Obrazek z podróży w Tatry

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
>>> Dane tekstu >>>
Autor Walery Eljasz-Radzikowski
Tytuł Obrazek z podróży w Tatry
Wydawca Redakcya „Zdrojowisk“
Data wydania 1875
Druk Drukarnia L. Paszkowskiego
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


OBRAZEK
Z PODRÓŻY W TATRY
PRZEZ
Walerego Eljasza.
Walery Eljasz-Radzikowski - Obrazek z podróży w Tatry ornament 005.png
W KRAKOWIE
W DRUKARNI L. PASZKOWSKIEGO.
pod zarządem Józefa Łakocińskiego.
1875.


Osobne odbicie ze „Zdrojowisk.“
Nakładem Redakcyi.





Odwiecznych Tatrów strażnice Piastowe!
Zdawnaście znane, a wiecznieście nowe!
Choć myśl i oko przy was się upaja,
Myśl i źrenica wiecznie tutaj gością!
Z wami przenigdy myśl się nie oswaja,
Jak nie oswoi się nigdy z wiecznością.

Komu znane Tatry, szczerą prawdą wydadzą się słowa śpiewaka Januszowych pieśni; czary jakieś opanowują wędrowca, co się zapuścił wgłąb tych gór i zapoznał się z ich wdziękami. Kto całą piersią raz oddychał ożywczém powietrzem tatrzańskiém, napił się wody z kryształowych zdrojów tatrzańskich, całą duszę nakarmił swobodą myśli, jaka się tam wytwarza w człowieku pośród wolnéj bez granic przyrody górskiéj, tego na zawsze wzięły jeńcem Tatry. Pokocha je i do ostatnich dni swoich zachowa w pamięci; ich wspomnienie rozproszy mu nieraz posępne chwile zatrute kłopotami powszedniego życia.
Nie byłeś w Tatrach, posłuchaj rady wieszcza:

O, te skarby, te obrazy,
I natury i swobody;
Chwytaj, pókiś jeszcze młody,
Póki w sercu jeszcze rano,
Bo nie wrócą ci dwa razy,
A schwycone pozostaną.

i jedź jakąkolwiek drogą, „gdzie ze źródła woda bieży, gdzie się serce z sercem mierzy i powietrze bywa lżejsze, ach i bóle serca mniejsze!“
Nie wierz ludziom, co cię niewygodami do jazdy w Tatry straszyć będą, bo komu milszy chodnik piaskiem wysypany od ścieżki górskiéj, głazami zasłanéj, komu wodospad tatrzański równie piękny, jak w ogrodzie z beczki wytryskająca fontanna, kto nie umié poświęcić na krótki czas choćby trochy wygódek dla zobaczenia dzikich turni, głębokich jezior, szumiących potoków i całéj zresztą fantastycznéj piękności Tatr, tego zostawmy z jego wzniosłemi uczuciami w domu, a sami jedźmy w owe cudowne Alpy nasze; bo skoro pogoda posłuży, trudy się sowicie wynagrodzą. Trzeba przyznać, że pewnych ułatwień dla zwiedzających Tatry brak czuć się tu daje i te właśnie nowo zawiązane Towarzystwo Tatrzańskie w Krakowie wzięło sobie za zadanie dopełnić bez pozbawienia naszych gór malowniczéj swobody, co się z niesmakiem spotyka po Alpach Szwajcarskich. Na podobne ucywilizowanie Tatr nas nie stać, więc przez zbudowanie w ważniejszych punktach schronisk, na jeziorach tratew, przez potoki mostków, kładek, przez wyłamanie tu i owdzie skały dla ułatwienia przejścia albo w tym samym celu wycięcia ścieżki przez gęstwinę, Tatry nasze na dziewiczéj świeżości, dzikości i uroczym nieładzie nic nie stracą.
Lato się już ustaliło, wyjeżdżamy tedy z Krakowa; Tatry śniegami ubielone sinieją nam zdala od południa, „jak potopu świata fale, zamrożone w swoim biegu,“ a drogę do nich zaległy nam Beskidy z Babią górą na czele. Trzeba wprzód przebyć to lesiste i wesołą zielonością uśmiechające się pasmo gór połogich, jakby garbów, które ztąd nazwano — od chorby, cherby, cherpty, (grzbiety) — Karpatami, a ich mieszkańców Chrobatami.
Pierwszy grzbiet na drodze od grodu Krakusa mijamy na Mogilanach. Ztąd żegnamy dolinę Wisły i w niéj najeżoną wieżycami starą stolicę Polski, opasaną mogiłami Krakusa, Wandy i Kościuszki, a witamy świat górski, który się roztacza czarująco ku południowi i bierze nas odtąd w swoje objęcia, chociaż właściwie za Myślenicami z nim się naprawdę spotykamy. W dolinie Raby przyroda górska poczyna się dopiero z swojemi wdziękami uwydatniać. Wspaniałém toczy się tu korytem Raba; hulaszcze dziecko karpackie znać z jego brzegów, co umie zdziałać, gdy wzbierze. Człowiek uczepił się lewego brzegu Raby i drogę po stopach okalających ją gór niezgrabnie wyrobił, z winy sławetnych inżynierów.
Z boków wpływają potoki do Raby z ubocznych dolin, które po mostkach przebywamy.
Domostwa rozrzucone po górach wyglądają zdala jak gniazda ptasie, a wyjazd do nich dla nagłéj stromości podziwu godny, jak tam góral potrafi wózek ztoczyć lub wytoczyć w całości po tych drabiniastych dróżynach. Powoli w miarę posuwania się na południe owe sino na tle nieba rysujące się wierchy ciemnieją; już na nich oko ludzkie odróżni lasy od pól lub pastwisk. W końcu opuszczamy Rabę, skręcając w bok przez Lubień, daléj Krzeczów, do stóp znacznego grzbietu z dwóch Luboniów złożonego (Luboń Wielki 3233’, Luboń Mały 2749’).
Wózek ciągną konięta w górę; dla ulżenia im ciężaru, a sobie dla wyprostowania ciała, idziemy pieszo.
Pusto i głucho naokoło, las nas oddziela od siedzib ludzkich i zasłania widnokrąg, dopóki nie staniemy na przechyleniu się drogi przy karczemce, Naprawą przezwanéj (na wys. 2167’). Tu na nowo świat górski się nam uśmiecha, połowa drogi z Krakowa do Tatr, i ta część kraju, cośmy ją przebyli, znika nam na cały czas pobytu w górach. Tatry z Lubonia majestatycznie się przedstawiają; z ogólnéj grupy ich pasma całego wyróżnić łatwo szczyt po szczycie i nazwać je po imieniu, naturalnie komu są znane. Płaty śniegów wiecznych zalegające w źlebach skalistych bieleją na tle sinych turni. A kto na Luboniu przy zachodzącém słońcu przyjrzy się całéj panoramie, jaka się ztamtąd roztacza na południe ku Tatrom, na zachód ku Babiéj górze, zbogaci pamięć jeszcze więcéj uroczym i wspaniałym widokiem.
Z Lubonia znów spuszczamy się na dół w dolinę Raby, gdzie jest Zabornia, znane miejsce z popasów i noclegów gościom udającym się w Tatry lub do Szczawnicy. Do Rabki jadący skręcają przedtém na Krzyżowéj.
Minąwszy tu cichą, skromną Rabę, na nowo gościniec prowadzi w górę ciągle w zakręty, że kto się pieszemi ścieżkami puści, o wiele prędzej konie wyprzedzi, stając na grzbiecie przy uroczo staremi lipami ocienionym kościołku ś. Krzyża. Widać ztąd Tatr wierzchołki, ale całe w pełnym majestacie z następnéj dopiero góry, z Obidowéj (2564) nam się ukazują.
Wjeżdżamy już na Podhale; na lewo w dolinie gęsto zabudowana wieś Klikuszowa leży na porzeczu Dunajca Czarnego i posiada swoją halę w górnym końcu doliny Kościeliskiej, Pyszną przezwaną, gdzie najlepsze sery owcze w bruskach wyrabiają pasterze.
Stolica Podhala, Nowy Targ, zaległ kąt zbiegu Dunajców Białego i Czarnego; rynek jego jest punktem rozstajnym dróg w cztery przeciwne strony kraju, a między innemi do Szczawnicy przez Maniowę, Czorsztyn, Krościenko.
Dla nas, co do Tatr jedziemy, skończył się tu gościniec, a poczęła góralska droga, tego lata przynajmniéj o tyle lepsza, że po zbudowaniu mostu na Białym Dunajcu za Szaflarami w bród rzeki nie trzeba przejeżdżać.
Z doliny Nowotarskiéj Tatry pysznie się przedstawiają, jakby tworzyły niebotyczną zaporę, za którą już nie ma świata. Dzikie, ostre, nagie szczyty zdają się być tylko dziedziną orłów, gdzie człowiekowi niepodobna wydrapać się bez narażenia życia, a mimo to chciwi gór tych poznania, znajdują wszędzie dla swych nóg podstawę, i choćby z pomocą rąk wdzierają się na najwyższe wierzchołki tatrzańskie.
Po kamienistéj drodze równiną jedziemy ciągle; wyobraźnia rozkołysana ciągłym widokiem Tatr, pobudza w nas niecierpliwość najrychlejszego dostania się do ich stóp. Mijamy mosty, mostki, liczne domostwa, wieś zaledwie się jedna skończy, już druga zaczyna, Szaflary, biały Dunajec, Poronin, nawet wjechaliśmy w granice Zakopanego; Tatry z każdą szczeliną się chwalą, sądzićby można, że tylko najbliższy brzeżek przebyć, a usiędzie się na ich skalistych piętach. Tymczasem przestrzeni zamiast ubywać, przybywa, bo co chwila jakiś nowy wierch się wynurza, kryjąc za sobą sąsiadów. Wreszcie Giewont swój grzbiet poszczerbiony wychylił, wózek przed progi chaty góralskiéj konięta przytoczyły, i jesteśmy u celu podróży.
Z obranego siedliska w Zakopaném zwykli goście odbywać wycieczki w różne strony Tatr, wedle woli, gustu i sił swoich. Jedni zadowalniają się poznaniem dolin, drudzy wdzierają się na szczyty, inni zapuszczają się w znane strzelcom tylko zakątki gór, ułatwiając tym sposobem drogę drugim, co przykładu i zachęty potrzebują. — Treścią niniejszego obrazka będzie opis wycieczki na Krzyżne, bardzo dotąd mało znanego miejsca w Tatrach, a które z czasem stanie się tém dla naszych gór, czém Rigi dla Szwajcarskich Alp, zwłaszcza gdy Towarzystwo Tatrzańskie już w tegorocznym swoim budżecie zamieściło wybudowanie schroniska przy Krzyżnem, i o ile się da, ułatwienie do niego przystępu dla każdego.
Gdzie się krzyżują trzy olbrzymiéj rozległości wierchy: Wielka Koszysta, Buczynowe turnie i Wołoszyn, tam na ich zetknięciu jest równinka (wys. 6846’), która się ztąd zowie Krzyżnem. Dochodziła mnie oddawna sława Krzyżnego od prawdziwych a może dziś najstarszych wielbicieli Tatr, księdza Stolarczyka proboszcza Zakopiańskiego, Dra Steczkowskiego prof. Uniw. Jagiel., księdza Pleszowskiego proboszcza z Bielan, a późniéj i od młodszych miłośników przyrody górskiéj, tak, że z ich opowiadań powziąłem niesłychane o tém miejscu wyobrażenie. Kilka razy wybierałem się tam napróżno, z połowy drogi wracać się musiałem, gdy mgła wierchy przysiadła. Wreszcie w r. 1870 dopiąłem celu; ale się przekonałem, że wskazaną mi drogą przez dolinę Gąsienicową, Żółtą turnię i dolinę Pańszczycę, a w końcu źlebem od Buczynowych turni, nie wiele z gości ośmieli się puścić na Krzyżne, a tém samém dla ogółu pozostanie ono nieprzystępném.
Przypadek posłużył do wyszukania nań już dla wszystkich godziwéj drogi.
W roku 1870 będąc tedy na Krzyżnem, deszcz mnie począł kropić, a w obawie ulewy i burzy, która się właśnie srożyła w okolicy Krywania, przewodnik mój obmyślił dla mnie i siebie schronienie jakie takie poniżéj Krzyżnego pod nachyloną skałą od strony doliny Waksmundskiéj. Wyczekując tu przez chwilę powrotu pogody, a nie mając nic innego przed oczami, jak właśnie dolinę Waksmundską i tę część okolicy, która się dawała widzieć jakby w ramy ujęta turniami Wołoszyna na prawo, a Wielkiéj Koszystéj na lewo, przyszła mi myśl spytać mego górala, czy tędy w drodze na Krzyżne są jakie nie do przebycia przeszkody, że nań wszyscy udają się tylko przez Pańszczycę? Za przyczynę tego podał mi przewodnik jedynie dalekość drogi w okrążaniu całéj Koszystéj, oraz nieznajomość doliny Waksmundskiéj. Nią więc postanowiłem drugi raz puścić się na Krzyżne.
Opis wycieczki na Krzyżne starą drogą przez Pańszczycę podałem w „Szkicach z podróży w Tatry“, nową zaś tu kreślę dla zachęty gości, aby się trudnościami żadnemi nie zrażali, bo kogo stać na zwiedzenie Czerwonych wierchów, dla tego Krzyżne przez dolinę Waksmundską stoi otworem, chociaż przy powolnym marszu wypadnie im raz zanocować na polanie Waksmundskiéj, lub w schronisku, które Tow. Tatrz. buduje. Silni, zdrowi i dobrze po górach umiejący chodzić ludzie odbyć tę wycieczkę mogą jednego dnia, podobnie jak ja, co wyszedłszy z Zakopanego o godz. 5 rano, zabawiwszy na Krzyżnem przeszło dwie godziny, o godz. 6 przed wieczorem już byłem z powrotem w zakopiańskiéj chacie.
Za przewodnika wziąłem sobie Macieja Sieczkę, który z Jędrzejem Walą trzyma na tém polu berło pierwszeństwa. Drogi przez Jaszczurówkę do polany Waksmundskiéj nie będę tu opisywał, bo znana ona dobrze osobom, co tędy od Morskiego Oka wracali, a zresztą przez ciąg dwugodzinnego marszu pośród lasu nic się nadzwyczajnego nie spotyka. Pierwszy piękny widok ukazuje się z drożyny już przed samą polaną Waksmundską od Zacichłego wiodącéj, zkąd szereg wierchów od Giewontu po Koszystą wspaniale się przedstawia, ale nie w takiéj potędze, jak grupa szczytów koło Lodowego, która podróżnego z téj polany schodzącego ku dolinie Białki naraz swoim ogromem zachwyci, a nawet przestraszy, jeżeli zamyśla drapać się na ich wierzchołki.
Otóż minąwszy polanę Waksmundską, z drożyny, która prowadzi po stopach Wołoszyna do Roztoki, a ztamtąd do Morskiego Oka, skręca się zaraz w bok na prawo w dolinę Waksmundską, nie schodząc wcale nad potok téj saméj nazwy. Tu jest najprzykrzejszy kawałek drogi przez dziki las, którego dno korzeniami zarosłe, gęstwą pokryte i kładami pognitemi zawalone, co naturalnie utrudnia pochód, dopóki się nie wejdzie już w zasiąg kosodrzewiny. Rośnie ona tu małemi kępami, że pozostaje dość wolnego, trawą porosłego miejsca dla swobodnego postępowania w górę.
Następnie przechodzi się potok na prawy jego brzeg i zboczem Wołoszyna postępuje się bezustannie w górę to po upłaskach, to po kamieniach, czasem po skale, któréj spodem toczy się hałaśliwie woda. Widnokrąg naokoło zamknięty: na lewo od wschodu południowego piętrzy się Wołoszyn, na przeciwnéj stronie Wielka Koszysta — a przełęcz, która te dwa wierchy łączy, cel naszéj wycieczki — Krzyżne kryje się za turnią niby za kolosalny próg skalisty. Za sobą mamy wyłom między górami, pozwalający nieco patrzyć w okolice Podspadów koło Murania i Hawrania.
Potok Waksmundski w jedném miejscu tworzy mały ale piękny wodospad, brak mu drzew do przystrojenia brzegów, bo znaczna ilość limb, jakie się tu w téj dolinie napotyka, rosną opodal u spodu turni Wielkiéj Koszystéj. Spokój w naturze przy pięknéj pogodzie wróżył mi wygraną z Krzyżnem, ale jednostajność okolicy, ciągłe bez przerwy postępowanie w górę, (bo naziom doliny Waksmundskiéj nie daje rozmaitości ani ulgi dla piersi w oddychaniu) i w górę bez końca przykrzyło mnie się już, i poczynałem nabierać przekonania, że przyjemniejsza na Krzyżne droga przez Pańszczycę, chociażby przez samo pokonywanie daleko większych trudności, niż przez Waksmundską z brakiem towarzystwa. Wtém jakby umyślnie dla przerwania jednostajności, Opatrzność zesłała mi towarzyszów, i to bardzo rzadkich w Tatrach; ukazały się nam dwa wielkie orły, krążące koło najbliższych turni W. Koszystéj. Sieczka, stary Tatr znajomy, przyznał mi się, że jeszcze nigdy tak z bliska z orłami się nie spotkał, dlatego nie mógł wyżałować braku strzelby. Uważają górale orłów za szkodników w bydle, chociaż sądzę, więcéj one tu użytku i ozdoby przynoszą niż szkody. Jest ich bowiem w Tatrach bardzo mało, i to ścierwo, skoro się gdzie trafi, sprzątają; a gdy tam czasem porwią jagnię lub koźlę, toć i bez orłów gubi się dosyć tego przychowku z innych przyczyn. Tatry bez gniazda orłów bardzo wiele straciłyby na poetycznym uroku.
Latały, to siadały po skałach; płoszyliśmy je, lecz sobie nic z tego nie robiły. Napatrzywszy się im tak z wszelką uwagą na kształty ciała, na kolory w piórach i na ruchy lub postawę w spokoju, podążyliśmy w górę swoją drogą. Przewodnik mój z téj tu obecności orłów utrzymywał na pewne, że w pobliżu musiała się znajdować nieżywa jaka zwierzyna.
Odpoczywając co moment dla nabrania tchu, jakoś tam wychodziło się potrosze coraz wyżéj. Nowe istoty żywe pochód nam urozmaicały. Wskazał mi Sieczka gromadkę kozic, złożoną z starych i młodych. Biegły z Wołoszyna po skałach, po śniegach na W. Koszystą, a była roskosz nań patrzeć, jak zwinnie i zgrabnie przemykały się w oczach naszych po urwiskach, gdyby po równinie.
Od kilku lat rzeczywiste skutki wytrwałych starań Komisyi fizyograficznéj krak. w sprawie ochrony zwierząt alpejskich oglądam po Tatrach. Z żadnéj wycieczki w turnie nie wracam bez zobaczenia kozic, chociaż je skrycie strzelcy i tak pomimo ustawy zabijają.
Po węgierskiéj stronie Tatr gorzéj z kozicami i świstakami, gdyż jawne tam polowania panowie węgierscy sobie urządzają na te biedne, niewinne zwierzęta.
Towarzystwo Tatrzańskie między swoje cele włożywszy także ochronę zwierząt halskich, tj. kozic i świstaków, utrzymuje ku temu straż i dołoży wszelkich starań, aby ustawa krajowa z d. 19 lipca 1869 r. ściśle była szanowaną.
Znalazłem się tedy naraz wśród żywiołów nawskróś tatrzańskich; oprócz przewodnika górala, orły, kozice, turnie, śniegi wieczne, limby, kosodrzew i potok — oto wszystko, z czego się ów cudowny świat górski składa w Tatrach.
W niespełna godzinę, od wodospadu dążąc w górę, przybyliśmy na płasienkę pokrytą wielkim płatem śniegu u stóp wspomnianego wyżéj olbrzymiego progu. Tu przez nieświadomość łatwo można pobłądzić, jeśli kto uwiedziony pozorem, zamiast spinania się po skale na prawo śniegu, puści się spodem turni Wołoszyńskich niby lepszą drogą, ta go bowiem zawiedzie w przepaścisty źleb, na grzbiet przez niego dziko poszarpanego Wołoszyna zamiast na Krzyżne, co się właśnie trafiło licznemu towarzystwu osób z Zakopanego, dążącemu na Krzyżne r. 1872. Złe przewodnictwo i mgła o mało tu nie sprawiła nieszczęścia gościom pragnącym poznać Tatry. Kilka godzin tęgich tarapatów użyli, aby się wydostać z téj skalistéj matni.
Jeszcze całą godzinę od owego śniegu piąłem się z Sieczką po granitowych gruzach, nim się wreszcie jakby z bezdennéj otchłani wydostałem na Krzyżne. Ucztę, na którą od świtu pracowałem, właśnie miałem spożywać bez żadnéj przeszkody, bo nawet chmurki na niebie nie było. Zegarek wskazywał godzinę 10½, zatem suto dziś mogłem czasem rozporządzać.
Uroczysta to była dla mnie chwila usiadłszy na skalistéj krawędzi w wysokości 6846 stóp, patrzeć na owe urocze, pełne tajemnic piękna Tatry, rozwinięte w okrąg ze swymi skarbami dla oka i patrzeć na nie bez końca! Choćbyś był z kamienia, to cię i tak te głazy już samym ogromem wzruszyćby musiały, a cóż dopiero, gdy w duchu twym tkwi choć iskra uczucia poetycznego, wtedy widok przyrody w całym jéj majestacie tak cię oczaruje, że zapomnisz o wszystkiém na świecie, całą myśl opanują ci góry, po których bujasz wzrokiem bez granic; duch twój staje się orłem, jego lotem przebiegasz ziemię u stóp twoich rozwiniętą; nabierasz pojęcia o ogromie dzieł Stwórcy, biorąc z rozmiarów cząstki, wyobrażenie o całości.
Nader ciekawe dla psychologa bywają w takich razach objawy zachwytu u ludzi; jeden wlepiwszy oczy w to, co ma przed sobą, nic nie mówi, tylko myślą goni po obszarach ziemi; drugi przeciwnie nie może chwili utrzymać się w milczeniu, wrażenia swoje musi podzielić ze wszystkiemi naokoło; takich jest najwięcéj. Są tacy, co na tak uroczém nad poziom świata wzniesieniu z radości płaczą, inni śpiewają: to hymn na cześć Boga wygłaszają, wykrzykników, uniesień pełno, jakiś węzeł między ludźmi całkiem sobie nawet obcymi się zawięzuje, wspólność poniesionych trudów i pochwycenia wrażeń łączy ich nadal, niby pokrewieństwo ducha, ztąd u nas wynika korzyść także dla dobra narodowego. Rozłączeni kordonami politycznemi, skupiając się z różnych dzielnic Polski w jednym jéj zakątku, w którym widok wspaniałéj przyrody budzi u wszystkich naraz najszlachetniejszą strunę ducha ludzkiego — miłość ziemi ojczystéj, zapala umysł do poświęcenia egoizmu na rzecz dobra publicznego.
Wśród podróżujących po Tatrach znajdują się i tacy, co tu przychodzą tylko modą wiedzeni; ich tak dalece piękna natura nie zachwyci, przyszedłszy na miejsce do celu wycieczki, najprzód jedzą i piją, potém zasypiają wybornie, bo po znużeniu ciała a zaspokojeniu żołądka, wśród najczystszego w świecie powietrza, śpi im się smacznie, i dopiero mają czas po zbudzeniu ich przed odejściem trochę się przyjrzeć okolicy; zwykli się wtedy jeszcze śmiać z romansowości drugich, nazywając romansem czułość na wdzięki natury. — Trzeba widzieć takich amatorów wycieczek po Tatrach, jak oni złorzeczą wszystkiemu, co ich tu przywiodło i temu, co ich otacza, jeźli słota dojmie im do żywego; swojém narzekaniem zamieszają oni resztę towarzystwa.
Rozpatrzmy się teraz, co to widać z tego tak sławionego Krzyżnego. Przodem stajemy do południa, po téj stronie łańcuch Tatr piętrzy się nieprzerwanie, na zachód, granicą jego najbliższe nas turnie Buczynowe, zasłaniające cały grzbiet poza Świnnicę się ciągnący, od wschodu szczyt Wołoszyna tworzy niby ramy tego obrazu. Poniżéj nas w dolinie dzikiéj bezleśnéj czernią się cztery z tak zwanych Pięciu Stawów, miedzy niemi Wielki, największy z wszystkich jezior tatrzańskich (60 morgów kwadr., 840 sążni kwadr.). Upływa do doliny Roztoki po skale 104 stóp wysokiéj, tworząc ów sławny wodospad w Tatrach — Siklawę. Stawy tutejsze głębokie granatową swoją barwą silnie się wyróżniają na tle szarych granitów, najwyższy z nich Zadni (11 morgów 1149 sążni kwadr.) także Zmarzłym zwany, nie jest ztąd widny; leży on u południowych stóp Zawratu. Po nim niżéj mieści się staw Czarny (22 morgi 1077 sążni kwadr.), następnie Wielki, Mały (716 sążni kwadr.) i Przedni (13 morgów 595 sążni kwadr.). Nad niemi wznosi się szereg wierchów okalających dolinę Pięciu Stawów pod nazwą Miedzianych (7133’), które przechodzą potém w Opalone, docierając doliny Białki. Z poza nich dopiero wynurza się pasmo szczytów w najdziksze linie potarganych, z których wyszczególniają się począwszy od zachodu: Krywań, Krótka, Ostra, Gruby wierch, Baszta, Pośredni wierch, Mięguszowski szczyt, Rysy, Waga, Ganek, Gierlach, Batyżowiecki, Sławkowski, Jaworowe Sady, Zimna Woda, Lodowy, Baranie Rogi, poprzed niemi Szeroka Jaworzyńska, a kończy na wschodzie Murań, Hawrań i Szeroka Zdziarska. Łomnicy wcale ztąd nie widać, bo ją kryje za sobą Lodowy, najwięcéj imponujący wśród gór z Krzyżnego widnych; Gierlach chociaż najwyższy, ale ztąd dalszy, piętrzy się wspaniale wśród dzikością przerażających turni, na które dotąd nawet dzikie kozy wstąpić się nie odważyły.
Za sobą mamy grzbiet Wielkiéj Koszystéj i z poza niéj od zachodu część Zakopanego, od wschodu Jaworzynę, Rusinową, Podspady i część porzecza Białki. Daléj Beskidy z swoją Babią górą a za niemi gubi się wzrok w coraz słabiéj rysującéj się przestrzeni najeżonéj górami, pagórkami, wszystko to sławna Chrobacya.
Z suchego wyliczenia nazw wierchów, dolin i jezior jeszcze bardzo mało można mieć pojęcia o wielkości widoku z Krzyżnego, jeżeli go sobie nie uzupełnimy tysiącem szczegółów, które się na ten czarowny składają widnokrąg. Weźmy pierwszy lepszy wierch na uwagę, co on tam urwisk, przepaści, szczelin, płaszczyzn zielenią porosłych lub śniegiem pokrytych mieści na swoim grzbiecie; jak się światło słoneczne przez te dzierganki granitowe przedziera do jego wąwozów, czeluści i różnych otchłani, i tworzy cudowną harmonię barw, jak nią czaruje nam wzrok, że oczów oderwać od takiego widoku nie możemy.
Jeśli chmury włóczą się po Tatrach ale przemijają, przez co szczyty ciągle się wynurzają lub w obłokach gubią, to nie można sobie bardziéj czarującego widoku wyobrazić; tylko fantazya artystów i poetów snuć zdoła coś temu równego; wymarzone obrazy przesuwają się wtedy po przed oczami widzów, jakby w latarni czarnoksięskiéj. Jeden szczyt w cieniu, kolorem granatowym rysuje się na tle doliny, uroczo od słońca promieniejącéj; drugi gubi się w obłoku, trzeci tonie spodem we mgle, a wierzchołek z niéj wychyla, inny znów błyszczy białością oświeconych śniegów, a z pomiędzy nich wesołością uśmiechająca się równina jakaś, czy Spiska, czy Liptowska, czy Nowotarska, poprzerzynana potokami jak srebrnemi wstęgami, roi się domostwami tak w naszych ztąd oczach zmalałemi, jakby w nich przemieszkiwały mrówki.
Nie tak to jednak łatwo poić się wdziękami przyrody górskiéj, miewa ona swoje kaprysy i lubi bardzo robić psoty tym, co ją chcą podpatrywać. Często będąc u samego celu życzeń, zawłóczy się mgła, i rób co chcesz, nie odsłoni się; wracać tedy trzeba z kwitkiem. Ileż to wycieczek po Tatrach pełznie na niczém, a co najgorsza, gdy się w głąb gór zabiorą podróżni na kilka dni, i tam gdzie odciętych grzbietami wyniosłemi słota złapie. Końca jéj czasem doczekać się trudno; przykre to bywa w takich razach położenie osób, odciętych od towarzystwa, od siedzib ludzkich; chwilowo sprzykrzyć się mogą Tatry i najżywszemu ich wielbicielowi.
Z Krzyżnego kto chce poznać urwistość grzbietów tatrzańskich, niech się wybierze na najbliższy ztąd i niewiele wyższy (o 48 st.) szczyt Wołoszyna. Miejscami grań nie jest szersza, jak na postawienie jednéj stopy, to znów przedarta, że aby się daléj dostać, trzeba spłozić się poniżéj grzbietu od południa i znowu drzeć na wierzch. Wskazał mi Sieczka na takim tu wązkim grzbiecie ślad znać z ostatniéj burzy pioruna, był to wyłom świeży w skale jakby od kuli działowéj, okruchami granitu obsypany. Sam wierzchołek Wołoszyna przygniata wielki głaz; koło niego stać dobrze i mierzyć okiem przestrzenie, jakich dna ztąd nie dostrzeże, gdyż poniżéj, jakby iglice świątyni gotyckiéj piętrzą się różnego kształtu turnie, tu i owdzie trawnikami rozdzielone, a za niemi gdzieś w otchłani szumi niewidzialny potok, jestto woda Siklawy, doliną Roztoki spiesząca do Białki. Nie zapomnę nigdy wrażenia, jakie mi sprawił Wołoszyn, gdym pierwszy raz, będąc w Tatrach, szedł od Pięciu Stawów ku Świstówce do Morskiego Oka. Usiadłem z przewodnikiem i kilku towarzyszami przy ścieżce ponad nagłém zboczem do Roztoki, wierchy naokoło były widoczne, gdy mgła pokrywała cały Wołoszyn; sądziłem tedy, że w téj stronie nie ma żadnéj góry; wtém wśród obłoków, jakby jakieś zjawisko nadpowietrzne, ukazał mi się wierzch skały. Zdumiony dowiaduję się od górala, że to góra Wołoszynem zwana. W istocie, gdy wiatr mgłę z Roztoką na wschód gdzieś popędził, w całéj okazałości zarysował nam się na tle nieba szczyt ogromny, najeżony turniami, dziki, straszny, w kształtach nader malowniczy, na którego wyjście zdało mi się urojeniem. Dowiedziałem się jednak zaraz, że strzelcy po całym Wołoszynie polują za kozicami, co mi o odwadze i śmiałości górali dawało niezwykłe pojęcie. Owoż dziś stąpając po grzbiecie góry, która mi się najprzód złudzeniem wydała, przekonywałem się, ile do fantastyczności Tatr przyczynia się mgła; uosabia ona nam tu niejako węzeł świata idealnego z realnym i daje dowód, że ludzki umysł miłuje się w złudzeniach i że mu one do uprzyjemnienia życia są potrzebne. Wprawdzie zależy to od przymiotów duszy, jak jéj oczami na wdzięki natury kto się zapatruje, jakkolwiekbądź wywiera przyroda górska, tchnąca swobodą i życiem, ogromny wpływ na każdego człowieka, i słusznie bardzo powiedziano, że „zwiedzanie gór uszlachetnia ducha ludzkiego.“
Z wierzchołka Wołoszyna wróciłem się na Krzyżne, a ztąd umyśliłem puścić się na drugi szczyt, na Wielką Koszystą (7047 st.). Wstęp na niego wygodny, obszerny, po gruzach granitowych zaścielających grzbiet Koszystéj stąpa się bez obawy. Kopczyk, w którym stał znak tryangulacyjny, stoi na najwyższém wzniesieniu, ale bez żerdki; leżała opodal, zapewne wywrócona ręką podobnego turysty, jakiego zdarzyło mi się spotkać raz w dolinie Kościeliskiéj. Brał on drobniejsze belki z mostku i wrzucał do wody, aby się zabawić widokiem siły prądu górskiego potoku; wirem niesione drzewo odbywa w takich wodach zabawne ruchy, ku czemu mógł sobie bardzo łatwo znaleźć niepotrzebny kawałek drzewa, ale mu widać wygodniéj było mostek niszczyć.
Widok z W. Koszystéj nieco odmienny niż z Krzyżnego; zamiast Pięciu Stawów widać ztąd część Czarnego Stawu ponad Morskiém Okiem, grupa szczytów koło Świnnicy wychyla się z poza Buczynowych turni, a Podhale niczém niezasłonione pięknie się oczom przedstawia, jak wielka równina wodami poprzerzynana i lasami przystrojona.
Z grzbietu Koszystéj do doliny Pańszczycy dość stromo schodzić; dlatego im bardziéj na północ się zapuścimy po wierchu, tém lepsze napotkamy zejście, lecz dla osób nieobznajmionych z chodzeniem po górach bezpieczniéj wracać przez dolinę Waksmundską, to jest tąż samą drogą, którą na Krzyżne wyszli.
Z Sieczką puściliśmy się na dół wprost po zboczu Koszystéj, żeśmy zeszli do doliny ponad stawem Zielonym w Pańszczycy. Zdawałoby się, że już ztąd, jeżeli nie samemu, to przynajmniéj z lada jakim przewodnikiem przyszłoby łatwo trafić do Zakopanego; tymczasem na téj tu przestrzeni z lada jakim góralem długo można błądzić, bo różnego gatunku manowce stają człowiekowi na zawadzie. Napotyka się tu wielkie złomy granitu, po których ostrożnie się trzeba przesuwać, aby rąk i nóg nie połamać i całego siebie nie potłuc. Przez szczeliny słychać szum i łoskot ukrytém łożyskiem toczącego się potoku, który dopiero daleko niżéj na wierzch się wydobywa. Trzymając się stóp Koszystéj Wielkiéj, a nie Żółtéj turni, wychodzi się na ścieżkę między kosodrzewiną, która następnie wśród świerków wyprowadzi na drogę wiodącą z Waksmundzkiéj polany ku Jaszczurówce.
Ztąd, jeżeli się pogoda nie zmieniła, nie wracaj wędrowcze do wsi, szukaj cudów przyrody górskiéj, utrudzeniem się nie wymawiaj, bo posiliwszy się dobrze wieczór, a noc na sianie przespawszy smaczniéj niż w mieście na materacu, ranek drugiego dnia zastanie cię silnym i zdolnym do dalszéj podróży po Tatrach. Właśnie ma zwiedzanie Tatr tę wielką zaletę dla ludzi, życiem miejskiém rozpieszczonych lub pracą umysłową i trudami z nią związanemi wycieńczonych, że odżywia ono organizm, hartuje go, wszelkie anomalia w ciele ludzkiém powstałe przez jednostajny ruch lub całkowity jego brak uchyla i zaprowadza równowagę między czynnikami ciała. Któremu to z szanownych turystów tatrzańskich, tak z płci pięknéj jak brzydkiéj, chciałoby się z miejsca swojéj siedziby miejskiéj lub wiejskiéj kilka mil dziennie pieszo przebyć i to po najgorszéj chociaż poetycznéj drodze? Ze śmiechem przyjąłby podobną propozycyę, a jednak w Tatrach jeśli je chce zwiedzać, musi takie kilkomilowe kursa odbywać, co mu niesłychanie błogie sprowadza skutki dla zdrowia. Prawda, że w górach powietrze czyste, ostre, sił wiele przysparza, ale też za to bardzo rzadko gdzie idzie się po równéj drodze: kamienie, dziury, potoki, mchy, zarośla, turnie, usypiska i tym podobne przeszkody przychodzi zwalczać ciągle w pocie czoła, przytém często zmoknie się do suchéj nitki, zamoczy nogi po kolana, to znów wypraży się tęgo na słońcu, i to wszystko jakby się człowieka nie czepiało. Wysuszy się, posili i wyśpi, i zdrów jak nigdy nie jest przy wszelkich swoich wygódkach w domu.
Przedewszystkiém młodzież obojéj płci powinna jeździć do Tatr i zapoznawać się z niemi; wyprawy w głąb naszych gór mają w sobie coś rycerskiego, a umiejętnie przedsiębrane dla każdego wieku, działają zbawiennie na zdrowie. Naturalnie, nadużycie w każdéj rzeczy rodzi złe skutki; kogo w takim razie własny rozsądek myli lub rady mądrzejszych, doświadczeńszych niczego nie nauczą, zbierać muszą stosowne owoce. Przybywają czasem w Tatry goście drwiący sobie z wszelkich trudności chodzenia po górach, i nie wypróbowawszy sił swoich na małéj wycieczce, puszczają się odrazu; bywało tu już nieraz, że takich pyszałków górale znosili do chaty na plecach.
Zdarza się też w Tatrach, że mimowoli niektóre osoby, zamiast użycia swobody ducha, odświeżenia ciała, wracają z wycieczek chorzy i wdziękami przyrody niezadowoleni; pochodzi to z niedobrania towarzystwa. Są ludzie nieumiejący lub niechcący się stosować do większości towarzystwa. Jedni zwykli spieszyć, nie zważając, że im drudzy nastarczyć nie mogą; inni znów co krok by odpoczywali i bez końca siedzieli przy każdym przestanku; ztąd powstają niesnaski, zniechęcenia, i wycieczka zamiast miłego wspomnienia, pozostawia w pamięci niesmak. Z natury rzeczy wypadałoby, aby się mocniejsi słabszym poświęcili; niezawsze to jednak bywa, bo miłość własna zwykle zwycięża miłość bliźniego, więc jeśli nie mogą lub nie chcą w drodze zostać, muszą z nadwerężeniem swoich sił męczyć się przez pośpiech, aby się zrównać z szczęśliwszemi fizycznie istotami, i przez to nadzwyczajne znużenie trętwieją u nich władze umysłowe. Znam osoby (z płci żeńskiéj) i to nawet trochę egzaltowane, które w nierówném sobie co do sił fizycznych towarzystwie zwiedziły Morskie Oko, i wróciły ztamtąd z przekonaniem, że sławiony ten zakątek Tatr nie wart trudów, jakie ponieść trzeba przez drogę, chcąc się do niego dostać. A przecież ogół wydał sąd, wprost temu zdaniu przeciwny.
Pragnę obwieść czytelników po miejscach w Tatrach mało znanych, a przecież godnych uwielbienia, i które wnet staną w szeregu okolic koniecznych dziś dla każdego turysty do zwiedzenia. Puśćmy się z Waksmundskiéj polany lasem przestronnym na Jaworzynę Rusinową. W trzy kwadranse staje się na pochyłéj Polanie kilkoma szopami, oborami i szałasem ubranéj, bydłem i pasterską osadą ożywionéj, gdzie i na sianie nieźle można przenocować w chatce właściciela téj Jaworzyny.
Gdybyście goście Zakopiańscy chociaż trochę mieli pojęcia, jaka was tu uczta wspaniała zawsze czeka, tobyście różnemi drogami spieszyli na Jaworzynę Rusinową i całemi dniami poili się zdumiewającym widokiem. Spodziewam się, że wkrótce wygodną drożynę dotąd z Zakopanego wyrobi Towarzystwo Tatrzańskie, a tymczasem dążmy tam drogą jaka jest.
Pośród lasu na zboczu Przysłopu połogiéj góry zwróconéj ku wschodowi, jest polana mocno pochylona do doliny Białki, na wysokości 3807 st. wied.; musiały tu być kiedyś na niéj lub koło niéj jawory, skoro ją Jaworzyną przezwano, a Rusinową zapewne od nazwy dawniejszego jéj właściciela. Jeśli od wschodu zaczniemy wpatrywać się w obraz, jaki się nam zdumionym przedstawia i nie daje od siebie oderwać, to Murań i Hawrań będzie krańcem łańcucha tatrzańskiego; za niemi wierchy okalające dolinę Koperszadów, daléj turnie Baranich rogów, poprzed tym sinym grzbietem wznosi się rozległa góra Szeroka Jaworzyńska (6924’), a téj grupie szczytów jakby hetman przewodzi Lodowy (8324’). Z poza płaskiego wierzchołka Szerokiéj wychyla się od południa poszczerbiony dziki grzbiet, Polski Grzebień (6933’), którędy podróżni Tatry zwykli przechodzić z północnéj udający się na południową stronę grzbietu, lub odwrotnie. Z nim styka się Gierlach najwyższy szczyt w Tatrach (8414’), przenoszący Łomnicę o 72 st., a Lodowego o 90 st.; daléj Żelazne wrota, Ganek, Waga, Rysy i Mięguszowiecka, turnie przerażające swojemi urwiskami, przepaściami; poprzed niemi jakby wieżyce wyrastają z doliny olbrzymie skały Młynarza i Żabiego. Od zachodu zamyka ów cudowny widnokrąg Wołoszyn, z malowniczo poszczerbionym grzbietem, i Wielka Koszysta Krzyżnem z nim połączona, tworząc przez to jednę całość.
Na tle z wymienionych szczytów poniżéj, a bliżéj nas, piętrzą się różnego kształtu i wielkości wierchy, górą łyse, a dołem lasem porosłe, a pośród nich rozgałęzia się wielka dolina, któréj dnem toczy się Białka z Morskiego Oka, z pod stóp Polskiego Grzebienia, Żelaznych wrót, Ganku i Młynarza wpływa tak zwana Woda biała.
Jest się więc czemu ztąd przypatrzyć, zwłaszcza gdy słońce promieniami swemi zajrzy w południowych godzinach do wszystkich głębin rdzenia Tatr, i jakąś czarowną powlecze barwą ów świat górski, w rzeczy saméj z kilku na pozór bardzo ubogich złożony czynników: potok, skała, świerk i miejscami płatek śniegu.
Między widokiem z Krzyżnego a z Jaworzyny Rusinowéj istnieje podobieństwo, mimo to charakter ich różni się zupełnie między sobą. Na Krzyżnem czujemy się jakby od świata oderwani, grozą przejęci, na Jaworzynie tensam świat wesoło się do nas uśmiecha, nęci roskoszą, żadnemi niebezpieczeństwy nie mąci spokoju; dlatego dla osób choćby najtrwożliwszych w chodzeniu po górach, jak i niewładających siłami do spinania się na wierchy, polecić można wycieczkę na Rusinową Jaworzynę, témbardziéj, gdy nawet na wózku jako tako przez Bukowinę dostać się tu można.
Ztąd, jeśli pogoda służy, puszczajmy się daléj a coraz głębiéj do wnętrza Tatr. Dolina Białki zaprowadzi nas do najsłynniejszych zakątków Tatr. Z Jaworzyny Rusinowéj ścieżka przez las na dół zawiedzie na polankę Palenicę, przez nią nad brzeg Białki, zkąd drogą puściwszy się ku południowi, równo lasem bez trudów dojdziemy do Roztoki. Kto zdrów i silny, niech idzie zwiedzić Siklawę, wodospad 204 stóp wysoki, i Pięć Stawów, a ztamtąd z góry przez Świstówkę i Opalone zdąży do Morskiego Oka; kto nie poczuwa się zdolnym do takiego marszu po najdzikszych bezdrożach, prosto z Roztoki niech się puści do Morskiego Oka, zastanie tu już tego roku schronisko zbudowane przez Towarzystwo Tatrzańskie, więc bez obawy o nocleg, może się zabawić, nacieszyć do syta wspaniałością wsławionego jeziora.
Dość Morskie Oko już naopisywane, powtarzać znanych rzeczy nie będę; lecz ztamtąd zawiodę podróżników w ignorowany przez nich kąt Tatr, a tak piękny, uroczy, fantastyczny, że bez jego poznania nikt z naszych alp nie powinien wracać, jeśli się chce z ich charakterem obznajomić. Znasz cudo natury, dolinę Kościeliską, Czarny Staw Gąsienicowy, Morskie Oko, Siklawę, Pięć Stawów, Krzyżne, a doliny Białéj wody nie zwiedziłeś, to nie masz pojęcia o dolinie granitowéj; wypada bowiem dodać, że gatunek skał tworzących dno i ściany dolin zupełnie nadaje im różną postać między sobą. Jak Kościeliska jest szczytem piękności z dolin wapieniowych, tak dolina Białéj wody z granitowych. Wejdźmy w nią, nie jest ona długa, zawsze 6 lub 7 godzin potrzeba tam i z powrotem do Roztoki; ale iloma nas wdziękami oczaruje, trudno mieć pojęcie. Wejścia do doliny Białéj wody strzeże Białka, płynąca tu już razem z Białą wodą. Ścieżki w głąb wiodą między młodym lasem aż do zetknięcia się z potokiem, który tu trzeba przechodzić na jego lewy brzeg. Widnokrąg naraz się odsłania ku południowi, krańcem jego grzbiet Tatr bezpośrednio z Gierlachem się stykający ścianami, od zachodu Młynarz, szczyt podobno dotąd dla swéj przepaścistości ludzką, ani kozią nogą nienadeptany; od wschodu lesiste odnogi Szerokiéj Jaworzyńskiéj i turnie Wysokiéj, z którą się łączy Polski Grzebień. U naszych przewodników właśnie ta góra się zwie Wysoką, co przypiera do Polskiéj przełączy, od południa styka się z Sławkowskim szczytem, a od wschodu z Jaworowemi Sadami, Niemcy ze Spiża niewiedzieć dlaczego ochrzcili ją Kastenbergiem. Czasem dolinę Białéj wody zowią właśnie od Wysokiéj góry, doliną „Pod Wysoką“.
Dla malarzy krajowidoków, dolina Białéj wody jest skarbem nieprzebranym, a mimo to rzadko który się tu zabłąkał; nie zdarzyło mi się jeszcze widzieć ani jednego obrazu z tego zakątka Tatr. Czego się tknąć, to tu jakby ręką najdoskonalszego mistrza wykończone, w cudowną całość zestawione, szczegóły równie piękne, że aż kłopot z tém wdzięków bogactwem, bo niewiedzieć, czém się wprzód zająć. Brak mi słów na określenie wspaniałości i majestatu przyrody, jak ona się w tej dolinie wznosi do wymarzonego piękna. Potok wielki, wody jego obfite toczą się w ciągłych kaskadach po głazach ogromnych, z czego powstaje szum mocny, brzegi jego nader fantastyczne, złomami granitu zasłane, porosłe bujną roślinnością, strojne w świerki i limby, ubrane w malowniczo od burzy powalone drzewa, to wszystko w najróżniejszych kształtach i barwach tworzy spód krajobrazu. Powyżéj wznoszą się odrazu dzikie, nagie, urwiste turnie najbliższych gór, a w głębi sinieje grzbiet Tatr nagi, śniegami tu i owdzie bielejący. Każdy czynnik tak tu wielki, wspaniały, fantastyczny, że sama ta dolina Białéj wody dostarczyłaby dosyć najpyszniejszych motywów do utworzenia z Tatr wspaniałego alpejskiego albumu, któryby mógł walczyć o pierwszeństwo z najsławniejszemi widokami Szwajcaryi, Tyrolu i innych krain górskich.
Dążąc pomału w górę, ciągle coś nowego napotykając, przybywa się niby na równinkę, zamkniętą w okrąg niebotycznym grzbietem rozwiniętym gdyby wachlarz. Dno doliny już uwagi nie zajmuje, ów wspaniały poniżéj potok tu w górnym końcu rozdrobniony na liczne ścieki, skromny, toczy się niepostrzeżenie, ale za to całą myśl naszą pochłania szereg szczytów olbrzymich, już dobrze ztąd widzialnych z swemi turniami, wodospadami, lejkowatemi usypiskami, zdradzającemi istnienie stawów, z całą swoją grozą, że ledwie wierzyć można, aby się tam na nie człowiek drapać odważył. Przeważnie królują w téj grupie gór: Gierlach, Ganek i Waga, wierchy przenoszące wysokość 8 tysięcy stóp. Zastanawiałem się nieraz, dlaczego tesame szczyty widziane od południa nie mają ani części téj wspaniałości i piękności, i przyszedłem do przekonania, że winno temu słońce. Każdy przedmiot naprost oświecony, nie wywołując kontrastów cienia z światłem, wydaje się płaskim, bez życia, to też każdy szczyt w Tatrach z północy oglądany całą swoją ścianę od téj strony ma w pomroce, a wierzchołki turni, krawędzie grzbietów, nagle słońcem opromienione, kontrast barw z dzikszym na północnych stokach Tatr ich charakterem sprawia to romantyczne wrażenie, jakiego się nie napotyka na południowych stokach; wyjątek pod tym względem stanowi dolina Zimnéj Wody, lecz zawdzięcza ona swoją wspaniałość właśnie swemu kierunkowi wschodniemu, bo łamanie się światła jest przyczyną owéj ślicznéj harmonii tonów.
Tu w górnym końcu doliny Białéj Wody jest hala, szałas jednak nieodrodny od swoich braciszków po całych Tatrach, podróżnym spoczynku nocnego nie potrafi użyczyć, kto tędy dążyć chce na Spiż przez Polski Grzebień, ztąd spina się ciągle w górę, dopóki się na niego nie dostanie koło stawu Litworowego, a powyżéj Zmarzłego, a kto nie ma tego zamiaru, wraca się za dnia przez dolinę Białéj Wody i nocować może w traczu na Łyséj. Następnego dnia, jeżeli się ma wózek i konie, przebywa się tuż zaraz Białkę po moście na terytoryum węgierskie i jedzie się cały dzień malowniczą drogą do Szmeksu przez Jaworzynę Spiską, Podspady, Żdżar, Białą i Kiesmark, albo ciągnie się powoli do Zakopanego, pieszo przez Waksmundską, wózkiem przez Bukowinę i Poronin. W téj ostatniéj drodze, skoro od polany Łyséj przebędziemy lesiste manowce ciągle wiodące w górę, stajemy na otwartem najwyższém w tym kierunku wzniesieniu (3577’) nazwaném Głodówką, jeśli piękna pogoda, to godzi się tu jeneralny popas zarządzić. Widok z Głodówki na całe Tatry zyskał już winną sobie sławę, czynionoby tu zbiorowe wycieczki ze Zakopanego wyłącznie do tego miejsca, lecz dwie ważne okoliczności stają temu na przeszkodzie: daleka a męcząca droga przez Poronin, Mur, Zacichłe i Bukowinę, i brak wody na Głodówce. Goście tedy, powracając z Morskiego Oka, zwykli zadowalniać się widokiem z Głodówki. Ztąd w grupie turni koło Lodowego widać Łomnicę, szczyt Kiesmarski, Głupi wierch i Baranie rogi, rzadko zkądinąd widoczne, bo wysunięte na wschód, kryją się za Lodowy, którego znów spostrzega się prawie z wszystkich wierchów tatrzańskich.
Powróciliśmy wreszcie do chaty we wsi, zdobycze z wycieczki w głąb Tatr nietylko napoiły nas urokami cudownie pięknéj przyrody, nietylko wzbogaciły naszą wiedzę, ale stworzyły dla nas nowy świat wspomnień. Czyż nie z upodobaniem i roskoszą rozpowiadamy sobie potém najdrobniejsze szczegóły z pobytu w Tatrach, siedząc przy herbacie w mieście, zwłaszcza w owe długie zimowe wieczory. Jeżeli się w towarzystwie zejdzie kilka osób takich, co w Tatrach podróżowali, opisywanie wrażeń tam odniesionych dziwnie miłe sprawia im uczucie, chociażby i przykre z niemi łączyły się wspomnienia. Burze, mgły, deszcze w turniach dokuczą nieraz do żywego człowiekowi, zły nocleg, zawody w dopięciu celu zwiedzenia tego lub owego szczytu, jeziora lub jakiego innego zakątka górskiego, zrazu zniechęcają nas do Tatr, ale wnet zaciera się w pamięci wspomnienie przykrości, a nabiera jakiéjś szaty romantyczności, i nanowo z nastaniem pory letniéj garniemy się w objęcia owéj pięknéj ale kapryśnéj przyrody górskiéj. Górale utrzymują, że ich Tatry posiadają jakiś tajemniczy czar dla ludzi z równin; poznają oni łatwo gości, który z nich przybył tu dla mody lub próżności i więcéj do Tatr nie zajrzy, a kto te góry pokochał i za niemi tęsknić będzie.
Szkic ten z Tatr zakończę słowami Wasilewskiego:

Tu myśl Boga skamieniała
W fantastycznych skał urwiska,
Tu się potok z szumem ciska,
Jakby ludzkość go pognała!
Tu natura kwitnie cała
W kwiatów woni, w lasów wianku,
Świeża, jakby dziś w poranku
Z dłoni Boga wyleciała!

Walery Eljasz-Radzikowski - Obrazek z podróży w Tatry ornament 044.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Walery Eljasz-Radzikowski.