem.
Ale w chwili, gdy jeźdźcy madziarscy zaczęli już zeskakiwać ze stromego brzegu, wyjechał od tyłu, z puszczy nowy oddział i natychmiast otoczył sześciu szaleńców, prących przed sobą półsetek najemnych żołdaków.
Dowodzący nowoprzybyłymi młodzian w sobolim kołpaku z białą kitą czaplich piór podniósł szablę nad głową i krzyknął donośnie:
— Stać!
Bitwa nagle ustała.
— Coście za ludzie? — spytał dowódca patrząc na Polaków.
Sulimczyk ocierając rękawem pot z twarzy odpowiedział surowym głosem:
— Jestem Zawisza Czarny....
— Zawisza Czarny! — krzyknął znów młodzian. — Pogromca Beli Andraszy, mego ojca! Zginiesz!
Rycerz podniósł rękę i przemówił:
— Zwyciężyłem go w prawym boju... Słuchaj, co ci powiem, młodzieńcze. Poznaję w twoich ludziach jeźdźców lekkiej chorągwi pancernej, nie jakichś tam podłych hajduków, pozbieranych po szlakach i karczmach oczajduszy bez rodu i plemienia. Jesteśmy na tej ziemi gośćmi królewskimi. Pomnij o tym i o tym też, żem pomagał w wojnie twemu królowi, który upomni się u ciebie o napad na mnie, a i mój pan wojenny — król Władysław płazem ci tego nie puści...
— Szczekasz po próżnicy, bo strach cię obleciał, wilku wściekły! — wrzasnął młody Andraszy.
Całą sprawę popsuli czy może naprawili, ale w każdym razie zakończyli Andrzejko z Bogdankiem.
Ledwie przebrzmiały obraźliwe dla Zawiszy słowa młodzika, zakipiała w nich krew i, do dwu niedźwiedzi podobni, potoczyli się raptem ku pancernemu podjazdowi a tak niespodziewanie i chyżo, że, zanim Zawisza i Farurej zdążyli pojąć ich zamiar, już wpadli na Madziarów. Jeden przed drugim śpieszyli się, by dosięgnąć Andraszego. Bogdanko jednak mając śmiglejszego konia wyprzedził wkrótce przyjaciela, a wtedy Andrzejko zdecydował się na rzecz niebezpieczną, wprost szaloną. Postanowił zaryzykować najbardziej dla siebie podręczną broń — ciężki topór bojowy.
Bijąc konia piętami rozmachnął się toporem, zakręcił go młynkiem i raptownie ściągając cugle wypuścił toporzysko z dłoni. Furknęło żelazo i robiąc w powietrzu nagłe zwroty pomknęło ku zuchwałemu młodzikowi. Czy wiatr, dmący na podgórzu, czy znużenie, które po dwu bitwach i ranach osłabiło chłopaka spowodowało, że ostrze ukosem tylko dosięgło ramienia Andraszego, lecz i tego ciosu starczyło, aby zwalić go z siodła. Nadbiegł natychmiast Bogdanko i sztychem ciężkiej szablicy przygwoździł go do ziemi, poczem nie tracąc ani chwili wwiązał się w bitwę.
Rozgorzała znowu na całej polanie. Teraz już z osiemdziesięciu chyba zbrojnych mężów napadło na sześciu.
— Pod drzewa, pod drzewa, do puszczy! — krzyknął Farurej i Polacy odbijając się od nacierających Węgrów powoli cofać się poczęli.
Chłopaki z sadyb bronnych walczyli o niczym nie myśląc, ale doświadczony w wielu bitwach Zawisza Czarny rozumiał, że długo ta bitwa potrwać nie może i że wszyscy polegną bezsławnie tuż na progu Polski.
Wycofali się wreszcie i stanęli śród drzew puszczańskich, gdzie napastnicy nie mogli już działać kupą i gdzie bitwa zamieniła się w pojedynki z coraz to nowymi przeciwnikami.
Jak długo trwać mogła ta rozpaczliwa obrona — tego nikt przewidzieć nie mógł. Zakończyła się ona tak samo niespodziewanie, jak się zaczęła.
Dobrze już było po południu.
Omdlewały ramiona broniącym się Polakom, co widząc Madziary podwoili swoje wysiłki. I w tej to właśnie chwili Raszko wydał nagle radosny okrzyk:
— Nasi! Nasi! Nasi od zasiek bieżą!
Z gór, pozostawiając za sobą kłębiącą się śnieżną kurzawę, pędzili ławą jacyś ludzie na deskach, uwiązanych do obuwia. Widać było, jak pochylając się w jedną lub w drugą stronę omijają wydmy, kamienie i pnie, lub robią olbrzymie skoki zrywając się nagle z górskich spychów i na chwilę niby orły zawisając w mglistym powietrzu.
Gdy się zbliżyli znacznie, można już było dojrzeć, że mieli broń przy sobie, a niektórzy — nawet pancerze i otwarte hełmy ze strzałką nad czołem. Wypadli wreszcie w wielkim rozpędzie na polanę, przebrnęli potok i wsiedli na Madziarów.
Co chwila rozlegały się okrzyki i nawoływania:
— Jaworscy, kupą! Matkowscy, bij! Tureccy, wraz! Ilnickie gniazdo, wal! Dzieduszyccy, siekaj!
I tak pokrzykując kupkami rodowymi wrąbywali się w ciżbę hajduków i pancernych.
Niebawem inna też nadbiegła pomoc.
Pachołkowie rozpędziwszy hajduków koło przesieki i skończywszy pościg za nimi posłyszeli wreszcie echa toczącej się bitwy i, choć nie mieli rozkazu dowódcy, gdyż Przedzimir padł, przebity strzałą, przybyli czym prędzej z pomocą.
Resztka Madziarów rzucała broń i klękała prosząc o litość.
— Ostawcie ich, niech idą! — rozkazał Zawisza Czarny ciężko dysząc. — Dzięki wam za odsiecz, bracia!... Widziałem was, gdyście z gór lecieli, orły podkarpackie!!.. Królowi i panom o was opowiem i uraduję ich, że w dobrych rękach spoczywa obrona grani naszej górskiej!...
— Ktoś ty jest panie? — spytał Olko Ilnicki mimowoli kołpak z głowy zrywając.
— Jam Zawisza Sulimczyk Czarny z Garbowa, a ów — brat mój Jan! — odparł rycerz.
— Zawisza Czarny! Zawisza Czarny! Sławny, srogi rycerz! — przeszedł przez tłum młodych włodyków pogwar i poszept zachwytu i zdumienia, bo w one czasy chyba ino dzieciuchy nie znały głośnego imienia i groźnego klejnotu znamienitych panów na Garbowie, Lipie i Knehyńcach, aż stanęli wszyscy w milczeniu i głowy obnażyli.
— Dzięki wam! — powtórzył Zawisza i nic więcej nie powiedział, bo od miecza był ów rycerz przesławny, ale nie od pustego gadania.
Dopiero po chwili odsapnąwszy nieco obejrzał się dokoła szukając kogoś w tłumie, a nie znalazłszy spytał:
— Gdzie są te... orliki?
Włodyki z Łosińca, Jaworowa, Ilnika, Litmirza i Turki nie wiedzieli, o kogo pyta rycerz, więc spoglądali na siebie ze zdumieniem.
— No, ten tam familiant mój — Zawisza... — uśmiechnął się Sulimczyk.
— Andrzejko! Andrzejko! — poczęli nawoływać włodyki.
Chłopak utykając na lewą bosą nogę, którą dopiero co, od koszuliny szeroką kromkę oderwawszy, szmatką obwiązał, bo go jeden z hajduków włócznią dźgnął pod kolano, stanął przed rycerzem.

— A gdzież ten drugi, co to obok ciebie, orliku, rąbał niczym drwal na porębie? — spytał go rycerz.
Ktoś ty jest panie? — spytał Olko Ilnicki mimowoli kołpak z głowy zrywając.
— Wnet przybieży, ino śniegiem krew utuli, bo mu ze łba ciurkiem płynie — odpowiedział Andrzejko przestępując z nogi na nogę, gdyż mu stopa marzła.

Przez tłum przecisnął się wkrótce Bogdanko, a spoza jego szerokich barów wyglądały ciekawe oczy Raszka i Waśka, pełne jeszcze ogni bitewnych.
Sulimczyk uśmiechnął się do chłopaków i rzekł poważnym głosem:
— No, orliki, widziałem was w sieczy. Nie ma co gadać — łapska macie mocarne, ino machacie nimi bez rozumu. Dobre z was mogą być wojaki, ale bez nauki i wprawy tylko w takiej ino bijatyce stawać możecie... Jeśli rodziciele zezwolenie wam dadzą, wziąłbym was wszystkich czterech ze sobą i Krystynowi Chwalibogowi oddałbym w naukę...
Chłopaki oniemiały z radości i wpatrywały się w rycerza jak w zjawę cudowną.
Wreszcie z tłumu wyszedł Jurga Wysoczański-Weryho, który nad zasiekami dozór miał i dlatego to „kniazia bronnego“ tytuł mu nadano.
Ten w pas Sulimczykowi się pokłonił i powiedział:
— Uczciwie prosimy was, cni rycerze, do naszej krainy na wypocznienie i wydobrzenie! Staruchowie tam sami, białogłowy i dzieci pozostały, ale na rządzeniu ostał kniaź Miklosz Turecki, przezwiskiem Niedźwiedź. On też was zacnie podejmie i ugości. Prosimy i nisko się kłaniamy!
— Prosimy! Prosimy! — zakrzyknęli włodyki i cisnąć się do rycerzy poczęli jak dzieci do ojca.
— Jak widzę, słysz, wielu macie w swojej krainie niedźwiedzi, bo gdyby ci malcy nie byli „orlikami“ miałbym ich też za burych kudłaczy — bo mocne to, zubaste, złe! — śmiał się Jaśko Farurej, gdyż ochłonąwszy po bitwie znowu poweselał. Taki to już z niego był bowiem człek beztroski.
— Dobra! — zgodził się Zawisza. — Dzięki wam! Staniemy na popas w waszej krainie. Trza nam choć trochę zaznać spoczynku. Ciężki wszak mieliśmy dzień... Ale chyba że dziś już nie dojedziemy?
— Dziś nie! — odpowiedziało kilka głosów na raz. — Leża wam przyrządzimy w szatrach... Jutro po świcie ruszycie i w południe na łosinieckie zdążycie polany. My gońca na noc do Miklosza przodem pchniemy, by zarządził, co się należy...
Na tym stanęło. Rycerze, otoczeni włodykami, wspinali się wkrótce na pierwszy uskok grzbietu granicznego. Przodem szedł na nartach Maćko Bratkowski, który dziedzinę miał obok „Czornyja Lisa“ Dzieduszyckich, bogatych sąsiadów.
Ów Maćko słynął na całe Podgórze jako łowiec odważny, a był tak popędliwy, iż za turem czy żubrem na madziarską zapędzał się stronę, to też płaje, ścieżki, owcze percie i przesmyki zwierzęce znał, jak własną sadybę i pole.
On to teraz prowadził gości krótszą i dogodniejszą drogą, by znużone i poranione konie rycerskie dojść mogły bez trudu. Część włodyków z zasiek z „kniaziem bronnym“, Jurgą Wysoczańskim, pobiegła na przełaj, rozciągnąwszy się po zboczu w długi sznur i połyskując w słońcu grotami włóczni.





Przypisy

  1. Rycerskie zapasy na ostrą broń.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.