Namuna/Pieśń pierwsza

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Alfred de Musset
Tytuł Poezye
Data wydania 1890
Wydawnictwo Księgarnia Teodora Paprockiego S-ki,
"Biblioteka Romansów i Powieści"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Bolesław Londyński
Źródło skany na commons
Inne Cały tekst „Namuny”
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „Namuny” jako ePub Pobierz Cały tekst „Namuny” jako PDF Pobierz Cały tekst „Namuny” jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
PIEŚŃ PIERWSZA.
Kobieta — to jak twój cień: biegniesz za
nią, ucieka, — uciekasz, goni.


I.

Sofa, na któréj Hassan spoczął, była
W swoim rodzaju rzeczą doskonałą:
Z niedźwiedziéj skóry zrobiono ją całą,
Pulchna jak róża i jak kotek miła,
Bo téż i Hasan miał pozę wspaniałą:
Goły był, jako Ewa, nim zgrzeszyła!

II.

Goły? Bezwstydnik! Ktoś gorszyć się sili.
Goły, zaledwieśmy go zobaczyli?
Cóż będzie w końcu? — Daruj pan dobrodziéj,
Lecz powieść właśnie rozpoczynam w chwili,
Gdy mój bohater z kąpieli wychodzi.
Więc pobłażania! Goły? Cóż to szkodzi?

III.

Goły, jak ręka, jak mur na kościele,
Jak srebrny talerz, lub jak mędrca mowa...
Ach, pani płoniesz, gorszą cię te słowa?
Lecz zkąd ktoś twierdzi, spytać się ośmielę,
Że pyszna nóg twych i piersi budowa?
Mógłbyż tak twierdzić, nie wiedząc za wiele?

IV.

Pani mi powiesz, że nieraz wypadnie
Iść podczas wiatru, lub jechać w karecie,
Że widząc stópkę, i nogę się zgadnie,
Że zresztą nóżki twe słyną na świecie...
A ja wręcz twierdzę: — kochano cię zdradnie
I obmówiono zapewne w sekrecie.

V.

Czyliż bo zbrodnią jest zażyć swobody
Wśród czułych wyznań i w czasie upału?
Szerokie łoże dla nagich — to gody!
Daj mi się posiąść, piękna, — a wśród szału
I ciebie samą wnet skuszę pomału.
Trochę pokrzyczysz, lecz rada z przygody.

VI.

Cóż bo w kochaniu jest bodźcem i siłą?
Pozór z fałszywych wdzięków panoramą?
Złoto, pachnidła? O nie, piękna damo,
Kto cię pokochał, kocha ciebie samą;
Suknia jest bronią, a czyliż nie miło
Jest to rozbrajać, co się zwyciężyło?

VII.

Na ziemi wszystko nagie, krom obłudy.
I w niebie wszystko gołe, jak i w życiu:
Pomniki, dzieci, bóstwa, dzikie ludy,
I serca piękne nie chcą być w ukryciu.
Ztąd, zgódź się pani, że trwam w nadużyciu:
Gołym bohater mój będzie, jak wprzódy.

VIII.

Cisza zaległa w wątku téj powieści
Na wszystkich członkach młodzieńczego ciała.
Już go Najada z płaczem pożegnała,
I słychać tylko, jak woda szeleści
Na spodzie wanny cichutka, nieśmiała,
I z kranów krople sączą pieśń bez treści.

IX.

Był zachód słońca i był miesiąc wrzesień.
Dla nas ten miesiąc smutną wróży jesień,
Cudny, gdzie z słońca czerpią, jak ze zdroju.
Hassan, drzwi nogą pchnąwszy od pokoju,
Opium z bursztynu ciągnął bez uniesień,
Szczęśliwiec. Lubiał sen i żył w spokoju.

X.

Wzrost jego wprawdzie liczył się na cale,
Ale go może duma podwyższyła,
Choć bez potrzeby nie zdradzał się wcale.
Drobniutka postać zbyt wymowną była,
Miał pyszne kształty. Snąć matka, wspaniale
Chcąc go wykończyć, małym go zrobiła.

XI.

Zarozumialec, był w ruchach niedbały,
Zgrabny, wymyty, miał twarz oliwkową,
Ręce pieszczone, wzrok dumny i śmiały,
Brwi, zarost — czarne, płeć alabastrową,
A oczy godne nad wszystko pochwały;
Włosów nie zdradzi z ust mych żadne słowo.

XII.

Ten zbytek Tatar goli już za młodu.
Wprawdzie Tatarem on nie był przed laty:
Hassan renegat, Francuzem był z rodu.
Ongi, spekulant czy szalbierz z zawodu,
Rodzinę, wiarę, ojczyznę, jak szmaty,
Rzucił do morza — dziś bardzo bogaty.

XIII.

Wesoły nieraz, a jednak ponury,
Nieznośny sąsiad, towarzysz do rany,
Pustak, z powagą darł nosa do góry,
Niby naiwny, a życiem sterany,
Szczery, a chytry jak filut niektóry, —
Znasz, czytelniku, tę pieśń, co przebrany

XIV.

Śpiewa don Juan pod pewnym balkonem?
Pieśń wzruszająca, smutnéj pełna treści,
Tyle w niéj żalu, kochania, boleści.
Akompeniament innym mówi tonem:
Wesoły, żywy, gra w tempie szaloném,
Możnaby mniemać, że piosnka ta pieści,

XV.

I budzi słabość w zdradnym instrumencie;
Zaś ton przygrywki, skoczny, bałamutny,
Zda się pieśń samą wyszydza zawzięcie,
Jak gdyby pragnął rozśmieszyć śpiew smutny.
Wszystko to wprawia nas w zachwyt okrutny,
Bo tam jest prawda: śmiech w płaczu odmęcie,

XVI.

Wśród zdrady miłość, niewinność wśród winy,
Za wiarołomstwo uchodzić chcą czyny
Zwykłej pustoty. Choć dłoń nieskalana,
Krew się przelewa. A wszystko z przyczyny,
Że złość i dobroć z natury nam dana, —
Obraz to świata i portret Hassana.

XVII.

Było to dobre dziecko, co się zowie,
Za dobre i zbyt dziecko, lecz w chwili pragnienia,
Skoro rzekł: „muszę!” — moc była w tém słowie!
Zmieniał tak barwy, jak stare odzienia,
Lecz nic i nigdy nie robił w połowie,
Był oceanem, co w ląd się zamienia.

XVIII.

I rzecz szczególna! Zmienny, nie mógł przecie
Nadzwyczajności strawić. Za nic w świecie
Muchy nie zdeptał, choć szła mu pod nogę;
Za to w potrawie spostrzegłszy niebogę,
Czterech lokai, pięciu, na śmierć zgniecie!
Gdzież złość, gdzie dobroć? pokażcie mi drogę!

XIX.

I dowódź tutaj z gderliwym mentorem,
Że pisarz musi znać serca tajniki,
Serce być winno mu prawem i wzorem.
Lecz czyje serce? Czego? Próżne krzyki!
Serce sąsiada ma stanąć otworem?
Do kroćset! W mojém są równe wybryki.

XX.

Życie jest jedno. Co w życiu ja zrobię,
Choćbym był dyabłem, to w ludzkim sposobie!
„Czyjaż to tedy krytyka? — ktoś woła —
Jegomość piszesz sam chyba o sobie?” —
Nie, lecz jednemu nos biorę, część czoła,
Tu piętę, owdzie... niech zgadnie, kto zdoła.

XXI.

„Ależ to monstrum, chimera, łaskawco,
Twe dziecko ojca nie będzie miéć wcale!”
Ojca? E, bajki! W mym wieszczym zapale
Odbyłem połóg do współki z wydawcą,
Zresztą, is pater est quem nuptiae... palę
Łaciński frazes, chcąc być życiodawcą.

XXII.

Spytajcie znawców i dziś, i przed laty:
Brid’oison twierdzi, że zawsze jest synem,
Ktokolwiek żyje — ślepy czy garbaty,
Niech sobie będzie brunetem, blondynem,
Przez to że powstał, już pięknym jest czynem.
Mego i w dziejów nie przystrajam szaty,

XXIII.

Anim go nawet ukradł z biblioteki,
Anim go w żadnéj nie porwał przygodzie.
Że się odbywa rzecz cała na Wschodzie,
Takżem nie mówił, — wszak wschód tak daleki?
Nie znasz go. Czerpię z fantazyi, jak z rzeki.
Jeżeli kłamię, jedź sprawdzać, narodzie.

XXIV.

Gdybym od ręki gród wielki zbudował:
Dachy niebieskie na białym meczecie,
Gdzie szczere złoto kapie z wszystkich pował;
Gdybym zanucił pieśń o minarecie,
Gdybym horyzont krwią wam zafarbował, —
Wtedy napewno mnie kłamcą nazwiecie.

XXV.

Mówię to wszystko, bym w zamian mógł dostać
Od czytelników ustępstwa kruszynę.
Że mój bohater dziwaczna to postać,
Wiem, lecz do dziwactw miał plany jedyne.
„Toć-em nie anioł”, o pani — niech zginę!
Któż nim jest u nas? — Tartuffem chcę zostać.

XXVI.

Nie podobieństwo określić Hassana,
I próżno mniemam, że was nim zachwycę;
Jak dom bez schodów, miał w sercu granice.
Nawet dla blizkich postać mało znana.
Choć łatwo mówić, inna rzecz pisana: —
W łóżku zostawiał swoje tajemnice.

XXVII.

Nie miał rodziców, małpki, narzeczonéj, —
Nic, co jest miarą pospolicie naszą,
Nawet psa, kota — dziwak na wsze strony.
Ach, czytelnicy może się odstraszą?
Czekajcież chwilkę, uczynię go paszą...
Nie! To ryzyko, figiel przedawniony.

XXVIII.

Zrobię go chmurnym, tajemniczym zrzędą,
To znaczy kłamstwo popełnię szkaradne.
Że ja go lubię, zasługi to żadne.
Jam ojciec, za to go kochać nie będę.
Piękny jak serce — ot zrażę gawędą,
Wszak już mówiłem, że oczy miał ładne.

XXIX.

Rzec, iż się nie bał Boga ni szatana,
Tegobym nawet wcale nie zaczynał,
To nie moralne i bodaj kryminał.
Że polubicie niebawem Hassana
Wpierać nie mogę, — rzecz nieprzewidziana, —
Twierdzę poprostu: był to oryginał.

XXX.

Obyż Bóg sprawił, bym za szczere zdanie
Dla jego czynów zyskał pobłażanie.
Proszę o względy, bo prawdą się rządzę.
Jeśli źle robił, mógł gorzéj, jak sądzę.
Sam sobie winien, a mnież się dostanie?
Ja pokutować mam za jego żądze?

XXXI.

Lecz każdy przyzna, kto poznać mnie raczy,
Że ja i Hassan żyjemy inaczéj.
Ja mam pretensye do delikatności:
Gdym miał metressę, w obec téj jejmości
Byłem jak trusia. Niech mi Bóg przebaczy,
Żem, taki skromniś, mógł te okropności,

XXXII.

Z ich całą grozą czarną i ponurą,
Tak bez skrupułu dopuścić pod pióro.
I ledwie teraz czuję się w porządku.
Dla większéj sławy, nie przerywam wątku.
Dawniéj, rzecz całą spaliłbym z brawurą,
Lecz dbam o przyszłość — brnę więc, jak z początku.

XXXIII.

Jak rzekłem, Hassan we Francyi się rodził,
Lecz jaką drogą do zdania przychodził,
Że tu kobieta jest chwilką przejściową,
Pojąć nie mogę, daję na to słowo.
Jeśli się zajął jaką białogłową,
To po tygodniu w przesycie już brodził.

XXXIV.

Że jest to system wielce niedorzeczny,
Każdy mi przyzna, bo kto „kocham” powie,
Mówi tém samém: kocham na czas wieczny.
Nikt z trubadurów, nikt, nawet królowie
Nie mówią: kocham na tydzień! — Niegrzeczny.
Urwis! Śmietanką poił się na zdrowie.

XXXV.

„Wiem, rzekł, gdy badać ktoś zaczął pieszczoszka,
Że dziś nastało octu panowanie.
Moja śmietanka w trzech czwartych jest gorzka,
Wiele, kto jeszcze dziś mleka dostanie.
Nie chcę w miłości być sługą choć troszka,
Wolę psem negra być na zawołanie,

XXXVI.

„Lub ledz pod batem, jak koń znarowiony,
Niż być pod czepkiem, zależéć od bony
W postaci pięknéj jednego z tych stróży,
Co na przechadzce, sztywny, wyprężony,
Śledząc cię bacznie, oka ani zmruży. —
Rózga przynajmniéj pozytywnie służy.

XXXVII.

„Wiem, co mnie czeka i ile dostanę,
Pocieram plecy, lub to, co mnie boli.
Lecz żyć, dźwigając pęta pozłacane,
Miéć słodkie mleczko balsamem na ranę,
I w tém więzieniu pustem, w jeńca roli,
Nie módz się nawet obwiesić dowoli!

XXXVIII.

„Na domiar złego, chciejcie zważyć sobie,
Że najcnotliwsza i najbardziéj sucha
Przed mym tygodniem żalami wybucha.
Ex-amant pani roi się w żałobie.
On i piękniejszy, milszy w każdéj dobie,
Ma twardszą nogę, znacznie czuléj grucha,

XXXIX.

„Serce ma większe i słodszą ma duszę...”
Tu czytelnikom przypomniéć znów muszę,
Że to mojego bohatera zdanie.
Ja wstydem płonę i cierpię katusze
Na myśl, że przy nim i mnie się dostanie!
„Więc, — prawił Hassan, — im prędsze zerwanie,

XL.

„W tém większą świeżość moje siły zbroi.
Sytość jedynie myśli i rozważa.
Podczas gdy przyjaźń w zawieszeniu stoi,
Boleść wspomnienia w nadzieję się wraża,
Jak chore dziecko w usta siostry swojéj.
Kto patrzy sercem, rozum mgłą zakaża.

XLI.

„Wstręt to nienawiść. — Mnież znienawidzono?
Mnie? Ależ za co? Pytam o motywa.
Kobieta powie: „płaczę, nieszczęśliwa.”
Ach i mnie także płaczem wzbiera łono,
Słabnę, ratunku! żal wskroś mnie porywa,
Aż nie śmiem prosić, by mi przebaczono.

XLII.

„Duszę mam czystą, choć ciało się kala.
Ależ, powiedzą, ten sposób jest zdradny,
Ileż to razy dla kobiety ładnéj
Traci się wszystko, nic się nie ocala!
Fałsz, jako żywo, kalembur szkaradny,
Człowiek uczciwy omija go zdala.”

XLIII.

Owóż się Hassan bronił w sposób taki,
Pewnie to jeszcze we Francyi się działo,
Gdy przy odjeździe myśl po nad wiatraki
Czapkę mu z ucha podrzucała śmiało.
Że jednak zdania bronić mu się chciało.
Snać czuł w swych wnioskach sens nie bylejaki.

XLIV.

Miłość traktował według katechizmu.
Dbał o pozłotę dla swego sofizmu,
Dbał i o nerwy. U niego wesele
Był to szczególny rodzaj paroksyzmu: —
Trwożyć nie śmieszyć dano mu w udziele.
Ani téż krzyczał, ni łez ronił wiele.

XVL.

Bladość niezmierna, to znów lekkie drżenie,
Konwulsya w gardle przy jakichś zaklęciach,
Lub słów bez związku ciche wymówienie —
Oto i wszystko w serca przedsięwzięciach.
Nawet metresa, mając go w objęciach,
Czuła w nim tylko bezwładne omdlenie.

XVLI.

Lecz po téj ciszy dziwacznéj i śmiesznéj
Nastawał wybuch okrutnych zapałów.
Palił więc donnie setki madrygałów,
Słodki jak miodek, czuły i ucieszny,
Choć dosyć ciężki wśród pieszczot i szałów.
Mógł się spowiadać w téj chwili, bezgrzeszny.

XVLII.

Nie szczędził wtedy zwierzeniom szturchańca:
Wszystkie uczucia, jakie świat pamięta,
Troski, obawy, miłość, wiara święta,
Ufność, nadzieja, — wszystko szło do tańca.
Sam konfesyonał w rękach penitenta
Równie długiego nie widział różańca.

XVLIII.

Ach, to niedola, gdy serce się kruszy!
Wszak je z żelaza natura odlała.
By ciało złączyć z bratnim wrogiem duszy,
Że Bóg tak zrządził, rzecz dziwna się stała!
Węzeł gordyjski doczesnych katuszy
Miecz Aleksandra tu niechaj podziała!

XLIX.

Lecz dusza z ciałem zawsze idą w rzędzie,
Jak wiersz klasyczny, jak woły po parze,
Jedno przy drugiem, dopóki świat będzie.
To wpiera: „winnoś”, drugie: — „tyś jest w błędzie!”
O jakże razem nędzni gospodarze!
Czy nam ich zatarg lepszą drogę wskaże?

L.

Aby dać dowód, dowód jasny, żywy,
Że świat ten zły jest — dosyć jest wyłożyć,
Iż chcąc tu zostać, należało stworzyć
Świat całkiem inny, mglisty, śmieszny, ckliwy,
Który, by więcéj był wart, niż prawdziwy,
Mógł był nie istniéć, zanim musiał ożyć!

LI.

O tak, wierzajcie, roskosz to zawodna,
Gdy dusza spija wino zmysłów do dna;
Pieścić swe żądze na nic się nie przyda,
Ciskać klucz serca, jak młoda Elfryda,
W toń oceanu — rzecz w skutki nie płodna.
O, w takich chwilach szczęśliwym się wyda.

LII.

Kto, jak ów wezyr, strzegący sułtanki,
Mieczem się dzieli od swéj kurtyzanki.
Szczęśliwy ołtarz, gdzie zniknął bluźnierca,
Szczęśliwy człowiek, co wszystko uśmierca
Ze zgonem uciech, co w oczach kochanki
Nie płakał nigdy, lecz śmiał się od serca. —

LIII.

Przepaść tak wielka! Pochyłość tak śliska!
Czuła kochanka tak z siostrą jest blizka,
Tak często przyjdzie z skargą i pieszczotą,
Swe serce czule do mego przyciska, —
Czyż dziwna słabość przed taką istotą?
Na słodkiéj drodze zbieram szczęścia złoto.

LIV.

Biedniśmy wszyscy! A kto pożałuje
Tego, co zrobił, musi płakać skrycie.
Cios wisi srogi. Pijany w zachwycie
Śmieje się z wzgardą, bo trwogi nie czuje.
To droga świata; ci, co znają życie,
Rzekną, iż pewno lepiéj sen smakuje.

LV.

Ach, spać i marzyć! Chwila upragniona,
Gdy w życia czczości sen boski zamieni
Swój cudny przysmak w złoty deszcz promieni,
Świeży jak rosa, syn nieba, jak ona,
Ptaszynka nocy, co w locie natchniona
Nurza swe skrzydła w żywych gwiazd bezdeni.

LVI.

Gdybyż na zawsze usnąć można było!
Gdybyż lunatyk wśród sennéj pogoni
Nie tłukł o kamień rozpalonéj skroni,
Pchnięty natury bezlitosną siłą!...
Gdybyż miéć pancerz, co zawsze obroni!
Gdybyż się miłość jak głód nasyciło!

LVII.

Czyż Manon Lescaut zaraz w pierwszéj scenie
Nie jest tak ludzką, tak istotnie żywą,
Jak gdyby była postacią prawdziwą?
Czyż Heloizy nie mamy téż w cenie,
Chociaż to tylko zwyczajne zmyślenie?
Oj wy, fantaści! drwicie, jako żywo!

LVIII.

Czemu rzucacie widma oświetlone
Na czarną nocy bezsennych zasłonę?
Wszak w przebudzeniu trza rozbrat wziąć z niemi.
Żądza się czuje przybitą do ziemi,
Jak ranny orzeł, co oczy zamglone
Zwraca do słońca z skrzydły otwartemi.

LIX.

Manon! O sfinksie! O dziewczę syrenie!
O Kleopatro, kobiecych serc wzorze!
Lube twe dzieje czytane są może
Przez samych stróży na świętej Helenie. —
Temci prawdziwsza w bezwstydnym ferworze!
Nie warteś nóg jéj ściskać, Kleomenie![1]

LX.

Ty mnie tak bawisz, jak Tybercyusz nudzi.
Ufam ci, kocham, choć wstręt we mnie budzi
Twoja przewrotność. Pysznaś w swym zachwycie
Dla uciech, złota! Czuję całe życie
W twém każdém słówku. Najszaleńsza z ludzi,
Ożyj, a stanę na marzeń mych szczycie!

LXI.

Ach czytelniku, przebacz mi, zabrnąłem
Baję od rzeczy, z krzywdą méj powieści,
Popełniać niecne hiatusy jąłem,
Czas, bym już wrócił nakoniec do treści.
Zgromiłem siebie, co się tylko zmieści:
Otóż ciąg dalszy... Na czém to stanąłem?

LXI.

A! Hassan, rzekłem, był niepowściągliwy.
Za hasło „wszystko lub nic” mu służyło.

Dla mnie to jednak dziwoląg prawdziwy,
Jak nie dać duszy, gdy ciała się zbyło?
Wszak jedno dymem, drugiem ogień żywy.
Nie wiem, czy serce chrześciańskie w nim biło,

LXIII.

I nie wiem nawet, czy miał jaką wiarę;
Czy komu zwierzał czułe tajemnice,
I zkąd we Francyi szły doń na ofiarę
Jego chwilowéj żądzy niewolnice,
Ani co myślał; kto mu zadał karę
By klął i miłość, i przyjaźń — zwodnice!

LXII.

Lecz raz wieczorem, gdy, trapiony splinem,
Dzieło Gallanda wziął do rąk przy szklance,
Bóg chciał, by znalazł tam, ku niespodziance,
Opis, jak sułtan po jednéj sułtance
Mordował codzień. Natchniony tym czynem,
Wkrótce się potém stał muzułmaninem.

.

O każdym nowiu żyd-sęp do Hassana
Wiódł w krzywych szponach dwie nagie dziewice.
W końcu miesiąca, każdéj kąpiel dana,
Syta, z cekinem, zawoalowana,
Mogła do woli przebiegać ulice.
System to ludzki, jak na niewolnice.

.

W ten sposób Hassan, czułéj duszy gwoli,
Czterykroć w tydzień miłością się krzepi.

Że po turecku nie umiał, tém lepiéj,
Mógł po francuzku omdlewać do woli.
Nazajutrz, żegnam. Wnet w odźwiernéj roli
Stara arabka drzwi przed nim odczepi.

LXVII.

Dziwném to bardzo niejednemu zda się;
Tych, co wyśmieją ten system, znam wielu.
Hassan przeciwnie, dotarłszy do celu,
Był tak szczęśliwym, jak nikt w ludzkiéj masie;
Ztąd, czytelniku, daruj, lecz w wywczasie
Czeka snu właśnie na miękkim fotelu.

LXVIII.

Sen nie przybywa, lecz to zachwycenie,
Co jest mu siostrą lub kochanką raczéj,
Która, choć czuwasz, da ci zapomnienie
I obłęd serca, i rozleniwienie,
I pewnym jesteś, żeś spał, nieinaczéj, —
Cóż Morfeusza piękność przy niéj znaczy?

LXIX.

Jest to sen duszy nie ciała. Człek pali,
Rusza się, ziewa, choć śpi wyśmienicie.
Żyje, a jednak to śmierć, a nie życie.
Przy dobrych chęciach, choć miłość jest w dali,
Można i do niéj być skłonnym w zachwycie!...
Znowu mi głupstwo pud pióro się wali.

LXX.

Czyście widzieli w głębokIm wąwozie,
Jak stary bażant po brzuchu się drapie,

I trawiąc winko, co przedtém wychlapie,
Kurczy się w słońcu i jak kantor sapie?
Wszystko mu w środek kurczy się w téj pozie.
Czyż nie jest bażant ten w apoteozie?

LXXI.

Gdy, czytelniku, zwiedzisz świętą ziemię,
Patrzaj pod nogi: Ujrzysz rój palaczy,
Każdy z nich stary i każdy z nich drzemie;
Tam, gdzie hebrajskie chowało się plemię.
Cóż żyć i skonać bez skargi im znaczy?
Rzekłbyś — to bogi, a to ród żebraczy.

LXXII.

Mówią, lecz rzadko, zazwyczaj w skupieniu
Leżą półnadzy, z głową na kamieniu,
Nie mając grosza, nie myśląc, że głodni.
Zbudzisz ich, nazwą cię psem w oburzeniu;
Zdepcesz ich, chętnie dopuszczą do zbrodni.
Nie gardź-że nimi, bo ciebie są godni.

LXXIII.

Jest to zasadą mahometanizmu
Obdarzać szczęściem bezmyślne istoty.
Czemuż tak nie jest w prawach chrystyanizmu?
Znam niejednego, co wart takiéj psoty,
Umarłby pewnie szczęśliwy z głupoty.
Ach, otóż nowy lapsus barbaryzmu!

LXXIV.

Mahometaństwo drażni moje nerwy.
Trzać było słownik do ręki wziąć pierwéj.

Niestety, jednak trafiam na zawadę,
Pióro mi spada, depcę je — nic z werwy.
Zły więc, od muzy robię rejteradę,
I gasząc świecę, do łóżka się kładę.

LXXV.

Szczerość ta państwa napewno rozczuli:
Mój Hassan goły, ja jestem w koszuli.
Nawet domowe zdradzam interesa;
Rzadka otwartość! Gdzież zmierzam u biesa?
Jak się otrząsnąć nareszcie z téj kuli?
Tak wiódł Eneasz ojca Anchizesa.

LXXVI.

Eneasz, sapiąc, chwiał się na wsze strony,
Ale Kreuza zostawała w tyle.
„Dlaczego stajesz?” — zwrócił się do żony.
— Kładę podwiązki! — odpowiada mile.
„Kładź więc i przychodź, bom bardzo zmęczony:
Gotówem ojca upuścić za chwilę.

LXXVII.

Wnet czytelnikom rzecz całą objaśnię.
Anchizes — powieść, a pani Kreuza,
Idąca z tyłu, to moja jest muza.
Chcę dążyć naprzód, ona staje właśnie.
Goni motylki — oto jéj ekskuza!
Na takiéj drodze werwa rychło gaśnie!

LXXVIII.

Eneasz z żoną ma trudne zadanie,
Lecz on jest bez niéj, jak ciało bez duszy.

Anchizes przytém ciężki niesłychanie,
Stary, gderliwy; nadomiar katuszy
I Troja w ogniu. Nim żonkę więc wzruszy,
Lepiéj postąpi, gdy na miejscu stanie.






Przypisy

  1. Kleomen, rzeźbiarz grecki, któremu przypisują Venus.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Alfred de Musset i tłumacza: Bolesław Londyński.