Nauczycielka (Miciński, 1896)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Miciński
Tytuł Nauczycielka
Data wydania 1896
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Polska
Druk Drukarnia „Czasu“
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
TADEUSZ MICIŃSKI.

NAUCZYCIELKA.

NOWELLA
odznaczona drugą nagrodą
na konkursie literackim „Czasu“.

W KRAKOWIE,
SPÓŁKA WYDAWNICZA POLSKA
1896.
W KRAKOWIE,
W DRUKARNI „CZASU“ FR. KLUCZYCKIEGO I SP.
pod zarządem Józefa Łakocińskiego.



2 września.

Otóż jestem na pensyi.
Zaczynam od zapisania swych wrażeń, aby siłę ich rozproszyć przez refleksyę... Uczuciom swoim chcę dać reprezentacyę, aby nagłym wybuchem rewolucyi nie zaskoczyły mnie znienacka.
Chodźcie, chodźcie moje smutki, tęsknoty, nieokreślone marzenia — do tego niewodu, w którym pośniecie. Taki los ryb i wszystkiego, co żyje. Więc i ta śmieszna potrzeba, która wychodzi z serca blada, tęskna, jak Goplana i chwyta się pierwszego sznura żórawi — zginąć musi...
Nie mogę uwierzyć, żeby na dworze panował jasny dzień wrześniowy! Zegar mojej duszy pospieszył się i wydzwania wichrem listopadowym żałobne pieśni, targa gałęźmi obnażonych drzew, szumi liśćmi — to moje zwiędłe pragnienia.
Ha, ha! nastrój cmentarnej ballady! Gotowabym się śmiać do rozpuku, gdybym miała przed sobą widzów i gdyby ci widze mnie obchodzili... Kurtyna zapadła, aktorka została sama i może cierpieć swobodnie. Chciałabym głowę położyć na kolanach twych, zmarła matko, wypłakać się i zasnąć snem nieprzebudzonym. Bo, widzisz, jestem chora i żyć nie chcę!

„Trochę w tem wina jest mojej młodości,
Trochę tych grobów, co się w kraju mnożą,
Trochę tej wiecznej w życiu samotności...“

Samotność... niegdyś mi z nią było dobrze. Prawda, że wtedy cały świat mieściłam w sobie, a dziś świat cały za mną pozostał.
Ztąd mi jest źle, smutno, tęskno.
Widać, że człowiek nie może bezkarnie z jednej atmosfery duchowej przenosić się do drugiej, musi przebyć chorobę gorączki, majaczenia, bezsenności, utratę sił, apatyę.
Zdaje się, że ktoś już to powiedział, zatem, że ktoś tak czuł... Mniejsza o to. Obojętną jest mi świadomość, że na tym świecie, gdzie niema już nic nowego, nawet cierpiąc, musimy kogoś naśladować.

5 września.

Odebrałam list od Halszki.
Pisze mi, że nad Rivierą spędzają czas wśród zieleni eukalyptusów i pomarańczy, a w noce księżycowe kołyszą się łódką na miękkich, granatowych falach śródmorza. Dlaczego tak szczegółowo opisuje mi swą miłość? Konrad wydaje się jej utajonem, w powłokę ludzką przybranem bóstwem. Śmieszne są te młode żony: przed ślubem jeszcze zachowują pewną zdolność krytyki i myślenia, ale potem — na długie kilka tygodni rozlewają się w jedno jezioro upojenia i dźwięczą monotonną kaskadą miłosnej egzaltacyi.
Podobno miłość jest zręcznym fortelem natury, dążącej do zachowania gatunku. Leon twierdzi, że w stanie zdrowym jest to rost-beaf en garni, zwykłe, czerwone mięso pod przykryciem zielonych sałat i złotych rydzyków.
Niechcę pisać dłużej — jestem zdenerwowana: zacznę się przytłumiać poprawianiem kajetów.


∗             ∗

Głowa mnie znów bolała silniej jeszcze, niż zwykle. Zobaczyła to nasza przełożona i powiada: „Niech pani położy się lub wyjdzie na spacer, my tu panią zastąpimy. Do życia pensyjnego trzeba się dopiero przyzwyczaić.. troszkę u nas jest hałasu i gwaru.“
Troszkę gwaru! O szóstej rano budzi przeraźliwy dzwonek, zaczyna się powtarzanie lekcyj z pensyonarkami, wszystkie siedm fortepianów i cztery pianina zaczynają bębnić... O ósmej względna cisza — panny wychodzą na spacer. Potem lekcye do trzeciej — godzina spaceru, obiad — i znów korepetycye, brzęczenie wszystkich fortepianów do dziewiątej. Ot i teraz — w sąsiednim pokoju uczy się ktoś mazurków Szopena, trochę dalej wygrywają etiudy Lütschga, a zdaleka dochodzą mnie zbite dźwięki kilku utworów, granych jednocześnie.. Prawdziwe piekło.
Gdy wieczorem kładę się do łóżka, doznaję wrażenia, jakby cały pokój ze mną się kołysał, a potem wszystko zaczyna zapadać w jakąś miękką, wełnistą głębinę, w jakąś bezmyślność i bezczuciowość.
Zapewne sen jest przedsionkiem do czegoś lepszego.
„Lepiej siedzieć, niż stać; lepiej spać, niż czuwać, a najlepszą jest śmierć.“


∗             ∗

Odebrałam list od Stefka... Mój drogi bracie — nie zapomnę ci nigdy tego szczęścia, jakieś mi wyrządził swoim dobrym listem!
Donosi mi o swych zajęciach uniwersyteckich, przygotowuje się do colloquiów i w ciągu dalszym pisze rozprawę. Ma nadzieję zdobyć stypendyum, „a wtedy, moja droga, lata uniwersyteckie przeminą szybko i zostawią głęboką, dobrze zaoraną bruzdę w umyśle moim... Życie na niej sadzić będzie różne trawy i zboża, a jeśli się uda plon dobry — do ciebie, najdroższa, będzie on należał.“
Wybacz mi, braciszku, ten mój egoizm bezgraniczny i słabość — nie duszy, ale nerwów! Skarżyłam się na samotność, gdy mam ciebie... o gdybyś wiedział, jaka jestem już spokojna i odważna.
Do pracy!


∗             ∗

(W nocy). — Pensya pogrążona we śnie.
W tym samym pokoju, oddzielone parawanami, stoją łóżka czterech małych pensyonarek. Lubię dzieci... Stefek utrzymuje, że według Galla, mam silnie rozwinięty gruczoł instynktu macierzyńskiego.
Poco szukać gruczołów, gdy każda kobieta ma ogólną potrzebę kochania — ale niekoniecznie własnych dzieci, własnej rodziny.

D. 22 września (w nocy).

Godzina druga. Zaczytałam się, nie spostrzegając, że tak późno.
Miasto śpi, cisza. Otworzyłam okno i patrzyłam długo na spadające gwiazdy.
Myślałam, ile wieków krążą w ciemności, aby na krótką chwilę w atmosferze ziemskiej zabłysnąć, zgasnąć — i znów szybować w bezgraniczach. Czyżby i nasza ziemska świadomość była tylko błyskiem chwilowym wśród olbrzymiej drogi istnienia ciemnego, to jest nie ujmowanego przez nasze zmysły?
Pytanie, jak beczka Danaid, nie dające się zapełnić rozumowaniem.
A więc oczy ściągam z nieba i patrzę na dół: ulice szare, proste, dogmatyczne; na nich rzędami latarnie świecą, jak złote guziki w galowym mundurze.
Przeszła jakaś wystrojona dama — zdziwiłam się, co robi o tej porze sama — na ulicy, gdy nagle podszedł do niej jakiś mężczyzna, rozmawiali przez chwilę, a potem znikli w bocznej uliczce.
Czy wszyscy mężczyźni są tacy? nie sądzę — zwierzę jest silne, ale człowiek silniejszy.


∗             ∗

Nie mogę spać — wybiłam się ze snu. Wstawałam, aby spojrzeć, jak śpią małe. Kostecka ma gorączkę, majaczy, mówi o lalce, to znów o tatusiu, którego mama przeklina.
Biedne dziecko! domyślam się smutnego dramatu w jej rodzinie. Kiedyś jej koleżanki zaczęły opowiadać o swych rodzicach i tęsknocie za domem.
Ona milczała. Wtem któraś zwróciła się do niej:
— Kostecka! ty jedna z nas wszystkich jesteś szczęśliwa, bo rodziców nie kochasz i nie tęsknisz za nimi.
— Kłamiesz! — odparła gwałtownie — matkę kocham więcej, niż wy wszystkie razem swoich rodziców.
Ach Boże, jak ona przez sen zawołała: nie bij mamy! Obudziła się...
Nareszcie ją uspokoiłam. Długo przy niej leżałam, opowiadając fantastyczne baśni o śpiącej królewnie, elfach, kryształowych podwodnych pałacach. Zasnęła z uśmiechem i śni teraz zapewne o rozkosznych dziwach, jakimi się roi podziemne państwo karlików.
Fantazyo, błogosławiona wróżko ludzkości, która tworzysz cieniste ogrody i srebrne fontanny tam, gdzie bez ciebie byłaby posępna, spalona słońcem płaszczyzna!.. Potępiają cię, że dajesz tylko miraże, jakgdyby życie również nie było mirażem, załamanym w pryzmacie naszej duszy! Tylko, że ten pryzmat jest czasem brudny, zamglony i daje zamiast widm tęczowych szare płachty, a wtedy mówią: „realizm!“ Łudziciele, okłamujący siebie! czyliż w istocie zjawisk nie spoczywa duch, a duch czyliż nie jest harmonią? a harmonia czy nie tworzy piękna?
A więc piękno — to właśnie najistotniejszy realizm!

4 października.

Wątpię, czy zdołam długo wytrzymać na pensyi. Nie odstręcza mnie nawał zajęć, ale ten zgiełk ustawiczny, rwetes czyni mnie niezdolną do myślenia, do jakiejkolwiek poważniejszej pracy umysłowej. Mania już do tego przywykła — jest drugi rok na pensyi i powiada, że się czuje dobrze zakonserwowaną, jak jaszczurka w spirytusie: chodzi o to, aby nie zgnić zbyt szybko... Odrazu zaprzyjaźniłyśmy się z sobą — jest to dziwnie sympatyczna, dzielna i prawa natura. Wciągnęła mnie do koalicyi, do której należy jeszcze Stefka. Ta ostatnia ma lat 23, a wygląda na trzydzieści: od lat ośmiu jest nauczycielką. Ogromna pessymistka. Wierzy w przeznaczenie, a jako cel życia uważa powrót do bezmiernej ciszy i niebytu.
Może to poza. Nie wierzę, aby młoda dziewczyna mogła być zdecydowaną buddystką.
Chociaż! być młodym — znaczy pragnąć, być dziewczyną, — znaczy być uzdolnioną do miłości, a nauczycielka odpowiada definicyi pszczoły roboczej: jest to wyspecyalizowanie w kierunku pracy, istota bezpłciowa.
Jakiś Francuz rokuje nam świetną przyszłość — w cywilizacyi. Prowadząc analogię dalej, mężczyznom przypadłaby skromna, ale nie bez wagi rola — trutniów. Niech żyją wielkie dążenia cywilizacyi!


∗             ∗

Klasa moja uczy się doskonale, prócz Kosteckiej. Martwię się, tem więcej, że bardzo lubię tę dziewczynkę. Jest nad wiek swój poważna i rozwinięta, ale nie ma najmniejszej chęci do pracy. Przyszła wczoraj do mnie po lekcyach i usiadła na stołeczku.
Nie zwracałam na nią uwagi, zajęta poprawianiem ćwiczeń. Nagle słyszę — Kostecka płacze.
— A toż co — pytam — sumienie dręczy grzesznicę?
— Tak, paniusiu — odrzekła.
— A więc zabierz się do roboty, żebyś nie miała dwójki z polskiego na cenzurze.
— Cóż ja na to poradzę, już zapóźno. Na jutro zadane wypracowanie — jeszczem go nawet nie zaczęła.
— Moja Zosiu — powiadam — jestem pewna, że napiszesz doskonale, tylko weź się do niego ochoczo. Poprawisz sobie stopień i mamie nie zrobisz wielkiej przykrości. A i mnie będzie smutno, gdy się przekonam, że mam uczennicę leniwą, choć zdolną.
Wstała i nic nie mówiąc, poszła do stolika.
Pisała przez dwie godziny, wreszcie sama oderwałam ją od pracy.
Chciałam przejrzeć, co napisała, ale nie pozwoliła. Mówi, że się wstydzi.
Miały zadany temat: „dlaczego dzieci powinny kochać rodziców?“
Temat trudny — obawiam się, czy dała sobie z nim rady.
Jutro się to okaże.


∗             ∗

Sądny dzień na pensyi. I to wszystko z powodu Kosteckiej.
Darować nie mogę, żem pozwoliła oddać wypracowanie bez mego przejrzenia.
Zaszkodziła sobie fatalnie w opinii nauczyciela. Ten pan sądzi, że tylko głębokie zepsucie mogło podyktować następujące zdania:
„Dziecko niema za co być wdzięczne swoim rodzicom, że mu dali życie, bo o niem nie myśleli. Należy kochać tylko matkę, która cierpi dla dziecka, gdy ojciec się bawi.“
Nauczyciel przekreślił ćwiczenie i z oburzeniem pokazywał przełożonej. Ta na razie nie wiedziała, co robić.
Do głosu zostały powołane nauczycielki. Kafarska radziła, aby Kostecką wypędzić z pensyi i ogłosić w Kuryerze cały wypadek: „niech publiczność wie, do czego prowadzi złe wychowywanie dzieci!“
Pobożna Terkowska załamała ręce i wyraziła pewność, że „dziewczyna musiała już oddawać się djabelskim namiętnościom, gdy tak bezbożnie myśli.“
Na to Mania zapytała, czyby nie spróbować egzorcyzmów?
Widząc, że zanosi się na ostre starcie, prosiłam przełożonej, aby małą oddała mi pod wyłączną opiekę, na co zgodziła się bardzo chętnie.
W ten sposób zdobyłam dziecko.
Niejedna kobieta, aby to osiągnąć, stawia na kartę całe życie...


∗             ∗

W pobliżu naszej pensyi leży cichy, mało przez publiczność odwiedzany ogród. Tam poszłam dziś z Zosią na spacer.
Zwarte sklepienia drzew przysłaniały niebo. Na dole w alejach było ciemno, jak o zmroku w gotyckich świątyniach.
Olbrzymi księżyc, niby rozpalona miedziana tarcza, wschodził powoli ponad dachami domów.
Zosia była smutna czy rozmarzona. Ja myślą również odbiegłam daleko: wspomniałam wieczory letnie nad brzegami Rosi, która w srebrnych blaskach księżyca błyszczy, jak klinga szabli, rzucona na kobierzec bujnych zielonych traw.
Zdaleka dolatują tęskne pieśni parobków i mołodyć.
Milkną — nastaje „święta“ cisza stepów, której równa chyba tylko na błękitnych polach Elizyum panuje, gdzie bez szelestu duchy się prześlizgują, gdzie są czucia bez pragnień, a marzenia bez tęsknoty. Cicho...
Tylko z nadbrzeżnych szuwarów dolatuje jakiś nieuchwytny, metaliczny pobrzęk — to harfa stepów się nastraja, struny jej schodzą się w mem sercu, a rozbiegają po wszystkich kurhanach.
I zaczynają grać starą legendę przeszłości, starą baśń o początku uroczystym i potężnym, w środku zmięszaną przez błazeńskie dzwoneczki i gwałtownie urwaną przez pogrzebowe dzwony. Zwykły rozwój rzeczy ludzkich... On czuł, co się we mnie działo i szeptał: to czasy ubiegłe, żyjmy teraźniejszością smutniejszą, a jednak lepszą.
Brał mnie za rękę i myśli swoje puszczał wraz z memi — jak sokoły — pod obłoki.
Łódka płynęła sama, bez wioseł.
Cicho...
Wtem jakiś ptak wielki porwał się z nadbrzeżnych trzcin i z jękiem pofrunął w dal, jak dusza która musi odlatywać z miejsc ukochanych.
Zmąciła się cisza w powietrzu, zmąciły się nasze myśli, ale nie zmąciły serca.
Bo czuliśmy nad sobą rozlanego w majestacie natury Boga.
Więc wracaliśmy do domu, jak po modlitwie...
A teraz — może on znów płynie w cichej zatoce Ospedaletti, lecz na ramieniu jego już inna...
Czemu istnieje pamięć rzeczy, które powinny znikać, jak sen — bez możności przypomnienia?
Zosia pociągnęła mię za rękę. Ocknęłam się z zadumy.
— Czy paniusia gniewa się na mnie? — spytała nieśmiało.
Na razie nie rozumiałam, co ma na myśli. Potem odrzekłam:
— O cóż mogę się gniewać? pisałaś, jak myślałaś, ale myślałaś fałszywie. Za młoda jesteś, aby rozumieć te rzeczy.
— Wszyscy mężczyźni kochają w nas tylko własną przyjemność — szepnęła.
— Jakto — w nas?
— No, w nas — kobietach.
Struchlałam. Ta mała uważa się za kobietę i mówi, jak dojrzała w bólu, czy zepsuciu istota.
— Moja Zosiu — odrzekłam szorstko — nie lubię, gdy ktoś rezonuje o tem, co zna tylko ze słyszenia od starszych, niezbyt mądrych przyjaciółek.
Mężczyźni i kobiety mają wzajemne obowiązki; kto się od nich wyłamuje, jest nieuczciwy, ale takich ludzi jest mało.
— A dlaczego tyle kobiet jest uwiedzionych?
Znikło ostatnie złudzenie — z Zosią nie można mówić, jak z dzieckiem.
Chciałam zbadać, jaka trucizna sączy się w tem młodziutkiem sercu, aby ją usunąć i duszę chorą uzdrowić. Pomogła mi sama Zosia — zaczęła mówić zwolna, z zastanowieniem:
— Bo widzi pani ja to wszystko znam z doświadczenia. Moja mama często płacze i nie sypia po nocach. Ja wiem dlaczego: kochała i dotąd kocha jednego pana, bardzo bogatego adwokata. To mój ojciec. Ale ja go nie cierpię. Gdy przyjdzie do nas, ja uciekam na podwórze.
Raz nadszedł pijany, na mamę zaczął krzyczeć, a potem bić. Wtedy ja — głos jej przybrał oddźwięk złowrogi — porwałam nóż...
— Dziecko nieszczęsne! — krzyknęłam.
— .... I uderzyłam go w rękę. A on — nic, tylko spojrzał na mnie dziwnie, usiadł w kącie i płakał.
Ja też się rozpłakałam i uciekłam.
Gdy wieczorem wróciłam, jego nie było, tylko mama leżała chora.
Zawołała mnie i zaczęła mówić o nim: że jest dobry, ale nieszczęśliwy; że mamę kochał, ale ożenił się z inną i teraz tego żałuje; że ja powinnam go kochać, jak on mnie. Chciała, abym to przyrzekła, ale ja nie mogłam kłamać.
Powiedziałam, że jest podły. Wtedy mama się porwała i uderzyła mnie — pierwszy raz. Ale ja mamie tego nie daruję do śmierci.
— Zosiu! mama twoja i bez tego jest nieszczęśliwa; to okrucieństwo nosić w sercu żal do niej tak długo.
— Ja też mamę kocham, bardzo kocham! i ona mnie kocha, ale... jego więcej...
Ostatnią wilię spędzałyśmy, jak zwykle, same. Był tylko chleb, kasza i dwa śledzie. Bo za robotę mamie nie oddano... mama szyje suknie i lekcye daje: uczy języków i muzyki. Często bieda nam dokuczała. I teraz na pensyi, paniusia wie, jestem za darmo.
Otóż wtedy byłam smutna, mama chciała mnie rozbawić, ale ja nie mogłam się śmiać. Mamie przyszło do głowy, iż to z powodu braku słodyczy na wilię; ubrała się i wyszła. A mnie — ot tak było czegoś smutno. Myślałam sobie, jak to dobrze było Panu Jezusowi w stajence obok pasterzy, Matki Boskiej i Józefa...
Mama powróciła, niosąc w węzełku mnóstwo pierników, orzechów i książkę: Pamiętniki Paska z obrazkami. Dziwiłam się, zkąd mama wzięła tyle pieniędzy, ale nie chciała mi powiedzieć.
Wkrótce przyszły dzieci, które mama zaprosiła po drodze — od p. Róży córeczka, dwóch chłopców od praczki i jeden uczeń z gimnazyum.
Bawiliśmy się doskonale. Goście odeszli późno w nocy. I zaraz dowiedziałam się, zkąd mama wzięła pieniędzy: spadła jej chustka z głowy przy rozbieraniu i zobaczyłam, że ma włosy obcięte. A miała ogromne, śliczne, złote, aż do kostek. Nieraz się śmiała, że może chodzić bez ubrania i przykrywać włosami. A teraz zrobiła się taka brzydka, że patrzeć na nią nie mogłam. Więc zakryłam się kołdrą i płakałam, jak nigdy, całą noc.
I wie paniusia, kiedy on przyszedł na drugi dzień, na mamę okropnie się gniewał, nazwał ją nikczemnicą, że włosy obcięła...
Zosia urwała, kąciki ust jej drżały. A we mnie odżyły wspomnienia lat dziecinnych, kiedy przywiedziona do rozpaczy trułam się zapałkami... Matko i ojcze! lepiej wam jest w zimnym grobie, niż z sobą razem za życia!
Wzięłam Zosię w objęcia, ona płakać zaczęła, i ja od łez powstrzymać się nie mogłam.
Rodzina — ta święta arka przymierza — czy nie bywa często skrzynką Pandory, zkąd wylatują poniżenie, fałsz, brud, podłość!..

12 listopada.

Dawno nie zaglądałam do tych notat.
Wszystko we mnie skłonne jest do milczenia, nawet wobec siebie samej.
Na pensyi życie płynie dawnym torem: wieczny kołowrotek lekcyj, spacerów, korepetycyj...
Nie pytam się już, jak długo do wieczora, do spoczynku.
Nie zastanawiam się już nad niczem, osobliwie nad przyszłością, nie widzę jej przeto ani w czarnych, ani różowych barwach.
Czarne zostały w okresie mego dzieciństwa — różowe... te chyba nad brzegami Rosi. Pozostają szare, niepewne, mgliste.
Na tem tle wyrasta obowiązek. To jednak wielkie słowo. Gwałtem utrzymuje przy życiu i powoli uzdrawia.
Zajęcia swe spełniam bez przyjemności, ale i bez wewnętrznego sarkania. Robię jak koń w kieracie: poważnie, z wytężeniem, bez ustanku.
Nawet są chwile, gdy bywam zupełnie szczęśliwa. Zdarza się to podczas zajęć z Zosią (dziewczynka wzięła się do pracy i robi ogromne postępy), albo podczas walnych zgromadzeń „koalicyi“.
Zebrania odbywają się raz lub dwa razy na tydzień, gdy, ukończywszy zajęcia i nie czując się zbytnio zmęczone, aby wprost iść do łóżek, schodzimy się: ja, Stefka i Mania na pogawędkę. Rzecz się wówczas dzieje w małym pokoiku niebiesko tapetowanym, należącym do tej ostatniej. Lampa bez klosza (bo Mania lubi pełne, jaskrawe światło), postawiona na stoliczku, Stefka pół leży na kanapie, Mania umieszcza się przy oknie, obserwując pogodę, ja przy fortepianie.
Czytujemy zwykle głośno jakie poezye, ostatnio Beniowskiego. Znamy wszystkie doskonale ten utwór, ale każda ma w nim swoje miejsca ulubione, jak Mania mówi: swoje febliki.
Oto n. p. feblik Mani:

i sądzę najpiękniejszą z krajów
Jednę maleńką wieś, pełną ruczajów —
Pełną łąk jasnych, gdzie kwitnie wilgotna
Konwalia — pełną sosen, kalin, jodeł;
Gdzie róża polna błyszczy się samotna,
Gdzie brzoza jasnych jest kochanką źródeł —
A zaś przyczyna temu jest istotna,
Że na tych bagnach, gdzie potrzeba szczudeł,
Jam wtenczas bujał na młodości piórach,
Jasny i chmurny — jako księżyc w chmurach.

Na to Stefka odpowiada głosem smętnym:

A jednak i to minęło! — Ojczyzna
Minęła także!...

I zrywając się woła:

A więc niech wszystko mija! Wstańcie burze!
I zwiejcie mój ślad z tej smętnej pustyni!
I moje myśli, jak łez pełne kruże,
Przechylcie — niech je próżnemi uczyni
Czas...

Pamiętam dokładnie dyskusyę, jaka się wówczas rozwinęła.
Stefka rzekła, że gdy konieczną jest rzeczą, aby ludzie się rozradzali — dla dzieci lepiej, aby zginęły, nim na świat przyjdą...
Boże! jaka była świetna Mania w owej chwili! Oczy jej błyszczały, gdy gorączkowo zawołała:
— To fałsz! Życie ma wielką treść i wielkie zadanie.
Treścią jest walczyć i poznawać, celem zwyciężać i potęgować w sobie ducha.
Miłość ojczyzny, miłość rodziny, są to etapy na wielkiej drodze udoskonalenia.
A Stefka na to: „Daj ci Boże szczęścia jak najwięcej, masz siły, aby go pragnąć i osiągać, jam zbyt zmęczona.“
Robiłyśmy dawniej domysły, co spowodować mogło to przygnębienie duchowe w Stefce, lecz gdy zagadnęłam ją, skąd pochodzi jej pesymizm i apatya, czy może kochała bez wzajemności? — odrzekła szyderczo:
— Jak człowiek dokładnie rozumie swego bliźniego! gdy zobaczy twarz niewesołą, zaraz ubolewa: wiem, wiem! cierpisz na żołądek! — albo: nieszczęsny, kochasz bez wzajemności! Otóż moja droga, zapamiętaj sobie raz na zawsze, iż żołądek mam w wybornym stanie, a nie dojdę nigdy do tego szczytu obrzydliwości i głupoty, jakim jest miłość bezwzajemna!
Nie wiem czemu, ale uczułam, jakby tępy świder wkręcał mi się w serce.
Pożegnałam je i poszłam do siebie.
Ale zasnęłam dopiero nad ranem.

Milcz serce! Albo się strzaskaj, echowe
Narzędzie pieśni, bólu, wiecznie drżące
I obłąkane, niezaspokojone —
Uderzam ciebie w złości. — Milcz szalone!


∗             ∗

Życie moje składa się z tak drobnych wypadeczków, że niemam co zapisywać.
Nic nie przekracza wymierzonych relsów, chyba maleńkie starcia z powodu jakiejś plotki.
Naturalnie, nie zwracam na nie uwagi, czasem jednak opędzam się, jak od much dokuczliwych.
Tak n. p. siedzimy kiedyś wieczorem, jak zwykle w trójkę; nagle drzwi się otwierają, Kafarska staje w progu i mówi głosem patetycznym:
— Amelko! (zaczęła mówić do mnie po imieniu zaraz na drugi dzień przybycia mego na pensyę). Amelko!
Pauza.
— Co pani sobie życzy?
— Nie udawaj, że się nie domyślasz!
— Gotowam sądzić, że dziś są moje imieniny.
— Pani przełożona jest oburzona, jest strasznie niezadowolona!
— O cóż chodzi?
— Jakto! miałaś serce wziąć na spacer dzieci bez kaloszy! aby się pozaziębiały! aby rodzice wyprawiali nam sceny?!
— Trudno, aby się zaziębiły, gdy trzynaście stopni ciepła na dworze, a przytem sucho zupełnie.
— Dość, że pani przełożona nie może się uspokoić! powiada, że żadnej z was niepodobna zaufać w niczem, w niczem! Spodziewała się z was prawdziwej pomocy...
— Rzecz tę wyjaśnię — rzekłam, idąc ku drzwiom.
— Cóż to! awantury chcesz pani przełożonej urządzać? i bez ciebie ma dosyć kłopotów! Wreszcie, ja ci to powiedziałam w zaufaniu.
— Dziękuję za ten zaszczyt, mimo to — pozwoli pani... — i wychodzę, zmierzając do pokoju przełożonej.
Słowa Kafarskiej dotknęły mnie przykro — wyrzut, choćby w jej ustach przesadzony, musiał mieć miejsce, a czułam, że na niego nie zasługuję. Weszłam do przełożonej i bez owijania w bawełnę pytam:
— Podobno pani jest oburzona, że dzieci wyszły na spacer bez kaloszy?
— Ani mi to w głowie było.
— Tak? bo mówiono, że pani jest strasznie niezadowolona, więc chciałam się usprawiedliwić...
— Ale cóż znowu! Że też nic u nas powiedzieć nie można, aby przekręconem nie było!
Gniewałam się na służące, bo panienkom kaloszy nie wycierają — oto wszystko.
Porozmawiałyśmy przez chwilę bardzo serdecznie i wyszłam.
Wracam z tryumfującą miną — Stefka palcem pokazuje na sąsiednie uchylone drzwi na znak, że siedzi tam Kafarska.
Ale ja nie zwracam na ostrzeżenie uwagi i powiadam:
— Cała sprawa powstała z tego powodu, że pewne osoby nie trzymają się nauki Chrystusa, aby gdy tak — mówić: tak, gdy nie, mówić: nie.
Dlaczego Kafarska ciągle kopie podemną dołki? Mania twierdzi, że pochodzi to z dwu zbrodni, jakie na mnie ciężą: 1) jestem młoda; 2) przełożona używa mnie do czynności administracyjnych, których ster dotąd spoczywał w ręku Kafarskiej.

12 grudnia.

Do koalicyi naszej wciągnęłyśmy panią Courbet. Jest to piękna, wspaniałej postawy Francuzka, lat trzydziestu, żywa, wesoła, sympatyczna, ale z bziczkami.
Na wakacye jeździ do rodziców, mieszkających w Paryżu, od których wraca wyelegantowana, jak primadonna. Powoli wstążki odpadają, koronki się obrywają, na jasnych materyach występują plamy... pani Courbet nie zwraca najmniejszej uwagi. Słusznie bowiem twierdzi, że człowiek zdobi suknię.
Dopiero wpływy atmosferyczne zwracają jej uwagę na zewnętrzną powłokę i wtedy wykazuje wielką pomysłowość.
Naprzykład, zbliża się jesień — p. Courbet ma tylko wspaniałe letnie palto z wakacyj. Ale podkłada pod nie kawał sukna, w kwadrans zszywa białemi nićmi i zadowolona powiada:
Tout est fini — tout est bien!
I rzeczywiście, na zewnątrz taki strój wygląda wcale przyzwoicie.
Ale nadchodzi zima — pomysłowość pani Courbet okazuje się niewyczerpana. Odpruwa w kącie podszewkę, podtyka pod nią olbrzymi płat waty... zszywa kilku ściegami... i znów tout est bien!
Jest niezwykła we wszystkiem; szkoda tylko, że wie o tem i pragnie swą oryginalność podtrzymywać.
Odżywia się tylko raz na dzień, smażąc bifsztyk na maszynce. Do tego zjada dużą miskę sałaty i wypija 2 butelki piwa. Wieczorem wchłania szklankę mocnej, czarnej kawy.
Mimo tych dziwactw pani Courbet da się lubić. Serce ma złote. Nigdy nie ma pieniędzy, bo jeśli nie straci na fatałaszki, oddaje pogorzelcom albo na szpitale.
Pani przełożona lubi ją i ceni, gdyż nauczycielka z niej wyśmienita, uczennice za nią przepadają; za to ogół nauczycielek nienawidzi. Pełno krąży o niej plotek i to bardzo złośliwych. Tyle tylko wiadomo, z czem się nie kryje, że jest rozwódką, że mąż, będący adwokatem w Nantes, stracił cały jej majątek, i że podczas wakacyj przyjeżdża do niego na miesiąc. Dłużej wytrzymać nie może, bo zbyt zaczynają się kłócić. Z tem wszystkiem kocha go bardzo. Mąż nadsyła jej od czasu do czasu pudło kwiatów lub owoców. Niedawno nadszedł olbrzymi kosz z południowemi owocami, ale... z Nicei. Pani Courbet urządziła wspaniałą ucztę dla nauczycielek i pensyonarek. Jedna tylko Terkowska nie chciała jeść — tak była oburzona „bezczelnością Francuzicy“. Kafarska mniej była skrupulatną, — jadła, ale za to obgadywała biedną Courbet... jak ostatnią ladacznicę. Dowiedziała się o tem delinkwentka, wściekła biegała po pensyi, szukając Kafarskiej, znalazła ją w salonie, zwymyślała wobec przełożonej i paru pań obcych, a wtedy wróciła do nas, tryumfując, że „zmyła głowę dyabłowi“.
Wieczorami, gdy się schodzimy, bawi nas gawędami ze swego życia, w których rzeczywistość i kłamstwa tak się mięszają, że niepodobna ich od siebie odróżnić. Na przykład opowiada, że jadąc do Paryża, poznała się w Berlinie z jakimś studentem, który jechał w tę samą stronę. Rozmawiali volapückiem, pomagając sobie migami, bo ona nie znała niemieckiego, a on francuskiego. Po drodze zwiedzili Monachium, zajechali do Szwajcaryi, wdrapywali się na szczyty gór...
Zaczęłyśmy się śmiać, mówiąc, że już zbyt blaguje, do nieprzyzwoitości.
Ale pani Courbet się oburzyła.
— Nie wierzycie? zaraz wam dowiodę... Pisywał do mnie przez czas jakiś listy, których nie czytałam, bo są po niemiecku, ale wam pokażę, byście mi je przetłómaczyły.
Wyleciała z pokoju, za chwilę przyniosła parę listów, z których jeden był... rachunkiem za kapelusz, kupiony w Lipsku i niezapłacony, drugi... jego powtórzeniem w ostrzejszej formie, trzeci... wprost zwymyślaniem.
Omal nas śmiech nie udusił.
Pani Courbet nie chciała nam wierzyć, złapała słownik, przetłómaczyła... i rzeczywiście przypomniała sobie, że w Lipsku kupiła kapelusz, nie miała przy sobie pieniędzy, obiecała odesłać z hotelu, zapomniała, ale w czasie gawędy z modniarką wspomniała, że jest na pensyi w Warszawie — i ztąd owe ścigające ją listy.
Śmiała się okropnie z wymyślań; odpisała bardzo grzecznie z wyjaśnieniem i odesłała pieniądze.
Takich kawałków p. Courbet miewamy dużo.


∗             ∗

Najciekawszym typem wśród nauczycieli naszych jest p. Staszecki. Dość jeszcze młody, a już otoczony całym szwadronem starokawalerskich wdzięków: pedant, zgryźliwy, surowy dla uczennic, względem nas uszczypliwy, mimo to lubimy go wszystkie bardzo.
Uczennice nadto boją się go okropnie.
Kiedyś asystowałam na lekcyi w szóstej klasie i byłam świadkiem następującej sceny:
Uczennica wyrwana nie umie lekcyi.
— Szkoda, że panna lekcyami tak się nie zajmuje — prawi Staszecki — jak strojem. Gdyby panna połowę tego czasu poświęciła na przygotowanie matematyki, co na rurkowanie loczków, pewno nie bąkałaby pod nosem takich nonsensów.
Obrażona „panna“ idzie na miejsce.
— Bo nie myślcie, moje panny — zwraca się Staszecki już do klasy całej — żeby nie była wam potrzebna znajomość matematyki, choć młodzieńcy z klasy VII i prawnicy z I roku mówią z wami o czem innem, niż o twierdzeniach Pitagorasa. Chodzi o to, abyście panny raz przestały rachować na laury kapitolijskie!
Innym razem pierwsza uczennica podpowiada koleżankom mimo uwag i próśb Staszeckiego.
Wreszcie Staszecki wstaje i powiada:
— Łudziłem się długo, że do p. Borkowskiej można mówić, jak do człowieka. Gdyby panna była chłopcem, zapisałbym na cztery godziny do kozy. Ale że panna jest istotą uprzywilejowaną i do tego może już na wydaniu, postawię pannę do kąta, jeśli podpowiadanie się powtórzy.
Perora poskutkowała, Borkowska milczała odtąd jak zaklęta.
Lubię rozmawiać ze Staszeckim.
Bardzo inteligentny i oczytany, ale pessymista. Dobrana byłaby para ze Stefką.
A jednak, gdy Stefka zacznie pesymizować, prosi, by przestała, bo mu działa na nerwy.
Kiedyś radziłyśmy, aby się ożenił.
Odparł, że się boi czarów Cyrcei.
— Chociaż z drugiej strony — dodał — lękam się przekonać, że niemam już nic do stracenia.
Dlaczego taki zgorzkniały?
Kafarska zaczęła Mani tłómaczyć to na swój sposób, ale ta poradziła wykopać dołek, jak się to dzieje w bajce o Midasie, i tam złożyć zajmującą tajemnicę.

17 grudnia.

Zbliża się Boże Narodzenie — roboty mnóstwo, sesye, pisanie cenzur, zestawianie rachunków dla rodziców.
Życie podobno jest walką, na pensyi rejwachem.
Nauczycielki biegają jak opętane, uczennice niezmiernie gadatliwe, tłoczą się po wszystkich korytarzach, unikając starannie klas i miejsc oficyalnych. Odbywa się na wielką skalę znoszenie kwiatów, którymi obdarowane nauczycielki zapychają wszystkie wazoniki, szklanki, flaszki.
Gdy Mania niektórym paniom zwróciła uwagę, że niewypada przed rozdaniem cenzur cośkolwiek przyjmować — odrzekły obrażone, że nie są tak źle wychowane, aby miały gardzić ofiarą kochających je dziewczątek.
Nie brak epizodów humorystycznych. Siedzą w jakiejś bocznej klasie dwie nauczycielki, od godziny pilnie zajęte rozmową. Wtem wbiega uczennica i powiada, że idzie p. przełożona.
Zrywają się obie, jedna ucieka, druga, to jest Kafarska, biegnie na spotkanie przełożonej, rozpychając wszystkich po drodze, hałasując i gniewając się na uczennice.
W korytarzu spotyka przełożoną, nie zatrzymuje się, pędzi, jak kula, wołając:
— Przepraszam, przepraszam — nie mam ani chwili czasu.
Przełożona z podziwem zwraca się do Stefki, która obserwowała całą scenę: „Boże, jak ta Kafarska pracuje! Może jest za energiczna, ale nieoceniona, nieoceniona“...
Nasza przełożona jest osobą niesłychanej zacności. Zewnętrznie trochę onieśmielająca swą powagą i stanowczością, w chwilach nieurzędowych jest szczera, prosta, niewymuszona. Twarz ma ascetycznie chudą, całą postać wyschłą, szczupłą, powiewną. Tylko w wielkich czarnych oczach pali się energia i zapał niezwalczony.
Podobno kochała jakiegoś profesora uniwersytetu, ale nie wyszła zamąż, aby módz swobodnie i całkowicie oddać się prowadzeniu pensyi.
Obowiązki swe spełnia z takiem poświęceniem, energią i sumiennością, że patrząc na nią, zapomina się o wszystkich dolegliwościach życia nauczycielskiego.
Po skończeniu zajęć, nieraz do późnej nocy pracuje jeszcze nad sobą; to też posiada szeroką i gruntowną wiedzę.
Odznacza się przytem wielkim taktem i umiejętnością zastosowania się do umysłu, z którym ma do czynienia.
Gdy uczennica popełni jakieś znaczne wykroczenie, idzie na niebieską kanapkę.
To znaczy, że przełożona woła do swego pokoju o niebieskiem obiciu i niebieskich sprzętach i długo, poważnie z nią rozmawia. Uczennica wychodzi spłakana, przez kilka dni jest zamyślona i prawie zawsze zmienia swe postępowanie na nienaganne.


∗             ∗

Od dwóch dni cisza panuje. Pensyonarki się rozjechały, nauczycielki również. Kilka tylko osób, jak niedobitki armii, snuje się po rozległem mieszkaniu, złożonem z dwudziestu sześciu pokojów.
Mania wyjechała na święta do domu.
Zostałyśmy same ze Stefką.
Wydaje się, jakby nas kto umieścił w pudelku z watą — taka cisza, miękkość, brak zwykłych szturchańców.
Budzimy się, jak młynarze, gdy woda huczeć przestała.
Budzimy się — do czego? do rozmyślań?
Nie, lepiej nas nie budźcie!
To też śpimy zwykle do dziesiątej, czytamy po całych dniach, trochę odwiedzamy znajomych.
Cokolwiek robić, aby tylko nie zgnić przedwcześnie, jak Mania powiada.


∗             ∗

Dziś chodziłam na przechadzkę ze Stefką i jej znajomym, studentem medycyny. Uchodzi za jednego z bardziej inteligentnych i ma opinię „czynnego“. Jest w wieku Stefki i myślę, że może będzie co z ich ciepłych spojrzeń.
Mówiliśmy o pewnem małżeństwie, gdzie mąż noc ślubną przepił w restauracyi i z płaczem skarżył się przyjaciołom, że złamał sobie życie. Student twierdził, jakoby obecnie małżeństwo stawało się coraz większą trudnością dla ludzi inteligentnych, gdyż aby dwie osoby mogły zdecydować się żyć z sobą na zawsze, muszą wprzód poznać się w pożyciu wspólnem.
Dawniej było co innego: żądano posagu i pięknej twarzy, dziś.... kobiety człowieka. Ale, aby człowieka poznać, trzeba go widzieć w różnych okolicznościach i t. p.
Słysząc te doktryny, uśmiechnęłam się gorzko. Dziwna rzecz! mężczyzna jest albo naiwny, albo cyniczny — miary złotej nie zna.
— Z czego się pani śmieje? — zapytała 23-letnia, w mundur przybrana powaga.
— Z pańskiej teoryi prób, z których mężczyzna zawsze wychodziłby zawiedziony, a kobieta nawet nazwaćby się nie mogła uwiedzioną.
— Właśnie chodzi o to, aby nie było kobiet uwiedzionych — odparł żywo.
— Chodzi o coś więcej — odrzekłam — aby w razie nieszczęśliwej pomyłki, tak zwykłej u was, na kobietę nie spadał cały ciężar obowiązków i pogardy. Masz pan na to sposób?
Student zaczął tak szeroko rozprawiać o podłości ustroju obecnego, o tem, że trzeba zburzyć wszystko, aby od początku wszystko lepiej zbudować, że już nie odzywałam się więcej.
Ten człowiek jest obecnie w okresie r. 1793, za lat dwa będzie tworzył rewolucyę mieszczańską, za cztery... będzie przystawał do wszystkich partyj, które mu zapewnią spokojne trawienie i możność używania szlachetnych rozrywek w rodzaju winta.
Kładłam się już do snu, gdy weszła Stefka, stanęła przy oknie, przez które zaglądał księżyc i zadeklamowała przepiękny ustęp z Pana Tadeusza:

Nareszcie księżyc srebrną pochodnię zaniecił,
Wyszedł z boru i niebo i ziemię oświecił.
One teraz, z pomroku odkryte w połowie,
Drzemały obok siebie, jako małżonkowie
Szczęśliwi: niebo w czyste objęło ramiona
Ziemi pierś, co księżycem świeci posrebrzona...

Zaczęłam żartować ze Stefki i jej buddyzmu; zawstydziła się, potem rzekła:
— Może byłoby życie lepsze, gdyby więcej było śmiałości iść za swemi pragnieniami.
— Ale nie buddystycznemi?
— Moja droga, — odparła — najgłupsza miłość więcej ma wszechświatowego rozumu, niż najmądrzejszy buddyzm.
Mówiła to z tak głębokiem przekonaniem, iż zadałam sobie pytanie, ażali nie mają słuszności ci, którzy jako istotne powołanie kobiety uważają ideał Lukrecyi i Penelopy: domi sedit, lanam fecit.
Ba, łatwo stawać pod takim sztandarem, gdy kto należy do klubu wzajemnej adoracyi. Tylko, że n. p. ja nie mam w perspektywie nawet studenta! Ztąd muszę wierzyć w znaczenie staropanieństwa dla wieku pięćdziesiątego i pogardzać tym, który tak dobrze rymuje z wężem.
Udaje mi się to do pewnego stopnia; pierwsza oznaka: niedbanie o swą powierzchowność. Niedawno poszłam do fotografa, aby rozdać swe podobizny uczennicom, które o to prosiły. Gdy zaś ten pan powiedział mi kompliment o mojej, niby „fenomenalnej“ piękności i prosił o pozwolenie wystawienia fotografii, przyjęłam to tak obojętnie, jakgdyby mówiono o moich trzewikach.
Cóż z tego, choćbym była ładna? Dopiero wtedy cenimy ów dar natury, gdy możemy złożyć w upominku temu, któremu dajemy wszystko i od którego żądamy wszystkiego.


∗             ∗
W nocy.

Dzieje się ze mną coś niezwykłego.
Oto siedzę sama w pustej klasie, a zerwałam się z łóżka. Nie mogę spać.
Ścigają mnie wizye...
W liliowym przedświcie pogrążona górska dolina.
Ciemna zieleń oliwek i jasna pomarańczy odbija harmonijnie od fioletowych skał. Strumienie blękitnemi wstęgami spadają po kamieniach.
Na wzgórzu bieleją śnieżne kolumny greckiej świątyni.
Do niej zmierza w pląsach rzesza Nimf i Panów — w rękach szkliste grona winogradu, na czołach wieńce róż.
Wóz purpurowy ciągną bachantki, na nim — o marmurowych kształtach i granatowych oczach, stoi bóg.
Skinął ręką i cała dolina napełnia się hymnem radości i upojenia.
Wtem cisza... Każdy spogląda zachwycony, z palcem na ustach, aby nie spłoszyć cudownego zjawiska, które odbywa się co dnia przed oczyma śmiertelnych: Z lazurowo-szmaragdowej toni morza wybiega różowa dziewicza postać i biegnie po kryształowem sklepieniu, otoczona złocistemi towarzyszkami. Zaczynają igrać i pląsać, lekkie, jak łabędzie puchy.
Nagle wszczyna się popłoch: złote Charity zostają chwilę w niepewności, potem rozbiegają się, jak stado gołębi: na widnokręgu nieba ukazuje się olśniewająco jasny Helios.
Spostrzega różową, przejrzystą postać Jutrzenki i biegnie ku niej.
Ta blednieje z obawy i spiesznie zarzuca na siebie szatę srebrem tkaną — ucieka, ale Helios zdąża prędzej — chwyta ją — ona umiera w objęciach...
O, gdyby Zorzą być na chwilę i w blaskach miłości zaniknąć!...
Rzucam pióro, chcę myśl czemś rozerwać, wstyd mi siebie samej. Będę czytała „Iliadę“:

Ziemia od razu pod nimi zielenią pokryła się świeżą,
Hiacyntami zakwitła, szafranem i koniczynami,
Bujne i miękkie się łoże usłało z trawy i kwiatków.
Na niem legli oboje świetlistym okryci obłokiem,
Złotopromiennym; a rosy kropelki rzęsisto padały....


∗             ∗

Aż się przeraziłam, przeczytawszy słowa wczoraj pisane. Chciałam tę kartkę wydrzeć, ale niech raczej widnieje, jako ostrzeżenie przed sobą samą.
Są namiętności, które przytłumiane z dnia na dzień wybuchają z siłą niezwalczoną i wołają na głos cały: „Krwi i ciała!“ Wtedy my za obronę mamy wspaniały, komunałami tapetowany parawan cnoty. Chowamy się zań — i wszystko jest w porządku.
A te noce bezsenne, te pragnienia wysuszające, ukrywane, jak zbrodnie!...
I to ma być tryumf ducha?
„Oddajcie ciału, co jest cielesnego, a co jest boskiego — Bogu!“


∗             ∗
1 stycznia.

Coś między nimi zaszło. Halszka skarży się na niestałość rzeczy ludzkich, a on, w liście osobno pisanym do mnie, powiada, że żona jego jest ideałem dobroci, ale on jej niegodzien; pracuje nad powieścią i często w zmroku wieczornym marzy o chwilach, spędzonych w Harasimówce...
Czemu on to wszystko przypomina?
Dlaczego grubem narzędziem dotyka rany, świeżo zagojonej? Czyżby udawał, że nie domyśla się niczego? A w takim razie, co znaczyły słowa na pożegnaniu wyrzeczone:
„Daruj mi krzywdę, jaką ci wyrządziłem.“
Ja żalu do niego nigdy nie miałam, ale dlaczego nawiązuje nici dawno potargane?
Pisze, że mu smutno na obczyźnie, a do kraju wracać się lęka — tam spotka widmo utraconego szczęścia...
Frazes, czy może coś więcej? Jakgdyby mogło być, jakgdyby nie hańbą było coś więcej!
Odpisałam obojgu bardzo serdecznie, radząc, aby wracali do kraju, zajęli się pracą określoną.
Tyle pola, czekającego dopiero na siewcę i oracza!
A praca tęczą osnuje ich miłość...


∗             ∗

Stefek pisuje do mnie bardzo rzadko. Powiada, że woli o mnie myśleć, lub pracować nad czemś z myślą o mnie, niż recytować suche sprawozdania o swem zdrowiu, zawsze dobrem, o stanie budżetu, nietyle kwitnącym, ile pełnym nadziei, o zajęciach, będących układaniem cegiełek jednych na drugie i wypadaniem tych, które są na dole, w miarę, jak się mnożą te, które są na górze.
— W ten sposób — powiada — nadkładam dolnymi kawałkami drabiny części górne — i szturmuję do nieba.
A gdy ma się zwalić ta budowla, oby się zawaliła przynajmniej z wysoka!
Stefek jest to umysł żywy i dzielny, ale posiadający zamało równowagi w swych ambicyach.


∗             ∗

Co to ma znaczyć? Czyżby sarkazm leżał w naturze stosunków ludzkich?
Czy życie musi być pogonią za błędnemi ognikami, wiodącemi na moczary?
Chciałabym wyjść na ulicę i śmiać się ludziom w oczy: jak okropnie zabawne są te figurki o maleńkich wewnątrz sprężynkach i szkle na oczach, powiększającem ich charłactwa do rozmiarów bohaterstwa, ich słabość do tragedyi, ich nieudolność do potężnych wyroków fatalizmu...


∗             ∗

Sprawa czysta, jak łza.
Były zaklęcia, były marzenia, były ciche rozmowy sam na sam; były poezye, były kwiaty, były długie uściski — a potem ślub z inną. Mija pół roku: dla jednej strony słodycze miłości i rozkoszne kołysanki na falach lazurowego morza; dla drugiej — cmentarne dzwony w duszy, stłumiony jęk ucisku i bólu, nareszcie — kosztem okropnym — przełamanie się, zdobycie praw dla szacunku samej siebie, ukojenie i ciszy trochę.
Ale na gładką powierzchnię zatoki pada skała i tworzy się wir, ciągnący do dna, zawrotny, skrytobójczy...
Ostatnia scena dramoletu:
Zjawia się Oniegin, który spostrzegł, że uczucia swe wysłał pod mylnym adresem. Teraz dopiero widzi, że jego marzenia, jego tęcze, jego sny złote, jego girlandy duchowe, wszystkie zmierzały do tej pominiętej. Ale złość ludzka! straszna omyłka! posępne przeznaczenie!...
O człowieku! choćby wszystko było stracone — ocal przynajmniej swą godność!


∗             ∗

Dziś mogę myśleć o tem spokojnie.
Najwięcej żal mi Halszki. Ona tak kocha, tak cierpi nad tem, czego jeszcze nie rozumie dobrze, ale przeczuwa i trwoży się — biedna. Czasem doznaję wrażenia, jakgdybym klęczała u stóp białego marmurowego krzyża i modliła się do Tego, pełnego miłości, aby im szczęścia nie odejmował.
Nie daj, Panie, abym ja była zarzewiem, które dom ich podpali i w popiół obróci!


∗             ∗

Otrzymałam list znów od niego. Pisze, że wraca do kraju, bo tu tylko może być szczęśliwy. Jakto... sam? bez żony?
Może to i dobrze — rozetnę odrazu ten wrzód!

10 stycznia.

Odwiedził mnie Staszecki. Byłam mu niezmiernie rada, z czem nie starałam się nawet ukrywać. Ogromnie cenię przyjaźń tego człowieka. Mówiliśmy długo o naszych zajęciach. Nie spodziewałam się, żeby ten chłodny na pozór człowiek tyle duszy kładł w to smutne, niewdzięczne nauczycielstwo. Do życia wiąże go jedynie nadzieja przyczynienia się, aby następne pokolenie było szlachetniejsze i dzielniejsze.
Mówi zwykle bardzo spokojnie, lecz pod tym spokojem gorzeje wielki płomień. Ktoby myślał, że ten Heine tak kocha ludzi!
Nigdy Staszecki nie wydał mi się tak czcigodnym. Nie mówię: sympatycznym, bo jest to zbyt liche i oklepane słowo, zbyt ogólnikowe, aby coś mogło określać.
Człowiek, który cierpi, męczy się życiem a mimo to żyje i walczy dla dobra innych — wzbudza cześć.
Na pożegnanie prosił, bym coś zagrała. Wybrałam Tannhäusera, choć Wagner źle wychodzi na fortepianie. Ale czułam się tak silną, że chciałam potężnemi dźwiękami wyrazić tryumfującą harmonię w mem sercu... A potem przeszłam do sonaty brylantowej. Gdym skończyła, rzekł:
— Kobieta, która nie umie grać, ma pół duszy, przynajmniej w oczach mężczyzny.
— Widać, że Mahomet nie znał kobiet grających.
— Niestety! — odrzekł Staszecki tak poważnie, jak gdyby znajomościami Mahometa straszliwie się interesował.


∗             ∗

Dziś lub jutro spodziewam się jego przyjazdu.
Jestem spokojna i zimna.
Myślę co zrobiłabym na miejscu Halszki, dowiedziawszy się o wszystkiem.
Może przecierpiałabym skrycie, gdybym tylko kochała tego człowieka nerwami, pożądaniami; lecz gdybym go nadto szanowała, zerwałabym wszystkie nici...
Kobiety często nie robią tego przez wzgląd na dzieci. Nie pomyślą, że z dzieci tych wyrastać będą... Zosie.
Fałsz i nikczemność nie mogą służyć za budulec do szczęścia rodzinnego... Belkę przegniłą należy zawczasu odrzucać precz, aby nie nastąpiło zawalenie i nie przygniotło wszystkich...
(Późniejszy dopisek: Jakobinizm emancypacyi! kobieta powinna uzdrawiać, nie dobijać, restaurować, nie burzyć).


∗             ∗

Grałam dziś długo i po paru godzinach wstałam tak zdenerwowana, iż musiałam się położyć. Jestem w dziwnem usposobieniu, niby spokojna, ale bez zdrowia wewnętrznego.
Pali mnie gorycz i targa szyderstwo, a z tem wszystkiem...
Z tem wszystkiem — ja go kocham.
To takie proste, jak nóż wbity w serce.


∗             ∗

Był znów Staszecki. Ten człowiek przeczuwa, że ze mną zachodzi coś niezwykłego, bo dziwnie na mnie spoglądał, a przy pożegnaniu rzekł: — „Spokoju, panno Amelio! Przedewszystkiem niech pani nie rządzi się wyobraźnią — to piękna droga do zaczarowanych krain, ale w życiu praktycznem zaprowadza nas często tam, gdzie rozum wyjścia nie widzi, a serce zbawienia nie czeka.“
Mój zacny przyjacielu! rozumiem — chciałeś powiedzieć: tyle jest w życiu ważnych i wielkich rzeczy, że marnością jest wchodząc na góry, nie módz się oderwać od jakiegoś zdeptanego kwiatka...
Ale co zrobić, gdy ogarnia halucynacya i zdaje się, że ten kwiatek — to właśnie góra, od której istność nasza zależy, a może innych....
Kwiatek wydaje się czarodziejem o niesłychanej potędze, talizmanem, który jedynie otoczyć nas może zapachem, ukołysać i uśpić...
Lękam się, lękam, lękam tego zdeptanego kwiatka!


D. 9 stycznia.

A więc już — po wszystkiem!
Przyjechał... i widziałam go. Było to przed kilku godzinami — lokaj mi oznajmił, że jakiś pan czeka na mnie w salonie.
W pierwszej chwili doznałam zawrotu głowy. Chciałam go nie przyjąć, ale pomyślałam, że złoży to na karb mojej obawy. Spojrzałam na portret matki — i wyszłam.
Na chwilę przed otworzeniem drzwi do salonu stanął mi przed oczyma: czuły, nadskakujący, poetycznie blady, pełen słów pieszczotliwych, gotowy ramieniem otoczyć i z pobłażliwie tryumfującym uśmiechem całować...
Zaśmiałam się w duszy i otworzyłam drzwi. Przywitałam go uprzejmie, ale chłodno, dopytując o żonę i zajęcia.
On z początku mówił z ożywieniem, potem zaczął się mięszać, zająknął parę razy i zamilkł. Przyglądałam mu się bacznie. Musiał być zmęczony podróżą, gdyż wyglądał nadzwyczaj blado, oczy świeciły gorączkowo. Ruchy miał nerwowe, czasem drżał.
Czułam, że odemnie zależy utrzymać spokój i równowagę.
On parę razy próbował zejść na rozmowę o przeszłości, ja za każdym razem zmieniałam temat. Wreszcie wstał i rzekł:
— Pani musi mną bardzo pogardzać?
— Bynajmniej — odrzekłam — na pogardę zasługują tylko ci, którzy nie spełniają zaciągniętych zobowiązań.
— Podajesz mi pani zręcznie truciznę. Bo trucizną dla mnie jest prawda. Jestem nikczemny, ale pani jesteś zbyt surowa dla ludzkiej nędzy...
— Surową nie mam być prawa...
— Lecz gdybyś miała, zostałbym napiętnowany pod pręgierzem jej moralności. Widzisz pani, wiem wszystko... a jednak przyszedłem.
— Poco? — spytałam cicho.
— Aby z ust pani usłyszeć dla siebie słowa potępienia i wzgardy... a wtedy postąpić, jak należy.
Nie wiedziałam, co znaczą te słowa. Zdawało mi się, że chce bodźca do zerwania wszelkich dawnych wspomnień. Więc rzekłam:
— Będziesz pan miał cały mój szacunek, gdy zrobisz szczęśliwą swą żonę.
— A poza tem będę dla pani zupełnie obcy?
— Owszem, przyjaźń dla pana żywiłam zawsze.
— Tylko przyjaźń?
— I nadzieję, że uczciwy człowiek spełni to, co do niego należy.
— Pani myślisz o przeszłości.. ja ci się z niej wytłómaczę...
— Przeciwnie, mówię o pańskiej teraźniejszości. W tem, co minęło, nie widzę nic godnego uwagi.
Milczał, potem głuchym głosem powiedział:
— Bądź pani w życiu szczęśliwa i wybacz, jeślim choćby przez chwilę stanął na twej drodze.
— I ja życzę wam obojgu szczęścia — odrzekłam zmięszana.
Gdy wyszedł, stałam przy drzwiach i nie wiem, dlaczego, zaczęłam płakać.
Teraz mi jest lżej, prawie zupełnie dobrze. — Staczałam się w przepaść, lecz na jej brzegu nagle mnie coś wstrzymało. Może to ty, matko, patrząca na mnie tak łagodnie i tak poważnie i tak smutno... uchroniłaś mnie przed swoim losem. A przez to zbawiłaś i tych dwoje...


∗             ∗

Pracowałam dziś dużo od samego rana. Chciałam się rozerwać pracą i udało mi się to w zupełności.
Trochę jestem dziś — jak Stefka mówi — mistyczna. To prawda, doznaję wrażenia ulgi po dźwiganiu ciężkiego kamienia, ciszy, po wewnętrznym zgiełku i zamięszaniu.
Mam przed sobą widok jakiejś przestrzeni wielkiej, na której samotnie się wznoszą skały, mchem zielonym i niebieskiemi pleśniami pokryte; głogi, rosną w załamach, ptaszęta ćwierkają, źródło, szemrząc wypływa z pod kamienia, a ja po długiej na piaskach podróży, spoczywam w cieniu sykomory. Patrzę na niebo i czuję nieskończoność. Patrzę na skały, głogi, ptaki i na siebie, i czuję znów nieskończoność.
I szepcę cicho: Panie, dobrze mi tu, zostaw mię tak nazawsze!...


∗             ∗

Dziś — jak sądzę — jest już przy swej żonie. Ona go przyjęła serdecznie i radośnie, zdziwiona, że wraca tak szybko, a on trochę smutny, że uległ fantazyi czy nerwom, trochę radosny, że nie utracił czegoś najdroższego, szacunku dla siebie, i nie złamał istoty, która mu zawierzyła...


∗             ∗

Zdaje mi się, iż posiwiałam w przeciągu tych czterech godzin. Dusza moja łka, jak rozbita cytra...
Och, Ty Boże! pozwalasz bić gromom w ludzi, śniących, że przybili do cichej przystani...
Wieczorem Stefka przyniosła mi „Kuryer“ i przeczytała, że w hotelu Francuskim Konrad Laskowicki kulą przebił sobie pierś... że doktor nie robi nadziei... że domyślają się dramatu miłosnego... Wydarłam jej gazetę i chwyciwszy zarzutkę, wybiegłam na ulicę.
Po kilku minutach, długich nieskończenie, dorożka zatrzymała się przed hotelem — wpuszczono mnie, jako krewną — weszłam do pokoju, pogrążonego w półmroku.
Nic nie widziałam, ktoś ujął moją rękę i podprowadził do łóżka.
On leżał sino-blady, oddech wychodził mu z piersi rzężący i świszczący, na usta wystąpiła piana z krwią.
Byłam, jak głaz, choć chciało mi się rzucić na ziemię i rwać włosy...
Doktor posadził mnie na fotelu i mówił: „odwagi! może się go da uratować!“
Jest nieprzytomny, ma gorączkę, bredzi, wymawiał moje imię zdrobniale, potem krew mu buchnęła przez usta, zalała twarz i poduszkę.
Stał się liliowo-biały, sądziłam, że umiera. Uklękłam, płacząc bez łez.
Oto moje skarby — rozbite! oto moje marzenia, krwią oblane! oto mój kochanek konający — dla mnie — przezemnie... Niosłam drogocenną, kryształową czarę, napełnioną winem, moc i wesele dającem, i uroniłam na głazy. Rozprysła w kawały, a napój mnie oblał i purpurowemi kroplami zawisnął na mej duszy...
Czekaj! rozbiję i drugą czarę, wsiąkniemy razem w ziemię. Nie będzie już ani bólu w sercach, ani przekleństw na głowach naszych. Trawa porośnie i brzozy srebrne...


∗             ∗

Nad ranem ocknął się i poznał. Prosiłam, aby nic nie mówił. Patrzał na mnie wzrokiem, jakim spoglądamy na coś, czemu nie wierzymy, ale z czem nam jest dobrze.
Wzięłam jego rękę i pocałowałam, a potem w czoło.
Przymknął oczy i leżał nieruchomy.
Zapytałam, czy nie napisać do żony, aby przyjechała. Zabronił.
— Ja tylko przy tobie chcę umierać — wyszeptał.
Doktor spytał, kto będzie chorego doglądał w nocy, bo na służbę spuścić się nie można. Chyba felczer?
Zdziwiłam się; od czegóż ja tu jestem?
Poszłam do przełożonej, opowiedziałam wszystko w kilku słowach i prosiłam o zwolnienie na miesiąc od obowiązków.
Ten anioł zacny miał łzy w oczach: uściskała mnie i obiecała, że wynajdzie zastępczynię. Wzięłam kilka książek z pensyi, pożegnałam się ze Stefką, mówiąc, że wyjeżdżam do domu, powód zmyśliłam — i przeniosłam się do sąsiedniego numeru.
Teraz oto siedzę przy stoliku, piszę i nadsłuchuję przez drzwi uchylone, jak oddycha... Lepiej.


∗             ∗

Spędziłam okropną noc.
Gorączka się podniosła do 40°7′... doktor zamyślony patrzał na sino-bladą twarz Konrada. Majaczył, krzyczał, że widzi śmierć w kącie pokoju, że się jej boi. Mnie wołał, abym odpędziła widmo. Potem zaczął mówić cichym, przejmującym głosem: — „Zawołajcie Halszkę, niech mi przebaczy, bo nie umrę spokojny. Niech wejdzie, ona tam stoi za drzwiami. Czemu Amelia nie chce jej wpuścić? Kto ma prawo męża oddzielać od żony?“
Zakryłam twarz — każde słowo paliło mą duszę, jak rozpalone żelazo, którem znaczyli zbrodniarzy.
Doktor starał się mnie uspokoić: — Niech pani nie zważa na to, co majaczy w gorączce, jutro ani słowa pamiętać nie będzie.
Ale ja nie zapomnę nigdy...
Odtąd już milczał; pot kroplami wystąpił mu na twarz... była chwila przesilenia, prawie agonii.
Po pewnym czasie, który zdał mi się, jak rok, długim, doktor rzekł: — Wszystko będzie dobrze... teraz niech się pani położy, chorego zostawimy samego.
Gdy wyszedł, siedziałam jeszcze przy łóżku parę godzin. Myśli zebrać nie mogłam, w głowie huczało, przed oczyma zaczęły migotać dziwne twarze, złote, o straszliwem spojrzeniu i wykrzywionych rysach.
Czułam gorączkę, położyłam się, przeleżałam tak do rana w stanie bezprzytomnym. Teraz jest mi dobrze, tylko ten ciągły szum w głowie... Konrad dotąd śpi. Na samą myśl, że mógł umrzeć, doznaję tortur.
„Nikt nie ma prawa męża oddzielać od żony“. — Prawda, prawda! ale dlaczego on to mówił? W gorączce?.. i w gorączce nie powinien był do mnie tak przemawiać.
Konrad się przebudził, jest przytomny, ale nic nie pamięta, co mówił w nocy. Wziął mnie za rękę, nie śmiałam jej cofnąć, ale było mi przykro. Może on myślał, że to Halszka?

17 stycznia.

Konrad bardzo lubi kwiaty — chciałam mu przystroić pokój, ale bałam się wybierać pachnące. Dlatego kupiłam przeważnie obce: azalee, kamelie, chryzantemy, gloksynie, oraz rzecz niezwykłą w zimie — doniczkę, pełną naszych bławatków z kilkunastu kłosami pszenicy.
Ustawiłam to wszystko przy łóżku, a gdy się obudził, uśmiechał się do mnie i dziękował wzrokiem. Potem zapytał:
— Dlaczego wszystkie kwiaty dajesz mi bez zapachu?
A zgadując moją odpowiedź, dodał:
— Nie lękaj się, już mi nic w głowie nie zakręci. Daj mi kilka kwiatów wyłącznie od siebie.
Zerwałam bławatków i pszenicy, i podałam mu. Przyjął, milcząc.

D. 21 stycznia.

Zaczyna wracać do zdrowia. Dziś był o tyle silny, że mógł słuchać głośnego czytania. Prosił, abym wybrała W Szwajcaryi.
Bałam się, że go to rozdrażni, ale przeciwnie, uspokoił się i rozmarzył.
— Widzisz, moja droga, ja ciebie podobnie, fantazyjnie kocham. Tylko, że Słowacki „umierał z żalu, usychał z tęsknoty,“ ale pozostał zdrów, a ja porwałem za pistolet...
— Czemu nie poszedłeś za jego przykładem — odrzekłam żartobliwie — nie napisałeś większego jeszcze, o trzystu stronicach, poematu, a napewno byłbyś zdrów na ciele i na duszy, jak po hydropatyi.
Uraził się, ale potem wesoło gawędziliśmy o różnych gatunkach miłości.

D. 25 stycznia.

Nauczyłam się opatrywać mu ranę. Ma niewielki otwór, jak dziesiątka, który się szybko zabliźnia. Doktor obiecuje, że za tydzień Konrad będzie mógł się podnieść z łóżka.


∗             ∗

Między nami nastąpił jakby niemy układ — nie wspominamy nigdy przeszłości, za to często mówimy o Halce, jej rodzicach, lub wogóle o małżeństwie, wychowywaniu dzieci, stanie naszego społeczeństwa. Ten ostatni temat staram się nawiązywać najczęściej — dziwi mnie, że Konrada on tak mało interesuje.
Raz, czytając nagłos Dwa bieguny, wyrzekłam zdanie, że nigdzie może tyle sił nie trwoni się marnie, jak w naszem społeczeństwie. A przecież stosunkowo nigdzie tylu rąk i głów do pracy nie trzeba, jak u nas.
Na to Konrad:
— Tak, hodowla ras poprawnych dałaby zdrowie moralne. Dlatego chcesz mnie zrobić hodowcą?
Czy zasłużyłam na taką ironię?


∗             ∗

O ile da się naprawić stosunek Konrada do żony i w jaki sposób — oto myśl, która zajmuje mnie w dzień i nie daje mi spać w nocy. Bo jeżeli żonę kocha i za mną pogonił jedynie ogarnięty urokiem poetycznych wspomnień, powinien przed żoną wyznać wszystko otwarcie i wszystko wytłómaczyć.
Twierdzą, że na kłamstwie można budować szczęście. Ale jeżeli kłamiąc, możemy kogoś zrobić szczęśliwym, za to nigdy siebie. Do szczęścia trzeba wiary w prawomocność, właściwość swego postępowania. Okłamując, dajemy przewagę ukrywanym okolicznościom, bo chociaż od ich konsekwencyi staramy się uchylić — kołysze się ona wiecznie nad nami, jak miecz na nici przypadku zawieszony.
Jest to żywot tułacza, tłumiącego swą godność, ściganego obawą odkrycia, a nie śmiącego wyrąbać sobie szablą, lub zdobyć siłą argumentów, lub zasłużyć pokutą i krzywd naprawieniem — prawa noszenia tej godności wobec siebie i wobec innych.
Lecz w wypadku, gdy Konrad jej nie kocha, czy lepiej, aby udawał uczucie, którego niema i utrzymywał kłamstwo, pustą formę małżeństwa, czy żeby zerwał wszystko, opuścił żonę i — znów wielki znak zapytania. Trzebaby mieć tę lub ową pewność. Jak ją zdobyć?


∗             ∗

Obserwując Konrada, dochodzę do przekonania, że nie kocha on ani mnie, ani Haliny, a raczej, że kocha jednę i drugą. Ze mną lubi marzyć, poetyzować — Halka podoba mu się przez swój wdzięk naiwny, prostotę, szczerość, pogodę duszy...
Jest to człowiek, któremu przeciwności zapalają wyobraźnię, a zdobycze ją studzą. Kocha, póki kobieta mu nie wyzna, że gotowa iść za nim.
Z drugiej strony jego natura miękka przywyka do łagodnej, ciepłej dłoni kobiecej, jestem pewna, że gdyby zamiast mnie była n. p. siostra miłosierdzia, przywiązałby się do niej, a raczej zapałałby uczuciem, jak błysk racy, krótkotrwałem, ale gorącem i świetnem.
Czy jest to sumienność? nie, może raczej stałość tego popędu wyobraźniowego, który, mając niejasne poczucie ideału, mierzy nim ludzi, jak obłokiem chrabąszcze; czyni to bez świadomej analizy, wprost z mimowolnego zestawienia dwu wrażeń: spoczywającego gdzieś tam na dnie duszy i płynącego zewnątrz — ze świata.
Ujmuje życie pod kategoryą nieokreślonych, niby z Empirejów Platona zaczerpniętych, idej. Nie oddziela tego, co jest, od tego, coby się pragnęło. Stąd mglistość w postępowaniu, stąd niejasność własnych uczuć dla siebie samego. Gotów wszystko zrobić pod wrażeniem, rozdętem przez wyobraźnię, a prawie nic w imię tego, co zna i posiada.
Może się mylę, — wkrótce sprawdzę.


∗             ∗

W rozmowie spytałam Konrada, co zamyśla zrobić ze mną.
Zdziwił się niezmiernie i odrzekł wymijająco, że teraz śni rozkosznie, więc poco go budzić?
Zwróciłam uwagę, że gdy długi sen jemu służy, mnie może wyczerpać, szczególniej wobec ataków opinii.
— Jakto, więc dbasz o sądy ludzkie! — spytał z żalem.
— Naturalnie! (naiwny wyrzut, który zrobi każda męska pycha: jak to, wobec mnie — twego bóstwa, dbasz jeszcze o ten nędzny, otaczający cię świat!)
— Cóż więc chcesz, abym uczynił?
— Bez ślubu żyć nie możemy...
— Ślub... ależ to niepodobieństwo! nie jestem mormonem.
Wstyd mnie oblał, lecz postanowiłam anatomizować dalej:
— Przyjmij protestantyzm, ślub poprzedni zostanie zerwany, staniesz się wolnym.
— I ty to mówisz z takim spokojem?
— Jeśli chcesz mnie posiąść, nie widzę innej drogi. Wreszcie, co znaczy jedna trudność wobec naszego przyszłego szczęścia?
Milczał.
Po długiej pauzie rzekł:
— To byłoby jednak nieuczciwie z mej strony! w jakiem położeniu zostawiłbym Halinę? proszę cię, Amelio, postaw się na mojem miejscu, jako prawego człowieka...
Tryumfowałam.
Słowa Konrada dla każdego uczciwego sumienia były prawdą oczywistą. Ale oczywistość ta, jak wiele innych, gdy chodzi o ścisłość myślenia oraz postępowania, musi być wyrażona i za fundament przyjęta.
Postanowiłam iść dalej i zerwać ostatnią zasłonę z nagiego posągu prawdy.
— Więc gdzie twoja miłość — krzyknęłam — gdy dawnych związków nie chcesz poświęcić dla mnie! Czemże ci jest żona, której nie kochasz wcale?
— Nie kocham, zapewne, ale widzisz, jestem przywiązany do niej. Każdego mężczyznę zdobywa i przykuwa myśl, że jest kochanym, a ona ma dla mnie tyle uczucia... Wreszcie, ty może tego nie rozumiesz, jako kobieta, ale honor mój byłby zadraśnięty. Ja nie mogę porzucić zupełnie żony, uciec od niej, jak kantorowicz od swego pryncypała.
— A cóż my ze sobą zrobimy?
— Wyjedziemy tymczasem gdzieś daleko n. p. do Szwajcaryi, a potem... któż myśli o potem! Jedna chwila rozkoszy i upojenia ozłoci nam całe pasmo szarego życia.
— Nie, mój drogi — odrzekłam zimno — masz do wyboru, spalić za sobą mosty, albo ich nie przechodzić wcale. Wybieraj!
Czułam, że rozmowa wywiera nań przykre wrażenie. Nic dziwnego, proponowałam układy, a mężczyzna znosi tylko zdanie się na łaskę i niełaskę.
Zaczął mówić długo o tem, że kocha mnie nad wyraz, wszak dał tego dowód! ale względem Halki ma pewne obowiązki. Ona bez niego byłaby tak nieszczęśliwa, powiedziała mu kiedyś, że nie przeżyłaby opuszczenia!..
— Słusznie, byłoby straszną niewdzięcznością nie obdarzać uczuciem takiej istoty. Zatem masz we mnie siostrę czy przyjaciółkę, ale za to żonę swą kochaj szczerze i uczciwie.
Spojrzał na mnie zdziwiony z takiego obrotu rzeczy.
— Więc będziesz mi tylko siostrą! — westchnął.
Milczałam. Gdyby milczenie to dało się przetłómaczyć na dźwięki, znaczyłoby długi, ironiczny śmiech. Ale zarazem lekko mi było na sercu, niema bowiem nic straszniejszego nad niezdecydowanie, gdy każda chwila zacieśnia pętlicę sytuacyi i dla wyjścia niesplamionego coraz mniej zostaje miejsca.
Konrad sądzi, że całe zajście ukryć należy przed żoną, bo gdy się dowie, wieczny żal do niego w sercu zachowa.
Jestem pewna, że się myli: znam lepiej Halkę i wogóle kobiety. Porządna, kochająca kobieta mężczyzny nie potępi, gdy chwilowy szał go ogarnie i pogoni za inną.
Ale tej innej za to — nie przebaczy nigdy.


∗             ∗

Wykonałam ryzykowny krok, obawiam się jego następstw, ale zdawało mi się, że tak postąpić było moim obowiązkiem.
Napisałam do Halki list, objaśniając jej wszystko. Dodałam, iż byłoby nieszlachetnie, gdyby nieprzebaczyła Konradowi; jeśli ma żywić żal, to tylko do mnie, która dawałam zbytnie wodze marzeniom w Harasimówce i rozpalałam gorącą wyobraźnię Konrada. Winę swą okupiłam długim bólem i czystością postępowania późniejszego. Niech go zabierze, niech z nim pracuje razem, niech go kocha, jak dawniej i nie zważa na ten wypadek.
Ja już nie stoję między nimi.


∗             ∗

Konrada dręczą zgryzoty, że Halka dowie się o wszystkiem z boku i wiadomość ta może niebezpiecznie oddziałać na jej organizm — spodziewa się bowiem wkrótce rozwiązania. Nie przewidziałam tej okoliczności.
Lękam się okropnie. Noc przepędziłam bezsennie, widząc przed sobą zrozpaczoną twarz Halki po przeczytaniu listu.
Czyżby zawsze wślad za memi najczystszemi pobudkami iść miały nieszczęścia?


∗             ∗

Odebrałam telegram — Halka jutro przyjeżdża. Dzięki Ci Boże! Jestem pewna, że nastąpi między nimi harmonia, jakiej dotąd nie było.


∗             ∗

Starałam się przygotować Konrada do przybycia żony. On, jakby coś przeczuwał, wyrzekł, iż mnie będzie zawdzięczał, jeśli zostanie spokojnym, poczciwym małżonkiem. Jednocześnie wziął moją rękę, przyciągnął do siebie i chciał pocałować.
Spojrzałam mu w oczy i spytałam: czy należę do kobiet, które się znieważa?
Zmięszał się, a potem wpadł w gniew i zaczął dowodzić, że jestem komedyantką, bo mieszkam razem z nim, a udaję mniszkę.
Uczułam niezmierny ból policzka, wymierzonego przez istotę, która niegdyś była mi droga.
— Nie zrywaj białych róż brudnemi rękoma! — rzekłam.
— Już cię ta krew moja poplamiła — zaśmiał się szyderczo. — Już nie zmyjesz tych plam i palić cię one będą zawsze. Wreszcie, po co się łudzić? białe róże rosną dla nas za wysoko!
— A czerwone za nisko...
Poszłam do swego pokoju i długo myślałam — (śmieszne, nieprawdaż?), co czuje drzewo, gdy wiatr jesienny zrywa mu liście..
Aż się zanosi od śmiechu, chyląc koronę na wszystkie strony: bo ten wiatr zrywa liście już zwiędłe, a co po nich? Niech lecą z wiatrem...
Ale drzewo śmiać się może, bo wie, iż na wiosnę okryje się nowymi, a serce ludzkie, obnażone z zieleni, schnie bez nadziei.


∗             ∗

Konrad mnie przywołał do siebie, rozpłakał się i rzekł: — Daruj mi obelgę, którą ci wyrządziłem! Jestem zepsuty, kapryśny, zły! Tobie szczęścia nigdy daćbym nie mógł, lecz Halce — spróbuję! Wszystko, co lepsze w mej duszy, zwraca się ku tobie z podziękowaniem za to, co zrobiłaś dla mnie, a więcej jeszcze, iż nie będę miał na sumieniu tego dziecka. (Żonę swą zwykle nazywa dzieckiem. Żona-dziecko! wydaje mi się to czemś nie do pogodzenia)...
Mimo wszelkich przejść bolesnych, czuję się dobrze, bo stanęłam w zgodzie sama z sobą.


∗             ∗
(Na pensyi).

Nie chciałam swą obecnością „męża oddzielać od żony,“ więc przed przybyciem Haliny wróciłam na pensyę. Odrazu weszłam w tryb dawnych zajęć. Skąd mi się wzięło tyle spokoju? czy to płynie z poczucia obowiązku?
Obowiązek, to jedynie sztandar, który sam przez się zwyciężyć, ani zapalić do czynu — niezdolny.
Do tego trzeba miłości.
Do takiego zwycięztwa trzeba miłości samej siebie: nie umiałam i nie chciałam poświęcić swego porządku moralnego. Może kiedyś zwątpię w jego wartość — dziś go czuję i błogosławię.


∗             ∗

Niespodziewanie odwiedziła mnie Halina. Stanęła we drzwiach i gdym podeszła do niej, padła mi w objęcia z płaczem. Był to płacz szczęścia. Przepraszała za swój egoizm, dziękowała za poświęcenie, a mnie smutno było, że to „dziecko“ znów może doznać zawodów.
— Ty go kochasz! — mówiła. — Ja wiem, ty go nawet lepiej kochasz odemnie, ale ja silniej! dlatego dobrze, żeś mi go oddała.
Śmiała się, a jednocześnie łzy płynęły po jej okrągłej, białej twarzy.
Biedne wy kobiety! miłość wasza jest rozlaniem swego ja w jego ja; jest to pokora niewolnicy; jest to płynięcie bez wioseł i steru za jego cieniem. Biedne wy i szczęśliwe! Bo pozbywacie się dumy osobistej i człowieczeństwa, ale za to zdobywacie coś realnego — macierzyństwo, i wierzycie, że ten, który was całuje, jest Apollinem, i że dziecko będzie półbogiem.
Co do mnie, jestem kobietą nienormalną: miłość pojmuję, jako przymierze do walki. Tem się objaśnia łatwość mej ofiary: Konrad jest ideałem w pierwszem określeniu, lecz tylko cieniem — w drugiem.
Odkąd to sobie powiedziałam — byłam spokojna.


∗             ∗

Byłam spokojna, aż do dnia drugiego. Wtedy porwał mnie jakiś potwór i zaczął ssać... Tak wyobrażam sobie głowonoga: jestto jedna głowa, a ośm duszących uścisków. Było to coś bladego, nieokreślonego a dławiącego.
Było to zwątpienie.
Bo walczyć, ale za co? zwyciężać, deptać jedne uczucia, w imię jakich lepszych? Nie miałam na to odpowiedzi, albowiem nie było już ani nocy cichej, księżycowej, wiodącej do Bóstwa, ani rozbitej rodziny, którą należało zjednoczyć.
Smutek i czczość wewnętrzna były tak silne, że nie czułam nawet syku gadzin. Gdy przyjechałam na pensyę, wnet zbiegły się nauczycielki gromadą, aby mnie oglądać, jak syrenę. W spojrzeniach czułam coś złowrogiego i drwiącego.
Potem przyszła do mego pokoju Stefka i opowiedziała wszystko. Kafarska rozgłosiła, że pod pozorem wyjazdu do domu przebywałam w hotelu z młodym mężczyzną.
Wiadomość Stefki obeszła mię mało: wystarcza być uczciwą; po za tem, co mogą obchodzić histeryczki i karlice?
(Potem zrozumiałam, że choćbyśmy czołem sięgali śnieżnych Himalajów — gady nie stracą swego przyrodzonego prawa: pełzać i kąsać...)


∗             ∗

Ogromny mi brak Mani. Nie wróci już na pensyę, gdyż zakłada szkołę 4 klasową, aby utrzymywać polskość na zalanych obcą falą kresach. Chce, żebym jej pomogła w tej pracy; zapewne zrobię to później. Tymczasem tęskno mi do niej, jak do istoty, która jedynie zdolną byłaby podtrzymać gasnącą moc i wiarę...
Kafarska, gdy mnie spotka, kłania się wyniośle i przechodzi. Inne unikają, szepcąc do siebie po kątach. Nawet wśród uczennic spostrzegam ciekawe spojrzenia i uśmiechy.
Ale najgorsze zaczęło się, gdy przybyli sprzymierzeńcy. Pani Courbet wleciała do mego pokoju, jak zwaryowana, obróciła mnie kilka razy w walcu i zaśpiewała jakąś wodewilową piosenkę. Potem zaczęła mówić szybko, że wzbudzam w niej szacunek i uwielbienie, że kto kocha, powinien nie dbać o cały świat, że ona też kochała i mieszkała z kimś przez parę miesięcy w wiosce jurajskiej.
Oh, je connais l’amour divin, je connais l’amour...
Nim zdążyłam odpowiedzieć, pobiegła do innych nauczycielek i najbardziej obgadującym zapowiedziała, że oczy tej wydrapie, która złe słowo o mnie jeszcze powie. Bo obgadują przez zazdrość, a same z rozkoszą uczyniłyby to samo, tylko, że na takie czupiradła nikt patrzeć nie chce...
Prosiłam Courbet na wszystko, aby już więcej mej sprawy nie broniła, bo tylko plotki rozjątrzy i uzasadni. Ale ona zasypała pocałunkami i obiecała, że jeśli kto w jej obecności na mnie krzywo mrugnie, da mu po twarzy...
Uczułam się bezsilną wobec tak zaciekłej przyjaźni, przypominającej niedźwiedzia, który chcąc odpędzić muchę, siedzącą na czole jego przyjaciela, tak dzielnie uczęstował ją głazem, że rozbił czerep na drzazgi.
Kto wie, gdyby mi tak zrobiono rzeczywiście, może byłabym wdzięczna. Tylko niestety, czaszka moja długo jeszcze będzie więzić myśli, które wiercą mózg i w nieskończonem tempie kołacą, dopraszając się odpowiedzi.
Bo po co ja żyję? ale o to mniejsza, można żyć, nie zadając sobie tego pytania.
Ale czem było to uczucie, które mi sen odbierało i robiło pustkę tam, gdzie jego nie widziałam, a po którem teraz zostało tylko trochę spopielałych wspomnień? Urojeniem? zapewne, ale gdy urojenie znikło, czy jest lepiej? Miałam urojony cel, urojoną namiętność, jedno i drugie wymagało ofiar, walki, cierpienia... Ponosiłam to wszystko i było mi przynajmniej znośnie, jeśli nie dobrze.
Zapełniałam sobie życie, a do tego niekoniecznie trzeba celów podniosłych i wartościowych. Czasem wystarcza dobro fikcyjne, jak n. p. sława; czasem kłamiące jak morfina; czasem wprost negatywne, jak choroba, z którą się walczy i walka ta skupia całą naszą energię, staje się celem życiowym.
A ja nie mam nic — żadnych pragnień i żadnych celów.
Musi to być jakaś anemia duszy, na którą przyszli lekarze wynajdą zapewne jakiś środek hipnotyczny, jakieś poddawanie pożądań, ambicyj, słowem tego wszystkiego, co się nazywa zdrowiem moralnem. Niestety, my barbarzyńcy jeszcze nieznamy takiej ospy ochronnej. Dlatego choroba nas dziesiątkuje.


∗             ∗

Dni w życiu ludzkim bywają czasem podobne do tych książek, o których nic więcej powiedzieć nie można nad to, że się je przeczytało. Z takich dni szarych i swą szarością przygniatających składają się lata długie, bezpłodne, mające jedyny objaw — starzenie.
Czyż doprawdy, cały ten krzepki organizm, te kształty, o których ludzie mówią, że są wyrzeźbione, ten umysł, rwący się do światła, ta potrzeba wielka kochania, ta żądza życia i rozlewania życia naokół — czyż to wszystko rozwinęło się i żyje, aby zwiędnąć marnie, jak beznasienne kwiaty? Zaiste, lepiej byłoby umrzeć za młodu, nim nastąpi ostateczne rozgoryczenie i ostateczne duszy zbłąkanie...


∗             ∗

Nadchodzą święta wielkanocne. Zapach pęczniejących pączków i ciepłe wiosenne powiewy wlatują przez otwarte okna.
Nigdy jeszcze nie było mi tak beznadziejnie... Wyobraźnia śpi, uczucia stłumione, tylko myśli, jak zamkowe straże, błąkają się z latarkami po zaułkach duszy i oświetlają pajęczyny, kurze, oraz cenne niegdyś rupiecie, od których teraz bije stęchlizna.


∗             ∗

Co wieczór odbywam lekcye z Zosią; uczy się dobrze, przywiązana do mnie, jak własne dziecko. Gdy jestem smutna, co teraz prawie stałym jest objawem, ona siada u nóg moich, zaglądając w oczy i całując po rękach.
I czemu ja to piszę? wszystko jest tak bezmyślne...


∗             ∗
Niedziela.

Całe popołudnie błądziłam po polach i cmentarzu. Byłam, jak w lunatyzmie, nie wiedziałam, co się dzieje naokół, czułam tylko coś okropnego, co przytłaczało mi duszę.
Głowę wystawiałam na palące promienie słońca, aby się odurzyć; próbowałam się modlić, ale po paru słowach wybuchnęłam śmiechem, aż strach mię ogarnął przed samą sobą.
Potem — co ja robiłam? ah, tak — pisałam coś w notesie... Ledwom odczytała te smutne, dziwaczne, poplątane słowa. Jeden urywek przepisuję:

Idę na cmentarz, gdzie krzyże czernieją,
Tam wśród grobowców i umarłych grona
Może się moja dusza załzawiona
Przejmie niebytu i ciszy nadzieją,
Może zmęczoną wśród życia zmienności
Uśpi tam powiew ją — nieskończoności.
Napróżno — jakiś niepokój mną targa —
Jakgdybym czuła Samumu zbliżenie,
Gdy śmierć wygląda słodko, jak zbawienie;
Niepokój gorszy, niż bolesna skarga!
W bólu jest życie — cierpienie się zdwaja,
Bolące serce ma — jak harfa — struny,
Na których wichry grają i pioruny,
Tworząc pieśń ducha, co silnych upaja.
Lecz serce moje — to jak cicha urna,
W której jedynie popioły szeleszczą,
Ale nie zagra w niem melodya górna,
Ani nie zadrży tragedyą złowieszczą...
Nic nie przeklina, lecz i nic nie kocha;
Niczego nie chce — obce mu nadzieje...
Oh, coś tam strasznie, beznadziejnie szlocha —
Cicho, to dusza moja tak się śmieje.


∗             ∗

Stefka radzi mi opuścić pensyę i wyjechać na wieś. Chętnie to zrobię.
Nie wolno straszyć ludzi ponurym wyglądem i nie grać wraz z wszystkimi smutnej farsy, której tytuł: powaga życia.
Powaga — to wielkie słowo! głupcy je szanują, tłumy przed niem się korzą, mędrcy niem gardzą.
A ja, która nie jestem ani głupią, ani mędrcem, a z tłumu mnie wypędzono, czuję — znużenie...


∗             ∗

Wymówiłam miejsce przełożonej.
Za dwa miesiące wyjadę na wieś i ulegnę katalepsyi. Piaski, drzewa, dobroduszne twarze i płotki sąsiedzkie — to przytłumi, uśpi i znieczuli.


∗             ∗

Przyszedł raz Staszecki, gdy siedziałam sama w gabinecie chemicznym i patrzałam bezmyślnie na cyanek potasu, którego przed chwilą używałam do jakiejś reakcyi.
Zapalił milcząc papierosa i rzekł zwolna:
— Jak się zdaje, myśli pani o wybawicielu. Fałszywy apetyt! ja też miewam czasem coś podobnego, ale uważam to za błędny kierunek dobrego dążenia.
— Gdy niema celu, wszystkie kierunki są błędne, lub wszystkie dobre — odrzekłam.
— To paradoks. Cel istnieje mimo naszej woli i z nią lub bez niej zmierzać doń musimy.
— A tym celem?
— Życie.
— Ja widzę drugi: nicość.
— Niech pani unika tego wyrażenia. Przedewszystkiem, jest ono niefilozoficzne, powtóre, źle zastosowane. Nudę lub zmęczenie, jakie nas chwilowo ogarnia, nazywamy pragnieniem nicości, gdy jest to właśnie pragnienie życia, płynącego falą szeroką, rozlewną...
— Tak, lecz skąd wziąć fali tak szerokiej, aby cala dusza zmieścić się mogła?
— Nie jestem metafizykiem, więc bez nadmiernych subtelności odpowiem, że każde szlachetniejsze i wyższe uczucie stać się może źródłem dla takiej rzeki; tylko nie trzeba płynąć po piaskach bezpłodnych, a wysysających. Niech pani pokona chwilowe znużenie, będzie z pani dzielna, mocna dusza.
— Ja wierzę w panią! — dodał.
— Zatem mam kogoś, kto we mnie wierzy! To dużo, to nawet za wiele... łatwowierności. A jednak... jest mi to przyjemne.


∗             ∗

Wszelkiemi siłami (za radą Staszeckiego) staram się bronić przeciwko apatyi, która mnie przytłacza, ale napróżno.
Czasem doznaję wrażenia, jak gdybym szła po torfowisku, które zwolna zapada, nogi grzęzną w błocie; gdy jednę z nich wydobędę, druga zanurza się tem głębiej, wreszcie cała kępa wraz ze mną tonie, ogarnia mnie ciecz miękka, wstrętna, sklepienie zamknęło się nad głową, cisza...
Nie mogę znieść liczniejszych zgromadzeń; zgiełk wszelki mnie razi. Czasem jakaś osoba na ulicy, obca zupełnie, takiem mnie przejmuje obrzydzeniem, że muszę przejść na drugą stronę. Doktor twierdzi, że jestto zdenerwowanie i nic więcej. Bardzo być może.
Gdy ojciec mój nagle skończył, doktór mnie pocieszał: — Ależ, kochane dziecko (byłam wtedy jeszcze mała) nie smuć się! żyłka pękła, to każdemu zdarzyć się może!


∗             ∗

Odebrałam od Stefka list bardzo smutny: stypendyum obiecanego nie dostał, wątpi w swoje zdolności, wyrzuca sobie, że mi jest ciężarem. Chce porzucić uniwersytet i iść do biura.
Strasznie mnie to dotknęło.
Odpisałam, że nie wolno mu wpadać w zniechęcenie, bo przed nim jeszcze droga długa, pełna skutecznej, może wielkiej pracy. Niech się nie oburza na omyłkę, czy niesprawiedliwość ludzi — i bez nich damy sobie radę. Od czegóż posiada siostrę?
On nie domyśla się nawet, jakiem niepodobieństwem byłoby dla mnie dłużej błąkać się po święcie bez tego przekonania, iż jestem komukolwiek potrzebna i użyteczna. Cały list mój był taki zdrowy, taki pełen wiary i zachęty, że mnie samej lżej i lepiej się zrobiło. Kto wie? może i ja cel znajdę, jak gwiazda biegunowa, niezmienny wśród wiecznych oscylacyj mej duszy...


∗             ∗

Przełożona bywa coraz częściej cierpiąca. Miewa tak straszne migreny, że trwają dniami całymi i czynią ją prawie nieprzytomną.
Nic dziwnego! od lat dwudziestu jest przedmiotem nienawiści bogów, czyli mówiąc nowożytnie: zajmuje się pedagogią. W naszych warunkach jest to praca Syzyfa.
Miałam dziś czas wieczorem i poszłam ją trochę rozerwać.
Dziękowała mi serdecznie. Rozgadałyśmy się jak dwie przyjaciółki. Zapytywałam, czemu nie poruczy swych zajęć komu innemu, jeśli one odbierają jej zdrowie. Odrzekła, iż gdy ona ustąpi, pensyę pod lada pozorem mogą zamknąć.
Zbyt dobrze znałam stosunki, aby nie ocenić całej grozy położenia.
Przełożona ma za sobą osobistą tradycyę i wielką powagę, z którą się muszą rachować; mimo to pensya doznaje od władzy szkolnej coraz więcej przykrości. Inspektor zjawia się co dni parę, w tornistrach uczennic szuka podręczników do historyi polskiej, wszystkie miejsca wolne obsadza Rosyanami.
Jeden z nich, nauczyciel języka rosyjskiego, nieokrzesany grubianin, wyprawia ciągłe sceny nauczycielkom i uczennicom. Jeżeli która z uczennic nie wyrecytuje bez zająknienia wszystkich tytułów J. C. Mości oraz jego rodziny (we wstępnej klasie wyuczenie się ich zajmuje pół roku czasu), albo omyli się w dacie urodzenia jednego z wielkich książąt — dostaje zły stopień na cenzurę.
— Ojca swego i domu swego możesz nie znać, ale cesarza i jego rodzinę znać musisz! — głosi ten natchniony apostoł oświaty.
Wczoraj miał odbywać egzamin w V klasie. Nie przychodzi na czas o godzinie 9, czekamy — mija wpół, potem dziesiąta, jedenasta, kilku posłańców z listami szuka go po mieście, wreszcie koło południa zjawia się, jak u nas mówią: „zawiany“ — blady, z napuchłą twarzą i niepewnem spojrzeniem.
Jąkając się, przeprasza przełożoną za spóźnienie: troszeczkę zaspał, przyjaciel „podlec“ go nie obudził, był niezdrów, ale — eto puśtiaki! — dodaje na uspokojenie tych, coby zbytnio lękali się o jego życie.
Przełożona, milcząc przyjęła wyjaśnienie, tylko się odsuwała, bo zapach spirytusu bił na trzy łokcie.

2 czerwca, niedziela.

Poszłam dziś sama do parku i spotkałam Staszeckiego. Szedł zamyślony, spostrzegł mnie, gdym już przechodziła. Usłyszałam, jak przystanął i zaczął dopędzać. Odwróciłam się szczerze zadowolona, że mieć będę na przechadzce towarzysza. Ale był małomówny, wyglądał na zdenerwowanego.
Zapytałam, co mu jest. Zdjął kapelusz, wskazał na siwiejące włosy i rzekł gorzko:
— Włos każdy siwieje, czuję zgon każdego włosa.
Rzeczywiście, w przeciągu kilku ostatnich tygodni Staszecki posiwiał.
Chciałam okazać mu współczucie i może pomódz w smutku, którego powodu zlekka się domyślałam. Sądziłam, że idzie tu o Manię, która odwzajemniała się Staszeckiemu sympatyą. Mówiłam długo o jej niesłychanie dzielnym charakterze i wyższym umyśle — zbywał mnie półsłówkami, zdawał się przysłuchiwać z grzeczności. — Wtedy przeszłam bezpośrednio do niego samego i powiedziałam, iż powinien raz wreszcie ustalić sobie byt rodzinny.
Zaśmiał się i pokazując ręką drzewo, spytał: „Czy z tą wierzbą?“
Byłam urażona za Manię. Odrzekłam sucho, że jeżeli ktoś wierzbę pokochał, powinien starać się o jej wzajemność.
— Pyszna recepta! — zawołał — szkoda tylko, że stoją na przeszkodzie ukraińskie rzeki... Nie rozumiałam aluzyi. Wszakże Mania pochodzi z Polesia — i wogóle, co mają z nią wspólnego rzeki?
Rozmowa przeszła na tor inny, mówiliśmy o swych znajomych. Staszecki nagle wspomniał nazwisko Konrada.
— Pan go znasz? — spytałam żywo.
— Mój kolega szkolny. Wygląda pani, jakby niezadowolona z tej wspólnej znajomości... Świdrował mnie oczyma, czułam, że się rumienię, ale wnet odzyskałam spokój: choćby wiedział wszystko, cóż w tem dla mnie hańbiącego?
— Nie spodziewałem się nigdy — zaczął znowu — żeby pani była tak przykładną siostrą miłosierdzia.
Z tonu sądzić nie mogłam, czy mówi ironicznie lub seryo.
— Panie Adamie — rzekłam — nie wiem, w jaki sposób stałeś się właścicielem pewnych tajemnic — proszę, nie wspominaj dni, które przeszły!
— Czy w dniach dzisiejszej niedoli wspomnienie ich tak jest przykre?
Spostrzegłam, że próbuje badać. Jakiem prawem?
— Panie — rzekłam zimno — są wspomnienia, których dotykać pozwalamy tylko bliskim!.... Odprowadził mnie do domu więcej jeszcze milczący.
Przykro mi, jeślim go uraziła — jutro to powetuję...


(Tegoż dnia).

Czytałam przez kilka godzin. Za chwilę położę się spać. Doznaję dziwnego wrażenia, jak wtedy, gdy przed zmęczonemi oczyma skacze bezustannie czarny punkcik. O czemkolwiek zaczynam myśleć, staje mi przed oczyma blada twarz Staszeckiego i świdrujące oczy.
Czyżbym się lękała jego podejrzeń? Śmieszne to, a jednak...
Podejrzenie, jak przylepiona do ciała smoła, nie sprawia właściwego bólu, ale męczy, denerwuje, tak, że nareszcie chwytamy paznokciami skórę i zdzieramy do krwi...


∗             ∗

Stefka wychodzi zamąż! Powiedziała mi to w tajemnicy, ale jednocześnie pani Courbet, tamta pod sekretem którejś znów, i w jednej chwili cała pensya dowiedziała się o tym znamiennym wypadku.
Stefkę otaczają, winszują — pół żartem, pół seryo. Jeden Staszecki nie ukrywa ironii. Stał się tak drwiący i żółciowy, że niepodobna trzech słów z nim zamienić. Stefce gorąco winszował, bo małżeństwo jest doskonałym środkiem na wytępienie inteligencyi: amputuje głowę, a przedstawia bocianie gniazdo.
Na to Stefka: — Mówi przez pana zazdrość — biedny pan! nie mieć żadnego kochającego serca!
— Zlituj się pani i nie lituj się nademną! — odrzekł z nagłym wybuchem niecierpliwości i wyszedł z pokoju.
Rzeczywiście Stefka wygląda, jakby dla nas wszystkich miała wielkie politowanie, taka jest rzewna, cicha, w spojrzeniu słodka.
Nigdybym nie przypuściła, aby ów jakobin zdecydował się na tak ryzykowny krok.
A jednak — najformalniej, w białych rękawiczkach oświadczył się Stefce.
Za miesiąc skończy uniwersytet, za pół roku się pobiorą i zaraz wyjadą na prowincyę, gdzie młody doktor ma już obiecaną posadę.
Stefka roi czarowne widoki na przyszłość: domek winem obsadzony, ogródek, w którym będzie sadzić malwy, bratki...
— Kapustę, pietruszkę — dodałam.
— Naturalnie! utrzymanie porządku w pokojach, w kuchni, wszystko to zapełni dzień, wieczorem zaś głośne czytania...
— A dzieci? — spytałam.
— Nie dokuczaj mi! — prosiła — a wreszcie mów, powtarzaj, ja sama ci powiem, że chcę mieć dzieci, chcę mieć rodzinę, ty i Mania macie inne usposobienia: zimne, abstrakcyjne!
— A Sakia-Muni? czy nie wytoczy procesu dawnej prozelitce?
— Odeślę go do ciebie, powetuje sobie stratę stokroć — odrzekła zadąsana. (Już nawet dąsać się nauczyła, z czem jej bardzo do twarzy). Ale rozjaśniła się zaraz i znów zaczęła opowiadać o małym dworku z winem (albo z clematisem — lepiej z winem!) o Stachu, którego będzie surowo trzymać, choć i bez tego będzie on porządnym mężem i dzielnym doktorem..
Jakie to sielankowe, nieprawdaż? nawet bardzo żartować nie można z takich prostych, szczerych i dobrych uczuć!


∗             ∗

Było dziś nowe zajście na pensyi.
Inspektor znalazł u jakiejś przychodniej egzemplarz historyi polskiej (cenzuralny), zwymyślał całą klasę, nauczycielkę, potem wpadł do gabinetu przełożonej i przysięgał na honor, że zamknie pensyę.
Przełożona natychmiast pojechała do kuratora i wytłómaczyła mu, że nie może być odpowiedzialną, jeśli która z uczennic przyniesie z sobą książkę, nie należącą do przepisanych podręczników, nb. cenzuralną.
Kurator wysłuchał sprawy bardzo grzecznie, ale powiedział na odchodnem:
— Jak dotąd świetnie udaje się pani bronić swego patryotycznego posterunku. Ale co będzie dalej?
Tak, co będzie dalej?
Są u nas ludzie nieuleczalni, ślepi, którzy sądzą, że lojalność i zachowywanie wszelkich przepisów prawnych uwolni od niebezpieczeństwa utraty urzędu, lub możności prywatnego zarobkowania, od wywiezienia drogą administracyjną, lub zamknięcia w cytadeli. Ci ludzie nie rozumieją tego, niesłychanie prostego objawu w dziedzinie niższych instynktów: „chcę ciebie zjeść nie dlatego, żeś przedemną zawinił, ale że czuję apetyt“.
Wobec tego staje się zrozumiałem, dlaczego stanowisko i zajęcie polskiego stróża, polskiego kancelisty, polskiego nauczyciela jest uważane za „posterunek polityczny“, który należy znieść w imię instynktu.
Przełożona, mimo groźby, zawartej w delikatnych słowach kuratora, nie traci spokoju; powiedziała do mnie:
— Będziemy pracować, póki nam pensyi nie zamkną.
— A wtedy? — spytałam.
— Zajmiemy inny posterunek i będziemy pracować dalej, póki nas nie zgniotą zupełnie.
Czułam się porwaną temi słowami, a jednocześnie upokorzoną: „będziemy pracować“, a ja z tych szeregów występuję... Cóż robić? jest coś silniejszego nad obowiązek, honor, miłość idei narodowej, a tym fetyszem wszechwładnym są zmęczone nerwy.
Inspektor dziś (znów!) przyszedł bardzo ugrzeczniony, użalił się nad przełożoną, że ma tyle pracy i „kłopotów“ — a potem odwiedził drugą klasę; kazał zmówić „modlitwy,“ zadeklamować z uczuciem i zrozumieniem „Boże Carja chrani,“ nareszcie zapytał którejś:
— Kto to jest Rosyanin?
Gdy uczennica, drżąc z przerażenia, żeby nie powiedzieć czegoś niestosownego, milczała — inspektor nalegał:
— No, powiedz, powiedz, „gołubuszka“, kto to jest Rosyanin?
— Człowiek — odrzekła niepewnym głosem delinkwentka.
Wot głupost’! ale dla ciebie, dla was, kim jest Rosyanin?
A gdy znów milczała ze spuszczonymi oczyma:
— Brat — rzekł łagodnie — brat, wasz brat!
Nieszczęście chciało (bo u nas nieszczęściem jest wszelki wyraz żywszych ludzkich uczuć), że jedna z uczennic wzruszyła na to braterstwo ramionami.
Inspektor-„brat“ stał się nagle zielony, przyskoczył do biednej dziewczynki, pienił się ze złości, tupał nogami i kazał jej postawić dwójkę z rocznego sprawowania. Działo się to w mojej obecności, w mojej klasie!
Gdyby nie obawa narażenia pensyi na zamknięcie, kazałabym temu panu wyjść za drzwi.
Ale musiałam milczeć i zaciskać zęby.
A teraz płaczę i ból mną targa niezmierny...

Jeruzalem! Jeruzalem! biedna ziemio ty!
Gdy twej męce nie poświęcę każdej mojej łzy,
Jeśli ciebie nie ogarnę mym synowskim żalem,
To mnie przeklnij i zapomnij, matko Jeruzalem!


∗             ∗

Przyszłość moją zdecydowały malce.
Odbywałam dziś zwykłe, sobotnie czytanie, którego słuchają jednocześnie trzy niższe oddziały; miało być ostatnie w tym roku. Wybrałam wzruszającą opowieść Amicisa o chłopcu, który potajemnie dopomagał ojcu w przepisywaniu, przesiadywał nieraz całemi nocami, co naturalnie odbijało się niekorzystnie na jego zdrowiu i postępach w nauce; ojciec zaczął być dla niego surowym, karcił ustawicznie za lenistwo, aż pewnego razu zastał syna, który z czerwonemi od zmęczenia oczyma, blady siedział nad pliką papierów i pisał.
Dziewczynki słuchały z niezmiernem zaciekawieniem, większość łzy miała w oczach. — Gdy skończyłam, wywiązała się dyskusya o cichem bohaterstwie.
Trudno uwierzyć, ile gorących uczuć, ile skłonności do poświęcenia żywią te małe dziesięcio- lub dwunastoletnie kobietki! z jakim entuzyazmem mówią o czynach bohaterstwa, które znały ze słyszenia lub naocznie.
Posypały się opowiadania: jedna widziała pastuszka na wsi, który cały swój obiad oddał żebrakowi; druga („poetka“, jak ją nazywają towarzyszki) opowiedziała przerywanym od wzruszenia głosem historyę starego tragarza na stacyi kolejowej, który ciężką pracą utrzymywał troje wnucząt. Raz dźwigał jakiś wielki ciężar, potknął się i upadł. Ciężar przygniótł mu piersi i połamał żebra. A on, umierając, rozpaczał tylko nad tem, że jego wnuczęta zginą z głodu!
Wtem jedna się odezwała:
— Zosia to też bohaterka!
— Dlaczego? — spytałam zdziwiona.
— Ach, co te małe plotą — przerwała moja nieodstępna trzecioklasistka, oblewając się cała pąsem.
— Niech pani jej nie wierzy — odezwała się rezolutna Mikulska — Zosia od pół roku pomaga w lekcyach wstępniaczkom; ma trzy uczennice i to jej zajmuje codzień godzinę rekreacyjną.
— Dlaczego ukrywałaś się z tem przedemną, Zosiu? — spytałam.
Milczała, potem rzekła:
— Bo w tem niema żadnej zasługi, to sprawiało mi przyjemność!
Trzy małe dziewczynki powstały i serdecznie ją uścisnęły. Były to niegdyś bardzo słabe uczennice, obecnie mają zapewnioną promocyę.
Po skończonej godzinie cały tłum dziewczątek otoczył mnie i z wesołymi okrzykami wołał: do widzenia! na rok przyszły znów będziemy z paniusią czytywały takie śliczne rzeczy.
— Czy nie wiecie — odezwała się smutno Zosia — że pani od nas odjeżdża na zawsze?
— Na zawsze? odjeżdża? Zdziwiły się towarzyszki i zachmurzyły, gotowe do łez.
— Dlaczego pani nas opuszcza? dlaczego?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
A tymczasem cały ten wieniec dziecinnych postaci o twarzyczkach anielskich wpatrywał się we mnie z wyrzutem i niekłamanym żalem.
— Pani jest chora! — rzekła Zosia.
— Chora? — zaczynały się dziwić i przerażać maleństwa. — Chora? a myśmy o tem nic nie wiedziały! To pewno z naszego powodu! My już będziemy dobrze się sprawować, tylko niech paniusia zostanie, moja złota! — prosiły.
— A będziecie mnie kochały tak samo, jak teraz? — spytałam, ocierając ukradkiem łzy.
— O tak! my tylko mamy nasze tak kochamy, jak paniusię.
— A więc zostanę, moje dziewczątka! mnie też byłoby żal was opuszczać.
Kilkanaście ramionek objęło mnie, kilkanaście ust poczułam jednocześnie na twarzy i rękach, a Zosia, która stała na uboczu, rozpłakała się i wybiegła.
Potem, mówiąc mi dobranoc, szepnęła:
— Paniusiu, ja też będę nauczycielką, dobrze?
... Moje wy dzieci kochane! wy moje — naprawdę moje!
Zostanę się, naturalnie, że zostanę. Tylko i wy zostańcie nadal tak dobremi. Niech pierwszy bal i piąta klasa nie zrobią z was ptaszków, muskających swe piórka!
Ale żeby to nie nastąpiło, trzeba nad wami czuwać. Więc będę!


∗             ∗

Staszecki, gdy mnie dziś spotkał, pogładził swą piękną brodę i z bolesno-ironiczną miną rzekł:
— Pozwoli pani przynajmniej się opłakiwać, gdy nasze miasteczko zostanie przez nią osierocone?
— Zkąd pan wie, że dłużej nie będę na pensyi?
— Ulicznicy już o tem piosenki wyśpiewują!
— Że też panu wszystko zawsze wyśpiewać muszą...
— To los tych, którzy mają uszy. Dla mnie wystarcza być obserwatorem. Jest pani wesoła i spokojna, zatem można oczekiwać jednej z owych miłych kobiecych niespodzianek, po których porządne masculinum błogosławi króla Niebiosów, że go nie stworzył: „ani kamieniem, ani rośliną, ani zwierzęciem, ani niewiastą“.
— Rzeczywiście, jesteśmy zaledwo trochę mniej zmienne, niż mężczyźni.
— Wskutku tego?
— Pańskie wiadomości uliczne oraz obserwacye warte są tyle, co jego błogosławieństwa.
— Jakto, więc pani pensyi...
— Nie opuszczam, oto wszystko.
Staszecki zrobił ruch nagły, jakby mnie chciał uściskać. Aż się zaśmiałam w duszy.
Poszłam do przełożonej.
Patrzała zamyślona w okno, nie słysząc drzwi otwieranych. Spostrzegłszy mnie, powstała i rzekła:
— Cóż, p. Amelio! za tydzień wyjedziesz od nas na zawsze... Przyjmij ten drobiazg na pamiątkę wspólnej pracy — i podała mi w złoto oprawną miniaturę Klementyny Hoffmannowej.
— Chciałam panią prosić o wielką łaskę...
— Może chcesz wyjechać wcześniej? Jesteś zmęczona... dobrze, my cię zastąpimy moje dziecko...
Coś mnie w gardle ścisnęło.
— Ależ przeciwnie, chciałam prosić, byś mi pani pozwoliła zostać dłużej na pensyi!
Patrzała na mnie długo, wreszcie rzekła:
— Rozważ, czy nie będzie to nad twoje siły?
— O, nie sądź pani z mego poprzedniego stanu duszy! Gdy trochę odpocznę na wakacyach, dowiodę, jak jestem silna i wytrzymała.
Uścisnęłyśmy się serdecznie, łza jej spadła na mą twarz.
— Da Bóg — rzekła — że będziemy się bronić jeszcze długo!


∗             ∗

Kafarska dowiedziała się, że zostaję i załamała nademną ręce.
— Nieszczęsna! zrujnujesz zdrowie, będziesz wyglądała jak cień! nam zostaw tę niewdzięczną pracę! my tylko znieść ją potrafimy — deklamowała melodramatycznie.
— A jakiegoż eliksiru zdrowia używa pani?
— Odpowiadasz impertynencyą na rady, płynące z serca. Więc zostań, zostań! zaznawaj tutejszych rozkoszy, ale przekonasz się, że nie jest tu tak przyjemnie, jak w hotelu...
Za nami stała przełożona. Kafarska, gdy ją spostrzegła, urwała i zaczerwieniła się.
Chciałam wyjść, bo łzy mnie dusiły. Przełożona zatrzymała:
— Panno Amelio, czy nie byłabyś łaskawa objąć od przyszłego roku zajęć administracyjnych zamiast lekcyj popołudniowych?
— Nie wiem, czy podołam — odrzekłam.
— Dałaś tego dostateczne dowody. Wzbudzasz szacunek w każdej uczciwej, znającej cię osobie. Czy nie tak, proszę pani? — zwróciła się do Kafarskiej.
— Ależ tak, tak! panna Amelia taka młoda, a cieszy się ogólnem powodzeniem.
Była to złośliwość, na którą i teraz odpowiedziałam milczeniem.
„Idź swoją drogą i pozwól mówić ludziom“.
Dziś był popis. Wypadł świetnie. Zosia dostała list pochwalny. Przysłany z okręgu naukowego dostojnik wyraził podziw, że uczennice robią tak wielkie postępy. Wszyscy w brylantowych humorach.
Po skończonej uroczystości zostałam wezwana do salonu.
Staszecki wyświeżony, z różami na piersiach, podskoczył do mnie i uścisnął rękę.
— Racz pani przyjąć te kwiatki — rzekł, podając wspaniały bukiet storczyków.
— Ależ panie... — zaczęłam.
— Czy ma pani już miejsce na wakacye? — przerwał szybko.
— Dotąd nie.
— A więc może pani przyjmie o pół mili od Nałęczowa, do jednej dziewczynki; kwota stu rubli. Ludzie zacni, znam ich doskonale, dom przyjemny, odpocznie pani świetnie...
— Dziękuję panu.
— Jakto! nie chcesz pani przyjąć? dlaczego? proszę samej oznaczyć warunki!
— Przecież jeśli panu dziękuję, to znaczy, że gotowam przyjąć i być wdzięczną za jego pomoc. A pan, co z sobą robi przez lato?
— Co do mnie, proszę pani, doktorzy ostatnią nerwową kuracyę każą odbyć...
— Może w Nałęczowie?
— Zgadła pani.
Zrobiłam poważną minę.
— Tylko niech pani nie sądzi, że to jaki fortel uknuty!
— Obawiam się, że nie będę mogła miejsca tego przyjąć.
— Ponieważ? — wycedził powoli.
— Ponieważ nie chcę rozstać się z Zosią. Chyba, że ci państwo dadzą mi połowę oznaczonej sumy, a w zamian pozwolą, bym ją wzięła z sobą.
— Cóż to — zaperzył się — moich krewnych uważasz pani za spekulantów? Będą szczęśliwi, gdy dla swej córki zdobędą towarzyszkę.
— A więc wszystko w porządku, jutro mogę wyruszyć.
— Tylko — zaczął się uśmiechać złośliwie — tam niema rzek romantycznych!
— Niestety, gdyby nawet były, pedantyzm pewnych nauczycieli przerobiłby je na trotoary.
— Pedanci dowiodą pani...
— Że umieją ofiarować piękne bukiety i kochać swój naród... Za pierwsze ich się lubi, za drugie... szanuje.
Podaliśmy sobie ręce, serdecznie, po przyjacielsku.


∗             ∗
W sierpniu.

Z dziwnem uczuciem przejrzałam te kartki. Nieświadomie złożyłam w nich kawałek swej duszy. Tylko kawałek i to byłej. Obecnie jestem już inna: doświadczeńsza, a więcej młoda; silniejsza, a mniej złożona. Wiele z tego, co dawniej tylko odczuwałam, dziś rozumiem.
Życie! ty jesteś, jak otchłań morza, w którą im głębiej zstępujemy, tem prościej przedstawiają nam się twory i zjawiska życiowe, a jednocześnie, tem większą czujemy nad sobą potęgę bezmiaru...
Trudno mi pisać: rechotanie żab z dalekich dolatuje stawów i wśród ciszy nocnej wydaje się przygrywką do snu. Ale, gdy skupiam wszystkie wrażenia: tych gwiazd, miliardami rozsypanych po niebie, w wiecznym biegu spełniających wyznaczoną drogę; i tych drzew, głęboko zadumanych; i tych chat wieśniaczych, gdzie śpią zmęczone ludzkie mrówki — słyszę drugą, wielką przygrywkę — do życia...


∗             ∗

Staszecki od tygodnia przebywa na wsi, jutro odjeżdża.
Przed wieczorem, jak zazwyczaj, wyszliśmy na przechadzkę, tym razem daleką, bo aż na wiejski cmentarzyk.
Naturalnym biegiem myśli rozmowa przeszła do tematu istnienia zagrobowego. Staszecki, posiadający rozległą wiedzą przyrodniczą i matematyczną, mówił niezwykle zajmująco o granicach poznania ludzkiego, o względności naszej wiedzy i o tem a priori, które tkwi w ujmowaniu wrażeń i tworzeniu pojęć ogólnych. „Ewolucya ducha na ziemskim globie prowadzi z konieczności umysł nasz poza szranki doświadczenia i tam każe przypuszczać dalszy ciąg tej ewolucyi.
Hipoteza ta da się uzasadnić z równem prawdopodobieństwem, jak ewolucya w świecie organicznym, jak teorya Kanta i Laplace’a...“
Na uboczu od cmentarza spostrzegliśmy karetę. Zdziwiło to nas, bo cmentarza tego nikt prawie nie odwiedza, jako zdawna opuszczonego.
Wahaliśmy się, czy wejść, nie chcąc zakłócać modlącym skupienia, ale Zosia i jej towarzyszka patrzały tak błagalnie, że Staszecki uchylił furtki.
Cmentarz ten ma parę wieków przeszłości. Pełno w nim zieleni, starych olbrzymich klonów, jodeł, brzóz; pełno kwiatów i zapachu nigdy niekoszonej trawy. Lubię go, jak starą kronikę, jak granitowego sfinksa o grzywie lwa, piersi kobiecej i mądrych oczach. Próżno staraliśmy się dostrzedz kogokolwiek.
Nagle w cieniu czterech cyprysów, owitych bluszczem, ujrzeliśmy postać kobiecą. Aksamitny płaszcz walał się na piasku, a ona przylgnęła piersią do białego marmurowego krzyża. Był to grób pułkownika z roku 1863. Usłyszeliśmy nietłumione łkanie, a potem przejmujący wykrzyk: „Spotkamy się za grobem, prawda, mój ojcze, że się spotkamy!“
O siostro! niechaj te słowa, płynące z głębi kochającego, miłością mądrego serca, będą jasnowidzeniem, które tobie ulży w boleści, a mnie da moc do prowadzenia życia dalej...
Wyszliśmy niepostrzeżenie.
Słońce zaszło; purpurowe morze rozlało się na horyzoncie; nieuchwytna smuga zielonkawego seledynu dzieliła je i zarazem łączyła z ciemniejącym granatem nieba.
Ogarnął mnie jakiś mistycyzm i zdało mi się, że ta purpura w dole — to nasze życie, pełne walki; ta jasna, eteryczna zieloność, to nadzieja przyszłości, a dalej ten szafir, to już wieczność...
Z zamyślenia wyrwała nas rozmowa dziewczynek, które zwierzały się wzajemnie ze swych projektów.
Helenka lubi gospodarstwo i marzy o tem, aby matce dorównać i wyręczyć; Zosia pragnie zdobyć dużo wiedzy, stać się cierpliwą i wytrwałą, aby uczyć dzieci.
— Oto nawet taki drobiazg — odezwał się Staszecki — myśli o przyszłości, a my się o nią nie troszczymy.
— Owszem — odrzekłam — wciąż jestem zajęta myślą o niej.
— Czemże ją pani chce wypełnić?
— Rozrostem swych sił w walce.
— A gdy nastąpi znużenie?
— O, to daleko jeszcze, dopiero się odnalazłam, dopiero jestem sobą, dopiero zaczynam żyć.
Czas odpoczynku przyjdzie później, gdy spełnię swoje zadanie i wychowam zastępczynię: Zosię.
— A wtedy zgodzisz się zostać moją żoną?
— Dobrze.
Wziął moją rękę i przycisnął do ust.
— Zbliżaliśmy się do domu.
Przez dąbrowę szła gromada włościan, pobrzękując kosami; jedna z dziewcząt, niosących sierpy, silnym, czystym głosem nuciła, aż się echo rozlegało po zagajach.
Nagle Staszecki przystanął:
— Niech się pani przysłucha słowom tej piosenki:

Wysoko, daleko
Listek na jaworze,
Kto się w kim zakocha
Dopomóż mu, Boże!

— Biorę to za dobrą wróżbę — rzekł radośnie.
— W takim razie ja za drugą, bo pierwszą już miałam tam na cmentarzu: „spotkamy się za grobem“.
— Ale i w życiu — zastrzegł.
— I w życiu — potwierdziłam.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Miciński.