Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom II.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
Michał (klęka).

Nie zwodzić chciałem, tylko siebie oswobodzić:
Wyznam wszystko.

Karol.

Nie mogę gniewać się w tej chwili.
Wstań... przebaczam ci... Oby i mnie przebaczyli!
Lecz w kimże znajdę dla mnie uczucie łaskawsze?

(do Zofi)

Tak, ty... ach, ty Zofio, którąm kochał zawsze,
Ty przebaczysz, Zofio?

Zofia.

I możesz się pytać?
Ty, coś tak niegdyś umiał w moich oczach czytać!
Nigdy ciebie nie winiąc, nad sobąm płakała,
Żem tak mało twe serce pozyskać umiała;
Lecz tu, tu przebaczenia błagajmy oboje.

Karol (na kolanach).

Tak, u nóg twoich, ojcze...

Kasztelan.

Wstańcie, dzieci moje.
Karolu, łatwo ojciec przebłagać się daje:
Uciecha jego dzieci, szczęściem mu się staje;
Lecz pamiętaj, pamiętaj, Don Kiszocie nowy,
Że dawne myśli trzeba wyrugować z głowy.

Karol.

Tylko daleki od was mogłem zbłądzić z drogi.

Michał.

Jeśli na nowe boje przestąpię te progi,
Niech od dziś dnia kobiétą na zawsze zostanę.

Kasztelan (biorąc Zofią za rękę).

Weź z rąk moich jej rękę... serce ci już dane,