Nowy Don Kiszot/Akt II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Nowy Don Kiszot
Podtytuł czyli sto szaleństw
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom II
Data wydania 1880
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



AKT II.
(Las; księżyc świeci. Po lewej i po prawej na przodzie sceny drzewo).




SCENA I.
Karol, Burmistrz
(przychodzą, duże kije w ręku).
Karol.

Brawo, wyszliśmy przecie na ubitą drogę.

Burmistrz.

Ach, muszę trochę spocząć, dalej iść nie mogę.
Co za ból!

Karol.

Nie mnie winuj, ale twój brzuch raczej;
Powiedzże sam, czy mogłem postąpić inaczej?
Kiedyś uwiązł w okienku i zaczął się dławić,
Musiałem tęgo ciągnąć lub w dziurze zostawić.

Burmistrz.

Wolałbym pewnie zostać, jak z takiej pomocy
Kulawy i zdrapany, włóczyć się po nocy.

Karol.

Tak, prawda; wielka szkoda, żeśmy uszli oba;
O, jakże pełna chluby czekała nas doba!
Prowadzeni od chłopów, jak podłe hultaje,
Bylibyśmy ciekawych zabawiali zgraje,
I jaki burmistrz, głupi, jakto czasem bywa,

Więziłby nas do woli... wszak strata prawdziwa?
Gdy teraz, najbliższego z dniem doszedłszy dworu,
Wszystko łatwo wyjaśnim bez skazy honoru,
I tylko przygód śmieszne wspomnienie zostanie.

Burmistrz.

Bardzo śmieszne.

Karol.

A zwłaszcza to nasze spotkanie
I burmistrza w szlafroku podróż mimo chęci,
Warte są dwóch rozdziałów, warte żyć w pamięci.

Burmistrz.

Są przeklęte, wszeteczne; tém wszystkiém się brzydzę.

Karol.

Bądź zdrów!

Burmistrz.

Co? jakto bądź zdrów?

Karol.

Jęków nienawidzę.
Idź zatem w swoję stronę a ja pójdę w swoję.

Burmistrz.

To być nie może.

Karol.

Czemu?

Burmistrz.

Bo się zostać boję.
Pełno wilków i lisów włóczy się po borze,
Człowiek nie jest bezpiecznym, życie stracić może.
A jak zginę...

Karol.

I cóż ztąd?

Burmistrz.

Piękne zapytanie!

Karol.

Niewdzięcznych nie chcę bronić.

Burmistrz.

O, łaskawy Panie!

(pada na kolana).

Miej wzgląd na moję godność, co przed tobą znika,
Zlituj się... gardź osobą, ratuj urzędnika;
Nie opuszczaj w tej puszczy bliźniego w niedoli.

Karol.

Dobrze, zadość uczynię jeszcze raz twej woli;
Lecz nie chcę jęków słyszeć, posłuszeństwa żądam,
I niech na twarz ponurą więcej nie poglądam.
Bądź wesół... Kto wie, może ręka przeznaczenia
Mierne twe powołanie na chwalebne zmienia,
Może przypadkiem drogę znalazłeś do sławy.

Burmistrz.

Obym znalazł do domu.

Karol.

Lecz z całej wyprawy
To mnie martwi, Pedrilla żem musiał zostawić.
Osobno zamkniętego nie mogłem wybawić;
Lecz go jutro uwolnię w jakimbądź sposobie,
A teraz, mój Burmistrzu, odpocznijmy sobie. (siadają)

(po krótkiém myśleniu)

Powiedz mi, bo najlepiej noc spędzim w rozmowie,
Czy kochałeś się kiedy?

Burmistrz.

Ej, gdzie mi to w głowie!

Karol.

Dawniej?...

Burmistrz.

Nigdy, nie dla mnie to czucie szalone.

Karol.

Więc nie żonatyś?

Burmistrz.

Owszem, już czwartą mam żonę.

Karol.

Cztéryś razy się żenił, razu nie kochałeś,
Cztery razy więc w życiu już siebie przedałeś.
Nie kochać! o człowieku jedyny w naturze!
Ach, gdybym był to wiedział, byłbyś został w dziurze.

(śpiewa)

Święty ogień, dar bogini,
Co się w duszę wkrada skrycie,
Co nam niebem ziemię czyni,
Co uświetnia krótkie życie!
Kto go nie zna nie posiada,
Biada temu, biada, biada!
Przez miłości boskie tchnienia,
Szczęście, roskosz, przyszłość cała,
W tę osobę się przemienia,
Co się wdzięcznie nam rozśmiała.
Ach, to czucie, kim nie włada,
Biada temu, biada, biada!
Nawet troska i cierpienie
Miłym żalem duszę pieści;
Łza miłości i westchnienie
Krocie słodycz w sobie mieści.
Ach, kto hołdu jej nie składa,
Biada temu, biada, biada!

(podczas gdy Karol śpiewał, Burmistrz usnął)

Usnął widzę przy śpiewu melodyjnym tonie,
Sapie, chrapie i dmucha, jak przy czwartej żonie.
Zemszczę się nad nieczułym... samego zostawię,
Skryty, cieszyć się będę widząc go w obawie.

(odchodzi).




SCENA II.
Burmistrz, Michał.
(w ubiorze kobiecym; później) Karol.
Michał (za sceną).

Co za gąszcz, co za pniaki! (na scenie)
Ha! przecież i droga.
Lecz dokąd się obrócę? dokąd? o, dla Boga!
Gdzie mam iść, gdzie uciekać, czy w prawo czy w lewo?
Każdy krzak dla mnie wilkiem, wrogiem każde drzewo;
Co za strach! drżę... trzęsę się... las się trzęsie ze mną,
Lepsza noc najciemniejsza, bo kiedy jest ciemno...

(Burmistrz przebudzony ziewa)
Michał.

Hę!

Burmistrz.

Hę?

Michał.

Hę?

Burmistrz.

Co?

Michał.

Coś gada!

Burmistrz.

To nie on!

Michał.

Coś gada...

Burmistrz.

Don... Ka... Karolu!

Michał.

Aj, coś! czy nie upior!

Burmistrz.

Biada!

TRIO.

Burmistrz, Michał.

Gdy nas bojaźń ogarnie,
O, jak przykre męczarnie:
Nim zwolna przeminie
Wiek cały w godzinie!
Nie widać słońca,
Ta noc bez końca!
Zbliż się, zbliż dniu drogi,
I wybaw mnie z trwogi!


Karol.
(nadchodząc w głębi).
Gdy chęć sławy ogarnie,
O, jak przykre męczarnie:
Nim próżny czas minie,
Wiek cały w godzinie!
Nie widać słońca,
Ta noc bez końca!
Zbliż się, zbliż dniu drogi,
I w bratnie wiedź progi!


Michał.

Czy kara boska, czy co! jak stał tak i stoi.

Burmistrz.

Ani się ruszył...

(chrząka)

Stoi... brr... nic się nie boi.

Michał.

Jak warczy... niema żartu... on się do mnie chwyci.

Burmistrz.

Na mnie tylko czatuje.

Michał.

Jak oczyma świeci.
Drapnę, albo co? drapnę... niema czego czekać!

Burmistrz.

Niema czemu dowierzać i lepiej uciekać.

(puszczają się wraz w jednę stronę i wnet wracają; ale już bliżej siebie, tyłem obróceni)
Michał.

Otóż masz!

Burmistrz.

Wszak mówiłem!

Michał.

Zlituje się może.

Burmistrz.

Jeśli nieczuła prośba, to nic nie pomoże. (na kolanach)
Zlituj się...

Michał (także na kolanach).

Ach, zlituj się, ratuj!

Burmistrz (wstając).

Co ratować!

Michał (własnym głosem)

Nie chciej nieszczęsną panią zabijać, mordować,
Wielkie są cnoty moje, wielkie urodzenie;
Lecz mnie dziś w awantury pchnęło przeznaczenie,
Jeśli walczysz za ludzkość i godło masz w duszy,
Niech cię moja najczystsza niewinność poruszy.
Ja, płeć piękna, w niedoli do ciebie się tulę,
Lituj się, bo gdy serca twego nie rozczulę,
Ach! któż przed srogim losem zdoła mnie zasłonić?

Karol (występując).

Ja!

Michał (na stronie).

O, dla Boga, mój Pan!

Karol.

Ja cię będę bronić;
O, nie lękaj się Pani, los przyjazny tobie
Obrońce ci...

Michał (na stronie).

I diabła!

Karol.

Zesłał w mej osobie.
Zaufaj mi... Ktokolwiek twym ciemiężycielem,
Jeśli gnębi niewinność, jest mej zemsty celem.
Zwierz mi twoje nieszczęściu, wskaż mi tylko drogę,
Którą i oswobodzić i pomścić cię mogę. (do Burmistrza)
Ciesz się, ciesz się Burmistrzu!

Burmistrz.

Cieszę się i bardzo.

Karol.

Ciesz się, naszą usługą, jak widzę, nie gardzą.
Teraz pora dla cnoty zwyciężyć lub zginąć!

Burmistrz (do siebie).

Nie, ten człowiek szalony.

Michał (do siebie).

Jak tu się wywinąć?
Znam go dobrze... i mówić i milczeć się boję.

Karol.

Odkryj nam tajemnice i nieszczęścia twoje.
Pewnie srogi opiekun lub młoda macocha
Broni ci kochać tego, który ciebie kocha?
Lub okrutna rodzina majątku łaknąca...

Michał.

Ach!

Karol.

Klasztor ci przeznacza, za kraty cię wtrąca,
Gdzie na powabów życia zamkniętym już grobie,
Znudzona dusza wieki w każdej żyje dobie?
Lub też zuchwalec jaki, bogacz posiwiały
Pieniędzmi chce zastąpić miłośne zapały,
I mimo twojej woli, co się często zdarza,
Ujęty twą pięknością ciągnie do ołtarza?

(po krótkiém milczeniu bierze za rękę)

Cóż?... O, jak drży ta rączka! (całując)
Rączka luba, mała.
O, przysięgam! nie ścierpię, by się jego stała!
Lecz czemuż ta zasłona?

Michał (do siebie).

Jak na szpilkach stoję.

Karol.

Ach, czyż się boisz zdrady?

Michał (na stronie).

Ach, guzów się boję.

Karol.

Powiedz, jakiżto smutek duszę twoję rani?

Michał (do siebie).

Żeby się jako wymknąć!

Karol.

Któż więc jesteś Pani?
Twoje imie?

Michał.

Ach! imie...

Karol.

Tak imie.

Michał (po krótkiém myśleniu).

Palmira.

Karol.

Dobrze, a familijne?

Michał (do siebie).

A to mnie przypiera!

(głośno)

Nie, nie, nie mogę... bądź zdrów.

Karol.

Wzgardzasz memi chęci?

Michał (do siebie).

Wspierajcieże mój zamysł, o wy wszyscy święci!

Karol.

Niebaczna! sama lecisz na nowe przygody.

Michał.

Ach, słabo mi! ach, mdleję! spazma... wody... wody!

(upada na ręce burmistrza)
Karol.

Przebóg! zemdlała... ratuj! nim powrócę z wodą,
Ratuj! jej wdzięczny uśmiech będzie ci nagrodą.

(odchodzi)
Burmistrz.

Żeby cię razem wszyscy... temu końca niema.
Z jednej do... Co za ciężar! a któż go utrzyma!

Mało dziesięć centnarów... ledwie ruszyć mogę.

(kładzie pod drzewem)

Panno! trzeźwij się sama, ja ci nie pomogę.

(staje na przodzie sceny, tyłem do Michała)

O, nocy pełna zgrozy, czyż już nie masz końca?
Z przygód lecąc w przygody nie doczekam słońca!

Michał.
(z tyłu zachodząc, chwyta Burmistrza za głowę; potém ściąga na oczy szlafmycę i mówi swoim głosem).

Stój! drżyj! milcz! jedno słowo, a będziesz bez ducha!
Dziesięć kul wnet ugrzęźnie w głębi twego brzucha!

(udając głos kobiécy)

Ach, niestety! ach przebóg! biednaż ja dziewica!

(swoim głosem)

Bierzcie! niech was jej piękność dłużej nie zachwyca.

(innym głosem, uderzając Burmistrza po ramieniu)

Tego zabić? (swoim głosem, przechodząc na drugą stronę)
Nie, jeszcze! Zostań przyjacielu,
Miej strzelbę w pogotowiu, trzymaj go na celu;
Jeśli ruszy choć palcem, niech zaraz umiera!

(odchodzi)




SCENA III.
Burmistrz, Karol.
Burmistrz (w miejscu gdzie stał stół, pada na kolana).

Pardon! (Karol nadchodzi z wodą)
Pardon!

Karol.

Cóż to jest?

Burmistrz.

Pardon!

Karol.

Gdzież Palmira?
Palmira gdzie, czy słyszysz? a cóżto do kata!

Paraliż, oniemienie, czy rozumu strata?

(podnosi mu szlafmycę)

No!... cóż?... he?... a gadajże! (lejąc wodę w oczy)

Burmistrz (wstając).

Czy nie jestem ranny?

Karol.

Gdzie?

Burmistrz.

Tu.

Karol.

Nie.

Burmistrz (oglądając się.)

Chwała Bogu... niema ciężkiej panny?

Karol.

Ja cię się pytam...

Burmistrz.

A ten, co na celu trzyma?

Karol.

Wytłómacz się, prócz nas dwóch, nikogo tu niema.

Burmistrz.

Musiał uciec: ach Panie, co się tutaj działo!
Ledwie odszedłeś, dziesięć, gdzie tam, dziesięć mało,
Dwadzieścia wpadło na mnie zbrojnego żołnierza.
Raz, dwa, trzy, każdy strzelbę do brzucha mi zmierza,
Rzecz nie mała... struchlałem, aż tu dwóch przyskoczy
I zatykają naraz i gębę i oczy.
Stój, drżyj, milcz! wszyscy wrzaśli, bo jak palcem kiwniesz,
Sto kul zaraz cię trafi, tak, że ani ziewniesz!
Pannę także chwytali tęgo i zażarcie.

Karol.

Przebóg!

Burmistrz.

Jeden zaś przy mnie został się na warcie,
Nawet pono wystrzelił.

Karol.

W którąż uszli stronę?

Burmistrz.

A, Bóg to raczy wiedzieć.

Karol.

Wszystko więc stracone!
Nie wiem, kto jej tyranem, gdzie miejsce niewoli!

Burmistrz.

Szkoda.

Karol.

Nie będę w stanie wyrwać ją z niedoli,
Ujdzie karzącej ręki złoczyńca zuchwały.
Ach, i dziwić się dziełom nie będzie świat cały!

Burmistrz.

Aj, aj,

Karol.

Cóż tam?

Burmistrz.

Ktoś idzie!

Karol.

Prawda jakieś głosy.
Może ją powracają przyjazne nam losy.
Usuńmy się na stronę... i zważajmy pilnie.

(odchodzą w głąb sceny).




SCENA VI.
Ciż (w głębi) i Wieśniaczki.
Pierwsza Wieśniaczka.

Ostrożnieże w tym lesie, trzymajże ją silnie.

Karol (do Burmistrza).

Trzymaj? słyszysz, to ona!

Druga Wieśniaczka.

Trzymam z całej mocy.

Trzecia Wieśniaczka.

Jak raz jeszcze ucieknie, wśród lasu i nocy,
Już ją więcej nie złapiesz.

Pierwsza Wieśniaczka.

Związać ją potrzeba.

Druga Wieśniaczka.

Zaczekajcieże trochę!

Karol (w głębi).

Wiążą ją, o nieba!

Pierwsza Wieśniaczka.

I, lepiej czekać, może nadejdą chłopaki,
Nie zastąpi nam drogi przecie ladajaki.
Jonek za Kasią śpieszy, nadbiegnie za chwilę.

Trzecia Wieśniaczka.

I weselej iść razem i strachu nie tyle.

Druga Wieśniaczka.

Prawdziwe też z was baby, boicie się lasu.
Nikt tu w nim nie zaginął od dawnego czasu,
Tać i chata leśnego ledwie o stajanie...
Ale nie lękajcie się, nic nam się nie stanie:
Chodźmy, nie traćmy czasu... nie siedźmy do rana.

(zbierają się)
Karol (do Burmistrza)

Słyszysz?

Burmistrz.

Słyszę, głos kobiét.

Karol.

Wszystko rzecz udana:
Baba, chłop... Jonek, sukurs... a ta chata blizko
Nie co, tylko okropne tyrana zamczysko.

(zastępując drogę odchodzącym)

Stójcie!

Burmistrz (chowając się za niego).

Złóżcie broń!

Karol.

Stójcie, obrzydłe poczwary!

Burmistrz (chowając się za niego).

Złóżcie broń!

Karol.

Gdzież jest? gdzież jest? nie ujdziecie kary!
Mówcie, gdzie jest nieszczęsna?

Druga Wieśniaczka.

Czego się tak pchacie,
Wszak ich dwóch a wy młode, i kułaki macie!

Karol.

Puśćcie ją zaraz!

Druga Wieśniaczka.

O, wej!

Karol.

Lecz gdzież jest ukryta?
Puśćcie!

Druga Wieśniaczka.

Nie puszczę!

Karol.

Musisz!

Druga Wieśniaczka.

Nie puszczę, i kwita!

Karol.

Rozwiążcie ją natychmiast.

Pierwsza Wieśniaczka.

Tak, żeby uciekła.

Karol.

Jakiém prawem wiążecie, zwolennicy piekła!
Jakiém prawem bezczelna wstrzymuje ją siła?

Druga Wieśniaczka.

Prawem, bo moja.

Karol.

Twoja!

Druga Wieśniaczka.

Moja, bom kupiła.

Karol.

Może i przedasz?

Druga Wieśniaczka.

Jużci, jak mi kto zapłaci.

Karol.

Gdzieżto jestem? o nieba! jestżem wśród współbraci?
Cóżem słyszał! Niepomni i Boga i cnoty.
Możecież się dopuszczać podobnej sromoty!
Ludźmi frymarczyć!

Wieśniaczki.

Ludźmi?

Karol.

Na to nie zezwolę!
Nie przedacie Palmiry... skończę jej niewolę!

Wieśniaczki (razem).

 Papiery!

Pierwsza Wieśniaczka.

Ta to waryat!

Druga Wieśniaczka.

My tego nie znamy.

Karol.

Próżne wasze wykręty, wiary im niedamy.
Słyszałem, coście z sobą tu idąc mówili:
„Trzymaj ją dobrze!“ wszak tak?

Pierwsza Wieśniaczka.

A tak!

Karol.

A po chwili:
„Trzeba ją związać.“

Pierwsza Wieśniaczka.

Prawda.

Karol.

Gdzież się więc ukrywa?
Gdzież jest? mówcie poczwary; gdzież jest nieszczęśliwa?

Druga Wieśniaczka.

W kobiałce.

Karol.

W kobiałce? kto?

Druga Wieśniaczka.

Gęś.

Karol i Burmistrz.

Gęś?

Wieśniaczki (razem).

Gęś.

Karol.
(po długiém milczeniu)

Co słyszę!

Burmistrz.

O tej gęsi rozdziału pewnie nie napisze.

Pierwsza Wieśniaczka.

Wyszłyśmy w nocy, żeby w mieście stanąć zrana,
Aż tu nam taki kłopot dała gęś związana.
Ale pono Waszmoście chcieli sięgnąć po nią?
Szkoda że i kobiéty czasami się bronią.

Karol (na stronie).

Co za wstyd...

Burmistrz.

Dzięki Bogu, że dał koniec taki.

Wieśniaczki (razem).

Patrzcieno jak się wstydzą, jak stoją junaki!

ŚPIEW.
Wieśniaczki.

To junaki, to mi śmiałki,
To mi zuchy do kobiałki!
Karol.
O przeklęcie!
Burmistrz.
O wybornie!

 Razem.
Wieśniaczki.

Co za śmiałość w nich powstała!
Karol.
Co za hańba!
Burmistrz.
Co za hańba!

 Razem.
Wieśniaczki.

Na kobiéty dwóch uderza,
Ha, ha, ha, ha, co za chwała!
Karol.
Dobrej chęci uszła chwała!
Burmistrz.
Z tyle strachu, co za chwała!

 Razem.
Wieśniaczki.

Dla rycerzów ha, ha, ha, ha!
Karol.
A wstyd został dla rycerza!
Burmistrz.
A wstyd, hańba, dla rycerza!

 Razem.
Wieśniaczki.

To junaki, to mi śmiałki,
To mi zuchy do kobiałki!
Karol.
O, przeklęcie!
Burmistrz.
O, wybornie!

 Razem.
Wieśniaczki.

Teraz oba w naszej mocy;
Karol.
Co za hańba!
Burmistrz.
Co za hańba!

 Razem.
Wieśniaczki.

Lecz przebaczyć im wypada.
Ha, ha, ha, ha, dobrej nocy!
Karol.
O, przeklęta ciemność nocy!
Burmistrz.
O, przeklęta ciemność nocy!

 Razem.
Wieśniaczki.

Życzym wszystkie, ha, ha, ha, ha!
Karol.
Jak zdradliwie nami włada!
Burmistrz.
Jak zdradliwie nami włada!

 Razem.
(Wieśniaczki odchodzą śmiejąc się)
Burmistrz.

Wszak mówiłem...

Karol.

Mówiłeś, milczże teraz, proszę.

Burmistrz.

Wszakże wszystko cierpliwie i bez płaczu znoszę:
Ale zgadłem.

Karol.

Cóż zgadłeś, rzekłeś, zrozumiałeś,
Pojąłeś? przeniknąłeś i przepowiedziałeś?
Co? co? mów!... no, co? gadaj... ale bądź mi cicho,
Bo ciebie i te baby nadesłało licho!
Idziesz czy nie?... nie? bądź zdrów. (odchodzi)

Burmistrz (idąc za Karolem).

Ale idę, idę.
Ach, kiedyż Bóg łaskawy skończy moję biédę.





SCENA V.
(Scena się odmienia. Brzeg lasu; dnieje).
Michał, (później) Boruta.
Michał (jeszcze po kobiécemu, wbiega)

Ha, już tchu we mnie niema, nie wiem czyli żyję;
Drżą nogi... w gardle sucho... serce mocno bije.

(siada).
Boruta.

Któżto pobiegł tak nagle? coś się złego święci.

Michał (do siebie).

Jest! ktoś idzie... czy diabeł wszystkich do mnie nęci?

Boruta (spostrzega Michała).

Jakaś kobiéta.

(Michał chrapie).

Hm, hm! tak prędko uśpiona!...
Ta suknia... ten... ten kornet? ta to... moja żona!

Michał (na stronie).

Jest... kochankam się pozbył a dostałem męża.

Boruta (do Michała)

Znowu cię ta przeklęta zazdrość uciemięża;
Małgosiu! Ej, Małgosiu! po nocy, po lesie!
Powiedz, jakiż cię zły duch, jaka wściekłość niesie?
Nie śpij, Małgosiu! póki proszę!

Michał (na stronie).

Ej do kata!
Może ten mąż czasami żonie skórę łata!

Boruta.

Zostawiłaś gości, dom, któż cię tam wyręczy?
Ta zazdrość w końcu i mnie i ciebie zamęczy.
Dosyć tego, Małgosiu, wstawaj... dalej w drogę!
Czy słyszysz?... A, do kroćset, już ścierpieć nie mogę.

(Michał ucieka przed Borutą)




SCENA VI.
Karol, Burmistrz, Michał, Boruta.
Karol (chwytając Borutę za kark).

Mam cię łotrze! Mej zemście nieba cię wydały.

Boruta.

Cóż to jest? jakto? co to?

Karol.

Złoczyńco zuchwały!
Tyś więc to jest ów tyran tej lubej dziewicy?

Twoi to, równi tobie, podli niewolnicy
Ukradli ją przed chwilą z pod mojej obrony
I na powrót oddali w twe zbrodnicze szpony.
Ty jesteś ów opiekun bez wiary, honoru,
Który ufność nagradzasz kratami klasztoru!
Lub może... krew się burzy!.. Może, duszo dzika,
Ku nadobnej Palmirze miłość cię przenika?
Chcesz zgwałcić wstręt ku tobie i ufając w złote,
Chcesz w twej i jej osobie zbrodnię złączyć z cnotą.
O, przysięgam na niebo, na ziemię, świat cały!
Nigdy twoją nie będzie, próżne twe zapały.

(do Michała).

Przysięgam, będziesz wolną i będziesz zemszczoną.

Boruta.

Nie rozumiem... lecz to wiem, że jest moją żoną
I nikt jej kochać, bronić i mścić nie ma prawa.

Karol.

Palmira jego żoną!

Burmistrz.

Znowu próżna wrzawa.

Karol (do Michała).

Jestże tak w rzeczy, powiedz?

Michał.

O, nie, nie! broń Boże!

Boruta (niespokojny).

Małgosiu, co to znaczy?

Karol.

Milcz!

Boruta.

Ale...

Karol.

Milcz!

Boruta.

Może...

Karol.

Ani słowa!

Boruta.

Lękasz się...

Karol.

Precz! Michał chce odejść

Boruta.

Wszystko przebaczę...

(płacząc ze złości)

Małgosiu co to znaczy?...

Karol.

Ja ci wytłumaczę.

Boruta.

Aj, żono droga, luba!...

Karol.

Staję w jej obronie.

Boruta.

Ja bo nie chcę...

Karol.

Przed światem twój zamiar odsłonię.

Boruta.

Chodź żonciu...

Karol.

Ani kroku! przed światem ogłoszę,
Że za cnotę w ucisku broń zemsty podnoszę.

(z Michałem chce odchodzić)
Boruta.

Gwałtu! żonę mi biorą!

Karol.

O kroków ztąd parę,
Do południa cię czekam...

Boruta (do Michała).

Wspomnijże na wiarę...

Karol.

Przynieś z sobą broń równą; tam się z tobą zmierzę...
Teraz idź, albo zginiesz! (odchodzą z Michałem)

Boruta (sam).

I żonę mi bierze!...

(biega po scenie)

A to miło! to pięknie! ja jej nie porzucę.
Nie... nie... pójdę po ludzi; ale nim się wrócę?
Naco czekać południa?... nie trzeba godziny...
Żebym był... Boże! Boże! wszystko z mojej winy!







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.