Orły podkarpackie/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Orły podkarpackie
Podtytuł Powieść
Wydawca Wydawnictwo „Pobudki“
Data wydania 1938
Druk Spółka Wydawniczo-Drukarska „Kadra“
Miejsce wyd. Przemyśl
Ilustrator Ary Sperski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ I.
NA ŁOSIŃCU.

W roku Pańskim 1409-ym niezwykle surowa wypadła w Beskidzie zima.
Takiej nie pamiętali najstarsi nawet ludzie po osadach, co to tu i ówdzie wdarły się już do puszczy pomiędzy źródliskami Sanu, Stryja i Dniestru.
Wcześnie, bo już w październiku, stuknęły mrozy i wypadł śnieg głęboki, który białą pokrywą otulił szczyty Szymonki, Tarnicy, Pikuja, Halicza, Petrykowa, Dołhej, Paraszki Synowódzkiej i Zełeminu, ozdobił puszystymi czapami szerokie łapy świerków i jodeł a pod lodową skorupą ukrył bieg rzek i potoków. Mróz tężał z dnia na dzień i już pierwszego listopada niedźwiedzie pokładły się po barłogach, wilki poczęły gromadzić się w zgraje — nieomylny znak długiej i ostrej zimy, jelenie zaś, łosie, tury i żubry zbiegły z wysokich połonin do zacisznych, przed mroźnymi wichrami zasłoniętych ostępów puszczańskich.
Na polanach, od niepamiętnych, ponoć Bolesławowych czasów nazywanych Łosińcem i Ilnikiem i na innej jeszcze — rozwidlonej, niby oścień o pogiętych zębach, ciągnącej się wzdłuż Stryja, nad małą rzeczułką Jabłonką i potokiem Litmirz, stało wonczas może z pięćdziesiąt chat — niskich, z grubych modrzewiowych belek zbudowanych o strzechach z dranic, płytami kamiennymi przyciśniętych do belek stropowych. Chaty stały z dala jedna od drugiej, ale nie dalej niż na jedno strzelanie z łuku lub kuszy. Samych domów nikt by nie zobaczył ani z rzeki, ani z drogi, ciągnącej się po skraju polan. Stały bowiem za wysokimi palisadami z krzepkich, grubych palów świerkowych i dębowych u góry mocno zaostrzonych. Tylko dymy słupami uchodzące w niebo świadczyły, że za tymi zagrodami obronnymi płynie życie ludzkie.
Pewnego dnia o świcie kilka naraz kobiet wyszło za bramy i stanęło wzrok zwracając ku górom.
Smutne i trwożne ich oczy widziały tylko biało-czarną szczecinę świerków pnących się po spychach, a wyżej — białą górską grań.
Postawszy tak długą chwilę westchnęły wyrzucając kłęby zmarzniętej pary i poszły z powrotem do zagród starannie zamykając bramę i furtkę na wszystkie zawory.
Czegoż wyglądały te niewiasty stroskane, odziane w szare i bure sukmany, onucze wełniane i kierpce ze skóry surowej po skraju rzemienną zawłoką drobno pomarszczone? Na co czy na kogo czekały z niepokojem i utęsknieniem?
Szczególnie ta jedna — najdorodniejsza, niebieskooka i rumiana, co to kilka już razy za „tyn“ swej zagrody wychodziła a, ponieważ słońce świeciło już na dobre i roziskrzyło naledź, śnieżną sadź na drzewach i szczyty wierchów, to oczy dłonią przysłoniwszy wzroku nie odrywała od dalekiej i białej grani i coś szeptała nieruchomymi z zimna wargami.
Żeby odpowiedzieć na to pytanie trzeba było być na Łosińcu dziesięć dni temu albo przenieść się nagle w góry, gdzie pomiędzy wysokimi szczytami utworzyła się przerwa, z której od polskiej strony pędził na nizinę San, a z węgierskiej — mknęły wspienione strugi Uhu i Latorycy.
Owa dorodna niewiasta z zagrody na Łosińcu miała na imię Oluchna a była żoną Janka Zawiszy, przezwiskiem „Węgrzyn“, bo czarny był na twarzy, wąsy i brodę miał krucze, niczym prawdziwy Węgrzyn z Hommony czy z Munkaczu; inni znów wołali nań — „Janko Łysy“, bo osiadł na Łosińcu, ojcowiznę w Łysej porzuciwszy, gdyż z braćmi o podział schedy swarzył się srodze. Ale i łysawy też był, bo mu hełm żelazny po kilku wyprawach wojennych mocno już przetarł czarną czuprynę.
Patrząc na góry, zda się, martwe i pustynne, przypominała sobie Oluchna Jankowa, co tu zaszło tak niedawno i całe życie codzienne, spokojne, ustalone, zmieniło nagle i wzburzyło.
— Życie spokojne, ustalone? Hej, kiedyż to ono było spokojne i ustalone? — myśli Oluchna i z gorzkim uśmiechem odpowiada sobie bez słów: — Nigdy, nigdy na tej pustoszy!
Przed dwiema niedzielami od możnego pana Zakliki, który z Krakowa wonczas od króla zjechał do Sambora, by ten gród podgórski oporządzić: wały nowe nasypać, fosy przekopać i mury o dziesięć dłoni podnieść, goniec, co koń wyskoczy, przybiegł.
Na Łosińcu wszyscy poznali w onym gońcu Prandotę z gniazda Chłopickiego, co to mieli zawołanie „Czobotarowicz“. Ów Prandota w pancernej chorągwi starosty stryjskiego Toporczyka Zakliki znak nosił w hufcu starościńskim i przed kilku laty wsławił się pod wodzą Zbigniewa z Brzezia w bitwach z witeziami moskiewskimi, gdy to król Władysław brata Witolda zbrojnie wspomagał po pokoju raciąskim, kiedy to Polska i Litwa postanowiły wspólnie przeciwko Krzyżakom stawić czoło.
Chłopicki zgromadził wszystkich osadników na obszernym podwórzu Miklosza przezwiskiem „Niedźwiedź“, gdyż mocny był ów włodyka jak kudłacz puszczański, milkliwy a rozsądny. Miklosz miał nad samym Stryjem zagrodę wielką i mocno obwarowaną z bramą, nad którą widniały rozłożyste rogi tura, od czego i zagrodę Mikloszową Turką przezwali sąsiedzi, a i cały ród — Turkami albo Tureckimi nazywano.
Sam Miklosz raz jeden popiwszy piwa mocno durmannego chwalić się raptem począł, że jego dziad Matjas przed śmiercią synowi powiedział, że dwieście lat temu familia jego, przed Tatarami uchodząc przez ziemię madiarską spod Przemyśla, aż za Maruszę do Wołochów umknęła. Tam Matjas na czarnej ziemi rodnej do możności doszedł i do czci wielkiej, gdyż bronił Wołochów przed węgierskimi drapieżnymi panami i hordami Kumanów i za to otrzymał tam swój znak rycerski „Sas“. Ten to znak stary Matjas dziadowi Miklosza pokazał. Był to półksiężyc z gwiazdami po rogach i strzałą żelazcem ku górze zwróconą, a na prawym ramieniu starucha kraśną farbą klejnot ów był nakłuty misternie.
— Tęsknili Matjas i jego bracia do ziemi przemyskiej, gdzie nasz ród z Mazowsza przybywszy od wieków straż na rubieży polskiej trzymał, i wędrując długo góry wreszcie przekroczyli i tu osiedli na bezpańskiej ziemi… w Beskidzie, by swoje robić — puszczę trzebić i rubieży strzec i bronić — opowiadał Miklosz.

Nie uwierzył Mikloszowi wonczas goszczący u Wańka z Ilnika Stanko z Mrochowa i szydzić począł z „Wołocha“ i „Sasa“, za co „Niedźwiedź“ trzepnął go po gębie z lekka, dla pouczenia ino, ale ów Stanko krew gardłem i nosem oddawać wnet począł i niewiadomo z czego przed wieczorem dychać nagle przestał.
Na dziedzińcu zagrody Mikloszowej goniec starościński, Prandota Chłopicki zgromadził tedy lud w róg trąbiąc rozgłośnie...

Na dziedzińcu zagrody Mikloszowej goniec starościński, Prandota Chłopicki zgromadził tedy lud w róg trąbiąc rozgłośnie, a gdy wszyscy się zbiegli i stanęli kołem — milczący i czujni, mówić począł:
— Pan mój — starosta stryjski i chorąży ruski, Zaklika Toporczyk — powołuje mężów na naradę do Sambora, wszystkich, w których krew lechicka płynie, a i tych też, którzy o ojcowiznę naszą wspólną — Polskę troskają się i dobrze ze szczerego serca jej życzą, jako też i my im wspólnie na tej ziemi żyjąc życzymy. Za niedzielę macie się stawić orężnie, wedle zwyczaju i powinności!
— Wici? — mruknął Miklosz spode łba patrząc na Prandotę.
— Wici! — kiwnął głową goniec. — Słuchajcie teraz obydwoma uszami! Do Sambora mają przybyć mężowie, co już trzydzieści przeszli wiosen, a młodsi od dwudziestu niech nie zwlekając obsadzą Beskidy od wierchu Halicza aż po Pikuj; od Halicza zaś do Sącza straż trzyma już kasztelan lubelski, Jan ze Szczekocin, i rycerstwo ziemi bieckiej, od Pikuja znów do Świcy straż dzierżyć będą pod okiem Czarnoty z Doliny — Skolscy, Matkowscy, Łopuszańscy, Topolniccy i Wołosi — pasterze i syrowary spod Tuchli.
— To widać, znowu tatarska na nas sunie nawała? — spytał błyskając zawziętymi oczami Janko Zawisza, za którego plecami kryła się głosem rogu nagle zaniepokojona Oluchna.
— Nie! — potrząsnął głową Prandota. — Nie! Osłabła już moc tatarska i chanowie nie ważą się teraz na dalekie wyprawy. Pamiętają oni miecz pobożnego knezia Henryka pod Lignicą i ciężką z Węgrami przeprawę na Sajo. I Kraków pamiętają, i Sandomierz, i Wiślicę, i Chmielnik! Drogo ich kosztowały te bitwy! Poszczerbiły sobie kły skośnookie sobaki! Inni teraz grożą nam wrogowie — Węgrzy, co napad na Kraków uczynić zamierzają, Ruś naszą, z którą wedle serca żyjemy, zagrabić, bojarów i kneziów ruskich, z Kijowa i Budy judzonych, przeciwko prawowitemu królowi orężnie podnieść i zakutym w żelazo Krzyżakom wojsko z pomocą posłać, gdy wielki i miłościwy król nasz na rozprawę krwawą z nimi pociągnie... Tako to się dziać poczęło, bracia!
Milczeli patrząc na gońca barczyści, surowi, do bitwy ochoczy i skorzy, w bojach zaprawieni od dawna Zawiszowie, Ilniccy, Matkowscy z nad Litmirza, Dzieduszyccy, Jaworscy, Tureccy, Sozańscy, Czołowscy, Bratkowscy, Wieruszowie, Popiele, niedawno z Podłęża przybyli, i inni, których tu osiedlił lub osiedlić im się pozwolił król Łokietek i Kazimierz Wielki, nakazawszy by miecza z garści nie popuszczali i starostów samborskich i stryjskich słuchali, bo ich nad kresowym bitnym ludem polskim, zewsząd tu ściągniętym, wodzami postawili królowie w potrzebie wojennej.
Wreszcie odezwał się Steczko Turecki, przezwiskiem „Berendycz“:
— Woził ja przed trzema niedzielami skóry żubrowe kupcom ormiańskim do Bolechowa. Gadali onczas w karczmie, że w Bubniszczu zbierają się po nocach jacyś ludzie i groty tam po pieczarach kują, topory bojowe i żądła włóczniowe...
— Ano, widzicie, że już się do zdrady i buntu sposobią, chociaż królowej Jadwidze — świeć, Bożycu, nad jej duszą jasną, — na Krzyż i Ewangelię świętą przysięgali wierność!
To mówiąc rozsierdził się wnet Prandota i w ciężką szablicę dłonią szeroką uderzył, że aż chrzęst przez dziedziniec Mikloszowy przemknął niby kowal młotem w kowadło prasnął.
— Prawdę rzekłeś, sprawiedliwie, cny Prandoto! — rozległy się głosy.
— Tedy w Samborze, w kasztelu spotkamy się, bracia! — zawołał goniec.
— Będziem na czas, jakeś rzekł! — odpowiedzieli mężowie z Łosińca, Ilnika i Litmirza. — A ostań, spocznij i pogość, bo droga do Sambora daleka a mróz krzepnie i dujawa od północy zamieć wzdyma. Nie sposobnie jechać o takiej porze przed nocą!... — prosili włodyki.
Ale Chłopicki ręką ino machnął i odparł beztroskim głosem:
— Wojenny jam, bitewny człek i, co mi przykazano, uczynię. Muszę przed północkiem dobiec do Skolskich, co sadyby mają w puszczy Uryckiej...
— Skolscy, co się Sobrańcami zowią? — pytano Prandoty.
— Oni... — kiwnął głową Chłopicki, pasa mocniej podciągając.
— Znasz-li drogę, cny Prandoto, od lewych uskoków Paraszki, gdzie grzęzawisko jest i topiel straszna?
Goniec zaśmiał się wesoło i wsiadając na koń zawołał:
— Znam ja tu wasze drogi, ścieżyny, płaje i zasieki!... A przez topiel suchą nogą przejadę, boć to mróz jak wilk kłami gryzie i na kamień ściął wody i bajorzyska... Bywajcie zdrowo i z Bożycem ostawajcie, ludzie dobrzy!
Uderzył konia piętami i ruszył luzaka prowadząc na rzemieniu.
Mężowie za trzy dni wyruszyli do Sambora i już nie wrócili, bo starosta natychmiast do chorągwi pana Herburta wcielił wszystkich, ten zaś gdzieś poprowadził ich na dolę i niedolę, na sławę i na śmierć. Poszli wnet za nimi i ruskie włodyki, co już od wieków Polskę w sercu mieli i nieraz jej własną piersią uczciwie bronili.
Młódź, podzieliwszy między siebie stare kusze, łuki, topory i oszczepy, na nartach pociągnęła w góry, a gdy biały po nich ślad urwał się na skraju puszczy, urwały się też wszystkie wieści.
Od tego to czasu wychodziły niewiasty łosinieckie, ilnickie i turczańskie przed tyny — swe zagrody mocne, z palów zbudowane i patrzyły tam, gdzie na szarym niebie niby nitka biała wężyła się śnieżna grań beskidzka.
Oluchna Zawiszowa dłużej zwykle od sąsiadek spoglądała z utęsknieniem w stronę gór i wzdychała w gryzącej trwodze.
Nie dziwota!
Mąż jej Janko odjechał do Sambora. Nie po raz to pierwszy przecież na długo opuszczał sadybę. Taki to już los włodyków kresowych, co rubieży w każdej potrzebie bronili, o sobie i rodzinie zapominając, gdyż Polska — to najpierwsza rzecz.
Tyle już razy chadzał Janko Zawisza Łosiniecki na wyprawy — i przeciwko Litwinom, i w chorągwi wojewody Dziordzia służąc spadał na wrogów jak sokół łowczy, i hajduków węgierskich po górach tropił i ścinał, by obrzydzić im wyprawy zbójnickie, więc nawyk już miała Oluchna i nie trapiła się zbytnio o męża.
— Boża wola — męża dola! — myślała. — Powróci lub gdzieś polegnie...
Była to zwykła, codzienna niemal, z praw, przywilejów, nakazu i obowiązku płynąca możliwość. Nie ma o czym mówić i rozmyślać, bo tak było, tak jest i tak będzie, dopóki Polska piersiami i ramionami ludu swego silna jest i bezpieczna. Nic się odmienić nie da! — Ale... ale ten Andrzejko, Andrzejko! — zżymnęła się nagle a łzy zakręciły jej się w oczach. — Uciekł synek z zagrody nazajutrz po odjeździe młodzieży... Wykradł z komory kożuszek, nowe onucze i kierpce, z lamusa zabrał kuszę, kołczan, topór bojowy i oszczep, a z półki przy ognisku w kominie — nóż, krzesiwo, hubkę i kociołek... Ach! A potem uwiązał narty do nóg i przed brzaskiem — wykradł się za tyn... Nawet psy nie szczeknęły i nie skrzypnęły zawiasy u bramy!... Tyle go i widziała...
O tym właśnie myślała Oluchna Jankowa Zawiszów przypominając sobie ostatnie wypadki, co zaszły na Łosińcu i w okolicy po odjeździe Prandoty z Chłopic.
Tak pogrążona była w trwożnych myślach, że aż drgnęła, gdy posłyszała tuż za sobą czyjeś płaczliwe, żałosne głosy.
Obejrzała się.
Dwie sąsiadki: Katarzyna, żona Eliasza Popiela z Podłęża, który tu się osiedlił spoza Sanoka przybywszy, i Marusia — wdowa po Wacławie Komarnickim a siostra Daniela Jaworskiego — Okrzei, tego samego o którego ukaranie dopominali się niegdyś u królowej Jadwigi panowie węgierscy, bo im hajduków rotę całą porąbał Jaworski za to, że rubieżę polską koło Użoku przekroczyli i pasterzy usiekli na połoninie. Nie dała tym skargom posłuchu mądra pani i Daniel pozostał na swojej strażnicy górskiej. Owa Marusia dzielna to była niewiasta i z mężem Wacławem i bratem Danielem na podchody Madziarów wyjeżdżała a włócznią i toporem, choćby najcięższym, władała jak bojownik najtęższy — mocna była bowiem w karku, dłoniach i nogach.
A teraz chlipała żałośnie i nosem szurgała tak jak i Kaśka Popielowa, mała i słabowita babina.
— Oluchno, sąsiadko luba, wiesz-li, że moje ladaco — Bohdanko i Raszko z zagrody zwiały — nicponie! Małe to dzieciuchy a nie usiedziały i po-o-o-oszły w góry!
— N-no? I oni takoż? — zdumiała się Zawiszowa.
— I mój Waśko wymknął się jak łasica z komory! — wtórowała Marusi nikła, zapłakana Popielowa.
— Jakżeż — tak, bez niczego poszły chłopaki? — dopytywała się Oluchna.
— Hej, gdzież tam bez niczego! — jęknęła Katarzyna. — I mój i Marusine syny pobrały, co pod rękę popadło: obuchy, topory, włócznie, łuki i noże... Już ich nie ujrzą nasze oczy... Zamarzną w górach, albo zwierz połamie im gnaty...
— O, jaż nieszczęśliwa! — zawyła nagle Marusia. — I cóż jam narobiła? Synów nie ustrzegła!... Oj, dolaż moja, dola!
Wszystkie trzy niewiasty podparły stroskane głowy rękami i roniąc łzy rzęsiste stały wpatrzone w ciemną szczecinę borów i daleki, iskrzący się śniegiem biały grzbiet gór tajemniczych i strasznych, bo też straszne tam i tajemnicze nieraz zachodziły wypadki.
Tymczasem...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.