Nowy Don Kiszot/Akt III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Nowy Don Kiszot
Podtytuł czyli sto szaleństw
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom II
Data wydania 1880
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



AKT III.
(Pokój w domu Kasztelana; nakryto do śniadania.)




SCENA I.
Zofia (sama).
(śpiewa)

Com widziała wśród marzenia,
Czém mnie lube sny pieściły,
Dziś w istotę się przemienia,
Wraca ten, co sercu miły!
O roskoszy niezrównana,
Kocham wzajemnie kochana!
Łzy tęsknoty, łzy miłości!
Już nadzieja was osuszy;
Prócz dla szczęścia, dla radości,
Niema miejsca w mojej duszy!
O roskoszy niezrównana,
Kocham nawzajem kochana!
Lećcie chwile oddalenia,
Ale potém stańcie w pędzie,
Kiedy serca uderzenia
Lube serce liczyć będzie!
O roskoszy niezrównana,
Kocham nawzajem kochana!





SCENA II.
Zofia, Kasztelan.
Kasztelan.

Dobrze, kochana Zosiu, lubię żeś wesoła.

Zofia.

Jakże nie być, gdy szczęście postrzegam dokoła.

(całując w rękę)

Stryj mnie kocha jak ojciec i...

Kasztelan.

I Karol wraca...
Wszak to I, to ma znaczyć? Przeszłe troski, praca,
Wszystko wraz nagrodzone was obojga szczęściem,
Wszystkie nadzieje waszém spełnią się zamęściem.
Dotrzymam, co przyrzekłem bratu już przy zgonie,
Gdy cię jeszcze dziecięciem złożył na mém łonie:
Będziesz i moją córką i zawsze mi drogą.

Zofia.

Kochać cię będą dzieci, odwdzięczyć nie mogą.

Kasztelan.

I tego tylko żądam. (Lokaj wchodzi i oddaje listy)
A! listy z Warszawy.

Zofia.

Listy!

Kasztelan.

Potém czytanie, a teraz do kawy. (siada)

Zofia.

O, jeszcze nie gotowa, niech stryjaszek czyta,
Jeśli... (wstrzymuje się, i ciszej)
chce czytać.

Kasztelan.

Pewnie mój Lubosz mnie wita
Przybyłego w te strony: dobry teżto stary,
Poczciwy!

Zofia.

Ma stryjaszek swoje okulary?

Kasztelan (szuka przy sobie).

Nie...

(Zofia wybiega)

Nie mam, tam są pono... tam koło komina.

Zofia (przynosi okulary).

To są!

Kasztelan.

A co?

Zofia.

Co?

Kasztelan.

Kawa! Nudzić mnie zaczyna...

Zofia.

Już, już daję. Pan Lubosz, to człowiek jedyny,
Zawsze wie i donosi najświeższe nowiny.

Kasztelan.

Nowiny? dobrze mówisz, zobaczę w gazecie...
Ależ, kochana Zosiu, lejesz po serwecie.

Zofia.

Ach!

Kasztelan.

Lubię ja nowiny byle nie o wojnie:
Chciałbym aby świat cały żył sobie spokojnie;
Ale kiedy o bitwach gazety donoszą,
To mordy, to pożogi, to zburzenia głoszą,
Ach, wtedy z cudzych nieszczęść przykra mi zabawa.

Zofia.

Może co w liście będzie...

Kasztelan.

Widzę, ześ ciekawa!

Zofia.

Kochany stryju!

Kasztelan (bijąc się po głowie.)

Aj, aj! co myślisz łbie stary!
Jamto, Zosiu, przewinił, jamto godzien kary:
W liście jest o Karolu a listu nie czytam
I jeszcze o przyczynę ciekawości pytam.

(czyta list cicho)

Tak?... dobrze... wyśmienicie... pięknie... doskonale!
Nie, tegom się po synie nie spodziewał wcale!

Zofia.

O Boże! cóż takiego?

Kasztelan.

A, już przebrał miarę...
Słuchaj, proszę cię, słuchaj; czy dasz temu wiarę?

(czyta list)
„Niedobre nowiny donieść ci muszę, kochany przyjacielu! Ukończywszy zupełnie interesa względem kupna dóbr, w których się teraz znajdujesz, na rzecz Karola i Zofii,“
Zofia.

Ta nowa łaska...

Kasztelan (czyta dalej).

Słuchaj!

„czekałem momentu podług twojego rozkazu, aby o tém uwiadomić i wysłać go do ciebie; ale tymczasem smutne doszły mnie wieści, że Karol drugim stał się Don Kiszotem. Byłem u niego, odpowiedział, że „chce odnowić dawne czasy rycerstwa, kiedy słabość i cnota uciemiężona znajdowały obronę w dzielnej młodzieży, i że chce być wzorem dla świata“...

Trzeba być warjatem,
Aby chcieć świat przerobić, walczyć z całym światem.

(czyta)
„Po moich odwiedzinach pierwszego dnia, wpadł do
klasztoru zakonnic, nie pomnę których, w czasie, gdy jedna młoda osoba votum czyniła, i mniemając pewnie, że jest przymuszoną, chciał gwałtem ją wyrwać, jak mówił, barbarzyństwu“...

Proszę. (czyta)

„Drugiego dnia chciał przez okno wyrzucić źle mówiącego o całej płci pięknej“...

Co mu do tego! (czyta dalej)

„A dowiedziawszy się, że jakiś Jegomość w najgorszym sposobie obchodzi się ze swoją żoną, wyzwał i obciął go dnia trzeciego, a czwartego wyjechał ztąd nie wiem dokąd, zapewne dla wypełnienia swoich szalonych zamiarów. — P. S. Trzeba mu jednak oddać sprawiedliwość, że zawsze myśli uczciwie i Zofią szczérze kocha. Bądź zdrów. — Twój przyjaciel — Lubosz.“
Zofia.

On mnie zawsze kocha!
Nie gniewaj się, stryjaszku, myśl jego za płocha,
Ale serce szlachetne, wierne, dusza stała.

Kasztelan.

Widzę, żeś na przypisek tylko uważała.
Że młodzież zwykle płocha, ma swoje przywary,
Nie jestem zbyt surowy i patrzę przez szpary;
Ale co taka czynność, to szaleństwo znaczy,
I chociaż ja przebaczę, świat jej nie przebaczy.
Nie, nie jestem surowy, znam wszystkiego miarę,
Nawet nie w moim guście te młodziki stare,
Te poważne młokosy, zawczesne sensaty:
Młodość ma swoje prawa, jak wiosna ma kwiaty.
Nie lubię, gdy młodzieniec trwożny i nieśmiały
Z dziewiczej układności poszukuje chwały,

Zawsze w sobie zamknięty, milczący, ponury,
Nie otwiera swej duszy ponętom natury;
Nawet często się zdarza, często się odkrywa,
Że z wielkiego sensata wielki głupiec bywa.

Zofia.

Gdzie my go teraz znajdziem? wyjechał z Warszawy.

Kasztelan.

Po co, na co, dlaczego włazić w cudze sprawy?
Chcieć przez okno wyrzucić...i ta zakonnica... (śmieje się)
Ale... ale zuch chłopak, obciesał szlachcica!





SCENA III.
Ciż i Jakub.
Jakub.
(kiwa palcem na Kasztelana).

Proszę Pana na sekret...

Kasztelan.

Mój stary Jakubie,
Całe życie sekreta: sekretów nie lubię,
I proszę cię w sekrecie, niech sekret ustanie.

Jakub.

Jak Boga kocham, sekret, wielki sekret, Panie!
Gdzieś tam w lesie jakichsić chłopi połapali.

Kasztelan.

Do wójta!...

Jakub.

Ale proszę, niech Pan słucha dalej;
Boto leśniczy, Panie, co karczmarzem razem,
Jeno dzień do wsi przypadł i śpiesznym rozkazem

(śmieje się)

Wszystkich w las pędzi, ale... gdy biega i śpieszy,
Pada, nogę wykręca...

Kasztelan.

I to cię tak śmieszy?

Jakub.

Otóż w tém sekret, Panie, kto są ci panowie,
Bo, że na panów patrzą, widać po ich mowie;
Wprawdzie ich nie widziałem, lecz kuchmistrz powiada.
A!... i ta pani z nimi, to pani nie lada;
To jakaś tęga pani, tak krzyczy, rozprawia,
Że dworzan i gromadę w zadumienie wprawia.
Otóż więc dla odkrycia całej tajemnicy,
Obu Ichmościów razem zamknięto w piwnicy.
A tę panią... ekonom ze mną się naradził,
I ponieważ to dama, do spichlerza wsadził.

Kasztelan.

O, gapie! takto czcicie gościnności prawo?
Idź, proś, aby tu przyszła! biegajże a żwawo!

(Jakub odchodzi).




SCENA IV.
Kasztelan, Zofia.
Kasztelan.

Może ją jaki tutaj przypadek sprowadził,
A ten głupiec bez względu do spichlerza wsadził.
Wcale mi nie na rękę te nowe zdarzenia,
Jak gdybym nie miał dosyć swojego strapienia.





SCENA V.
Ciż, Jakub, Michał (po kobiecemu).
Jakub.

Właśnie tu idzie. (bierze Kasztelana na stronę)
Sekret.

Kasztelan.

Wraz z tobą mnie nudzi.

(przypatrując się Michałowi; na stronie)

A to co! (do Michała)
Proszę bliżej... za śmiałość mych ludzi...
I niegrzeczność... przeprosić Panią mi wypada.

Zofia.

Cóż za dziwna figura!

Kasztelan (przypatrując się).

Niechże Pani siada...

Michał.

Ach, co widzę! (klęka)
Ach, przebacz, przebacz Kasztelanie!

Kasztelan.

Cóż to jest?... Michał!... Michał!

Michał.

Ja to jestem, Panie!

Kasztelan.

A mój syn?

Zofia.

Gdzież jest Karol?

Jakub.

Michał, czy szalony!

Michał.

Razem go ze mną chłopi przywiedli w te strony.

Zofia.

Tu jest, tu Karol, śpieszę...

Kasztelan.

Zatrzymaj się, proszę.
Cośto w tém niedobrego być musi, jak wnoszę.
Za cóż, po co was wzięto? jak łotrów, jak zbiegów.

Michał.

Czy mam mówić z początku?

Kasztelan.

Tylko bez wybiegów.

Michał.
(odchrząknąwszy, po krótkiém milczeniu).

Jeszcze Pan był dziecięciem...

Kasztelan.

Tegom nie ciekawy.
Chcę od wyjazdu z miasta wiedzieć wasze sprawy.

Michał.

Ledwieśmy za warszawskie wystąpili mury,
Jechał mój Pan na bryczce smutny i ponury,
Ja na koźle milczałem, on nie mówił słowa,
Aż się nareszcie nasza skończyła rozmowa.
Spałem... woźnica chrapał a wychudłe szkapy,
Niepomne na głos pana, na jego harapy,
Co krok się potykając, szły z głową spuszczoną
I zdały się przejmować myśl naszę strapioną:
Wtém z rowu jakiś hałas przeraża nam uszy,
Strach nam i dzwoni w zęby i wlata do duszy,
Aż tu jakiś dziwotwór w powietrze się wzbija,
Skrzydła czarne, dziób groźny, w troje zgięta szyja,
Nie czapla, i nie jastrząb, i nie kaczor dziki,
Okropna jego postać, okropniejsze krzyki;
Wtedy Pan chwyta strzelbę, mierzy, spuszcza, strzela
I obrzydłą poczwarą drogę nam zaściela,
A przelękłe rumaki, co jak martwe były,
Nagle z miejsca ruszając... kłusem się puściły.
Ale wśród tej przygody oś, niestety, pryska
I wszystkich nas trzech razem o sto kroków ciska.
Wszyscyśmy razem wstali, konie się wstrzymały,
I tak się przecie skończył ten przypadek cały.

Kasztelan.

Gadał, gadał i gadał, i cóżeś wygadał?
Któż cię o takie głupstwo i szaleństwo badał?

Michał.

Zaraz będzie ciekawsze; dopiéro zacząłem.
Teraz o bitwie.

Kasztelan i Zofia.

Bitwie!

Michał.

Tak, pod Ryczywołem.
Gdyśmy już przejechali ryczywolskie śmiecia,
Przy drodze nad żeńcami stał jakiś z waszecia:
Kurta, wąs tęgi, w ręku boćkowskie narzędzie,
Którém nadto gorliwie błogosławił wszędzie.
„Wszyscyśmy ludzie równi przed światem i Bogiem,
„Nie dajcie się ciemiężyć, naganiać batogiem,
„Skropcie dwakroć tyrana, kiedy on was kropi!“
Mówił mój pan w zapale. Rzucili się chłopi,
A że grzbiet ekonoma, rzecz dla nich łakoma,
Łupu cupu, ten i ów... zbili ekonoma.
Ale...

Kasztelan.

Głupiś i głupiś; nie ciekawym boju.
Mów, co Karol tu robi i ty w takim stroju?

Michał.

Widząc się zawsze z Panem w życiu jak na brzegu,
Zbłądziwszy w nocy z drogi, uciekłem z noclegu;
A że zawsze o paszport pytają w stolicy,
By się łatwiej przemycić, wlazłem do spodnicy.
Ale, gdy w mej ucieczce tłukę się po lesie,
Za mną jakieś złe licho Pana mego niesie
I ledwiem mu się wymknął, znowu mnie dogonił
Lecz tą razą szczęśliwie, bo grzbiet mój ochronił
Od kogoś, co mym mężem chciał zostać koniecznie;
A żem nie chciał być żoną, stawił mu się sprzecznie,

Wyszli chłopi, jak mniemam za jego rozkazem
I tu mnie zaprosili z moim panem razem.

Kasztelan.

Poznał że cię Karol?

Michał.

Nie?

Kasztelan.

Czy wie, że jest u mnie?

Michał.

Nie.

Kasztelan.

Z tym Paniczem trzeba postąpić rozumnie.

(po krótkiém myśleniu)

Dobra myśl... Chodźcie, wszystkim porozdaję role.

Zofia.

Ja wolę pójść do niego.

Kasztelan.

Ja poprawić wolę.

(odchodzą).
(Scena się odmienia; piwnica).




SCENA VI.
Karol, Burmistrz.
Burmistrz.

To zgroza! co krok koza.

Karol.

Smutne przeznaczenie:
Za najlepsze zamysły, hańba i więzienie.
Niczém więc będą moje najświętsze zamiary.

Burmistrz.

Lecz któż Panu dał władzę i sądu i kary?

Karol.

Tak wrodzony wstręt zbrodni, jak i miłość cnoty.

Burmistrz.

Powinnyby przekonać dzisiejsze kłopoty,
Jak próżny taki zamiar... Cóż zrobionem było,
Coby więcej na chlubę, niż śmiech zasłużyło?
Ja pierwszy, człowiek słuszny, szanowny z urzędu,
Stałem się dziś ofiarą szaleństwa i błędu.





SCENA VII.
Ciż i Sługa.
Sługa.

Który z Panów Burmistrzem?

Burmistrz.

Ja, ja, ja! cóż powiesz?

Sługa.

Proszę z sobą.

Burmistrz.

A po co?

Sługa.

Zaraz się Pan dowiesz.

Burmistrz.

Wolałbym jednak razem...

Karol.

Nie bój się, idź śmiało:
Zaświadczę, żeś jest niczem albo bardzo mało.





SCENA VIII.
Karol (sam).
(później) Zofia (za sceną).

Jednak dobrze powiedział... Tej nocy wyprawy
Przyniosły wstydu wiele a najmniejszej sławy;
Jak włóczęga, napastnik prawie oskarżony,
Będę musiał się zniżyć do słównej obrony.

Wzbiłem się wprawdzie śmiało nad zwykle koleje,
Lecz sam się teraz pytam, działam czy szaleję?

Zofia (śpiewa za sceną).
DUMA.

Jak błyśnięcie w nocy ginie,
Jak głos fletu wiatr przewieje,
Jak schnie rosa na drzewinie,
Tak zaginą me nadzieje!
Czemuż do mnie nie powraca?
Któż go kochać będzie tyle!
Ach, zapomniał dawne chwile,
Niewdzięcznością mi odpłaca.

Karol.

Nieba! co słyszę! ten głos, te słowa, o nieba!

Zofia (śpiewa).

Jak nie wróci dzień, gdy minie,
Zgasła iskra nie zatleje,
Jak łza czysta, co wypłynie,
Tak nie wrócą me nadzieje!
Ach już do mnie nie powróci
Ten, którego kocham tyle!
Już zapomniał dawne chwile,
Ach, on życie moje skróci.

Karol.

Tak, to jej głos... jej słowa, czyż mi więcej trzeba.

(śpiewa)

Jak świat codzień zorza budzi,
Jak się wiosna co rok śmieje,
Jak jest miłość szczęściem ludzi,
Tak niemylne twe nadzieje.

Twój kochanek w każdej dobie,
Jak kochanym, kocha tyle,
Nie zapomniał dawne chwile,
Wróci, wróci żyć przy tobie.





SCENA IX.
Karol, Sługa.
Karol.

Gdzież, gdzież jest? wszakto ona... mów... powiedz choć słowo!

Sługa.

Kto?

Karol.

Zofia, Zofia, niepojętna głowo!

Sługa.

Nie wiem.

Karol.

Któż śpiewał?

Sługa.

Nie wiem.

Karol.

Któż panem tej włości?
Gdzież jestem?

Sługa.

Nie wiem.

Karol.

Głupiś.

Sługa.

Nie wiem.

Karol.

Cierpliwości!
O, święta cierpliwości; wspieraj mnie w tej dobie.

(dobywa sakiewkę i daje służącemu)

Na... masz... tylko mnie słuchaj.

(szuka jeszcze koło siebie pieniędzy)

Weź co mam przy sobie,
Pozwól tylko, bym wyszedł, bym mógł ją zobaczyć,

(do siebie)

Może zechce wysłuchać, i raczy przebaczyć:
Wyznam jej moje błędy, do nóg się jej rzucę...

(do sługi)

Przysięgam ci na wszystko, sam się zaraz wrócę.

(do siebie).

Cierpliwie znosić będę nieprawe więzienie,
Bo mnie głos jej umocni, ożywi wejrzenie.

Sługa (oddając list).

List.

Karol.

List? od kogo?

Sługa.

Nie wiem.

Karol.
(czyta)
„Chciałeś mnie ratować w nieszczęściu. Miłość wzajemna jako nagroda, czeka na ciebie. Za twoję miłość, miłość i wolność cię czeka. Oddawca tego biletu, będzie twoim przewodnikiem. — Palmira.“

Co miłość mnie czeka?
Cóżto? kto chce ratować, czy miłość przyrzeka?
Nie, idź, powiedz... Ale nie... Ty mnie masz prowadzić?

Sługa.

Ja.

Karol.

Chodźmy... będąc wolnym, wszak łatwiej poradzić.

Sługa.

Lecz pierwej oczy chustką kazano zasłonić.

Karol.

Na co?

Sługa.

Nie wiem.

Karol (po krótkiém myśleniu).

Zezwala, kto nie może wzbronić.

(sługa zawiązuje mu oczy i wyprowadza)
(scena się odmienia; pokój w domu Kasztelana).




SCENA X.
Kasztelan, Zofia, Burmistrz, Jakub.
Kasztelan (do Burmistrza).

Waćpan, panie Burmistrzu, idź, wracaj do domu
I nie mów o przygodach tej nocy nikomu:
Bo każdy pewnie powie: młody godzien kary,
Lecz można mu przebaczyć; ale kiedy stary...
Rozumiesz?

Burmistrz.

Milczeć będę i twa łaska, panie,
W mojej czułej pamięci na zawsze zostanie. (odchodzi)

Zofia.

Lecz go bardzo, stryjaszku, dręczyć się nie godzi.
Słyszałeś, jak mnie kocha...

Kasztelan.

Cicho, już nadchodzi.





SCENA XI.
Kasztelan, Zofia, Karol, Michał.
(po kobiécemu oknem włażą).
Karol (w oknie).

Ale gdzież nasz przewodnik?

Michał (w oknie).

Wiem już dalej drogę.

(już w pokoju)

Ach! czy tylko mnie kochasz?

Karol.

Teraz przejrzeć mogę.

(zdejmuje chustkę z oczów).

Cóż to jest?

Kasztelan.

Dół na wilka.

Karol.

Zofia! mój ojciec!

Kasztelan.

Potrafiłem nareszcie twoich sprawek dociec.
Do tegożto dążyły wszystkie twoje dzieła?
Tażto jest piękność, która twą duszę zajęła?
Wielkie muszą być wdzięki, wielkie jej powaby,
Kiedy, aby cię wstrzymać, honor był za słaby;
Tak honor.... boś bezwstydnie złamał słowo dane,
Aby wolno zamiary spełniać wyuzdane.
Miłość Zofii miałeś, szczęście cię czekało,
Lecz nie mogłeś ich cenić, boś ich godzien mało;
Zapomniałeś, coś winien i światu i sobie,
Zapomniałeś i ojca, co wszystko miał w tobie.

Karol.

Ach, ojcze, ojcze, słuchaj!

Kasztelan.

Cóż ta skrytość znaczy?

(odsłania Michała)

Niechże i moje oko tę piękność zobaczy.

Karol.

Co! Michał! A hultaju! ty śmiałeś mnie zwodzić?

Michał (klęka).

Nie zwodzić chciałem, tylko siebie oswobodzić:
Wyznam wszystko.

Karol.

Nie mogę gniewać się w tej chwili.
Wstań... przebaczam ci... Oby i mnie przebaczyli!
Lecz w kimże znajdę dla mnie uczucie łaskawsze?

(do Zofii)

Tak, ty... ach, ty Zofio, którąm kochał zawsze,
Ty przebaczysz, Zofio?

Zofia.

I możesz się pytać?
Ty, coś tak niegdyś umiał w moich oczach czytać!
Nigdy ciebie nie winiąc, nad sobąm płakała,
Żem tak mało twe serce pozyskać umiała;
Lecz tu, tu przebaczenia błagajmy oboje.

Karol (na kolanach).

Tak, u nóg twoich, ojcze...

Kasztelan.

Wstańcie, dzieci moje.
Karolu, łatwo ojciec przebłagać się daje:
Uciecha jego dzieci, szczęściem mu się staje;
Lecz pamiętaj, pamiętaj, Don Kiszocie nowy,
Że dawne myśli trzeba wyrugować z głowy.

Karol.

Tylko daleki od was mogłem zbłądzić z drogi.

Michał.

Jeśli na nowe boje przestąpię te progi,
Niech od dziś dnia kobiétą na zawsze zostanę.

Kasztelan (biorąc Zofią za rękę).

Weź z rąk moich jej rękę... serce ci już dane,

Jesteś kochanym... kochaj... i nie pragnij wiele,
A rzeczywiste szczęście otrzymasz w udziele.

FINAŁ.

Nie szukajmy wśród marzenia
Szczęścia, co się stokroć zmienia,
Jak cień własny nas uwodzi,
Gdy go gonim, to uchodzi!
Między swemi,
W swojej ziemi,
Żyjmy zgodnie
I swobodnie!
Tylko miłość, stałość, cnoty,
Mogą wrócić nam wiek złoty!








Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.