Orły podkarpackie/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Orły podkarpackie
Podtytuł Powieść
Wydawca Wydawnictwo „Pobudki“
Data wydania 1938
Druk Spółka Wydawniczo-Drukarska „Kadra“
Miejsce wyd. Przemyśl
Ilustrator Ary Sperski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ II.
W PUSZCZY BIESZCZADSKIEJ

Tymczasem w puszczy, ku której kierowały się spojrzenia zaniepokojonych matek, panował półzmrok i cisza. Zdawało się, że wszystko wokół wymarło czy też wywędrowało gdzieś i odleciało, przerażone mroźnym oddechem zimy.
Ale co to?
Gdzieś na wierzchołku świerka zaskrzeczała trwożnie sójka a głos jej poderwały wnet dwie sroki i rozkrzyczały się na cały bór.
Z gęstego podszytu leśnego z łopotem skrzydeł i głuchym krzykiem wyleciał głuszec i śmignął śród oszronionych pni świerkowych strząsając z gałęzi śnieg rozsypujący się na twarde, suche iglice.
Chwila ciszy, niedługa chwila... bo wnet przekicał zając, znacząc się śród pędów olszynowych puszystym, szarym smużem i białym osmykiem.
Tuż za nim jeżąc szczecinę na karku i zgrzytając szablami o fajki przemknął z głośnym fukaniem dzik roniąc białą pianę.
Tuż nad nim, przefruwając z gałęzi na gałąź, leciała sroka.
Wrzeszczała teraz zdumionym głosem widząc, że za odyńcem niby opadające z krzaku jagody kaliny pozostają krzepnące na śniegu szkarłatne krople posoki.
Wreszcie dzik chrapnął, padł, zerwał się znowu i charcząc głośno potoczył się po śliskiej naledzi. Zatrzymał go zwalony przez burzę pień jodłowy, lecz odyniec nie wstał już i nie poruszył się nawet.
Sroka sfrunęła na leżącą kłodę i przekręciwszy głowę na bok przyglądała się dzikowi. Spostrzegła natychmiast, że w lewym boku, tuż pod łopatką tkwi bełt krótkiej strzały. Ostrożny ptak zerwał się i bez krzyku odleciał, gdyż wyczuł nieznaną jeszcze groźbę i zbliżenie się wroga.
Ten zaś był już niedaleko.
Pochylony w biegu ślizgał się na krótkich, szerokich nartach, wpatrując się w trop zwierza i uśmiechając się za każdym razem, gdy wzrok jego padał na małą czerwoną kuleczkę, oblepioną igiełkami śniegu.
Wreszcie znalazł miejsce, gdzie dzik padł po raz pierwszy, pozostawiając szerokie, mocno posoką zafarbowane wgłębienie. Przystanął i rozejrzał się uważnie dokoła.
— Przecież nie uszedł mi!... — mruknął radośnie.
Trzymając w ręku oszczep zbliżał się do leżącej zdobyczy.
Podchodził ostrożnie, bo nie ufał odyńcowi a nie chciał być ciętym przez niego.
Opowiadał mu rodzic, jak to przed pięciu laty stary dzik szablisty pociachał Sozańskiego, co przez jar Sanoczka do barci szedł. Zmarniał wonczas od tego staruch i przyszła po niego Mara, jak powiedział znachor z Jaworowego Uroczyska, wiekowy też dziad, który pogańskich nie mógł zapomnieć bogów i guseł.
Odyniec jednak nie żył.
Człowiek już bez obawy począł obóz sobie przyrządzać, gdyż ku wieczorowi kłonił się ów krótki dzień zimowy.
Zgarnął nogą śnieg ze zmurszałej kłody, usiadł na niej i zdjął kołpak lisi — uszaty.
Ukazała się młoda, chłopięca twarz, płowa, rozwichrzona czupryna i ciemne, śmiałe oczy.
Wydymając wargi i sapiąc zrzucił zarzuconą na plecy kuszę, odczepił od pasa kołczan ze strzałami i topór szeroki, ciężki na krótkiej, grubej rękojeści. Położył na śniegu sakwę, w której coś brzękło głośno, oszczep oparł o drzewo i wziąwszy nóż pochylił się nad dzikiem.
Chłopak nie miał zapewne więcej, niż lat siedemnaście, a już wiedział, co ma robić w puszczy. Pierwszą przeto troską jego było wydobyć strzałę z boku odyńca, naostrzyć grot na kamyku i wetknąć z powrotem do kołczana. Dopiero potem ściągnął z szerokich barów przyciasny kożuszek barani i, pozostawszy w starej kurcie łosiowej i burych portkach z wełnianego samodziału, nagromadził suchych gałęzi, mchu i kupę zeszłorocznych liści, poczem iskry zaczął krzesać i rozdmuchiwać hubkę. Wkrótce ogień biegł już po posuszu, trzeszczał i buchał lekkim żywicznym dymem.
Napełniwszy śniegiem wyjęty z sakwy kociołek przystawił go do ognia, a potem wyciąwszy spory płacheć dziczyzny wrzucił go do wrzącej wody.
Wciągając z lubością zapach mięsa oblizywał się raz po raz, błyskając białymi zębami, i spluwał, bo mu ślina wypełniała usta z głodu i chciwości. Czuł prawdziwie wilczy głód i od dwóch dni marzył o ciepłej strawie i dłuższym wypoczynku.
Nagle przypomniał coś sobie, bo ściągnął brwi i mruknął:
— Bodajby takiego durnego jak ja!
Nie dokończył, bo snadź znalazł jakieś usprawiedliwienie dla siebie.
W rzeczywistości — nie był tak bardzo „durny“, jak myślał o sobie na razie.
Wymknąwszy się z ojcowskiej zagrody popędził za młodzieżą, co to miała obsadzić zasieki w górach, po rubieży węgierskiej rozsiane, lecz jak na złość zerwała się śnieżyca i taka straszna dujawa, że musiał się zaszyć pod zwisające łapy jodły i przeczekać niepogodę i zamieć.
Czekał całe dwa dni, a gdy wreszcie wygrzebał się spod drzewa, sam czart i bies leśny nie znaleźliby śladów nart młodych włodyków, którzy przed dwoma dniami przechodzili przez puszczę.
Nie dziwota tedy, że drogę zmylił i czwarty już dzień błąka się po kniei.
Odnalazłby może kierunek od razu, gdyby powrócił na skraj Łosińca, ale nie śmiał, bo przecież szukają go tam i Bohdanka też, i Raszka, i Waśka.
Wolał błąkać się, głodować, marznąć, a nawet przepaść, byle w tym czasie, gdy wojna ponoć wybuchnie, w chacie nie siedzieć niczym białogłowa słaba.
— Pff-u! — parsknął głośno. — Jak będzie, tak będzie, ino teraz naćpam się za wszystkie czasy i wyśpię się, bo mi w ślepiach każdy pień się troi, a oczy się lepią niby do nich żywicy świeżej nalano!
Tak myśląc pchnął nożem gotujące się mięso, a przekonawszy się, że jeszcze nie zmiękło, narzucił na plecy kożuch, bo go mróz brał od tyłu. Po chwili jednak spuścił kożuszek z ramion i zaczął rąbać cienkie olszyny, wbijać je ukośnie przed ogniskiem, przeplatać giętkimi prętami i okrywać ściętymi łapami świerków. Pod pochyłą ścianą szybko zgromadziło się ciepło buchające od ogniska. Zrobiło się tak gorąco, że chłopak nawet kurtę rozpiął i grube odwinął onucze.
Umiał chłopak radzić sobie z zimnem. Nie darmo przecież od maleńkości wędrował z pasterzami na połoniny i tam, pod niebem, watry niecił od pierwszych dni wiosennych aż do przymrozków jesiennych budując szałasy i „szatry“ — o jedynej ścianie, pochylonej ku płonącemu ognisku.
Ciepło rozchodziło mu się po kościach, mrużył klejące się oczy i wrzucał suche, smolne gałęzie do ognia, a płomień ogarniał je natychmiast parą siwą i pożerał, liżąc tysiącem czerwonych ozorów.
Pożerał!...
A to mięso dzicze wciąż twarde jeszcze było, chociaż woda w kotle kipiała i bulgotała.
Zniecierpliwiony i głodny palcami wydobył mięso. Krając je na kawałki przypiekał tuż nad węglami i jadł, głośno chrzęszcząc mocnymi zębami, mlaszcząc chciwie wargami i dmuchając w poparzone palce.
Ściemniło się w kniei na dobre. Na gałęziach świerków pełgały czerwone połyski ognia i jego blaskiem zarumieniony od dołu wznosił się coraz wyżej słup dymu nad watrą i wybiwszy się ponad bór długo stał bez ruchu w stężałym od mrozu powietrzu.
Nagle chłopak gwałtownie uniósł głowę i począł nasłuchiwać.
Miał zaciśnięte mocno szczęki i tak przymrużone oczy, że spod opuszczonych powiek błyskały mu tylko dwie czerwone iskierki w źrenicach. Dłoń ostrożnie sięgnęła po topór i przyciągnęła go bliżej.
Skądś z głębi ostępu biegło głośne hukanie.
Chłopak przestał jeść i powracając głowę to w jedną, to w drugą stronę słuchał, rozmyślając nad tym, kto tam huka po nocy, bo echo pędziło przez puszczę i tłukło się po niej w nieładzie.
W pewnej chwili jednak doszedł go wyraźnie zagłuszony oddaleniem krzyk:
— Orły beskidskie! Or-ły bes-skid-skie!
Chłopak zerwał się na równe nogi i, całą piersią wciągnąwszy w siebie powietrze, cisnął w mrok:
— Orły... orły... orły beskidskie!
Głos jego nabrał ostrych, przenikliwych dźwięków, stał się istotnie podobny do klekotu i drapieżnego skwiru orlego.
Odkrzyknąwszy ludziom przedzierającym się przez bór, wrzucił do ognia ogromne naręcze gałęzi, że aż iskry sypnęły się w wyż i jaśniej rozświetliły się i pokraśniały wierzchołki świerków.
Wkrótce posłyszał zgrzyt śniegu pod nartami, szelest gałęzi i radosne, zdyszane głosy.
— Watrę pali... Andrzejko.... ho-ho-ho-o-o!
— Ho-ho-ho! — odkrzyknął im chłopiec i wbił oczy w głębinę leśną.
Jeden po drugim do samotnego ogniska w puszczy podbiegały zziajane chłopaki w kołpakach oszronionych i z siwą sadzią osiadłą na brwiach i rzęsach.
Andrzejko witał każdego radośnie:
— Bywajże, Waśko miły!
— No, przecież uwidaliśmy się znowu, druhu Bogdańcu!
— I ty dobiegłeś, Raszko? Rad ja wam wszystkim, z serca rad!
Niebawem siedzieli już dokoła ogniska, piekli mięsiwo na węglach i na przemian opowiadali swoje przygody.

— My z Bogdankiem twoim tropem biegli i Waśka dogonili rychło... — mówił Raszko.
Ho-ho-ho! — odkrzyknął im chłopiec i wbił oczy w głębinę leśną.

— No, tedy jakżeż mnie nie doszliście? Szedł ja powoli, byście nadążyć mogli — spytał Andrzejko. — Hukać nie śmiałem, bo, słysz, staruch Jur z Topolicy ze swoim jednookim Wańkiem świerki walili na Siklawie. To bych posłyszeli i w dziedzinie matuli o mnie powiedzieli...
Bogdanko Komarnicki trzonkiem noża rozbijając kość, by wyssać z niej szpik, mówił:
— Hej, znam ja tę puszczę, bo mieliśmy swoją dziedzinę wyżej na Stryju, zanim nas stamtąd jak jaźwców z nory nie wykurzyły munkackie zbóje węgierskie, to bym nie pokręcił drogi...
— Jakżeż tedy było? — dopytywał niecierpliwie Andrzejko. — Wszakżeś pokręcił?
— Pokręcił! — kiwnął głową chłopak. — Bo to, słysz, Waśko młodego tura dojrzał i gada do nas z bratem, że trza go do jaru boryńskiego zapędzić i ubić... no, to i jęliśmy zapędzać, a tur się nie dawał, kluczył po kniei aż strach i tak się jakoś pokręciło, że twego tropu nie mogliśmy już obaczyć...
— To i wy nie wiecie, jakie jest to uroczysko? — spytał Andrzejko niespokojnie.
Bogdanko rozejrzał się wokół, choć ciemno było jak w grobie, i mruknął:
— Ano, nie wiemy... Baczę tylko, że wysoko zabrnęlim, bo buczyna się skończyła i olszy czarnej nie ma, a na suchych świerkach len jeleni niby broda kłaczasta zwisa. Wy-so-o-oko!
Umilkli.
Na tym pustkowiu, w ciemnym uroczysku, przy watrze, dziwnie wyglądały te dzieciuchy zbrojne, zadzierżyste, niezwykle skupione a spokojne.
Posiliwszy się setnie i popiwszy... śniegiem, pokładli się chłopcy na „ścieli“ z narąbanych łap świerkowych i usnęli.
Jeden z nich tylko nie spał. Siedział przed ogniskiem na warcie skulony i czujny, wsłuchany w ciszę i rzadkie głosy puszczy.
Różne były te głosy.
Spadła gdzieś w pobliżu szyszka jodłowa niby kamień z hałasem uderzywszy o śnieg stwardniały.
W koronie rozłożystej jodły zgrzytnęły cienko zęby kuny, a wnet potem rozległ się cichy szmer jej biegu, łopot skrzydeł i zduszony krzyk porwanego nagle jarząbka.
Odbijając się od pnia do pnia pobiegło po kniei chrapliwe miauczenie. To ryś plamisty z legowiska wyszedł na łowy...
Gdzieś z tupotem racic przemknęły po skrzypiącym śniegu sarny, spłoszone tym drapieżnym porykiem... Ze świstem wyrywała się ze zmarzniętych gałęzi para i strzelały rozpryskując się w watrze węgle.
Pomrukiwały i bełkotały śpiące pod ścianą szatra chłopaki...
I tak aż do brzasku... aż do szarej poświaty, która tu w puszczy nikłymi przesączała się strugami.
Znowu zasiedli chłopcy przy ognisku, warzyli polewkę z dziczyzny, bo Waśko miał sól, a Raszko — jagieł ze dwie garście.
Siedzieli i gaworzyli:
— Za dziś dzień na grań wejdziemy i z wyżyny coś wypatrzymy. Może naszych, gdy na zwiady pójdą, może dym...
— Iste!
— Inako nie lza, ino tako — z wyżyny, z grani... — zgadzają się wszyscy i zabierają się ochoczo do dymiącej, zawiesistej polewki.
Już milczą. Głośno dmuchając i prychając czerpią lipowymi łyżkami z kociołka gorącą strawę i jedzą, jedzą na zapas.
Kto bowiem zgadnie, co ich czeka zbłąkanych w puszczy, która rozparła się po górach, jarach i urwiskach zaśnieżonych.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.